POLE / Nr 1 (4) / 2024

Anna Dwojnych

I tobie też

ryc. Mariusz Czeżyk

 

Odłożył słuchawkę. Wydawało mu się, że widzi Jacka tak wyraźnie, jakby wciąż stał w jego pracowni – raju antykwariuszy i miłośników clutter core, koszmarze osobowości anankastycznych i tych, których rozumienie porządku nie odbiega od normy. Pokój w starej kamienicy na drugim piętrze miejscowego domu kultury miał specyficzny zapach, którego źródłem był stos książek, płyt i gazet tworzących osobliwy labirynt, ponadto – maszynopisy, bibeloty z lumpeksów i targów staroci, rekwizyty teatralne, trofea zdobyte w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat na imprezach literackich w całej Polsce. Wszystko było mniej lub bardziej pokryte kurzem, zżółknięte ze starości lub od papierosowego dymu, a nad całością unosiła się nuta grzyba na ścianie, który tak długo był nieodłącznym elementem tego miejsca, że jego istnienie nikogo już nie dziwiło.

Pomieszczenie miało swój głos – najczęściej Paula McCartneya, Diany Krall i Krzysztofa Myszkowskiego, ale mówiło także rockiem progresywnym, bluesem, fado i  poetami czytającymi na głos swoje wiersze. To wszystko sprawiało, że miejsce pracy Jacka, które przez ostatnie trzydzieści lat stało się jego domem, wydawało się żywym organizmem z charakterystyczną dla siebie fizjonomią i temperamentem. Wspomnienie, które zachował Piotr, jak w montażu równoległym przenikało się z obrazem tego niesamowitego stworzenia, które Jacek stworzył, a które teraz padło martwe.

Z każdą minutą przybywało reminiscencji, które cumowały w umyśle Piotra. Jacek czytający na głos wiersze Bukowskiego. Jacek wspominający domową kuchnię w barze mlecznym. Jacek wychodzący po angielsku z nudnych spotkań, na których nie wypadało mu nie być. Błysk w oczach Jacka, kiedy słuchał Beatlesów i czterdziesty raz oglądał Rio Bravo. Stukot palców Jacka na maszynie do pisania. Jacek zadający zagadkę muzyczną (nie zgadłeś! Amália Rodrigues!). Jacek mówiący o Bukowskim, Witkacym, Chagallu, Vonnegucie, Audenie, Themersonie, e. e. cummingsie, Plath, Broniewskim, Lipskiej, Różewiczu, Dickinson. Jacek na rauszu. Jacek rubaszny. Jacek wściekły na swojego szefa i urzędników. Jacek poirytowany, spoglądający znad codziennej prasy. Rozmowy z Jackiem o seksie i kobietach (mężczyzna, który naprawdę kocha kobietę, chce mieć z nią dziecko). Poważnie? Piotr dziwił się teraz tak samo, jak wtedy, gdy usłyszał tę pseudomądrość, wkurwiającą tak, jak wszystkie tego rodzaju złote myśli wypowiadane przez ojców i matki. A przecież Jacek w pewnym sensie był jak ojciec, odpowiedź na pustkę po tym, z którym Piotr od czwartego roku życia nie miał kontaktu.

Niespodziewana wiadomość przygniotła Piotra do ziemi jak za duży, wełniany płaszcz. Co gorsze, coś sobie przypomniał. Wspomnienie tamtej zdziry, która ukradła mu Jacka. Nie chodziło o relację erotyczną. Jacek przez lata związany był z Kamilą, co zresztą także budziło w Piotrze niesmak. Nie miał wątpliwości, że liczne sukcesy kobiety – pierwsze publikacje w magazynach literackich, wydana książka i pochlebne recenzje zawdzięczała protekcji Jacka. Jednak Kamila nie irytowała go w takim stopniu jak tamta egzaltowana małolata. Chociaż teraz musiała być już dobrze po trzydziestce, w umyśle Piotra pozostała tym, kim była, gdy ją poznał – czternastoletnią smarkulą. Kiedy po raz pierwszy przekroczyła próg pracowni Jacka, Piotr stracił go po raz pierwszy. Po dziesięciu latach ich relacja mistrz-uczeń zmieniła się w platoniczny trójkąt – od tej pory na każdym spotkaniu z Jackiem jej temat pojawiał się jak brud wciśnięty pod klawisze klawiatury komputera.

Oczywiście ani ona, ani Kamila nie były jedynymi poetkami odwiedzającymi mistrza. Jednak żadnej innej tak często nie wspominał i z równą pasją nie zachwalał jej talentu. Szymczyk to, Szymczyk tamto. Szymczyk młoda, a taka dojrzała. Szymczyk napisała, opublikowała, wydała, wygrała, widziano ją w Krakowie, w Gdańsku, w stolicy, na festiwalach, na spotkaniach i wydarzeniach. Szymczyk ma nowego „narzeczonego”. „Narzeczony” i „narzeczona” to były jedne z ulubionych słów Jacka, a w jego prywatnym słowniku oznaczały każdą osobę, z którą ktoś pozostawał w niedwuznacznej relacji.

