POLE / Nr 1 (4) / 2024

Wiktor Rusin

Dekada oniryczna pana Dreufa

22 lutego 2023 r.

Wczoraj wieczorem straciłem bezpowrotnie miłość mojego życia. Wcześniej niewiele o niej słyszałem; widziałem ją ledwie parę razy z pół-profilu i z pewnej odległości, ale to „niewiele” wystarczyło z nadmiarem, żebym się zakochał  –  miłością, która już się raczej nigdy nie powtórzy. Nie mówię od razu, że „miłością największą” – miłości życia zdarza się w życiu kilka, lecz każda z nich – jeśli odwzajemniona – jest niepowtarzalna; takiej już nigdy nie będzie. Mieliśmy sobie zostać przedstawieni w prywatnym mieszkaniu znajomego znajomych, na imprezie dwunastoosobowej. Skoro jednak się nie pojawiała, uznałem, że najwyraźniej ktoś mnie nabrał… w końcu pogodziłem się z tą myślą. Weszła chwileczkę po północy, bez pukania; była trzynastym gościem. Niestety, nie bardzo mogłem wstać na przywitanie, ponieważ w konsekwencji pechowego siedzenia „po turecku” przez czterdzieści minut – znudzony towarzystwem i cały czas jednak dosyć spięty wertowałem w samotności przeciętny, ale za to bardzo kolorowy album, który w równo odmierzonych proporcjach był poświęcony malarstwu, ogrodom botanicznym i papugom – dostałem strasznych „mrówek” w lewej nodze. W końcu zdołałem się poderwać i podszedłem do niej; wciąż jednak mocno kuśtykałem. Mrówki w nodze i kilka głupich komentarzy, które niepotrzebnie puściłem żeby, jak to czasem się mówi, „obrócić w żart” tę całą przejściową przecież nieporadność, skreśliły wszystkie widoki.

Później, w środku nocy, zjadłem trzy owoce muchołowca. Bardzo smaczna krzyżówka jabłka z figą; jej jedyną wadą, która przesądziła o fiasku biznesowym tej uprawy, jest nadmierne przyciąganie owadów swoim słodkim zapachem. Muchołowce wyhodowała po raz pierwszy w ogrodzie swojej letniej willi na Wyspach Liparyjskich daleka kuzynka dyrygenta Wilhelma Furtwänglera.

 

1 kwietnia 2023 r.

W prawym dolnym rogu lustra objawiła się w końcu twarz tego uczonego tworząc oczywisty kontrapunkt do ataku ziewania, który napadł mnie już dobrych piętnaście minut temu. W tym miejscu muszę koniecznie zaznaczyć, że był to ów podgatunek ziewań, które mają w sobie coś bardzo niejednoznacznego: będąc oczywistym wyrazem zmęczenia, zarazem wyzwalają paradoksalną energię ciała oczekującego, że coś większego kalibru zdąży się przydarzyć jeszcze przed zaśnięciem.

Z reguły odwiedzał mnie między jedenastą a dwunastą; bardzo polubiłem te jego wykłady z  ekonomii. Z apolitycznym cynizmem ale i z pasją zakochanego w detalach ornamentatora – jak nazwał jeden polski poeta innych polskich poetów – przybliżał mi sprawy giełdy. „Ekonomia nie jest sprawą lewicy ani sprawą prawicy” – mówił. „To kwestia pewnej wprawy i przede wszystkim finezji. Ekonomia należy do tej samej sfery ludzkiej działalności co kaligrafia, gra na harfie… oraz rzeźbienie z fusów. Ekonomia to wiedza na temat filigranowych ruchów. Dotyczy to zwłaszcza spekulacji na rynku instrumentów finansowych”.

Naprawdę, lubiłem te jego wykłady z ekonomii… dziedziny, o której byłbym pewnie na śmierć już zapomniał, gdyby nie rosnące (chociaż na razie niepomiernie wolno w porównaniu do medialnej paniki) od dwóch-trzech lat obawy, że szlag może trafić moje (nieszczególnie wielkie) oszczędności. Więc słuchałem pilnie między jedenastą a dwunastą wieczorem jego lekcji, które czasem przechodziły w wyznania oraz manifesty, chociaż nie w zwierzenia… nawet jeśli miałem czasem ochotę protestować przeciw różnym poglądom.

Dzisiejszego wieczoru pojawił się po dłuższej przerwie, był w nastroju jeszcze bardziej poważnym i zdyscyplinowanym niż poprzednio. Nie było już w ogóle w jego mimice ani w gestykulacji dawnej pseudo-arystokratycznej nonszalancji.  Znacznie ubyło drażniącej, chociaż i uroczej (momentami) pozy króla życia, którą dotychczas epatował, na przykład używając w odniesieniu do dzisiejszego systemu gospodarczego określeń takich jak „filigranowy” (patrz wyżej).

„Duch czystej wiedzy i nauki musiał go pochwycić w swoje przytępione lecz zawsze nieprzyjemne w kontakcie bezpośrednim szpony” – pomyślałem. Tak, wszystko na to wskazywało; przyniósł ze sobą kilka kartek, a przecież zawsze jego wykłady były improwizowane.

„Blisko Nagrody Nobla” – rzekł. „Dlatego ostatnio się nie pojawiałem”. „Teoria konwersji oczekiwań” – oznajmił. „Właśnie sformułowałem jej wstępne założenia”.

W skrócie chodzi o to, jak odkształcają się stosunki popytu i podaży w przypadku, gdy oczekiwania użytkownika danego produktu, z uwagi na które wszedł w jego posiadanie, nie zostają spełnione.

„Człowiek przecież – mówił – musi jakoś sublimować swoje niezaspokojenia oraz rozczarowania. Chcę zbadać, jak się te sprawy przedstawiają w skali świata, jak krążą te sublimacje, jakie wzajemne reakcje powodują zderzenia ich poszczególnych typów, jakie jest natężenie ich strumieni?”

Cóż, przejście od cynicznych wywodów na temat instrumentów pochodnych czy lewarowania ku takim fenomenom jak rozczarowanie, niezaspokojenie bądź ułuda? Być może sporo to mówi o czasach, w których żyjemy. Ale to podejście, niestety, mogło też wskazywać na znaczne rozluźnienie dyscypliny badawczej, dość dziwne w przypadku noblowskich aspiracji, jak również zmiany tonu na wybitnie profesorski. „Niespełnienie oczekiwań”? Oczekiwania (konsumenta, rynku etc.) odgrywają w nauce ekonomii ważną rolę, ale problem ten może dotyczyć równie dobrze zawiedzionego zaufania do Boga, kochanki czy kochanka, a nawet przywódcy partyjnego.