Piotrowi przyszło teraz na myśl, że w rozważaniach o zmarłych jest coś ze złego tripu – pretensja do siebie samego (mogłem więcej powiedzieć, częściej dzwonić, później wyjść) miesza się ze złością wobec zmarłego, nie tylko tej całkowicie irracjonalnej (czemu mi to zrobiłeś? czemu właśnie teraz?), ale także tej wymierzonej w cechy zmarłego, których nigdy się nie akceptowało. Choćby ta irytująca maniera zapoznawania ze sobą różnych ludzi. Kiedy takich dwoje (a czasem troje czy czworo) przyjaciół lub uczniów Jacka (często ten zbiór się pokrywał) przypadkiem spotkało się w jego pracowni, mówił „wy tu sobie poćwierkajcie”, po czym wychodził z pokoju pod pretekstem umycia kubków w jedynej na piętrze toalecie przypominającej tę ze „Świata według Kiepskich”. Wtedy skumulowani na kilkunastu metrach kwadratowych bezrobotni, lekarze, poeci, artyści wizualni, licealiści, muzycy, studenci, wyborcy PiS-u i czytelnicy Gazety Wyborczej starali się mniej lub zręczniej wybrnąć z tej krępującej sytuacji, mając nadzieję, że nigdy więcej nie spotkają towarzysza niedoli.

Wspomnienie, jak okoliczności wykreowane przez Jacka zmusiły Piotra do udawania miłego wobec tej gówniary (a przynajmniej nieokazywania jej wrogości) wskazało trajektorię kolejnych retrospekcji, w których wraz z Jackiem pojawiała się ona. Choćby jedna z niedawnych, tzw. męskich rozmów, zabawnych i „swojskich”, bowiem Piotr był tym przedstawicielem pokolenia X, który o świńskich żartach vibe wuj z wesela myślał „i komu to przeszkadzało?”. Rozmowa, która przestała go bawić, kiedy z inicjatywy Jacka zeszła na jej temat.

– Miałem sen erotyczny i to była Szymczyk. Całowałem ją po brzuchu. – Zdanie usłyszane kilka miesięcy temu, a powiedziane wyjątkowo niedwuznacznym tonem wciąż brzydziło Piotra i go oblepiało, było obleśne jak modne w ostatnich latach żelowe zabawki lub inne gówno, którymi bawili się kretyni, których – na jego nieszczęście – przyszło mu uczyć.

Bardzo dobrze pamiętał swoją ripostę. Może nie najlepszą, ale pierwszą, która wówczas przyszła mu do głowy.

– Szybko nauczyłbym tę Szymczyk grać na wiolonczeli. Kazałbym jej rozłożyć nogi.

Odpowiedź wyraźnie zniesmaczyła Jacka, który spytał Piotra o źródło jego niechęci do Szymczyk. Ani wtedy, ani teraz nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie. Nie rozumiał swojej zazdrości, co budziło w nim jeszcze większą złość – głównie na nią, i po części na siebie. Przecież, na litość boską i po raz kolejny, nie chodziło o relację romantyczną! Czy w ogóle w jego głowie było miejsce na taki scenariusz? Zawstydził się na samą myśl – fantazje wobec dwa razy starszego od niego mężczyzny, którego znał prawie trzydzieści lat i spędził z nim setki godzin na wspólnych zwierzeniach, wydały mu się niestosowne, zwłaszcza w tym momencie. Przede wszystkim jednak kochał swoją Gosię, z którą był związany od czterech lat i z którą planował  zamieszkać, do czego zresztą namawiał go Jacek.

Ale ona! Ci wszyscy „narzeczeni”, których zmieniała jak… papier toaletowy! Znalezienie tak wysublimowanej metafory niemal sprawiło mu rozkosz, pasowało do tej dziewuchy jak do nikogo innego – jej wyzywającego stroju i ordynarnego koloru szminki, którą pomalowane usta czytały wiersze, z fascynacją słuchane przez Jacka.

Piotr poczuł uderzenie gorąca, zwykle towarzyszące iluminacji lub przypomnieniu sobie czegoś równie ważnego jak zostawienie w domu żelazka podłączonego do prądu. Przyszedł mu do głowy pewien pomysł, niby nic wielkiego, a jednak jakaś zemsta, kara, na którą zasługiwała według najmroczniejszych zakątków jego podświadomości. Odkryciu temu towarzyszyła ekscytacja, którą można by porównać jedynie z uczuciem odczuwanym przez kolekcjonera mającego swój Święty Graal na wyciągnięcie ręki.

Nerwowo przeszukiwał numery zapisane w telefonie. Wśród nich musiał być też do niej, Piotr nie miał w zwyczaju usuwać kontaktów z listy. Choćby po to, żeby na wszelki wypadek wiedzieć, kto po latach sobie o nim przypomniał. Kilkanaście lat temu jechali grupą na festiwal muzyczno-literacki i prawdopodobnie wtedy Jacek nakłonił ich do wymienienia się numerami telefonu.

Odebrała po drugim sygnale.

– Cześć. Tu Piotr Malinowski. Jacek zmarł.

Teraz stracili go oboje.