Zapytałem o to.  „W gruncie rzeczy racja” – odparł. „To problem psychologiczny. Wstyd przyznać, bo w końcu psychologia jest dzisiaj strasznie wyświechtaną sprawą, wygodnym polem do popisu dla amatorszczyzny. Mimo tego tak właśnie sprawy się mają. W ostatnich moich badaniach chodzi o duszę i o los”.

„Nie przestałem jednak być ekonomistą – mówił – a nawet będę nim teraz w jeszcze większym stopniu. Dopiero teraz będę ekonomistą doskonałym… Ponieważ teraz zajmuję się głównie ludzkim losem, problemem pożądania, problemem życiowych klęsk. Bo  właśnie na tym polu, szczególnie na tym polu, odpowiedź może być tylko ściśle ekonomiczna. Co więcej, może być tylko ściśle ekonometryczna. Konieczne jest użycie metody statystycznej”.

Szczegóły teorii okazały się proste, a nawet schematyczne, co mi się w gruncie rzeczy spodobało.

Niezaspokojenie oczekiwań – tłumaczył – może być „przetworzone” przez jednostkę na trzy różne sposoby.

„Konwersja oczekiwań neutralna (typu 0) to prosta utrata motywacji wskutek niespełnionego marzenia. Trwa się wówczas przy objętym inwestycją dobru, ale trwa się biernie. Dobro nie zostaje wyłączone z zasobu, za to ulega stopniowej, lecz nieodwracalnej amortyzacji. Inflacja wartości z reguły postępuje w szybkim (choć nie zawrotnym) tempie. W skrajnym wprawdzie przypadku, wobec braku ofert konkurencyjnych, może dojść do (mało intensywnego) procesu re-inwestowania, a nawet reprodukowania oraz kopiowania”.

„Konwersja oczekiwań negatywna (typu -1) polega na wyzbyciu się za bezcen albo celowym roztrwonieniu dobra inwestycyjnego, które nie spełniło oczekiwań i tworzeniu wokół niego atmosfery zniechęcającej innych. Często dochodzi do rozpowszechniania czarnej propagandy silącej się na obiektywizm”.

„Konwersja oczekiwań pozytywna (typu +1) polega na świadomym, niekiedy obsesyjnym utrzymywaniu, podtrzymywaniu oraz pomnażaniu dobra, pomimo że nie spełniło oczekiwań nabywcy. Tym co w istocie podlega tu konwersji jest sama treść oczekiwania. Oczekiwanie zawiedzione zostaje zastąpione nowym oczekiwaniem, z którego treścią posiadane dobro czasowo pozostaje zgodne. Zwykle ta zgodność jest oczywiście przejściowa i wymaga kolejnej podmiany aksjomatów. Jednak w skrajnym przypadku dobro, które najpierw przyniosło rozczarowanie, może w wyniku tej konwersji stać się przedmiotem fanatycznej czci”.

„Zastanawiam się wprawdzie – gadał jeszcze, chociaż północ minęła dawno temu, a zwykle kwadrans po północy wyciągał papierosa, prosił o popielniczkę, po czym zamawiał taksówkę – czy konwersji pozytywnej nie nazwać negatywną, a konwersji negatywnej pozytywną? Przecież konwersja negatywna jest potencjalną postawą rewolucjonisty, a konwersja pozytywna postawą czystego trutnia. Ale widzę, z drugiej strony, coraz silniejsze podstawy, by pochwalać konformizm… Kto wie czy niedługo to właśnie nie konformizm, konformizm starej daty, z prawdziwego zdarzenia, stanie się postawą najbardziej awangardową.  No więc – co jest na świecie dodatnie, co ujemne? To najtrudniejsze z pytań.

Jego zdaniem do powyższych trzech postaw da się sprowadzić wszelkie możliwe zachowania ludzkie. Chodzi jednak o to, żeby relacje między tymi postawami zdiagnozować za pomocą narzędzi ekonometrycznych i ująć w matematyczne formuły.

„Wielu próbowało wyjaśnić cały świat za pomocą jednej banalnej teorii – odpowiadał na moje na głos niewypowiedziane, ale raczej poważne, wątpliwości. –  Ja jestem jednym z nich, przy czym uważam, że to ja mam rację, a nie tamci przede mną”.

Koniec końców przypominało to odkrywczość, jaką wnosi w życie konstruowanie zdań prostych zgodnie z kanonami logiki formalnej:  „Jeśli jamnik jest gatunkiem psa, żaden pies nie jest kotem, a Burek jest jamnikiem, to Burek nie jest kotem”. Ale może w tego rodzaju powrocie do belferskich bredni jest coś znaczącego. Historia wykonała pętelkę i coś starego powróciło jako czysta farsa, która może jednak okazać się znamienna” – pomyślałem.

Ech, to są właśnie koleje losu wizji, które rodzą się w trakcie dwuznacznego ziewania. Kiedy oddech uspokaja się, dopiero wtedy ukazują całą swoją nudną prostotę; przy tym jest w nich coś mocno wywrotowego. To coś jednak jest nie do odzyskania i pogrążyć się musi ostatecznie w jałowości, z której się wywodzi. Ująć to – to jakby próbować coś wyrzeźbić z mgły. Nie wiem natomiast, czy ta krytyka dotyczy w większym stopniu wizji wyżej opisanego ekonomisty, czy raczej niniejszego akapitu. Tandetna metafora o rzeźbieniu we mgle, przyznam, sugeruje to drugie.

 

20 lutego 2013 r.

Znajduję w antykwariacie przy ulicy Filtrowej – Filtrowa, ulica, którą kiedyś uciekał nieszczęsny Józio Kowalski po przygodzie w domu Państwa Młodziaków, dzisiaj jest ulicą pełną antykwariatów, o czym nie wie prawie żaden warszawiak, chociaż znam osoby z Kutna, Siedlec, a nawet ze Szczecina, które przyjeżdżają specjalnie do Warszawy po to, żeby szperać w antykwariatach na Filtrowej –  książkę zapomnianego austriackiego geniusza z początku połowy XX wieku, będącego – jeśli muszę go jakoś określić w jednym zdaniu (w dwóch a zwłaszcza trzech już bym nie potrafił) – łącznikiem pomiędzy Brochem z okresu „Lunatyków” a Bernhardem.

Dopiero dziś zapamiętałem pierwszy akapit kolejnej jego powieści, którą właśnie kupiłem. Samego nazwiska autora dotąd nie zapamiętałem, bo jest to nazwisko tak bardzo typowe w Austrii i w świecie niemieckojęzycznym, a jednocześnie tak dziwne, że jest niemożliwe do zapamiętania, ale sprzeciwiam się tym interpretatorom, którzy mnie od dawna przekonują, że ukryło się pod nim kilku austriackich pisarzy, nie tylko jeden człowiek.

Brzmiał on tak: „Jeśli chce Pan naprawdę rzucić palenie – rzekł Doktor – nie widzę dla Pana innej szansy poza metodą Rittelsberga. Do tego celu potrzebne Panu będzie szerokie okno w sypialni, koniecznie z pięknym widokiem na ośnieżone szczyty. Niebo za pańskim oknem musi być zawsze błękitne. Nocą przez okno nie wolno Panu wyglądać!”.

Wszystkie powieści Austriaka wydano u nas w trzech tomach, są mniej więcej objętości „Demonów” von Doderera. Pierwsze akapity są zazwyczaj dość krótkie i zawsze są najsłabsze, co świadczy, przynajmniej w moim odczuciu, o sporej przewrotności artysty. Niestety, nie sposób zapamiętać żadnego z pozostałych.

 

***

 

Dziwnie zapomniany fakt z historii popkultury. Pod sam  koniec, tuż przed definitywnym rozpadem, Beatlesi planowali przekształcić się w oktet i zaangażować czterech czarnych muzyków. Niestety, doszło do niezgody w zakresie dodatkowych instrumentalistów oraz stylu muzyki. McCartney postulował, żeby afroamerykańskie combo było ich duplikatem, Lennon i Harrison woleli, żeby nowi członkowie wnieśli do The Beatles nowe instrumentarium. McCartney chciał, żeby prezentowali mieszankę rockabilly z soulem z Motown, Lennon był bliżej rythm’n’bluesa, będąc również otwarty na free jazz – ale nie tak bardzo jak Harrison, który myślał  głównie o wyczynach Sun Ra (tak samo jak Yoko Ono). Ringo Starr podobno nie miał zdania.

 

***

 

Wieczorem na tapecie  znów pisarz austriacki, tym razem bardzo współczesny: Eberhard Jellinek, lat 30. Gej, widywany zwykle w obcisłym czarnym golfie i okularach od Yves Saint Laurenta. Trochę przypomina z wyglądu Michała Witkowskiego, ale porusza się w zupełnie innych obszarach. Choć jego powieści – zawsze jednotomowe, dosyć zwięzłe, przeciętnie 200 stron – są późną recepcją nouveau roman, na przykład przedostatnia zawiera opis przechodniów snujących się jedną z przecznic Mariahilferstrasse (bliżej Westbanhof niż Ringu) z punktu widzenia niewiarygodnej narratorki, osowiałej paproci w mieszkaniu sędziwego, rozmyślającego o samobójstwie pianisty, którego największym osiągnięciem było najdłuższe w historii wykonanie sonaty-fantazji Schuberta, na konferencji w Dublinie mówi tylko o ludobójstwie i o czystkach etnicznych. Twierdzi, że Zachód właśnie wyczerpuje swój szczęśliwy okres względnego pokoju. Apeluje do liderów państw wysokorozwiniętych, żeby wreszcie przedstawili jakiś  „uczciwy program zapobiegania rzeziom na świecie”. Przewiduje, że obszar dzisiejszej Unii Europejskiej może liczyć jeszcze na „kilkanaście, góra 25 lat bez kataklizmów rangi tych pod Sommą, Verdun albo Stalingradem”.

 

5 maja 2013 r.

Oglądam wywiad z Milanem Kunderą na YouTube. O dziwo, zgodził się odpowiedzieć na pytania dyskusyjnego klubu studenckiego na jednym z mało znaczących uniwerków w Midwest. Kundera skarży się… albo w sumie nie skarży, ewentualnie udaje, że się nie skarży (trudno poznać, typowa  skwaszona mina środkowoeuropejskiego miłośnika groteski), że w ostatnich latach jego roczne dochody z literatury nie przekraczają zarobków pracownika zatrudnionego na znacznym, ale nie najwyższym szczeblu kierowniczym we francuskiej administracji państwowej. Wiele lat występował do organów państwowych o udzielenie mu stosownych informacji i wreszcie jego przypuszczenia  się potwierdziły. Teraz porównuje swoje zeznanie podatkowe z zeznaniem dyrektora działu księgowości w zarządzie Departamentu Dordogne. „Pan zobaczy – zgadza się co do eurocenta. Całe życie szukałem dwóch identycznych rzeczy,. No wie Pan: dwóch identycznych liści, dwóch identycznych twarzy… takie bzdety… i wreszcie się udało: dwa identyczne zeznania podatkowe, jedno z nich było moje”. Kiedyś było inaczej – Kundera nie owija w bawełnę.  Mówi, że przez półtora roku po wydaniu „Nieznośnej lekkości bytu” na jego konto wpadało 3500 dolarów dziennie… Nie pamięta, w jaki sposób te pieniądze dość szybko zniknęły z jego rachunku. Prowadził tryb życia intelektualisty – no, może lubił sobie trochę pofolgować, ale nie żył wystawnie. W pięciogwiazdkowych hotelach kwaterował tylko na zaproszenia. Jest przy tym absolutnie pewien, że nie został przez nikogo oszukany ani okradziony. „W zasadzie byłem jak Picasso pod tym względem. To chyba on powiedział: co mi po milionach,  które mam, skoro zawsze i tak będę palił tylko gauloisy?” No więc co się stało? Po prostu te pieniądze zostały jakoś przepuszczone. Jakoś – Kundera jest bardzo dumny z tego „jakoś”.

„Młody człowieku – mówi Milan Kundera do poczciwego Jeffa albo Sama – po tym właśnie poznać prawdziwego Europejczyka, a trzeba Panu wiedzieć, zawsze o tym pisałem, że w Europie nigdy nie żyło wielu prawdziwych Europejczyków, zaś ostatnio się już takich prawie nie spotyka – i nie mam na myśli żadnych rasistowskich bzdur – że potrafi zmarnować solidną (ale, z drugiej strony niezbyt wielką) forsę nie wydając jej na nic konkretnego. Pieniądze po prostu przeciekają mu przez palce, mimo że nie daje na ulicy jałmużny częściej niż kilka razy w roku po kilka dolarów i niewiele jest w jego życiu wydatków na dalekie podróże, ekskluzywne burdele i twarde narkotyki; gardzi też ściśle rozumianym hazardem.”

W tej kwestii akurat zgadzam się z Kunderą.

 

27 lutego 2014 r.

Andy Warhol na jednym z ostatnich filmów wysadzał w powietrze pomidory taką sztuką, że starannie przez niego zainstalowane mini ładunki wybuchowe rozbryzgiwały owoce na pulpę w ściśle zaplanowany sposób. Planował zasięg eksplozji oraz rozmiar śladów po wybuchu co do milimetra i osiągał efekt. Była to chyba najciekawsza formalnie, chociaż na pewno nie najlepsza praca Andy’ego Warhola.

 

11 sierpnia 2014 r.

James Bough w tej chwili ma 55 lat, mieszka od urodzenia w rezydencjalnym rejonie południowego Londynu, niedaleko od Barnes; przyzwoite, chociaż jak zazwyczaj w tym kraju monotonne szeregowce z cegły, z okna na tyłach budynku widok na elektrownię Battersea. „Piękny, inspirujący” – mówi James Bough o tym krajobrazie. James Bough jest z zawodu chirurgiem. A z powołania? To skomplikowane. Od lat 25 bada wszystkie aspekty własnego imienia i nazwiska. Badania są bardzo intensywne i w zasadzie poświęcił  tym studiom całe swoje życie od trzydziestych urodzin , mimo że nie zaniedbuje życiowych obowiązków: jada zdrowo i dobrze, codziennie 45 minut gimnastyki (program zrównoważony, generalnie woli ćwiczenia rozciągające od siłowych), trudną pracę chirurga wykonuje sumiennie, bez najmniejszych zastrzeżeń… dwójka dorosłych już dzieci… w życiu radzą sobie dobrze. Żonaty. Z żoną, pielęgniarką w tej samej klinice ortopedycznej, w której James operuje popsute stawy biodrowe, więzadła kolanowe, rzepki tudzież łękotki jest wprawdzie w separacji od lat pięciu. Ale nie sądzę, żeby jego projekt był powodem rozstania, prędzej fakt, że Margaret Bough, sześć lat młodsza od męża, poznała dziesięć lat młodszego od siebie rehabilitanta z Barbadosu. Mimo swego projektu i mimo wielu życiowych obowiązków, James Bough znajduje czas na lekturę – ostatnio szczególnie lubi skandynawskie kryminały, chociaż czasem czyta też Borgesa, zwłaszcza „Powszechną historię nikczemności”.

Codziennie, od lat 25, między godziną 21:30 a 23:00, James Bough zasiada w swoim gabineciku (nigdy nikt z domowników nie miał tam wstępu, ale nikt też o to specjalnie nie zabiegał, bowiem ciasne pomieszczenie przy schodach jest mało interesujące, to raczej pakamera niż gabinet) i zapisuje na kartce swoje imię oraz swoje nazwisko. James Bough, James Bough, James Bough… przez półtorej godziny.

Codziennie, a raczej prawie codziennie: James jest w realizacji swego powołania pasjonatem, człowiekiem pracy zgoła tytanicznej: przynajmniej jeśli chodzi o wysiłek ducha i determinację. Nie przeszkadza mu to jednak w  corocznych dwutygodniowych wakacjach, w trakcie których odpoczywa i od pracy w klinice i od powołania; najchętniej wyjeżdża w drugiej połowie września, prawie zawsze na południe Francji; woli okolice Perpignan od Lazurowego Wybrzeża i Prowansji. Potrafi również odłożyć swoje badania, jeśli pojawi się sensowna propozycja wieczornego wyjścia na jakieś garden-party, do knajpy, kina bądź teatru: zdarza mu się wtedy wychodzić z przyjemnością, nie tylko z poczucia towarzyskiego obowiązku.

Badania własnych personaliów nie były nigdy jako takie celem Jamesa Bough. To miał być jedynie pierwszy etap na trasie samopoznania.

James Bough twierdzi, że musi zrozumieć samego siebie, wyjaśnić kim naprawdę jest – dopiero wtedy będzie mógł zacząć żyć właściwie.

Do tego momentu jego życie to pół-fikcja, prowizorium, nieporozumienie. Żeby zaś zrozumieć swoje losy musi najpierw dogłębnie przeanalizować co znaczą i jak się przedstawiają, również od strony estetycznej, imię i nazwisko, które mu nadano. Czym jest ludzkim życiu zestawienie imienia i nazwiska? Jakie informacje są w tym zaszyfrowane? W jaki sposób jest przez nie zdeterminowany?

Do jakiej etykietki zostałem przypisany, w jakie znaki wrzucono moje ciało? – do roku 1999 James Bough prowadził, aczkolwiek sporadycznie, w formie heraklitejsko mrocznych aforyzmów zapiski ze swoich badań. Potem, podobno pod wpływem słynnej „tezy” Wittgensteina: „O czym nie można mówić, o tym trzeba milczeć” (nie czytał nigdy „Traktatu logiczno-filozoficznego” lecz czytał o nim co nieco), zaprzestał komentarzy do projektu i poświęcił się jedynie swej właściwej sztuce – sztuce powtarzania na kartce własnego imienia i nazwiska.

Tyle różnych ścieżek, tyle tropów… Na przykład:

…O – druga litera nazwiska łatwo poddaje się interpretacji – przynajmniej jeśli chodzi o główne pole konfliktu wpisanego w ten symbol… O – to przecież Wieczny Powrót z jego wielką sprzecznością,  jednoczesny symbol Absolutnej Mocy, rozumianej jako nieskończony ruch bez jednej chwili wytchnienia i Absolutnej Niemocy – brak wyjścia, fatalny taniec węża złączonego z końcem własnego ogona. Intrygujące jest, że po literze O następuje U. U jest stłumieniem pożądania symbolizowanego przez literę O, a jednocześnie nadaniem mu określonej formy. Jest represją nałożoną na wieczny powrót O, chociaż może też chronić przed szaleństwem wpisanym w nieskończoność koliska. U jest bowiem jakby fragmentem O, stłumieniem O, jego sekwencją. To etap sinusoidy (Odnaleźć, przejrzeć i zrozumieć ten dyskretny moment, w którym prosta w literze U schodząc w dół się zakrzywia i ten drugi moment pozornie symetryczny, w którym łuk znowu się prostuje – fragment dziennika z 12. 11. 1993), energia wychodzi z punktu A, podąża ruchem spadającym i osiągając stan krańcowego wybrzuszenia, który jest jednocześnie orgazmem i upadkiem, znowu wznosi się aż ku mecie B, której usytuowanie jest symetryczne do punktu wyjściowego A: Ruch sił po szlaku wyznaczanym przez literę U jest ograniczony w stosunku do ruchu po trasie litery O (nawet jeśli, ma się to rozumieć, odbywa się równolegle z lewego krańca litery ku prawej i na odwrót), co jest jednocześnie jego siłą i słabością, w zależności od tego, czy człowiek woli dziką wieczność czy uporządkowaną ograniczoność. Sama ambiwalencja faktu, że po O występuje U wymaga ciągłych badań. Czy jest ten stan rzeczy klęską, czy może wybawieniem? A co dopiero począć z literą G, która następuje po U. Literą asymetryczną, o nadzwyczaj nieostrej płaszczyźnie znaczeniowej. Być może właśnie ta nonsensowność G jest znacząca, a jej wprowadzenie po literze U, mniej doskonałej ale w pewnym sensie bardziej racjonalnej od O, oznaczałoby sygnał, że chaos powraca,  zaczyna pchać się drzwiami i oknami… Jamesie Bough nie uciekniesz od niego… Ale tylko „być może” – bo takiemu twierdzeniu da się zarzucić pochopność. G ma bowiem, mimo wszystko, wyraziste składniki interpretacyjne. Do pewnego momentu przypomina zarazem U i (zwłaszcza) O, tylko że pod koniec trasy następuje gwałtowny zwrot zakończony zamknięciem. Tuż przed tym zamknięciem pojawia się dyskretny kącik prosty (może on być subtelną zapowiedzią katastrofy, którą zdaje się być litera H). Tak więc niepełne kolisko litery G nie zna racjonalnie pięknej, symetrycznej dwubiegunowości, zaś ogonek na końcu wydaje się być zapowiedzią śmierci. Zawęźlenie trwania. Finis operae. Może to jedynie proza spółgłoski przeciwko repetycyjnej poetyce samogłosek?

A co począć z B, z pierwszą literą nazwiska? Łatwo zauważyć, że litera B to dwie litery U nasadzone na tyczkę. To nasadzenie na pręt, o chyba fallicznym rodowodzie, pozbawia U otwarcia, ale równocześnie erekcyjna sztywność tyczki niweczy możliwość ruchu po okręgu: B nieskończenie daleko jest od O, mimo że może sprawiać podobne wrażenie w tym, że jest formą zamkniętą, linii jej w żadnym miejscu nie dziurawi pustka. Tak więc B to dwie litery U zwrócone o 90 stopni, uwięzione (ktoś jednak by powiedział uporządkowane) przez męskość pionowej laski. Charakterystyczne jest owo podwojenie wybrzuszenia. Czy chodzi tu o parodię: komediant oraz jego równie śmieszny sobowtór? A może jednak to symbol chorobliwego rozdwojenia jaźni? A może jest w tym ukryta dawka optymizmu: coś jak dwa życia w grze komputerowej (optymizm ten, rzecz jasna, też może być parodystyczny)? Czym jest litera H wieńcząca nazwisko? Z jakich przyczyn w tym celu wybrano jedyną literę pozbawioną wybrzuszeń? H – orgia kątów prostych, a zarazem litera w ogóle niewymawiana w niektórych językach, np. francuskim i hiszpańskim, nie zawsze wymawiana w niemieckim. „Cherchez H” – Arthur Rimbaud: o tym Bough coś słyszał. Czyżby moje życie miało zmierzać ku niemożliwości, czyżby jego dojrzałość miała się wyrodzić w autyzm albo lunatyzm? – zastanawiał się pod koniec pierwszego kwartału roku 1997.

Tyle tropów, tyle groźnych, wieloznacznych powiązań, nie do ogarnięcia.

Przez pierwsze lata wystrzegał się jakiegokolwiek „rysownictwa” – ciągłe zapisywanie imienia i nazwiska miało tylko i wyłącznie wyzwalać skupienie analityczne.

Później jednak próbował imitować bardzo różne czcionki.

…Gotykiem… potem technicznym pismem à la szyldy modernistyczne z lat 30-ych… czasem niby-dziecięcymi kulfonami… To nie było twórcze.

W końcu stwierdził, że nazwisko jego wymaga bardziej jawnie plastycznych asocjacji. Może zatem rysowanie imienia i nazwiska, które od 1992 roku podejmował (mniej więcej co trzeci-czwarty dzień obierał taką konwencję) pomoże naprowadzić go na trop.

O jaką gałąź, o jaki konar chodzi? James Bough próbował zapisywać swe imię i nazwisko w taki sposób, by krój czcionki przypominał żywą, dorodną zieloną gałąź drzewa liściastego. O niedoczekanie! Konsekwentnie pismo jego zmierzało w stronę ciernistego kłącza, nie jedno drzewo, ale wiele drzew połączonych w jeden oniryczny niby-kłębek, nie jeden konar, lecz tysiące, mrowie. To przypominało mapę pogmatwanego ujścia rzeki, układ nerwowy bądź krwioobieg.  Tą drogą doszedł do wniosku, że jest istotą pełną drobnych intensywności, szybkich transmisji tu i tam, chaosem krążenia i napięcia.

James Bough nie uważał się nigdy za artystę, musimy to zastrzec wyraźnie. W żadnym wypadku nie zaliczał swych dzieł do domeny wizualnych sztuk, nawet jeśli – jak wskazano wyżej – estetyka od pewnego momentu zaczęła odgrywać w jego badaniach ważną rolę. Słyszał o pracach polskiego artysty Romana Opałki, widział nawet je w jakimś muzeum, to było chyba we Francji, tak w Południowej Francji (chyba w Nimes) na wakacjach. Nie dostrzegał jednak żadnego powinowactwa między nim a sobą. Fakt, przez moment zafrapowały go te rzędy maczkiem zapisanych cyfr; po dość intensywnej ale krótkiej zadumie doszedł atoli do wniosku, że nie ma w tym niczego szczególnie interesującego. Generalnie James Bough chodził na ważniejsze wystawy w National Gallery, Tate Britain czy Tate Modern, zwiedzał ważniejsze kolekcje sztuki podczas wycieczek zagranicznych, ale nie był wielkim miłośnikiem grafiki czy malarstwa; jeżeli coś zrobiło na nim wrażenie, to pejzaże Turnera, nenufary Moneta i słoneczniki Van Gogha. A także, no jasne, Mona Lisa i Sąd Ostateczny z Watykanu. Można śmiało powiedzieć, że gust miał „tradycyjny”.

Bough na początku chował swoje zapiski w starej furgonetce, potem najął opuszczony magazyn gdzieś pod Milton Keynes.

Już późno. Zaraz pęknie mi głowa (James Bough, dziennik z 20 października 1996 r.)

 

21 listopada 2014 r.

 

Spośród wszystkich snów najbardziej niebezpieczne dla stabilności psychicznej, przede wszystkim stwarzając największe ryzyko pomieszania jawy i złudzenia, nie są moim zdaniem koszmary ani wizje skrajnie odlotowe, tylko (na szczęście rzadkie u mnie) przypadki snów absolutnie realistycznych, zwyczajnych, w których nietypowo nie istnieje nic, żadne odkształcenie, żadne udziwnienie charakterystyczne dla logiki marzeń sennych, wskazujące na to, że akurat śnimy.

Największe pomieszanie może dopaść w momencie, kiedy te sny realistyczne dotyczą zdarzeń prozaicznych i drugoplanowych, których w życiu na jawie z reguły się nie zapamiętuje. To już może wprowadzić w poważny błąd albo w zamęt nerwowy kogoś zupełnie normalnego, człowieka, który raczej nie dałby się nabrać, gdyby mu przyśniło się w sposób realistyczny fikcyjne zdarzenie dotyczące naprawdę ważnych sfer jego życia: narodziny dziecka, ślub, pogrzeb bliskiej osoby itp.

Na przykład śni się tobie, że idziesz do kiosku po gazetę i po papierosy – tę samą gazetę, którą czytasz, te same papierosy, które ewentualnie palisz, idziesz o tej samej porze, o której naprawdę chodzisz zwykle do kiosku, wszystko jak w rzeczywistości, i to cały sen. Albo śnisz o tym, że spotykasz w kawiarni dalekiego znajomego, z którym witasz się i wymieniasz po trzy nieistotne zdania, o tym jak leci, czy w pracy dużo roboty, czy już byliście na wakacjach – przy czym jest to znajomy, którego naprawdę spotyka się raz na jakiś czas w tej samej kawiarni i zamienia z nim trzy absolutnie nieistotne zdania na tematy bieżące.

Ostatnio Ryszard Rzecz, mój bliski sąsiad i przyjaciel, przeżył chwile grozy,  po tym jak mu się przyśniło, w konwencji hiperrealistycznej, że wstał w nocy, żeby zakręcić kaloryfer, bo mu było gorąco, a po chwil znów wstał, żeby podkręcić kaloryfer, bo jednak było mu za zimno. „Niestety, mówił Ryszard Rzecz, w sezonie grzewczym przeciętnej nocy budzę się dwa razy: po to, żeby zmniejszyć oraz żeby zwiększyć centralne ogrzewanie, w różnej kolejności”. Dłuższej dedukcji wymagało ustalenie, że to jednak był sen.

Zastanawiam się, czy ten kontrast, zgodnie z którym najbardziej dziwne w pewnych sytuacjach jest to co zwyczajne, mógłby jeszcze dzisiaj, zastosowany do współczesnej sztuki, wywołać nowy ferment? Być może są epoki, w których dziwi nas przede wszystkim dziwność i epoki, w których bardziej dziwi nas całkowita zwyczajność. Gdybym miał pewność, w której teraz żyjemy, na pewno trochę więcej wiedziałbym o świecie.

 

20 lutego 2015 r.

W programie Kuby Wojewódzkiego wywiad z Polską. Polską jako kobietą. Żadną matką Polką, tylko państwem polskim, które przybrało figurę zupełnie atrakcyjnej (choć nie wiem, czy można teraz tak pisać) Pani w wieku na oko tuż po czterdziestce, no ale przecież musiała mieć ta dama już ponad 1000 lat.  Prowadzący jest wyraźnie stremowany, lecz w końcu pyta w swoim stylu „Który polski król, mąż stanu, dowódca… a może jednak artysta był najlepszy w łóżku?” Polska na to: „Wstyd przyznać, ale Generał Kiszczak”.

 

22 września 2015 r.

Syn znajomych jest teraz w trzeciej klasie prywatnego liceum. Właśnie zakuwa do pierwszej jesiennej klasówki dwie lektury miesiąca: powieść Bakunina pod tytułem „Mój Ocean Krwi” i fabularyzowaną biografię Antonina Artauda na ponad 700 stron napisaną przez zapomnianego czeskiego surrealistę, który wysadził się w powietrze w 1969 r., w rocznicę sowieckiej interwencji.

Czyżby „Inna Rzeczpospolita”, myślę sobie, była jednak możliwa?

 

***

 

Ryszard Rzecz się zwierza. Najbardziej erotyczne przeczucie, jakie go kiedykolwiek nawiedzało, pojawiało się, kiedy wracał sam do pustego mieszkania, między pierwszą a drugą po północy. Wydawało mu się, że ktoś obcy leży w jego łóżku, zagrzebany pod kołdrą aż po czubek głowy. Wyszukiwał wtedy w pamięci figur dawnych przyjaciółek, takich, z którymi łączył go krótkotrwały, pozornie drugorzędny, a jednak w głębi bardzo silny romans. Może kiedyś komuś dał swój klucz i teraz o tym nie pamięta? Może kiedyś coś obiecał komuś i zapomniał o tym? Było to tym bardziej podniecające, że mógł to być przecież, równie dobrze, włamywacz albo zwłoki jakiegoś bezdomnego ćpuna, który postanowił znaleźć sobie mieszkanie na ostatnią noc życia.

 

13 kwietnia 2016 r.

W jakiejś nowej knajpie w okolicy Alej Ujazdowskich, a dokładniej rzecz biorąc przy samych Alejach Ujazdowskich, na sztywnym bankiecie z okazji jej inauguracji (trafiłem tam nie do końca przypadkiem, ale pół-przypadkowo) miałem okazję porozmawiać z samym Barackiem Obamą. Mniejsza z tym, że mi zdradził kulisy kampanii: Demokraci stawiają na Berniego Sandersa; tylko na początku potrzebują lansować Hilary Clinton, bo zbyt wczesne faworyzowanie lewicowego kandydata mogłoby wzmocnić Trumpa. Ciekawsze było zdradzenie innego sekretu: Donald Tusk będzie miał problem, jeśli ktoś z PiS się o tym dowie. Od paru lat Tusk ma romans z Martyną Jakubowicz i dron CIA sfotografował ich pod samym Sejmem, jak bzykają się w krzakach.

To był rzecz jasna sen. Martyna Jakubowicz, co sobie po przebudzeniu przypomniałem, to ta od „W domach z betonu nie ma wolnej miłości…”. Przysięgam, że nigdy w życiu nie pomyślałem świadomie ani przez moment o Martynie Jakubowicz, postać ta chyba nigdy nie zagościła nawet przez ułamek sekundy w moich myślach (przynajmniej „świadomych”), chyba że wtedy, kiedy akurat leciała w radio. Naprawdę, nie wiem nawet, jak wygląda Martyna i nie wiem, czy to wiedziałem kiedykolwiek, bo chyba tylko ją słyszałem. W sumie nie tak  bardzo często myślałem o Tusku, a już na pewno nie o jego życiu prywatnym (prawdziwym albo fikcyjnym) i nie myślałem o nim w myślach bardziej intymnych, takich, jakie przychodzą np. przed zaśnięciem. O co może chodzić?

Zaprzestałem jednak analizy tego głupiego snu, ponieważ rzeczywistość na imprezie w Alejach była dostatecznie interesująca i to o niej głównie myślałem następnego ranka. Dwóch osiemnastoletnich pisarzy-amatorów posprzeczało się, a następnie pobiło (i to naprawdę mocno, każdy spuścił drugiemu ostry wpierdol) o zdanie następujące: „Kiedy kobieta twoich marzeń przyjmuje od ciebie zaproszenie na kolacje, myślisz, że będziesz miał ją odtąd na wieczność. Ale ona wtedy myśli tylko o kolacji”.

Świadomi  bardzo niskiej rangi tej „męskiej mądrości” byli jednocześnie przeświadczeni, że trafił im się bon mot, który będzie wiele razy cytowany i przejdzie do klasyki; dzięki temu staną się sławni. Nie będą ich co prawda cytować intelektualiści, nie będą ich cytować – nawet sarkastycznie – feministki, lecz raczej konferansjerzy kiepskich talk-show, ale zasięgi będą duże. Więc najpierw pokłócili się, kto pierwszy wymyślił to zdanie. Potem jednak doszli zgodnie do wniosku, że żaden z nich tego pierwszy nie wymyślił, bo to już zostało gdzieś wypowiedziane albo sfilmowane. Więc się posprzeczali, a następnie pobili o to, gdzie się ten banał pojawił po raz pierwszy. Jeden twierdził, że „kiedy kobieta twoich marzeń…” mówił na srebrnym ekranie bliski przyjaciel Humphreya Bogarta, zadurzonego beznadziejnie w Avie Gardner, drugi, że to fragment pomniejszego opowiadania Hemingwaya.

Chociaż nie piłem dużo, po bankiecie tak bolała mnie głowa, że znowu nie dałem rady włączyć filmu, który kupiłem we Francji, a mógł to być rarytas – średni metraż, który Jean-Paul Sartre wyreżyserował w latach 60-ych, z przeszło siedemdziesięcioletnim wtedy Chaplinem w roli głównej.

 

14 czerwca 2016 r.

W empiku przy rondzie De Gaulle’a w Warszawie nabyłem książeczkę ilustrowaną dla dzieci od lat trzech, sponsorowaną przez Ministra Sprawiedliwości, pod tytułem „Mój przyjaciel radiowóz”. Bajeczka mówiła o serdecznej przyjaźni grupy patriotycznych czterolatków z policyjną suką, której reflektory świeciły intensywnie i namiętnie niczym oczy ludzkie.

 

13 września 2016 r.

Byłem na kolacji u znajomych w Warszawie, piłem wino i opowiadałem jednej koleżance przedwczorajszy sen. Był on taki: trafiłem na jakąś imprezę z adeptami bankowości, początkującymi yuppiesami z londyńskiego City; działo się to na obrzeżach Notting Hill. Impreza zapowiadała się na orgietkę, ale szybko z tego się zrobiła drętwa posiadówka; dlatego, mimo że nie byłem zbyt pijany, zasnąłem na kanapie i przyśniła mi się wtedy krótka książka: rozważania Ludwiga Wittgensteina o „Czarnym kwadracie na białym tle” Malewicza. Obudziło mnie techno i zapamiętałem tylko sam początek: Wittgenstein zauważał, że prostota oraz oczywistość przynoszą umysłowi ukojenie, z wyjątkiem prostoty nadmiernej, a zwłaszcza oczywistości nazbyt oczywistych, które leżą u podłoża wszelkich rojeń i manii.

 

16 października 2016 r.

Prezes Prawa i Sprawiedliwości, Jarosław Kaczyński, w asyście poety Jarosława Marka Rymkiewicza oraz wicepremiera Morawieckiego, przemawia na zjeździe filozofów. W trakcie wystąpienia Jarosław Kaczyński wzywa do budowy filozofii suwerennej, która odzwierciedli i uwzniośli całą polską historię.

Mówił, że nie chodzi tylko o opiewanie przez polskich filozofów Powstania Warszawskiego. Mówił, że należy wywołać tu i teraz filozoficzne Powstanie Warszawskie. Odnaleźć filozoficzne pojęcia, będące filozoficznymi odpowiednikami barykad i butelek z benzyną, a także kanałów („bo taka, proszę Państwa, była nasza polska rzeczywistość”), za pomocą których przypuszczony zostanie atak polskiej oryginalnej myśli na reduty Leibniza, Kanta, Hegla i Heideggera. Tak samo polscy filozofowie oraz literaci, mówił Prezes, winni wywołać filozoficzne oraz literackie powstanie styczniowe przeciwko metafizyce Dostojewskiego i mistyce Tołstoja.

Rymkiewicz stał z tyłu zadumany. Najpierw byłem święcie przekonany, że to on jest autorem całego wystąpienia, ale prawdopodobnie byłem w błędzie.

W kuluarach premier Morawiecki mówił, że filozofia będzie „husarią polskiego myślenia”. To, co Morawiecki miał na myśli, o ile cokolwiek miał na myśli, było do przewidzenia. Można przyjąć, że według jego kryteriów na przykład Mariusz Max Kolonko stanie się „filozofem”. „Natomiast myśl Prezesa Kaczyńskiego jest wieloznaczna i kusząca niczym piękna przegrana u Becketta” – pomyślałem. Nawet jeśli walka z Heideggerem nie ma dzisiaj tak wielkiego znaczenia; Prezes przecenia Niemców również pod tym względem. Spojrzałem na Kaczyńskiego i wydało mi się, że popularność tego polityka może wynikać z podświadomej, kolektywnej sympatii do postaci takich jak Molloy albo Moran, których literatura polska się nie dorobiła, a przecież jest również literaturą kraju katolickiego, jak irlandzka.

 

3 marca 2017 r.

To był deszczowy ranek, korek na warszawskim Służewcu. Taksówkarz, z którym jeździłem od dawna, mniej więcej dwa razy w miesiącu, nagle zaczął mi się zwierzać, a może nawet przy okazji chciał zasięgnąć porady – kiedyś mu chyba powiedziałem, że studiowałem prawo. Mówił, że ma ogromny problem ze swoją korporacją. Warunki współpracy są wyjściowo dobre, udział w zyskach o wiele lepszy niż u konkurencji, ale z każdego kursu  musi sporządzać raport pt. „Sprawozdanie z przebiegu trasy i relacji z osobą pasażerską” – w wariancie minuta po minucie. Mówił, że nie jest w stanie zrobić więcej niż 5-6 kursów dziennie, bo potem musi spisywać do późnego wieczora rzeczone protokoły. Dlaczego w takim razie wciąż jeździł w tej samej korporacji? Proste, kiedyś robił znacznie więcej kursów i prawie w ogóle nie sypiał, mógł pisać do trzeciej nad ranem, o szóstej ruszał znów w trasę, ale ostatnio nie może sobie na to pozwolić. Pan Jan należał do ludzi w wieku nieokreślonym i w zasadzie niezmiennym. Kiedy zacząłem z nim jeździć na oko był sześćdziesięciolatkiem, wyglądającym na pięćdziesięciolatka, chociaż czasem, w trochę gorszym nastroju, wyglądał mi na pięćdziesięciolatka wyglądającego na sześćdziesięciolatka. Nic się jednak w tej materii nie zmieniło, mimo że pierwszy raz jechałem z Panem Janem w roku 2010, najpóźniej w 2011. Twierdził jednak, że bardzo postarzał się wewnętrznie – fizycznie i psychicznie.

Zafascynowany, a w każdym razie ciut zaintrygowany, zapytałem, czy są jakieś zapiski z moich kursów sprzed czterech lat, dajmy na to. „Oczywiście” – odparł. „Korporacja wynajęła odrębne archiwum, są już setki, a może nawet tysiące zapełnionych szaf i nic nie jest w stanie zginąć. Na wniosek firma Panu wszystko, co się Pana tyczy, udostępni. Opłata 50 złotych za każde pół godziny lektury akt w czytelni, do tego 10 złotych za fotokopię każdej strony”.

Stwierdziłem, że mogłoby być trochę niesamowitym doświadczeniem sprawdzenie, o jakich bzdurach rozmawiałem z kierowcą i gdzie dokładnie jechałem, powiedzmy w połowie maja roku 2013. Uznałem oczywiście te kafkowskie praktyki za okrutne dla nieszczęsnych kierowców, ale na swój sposób genialne literacko – nawet jeśli żaden z protokołów sam w sobie nie byłby dobrą literaturą ani nawet średnią literaturą.

Zrazu potraktowałem całą tę opowieść jako niesamowitą, dziwną, a przy tym interesującą. Po chwili jednak pomyślałem, że Jan kłamie, mówiąc przy tym prawdę. Nigdy nie wykonywał takiej pracy dla żadnej firmy taksówkarskiej, ale kiedyś wykonywał pracę dosyć zbliżoną dla nieco innego mocodawcy i teraz gryzie go sumienie, lecz nie chce mówić o tym wprost. Tym fachem parało się całkiem wiele osób i nie było w nim wiele z powołania artysty. Był szpiclem służb specjalnych.

 

5 maja 2017 r.

Zbyt mało ludzi mówi o tym (niektórzy nawet nie wiedzą), że oprócz alterglobalistycznego ruchu oburzonych powstała również międzynarodówka oKurzonych.

„Okurzeni” są to wyznawcy pokrytych kurzem zapomnienia poglądów, które stosunkowo niedawno temu były w trendzie (nie dawniej niż dwadzieścia pięć lat temu, chociaż, jak się zdaje, powinny z drugiej strony nie być nowsze niż sprzed kilku sezonów). Od pop-kultury aż po politykę.  Do okurzonych zaliczają się między innymi osoby, które w dobie początków przemysłu DVD oraz Internetu uważały, że zmodernizowane kasety VHS wciąż mają wielką przyszłość, ci, którzy w połowie lat 90-ych byli przekonani, że to nie Nirvana albo Radiohead będą symbolami dekady, ale 4 Non Blondes, Ugly Kid Joe, Babylon Zoo i  Blind Melon… i wciąż tej muzyki słuchają. W Polsce klubiki okurzonych stworzyli na przykład wyznawcy diety tłuszczowej doktora Kwaśniewskiego oraz ci, którzy na przełomie roku 2004 i 2005 przewidywali długie i względnie harmonijne rządy koalicji PO-PiS, kierowanej przez Jana Marię Rokitę.

„Okurzeni wszystkich krajów, łączcie się”? A może właśnie okurzeni są skazani na to, że się  nigdy nie złączą w większą masę? Pomimo tego (a może właśnie dlatego), że przecież wszyscy jesteśmy przynajmniej trochę okurzeni. Co więcej, żaden człowiek, który nie był nigdy zwolennikiem ani jednej dzisiaj już zupełnie okurzonej koncepcji, nie uchwyci nic naprawdę ważnego z naszej aktualności.

 

27 października 2017 r.

Zajcew, moskiewski historyk sztuki, od ćwierćwiecza na emigracji w Amsterdamie, kumpel Wiktora Pielewina, pisze, że czasie wojny domowej w Rosji w guberni tambolskiej wyłoniła się ekstremistyczna i awangardowa frakcja bolszewików, rozstrzeliwująca za wytwarzanie oraz posiadanie dzieł sztuki „tradycyjnych albo łatwo zrozumiałych (sic!)”.

Żeby się zabezpieczyć, chłopi malowali abstrakcyjne „bohomazy” w stylu Kandinskiego, a nawet późniejszego Jacksona Pollocka. Niestety wszystko przepadło w epoce Wielkiej Czystki.

 

12 stycznia 2018 r.

Dzisiejszy wieczorny seans był zasadniczo lekki. Ot, francuska komedia sprzed pięćdziesięciu lat, w stylu tych o żandarmie, drobnomieszczańska bądź mieszczańska, bez wielkich pretensji intelektualnych. Przełom lat 50-ych i 60-ych: trzydziestoletni półanalfabeta z rodziny prowansalskich Romów przyjeżdża do Paryża i podaje się za włosko-francuskiego księcia, potomka słynnej familii kolekcjonerów sztuk i znawcę awangardy. Zakłada agencję doradzającą początkującym malarzom i malarkom, jak zdobyć prawdziwą sławę. Działa całkiem przebiegle: nie może wydać się, że ledwie daje radę pisać, dlatego nie udziela żadnych porad na piśmie, podbijając stawkę. Tłumaczy, że wszystkie porady muszą  pozostać ściśle tajne i mogą być przekazane klientowi tylko w najwyższym zaufaniu – z ust do ucha. Hochsztapler udziela porad mało wyrafinowanych: np. jednemu malarzowi abstrakcjoniście (wysoki i pryszczaty okularnik z początkiem łysiny i długimi bakami) radzi, by używał dużo zielonego, bo „tego jeszcze nie było”: ani Mondrian, ani Kandinsky, ani Jackson Pollock w zasadzie nie używali zieleni. Pomimo tego, jak również mimo tego, że sprawa arystokratycznego pochodzenia jest łatwa do weryfikacji, przez kilka lat nikt nie nabiera podejrzeń: część klientów to co prawda bananowe dzieci bogatych nafciarzy z Teksasu, które najwyraźniej ubzdurały sobie, że będą „artystami w Paryżu” jak za czasów Hemingwaya i Gershwina; inni jednak to naprawdę poważnie rokujący artyści młodego pokolenia, formatu potencjalnie światowego – zwyczajnie przeżywają tremę przed poważnym debiutem i chcą się kogoś poradzić. W końcu oszustwo się wydaje… a sprawczynią donosu, jak to u Francuzów, jest zawiedziona kochanka… Tyle że większość artystów korzystających z porad „cygańskiego księcia” naprawdę zrobiła furorę…

A gdyby zrobić taki film w czasach dzisiejszych i potraktować temat trochę bardziej serio, a przy tym bardziej subtelnie, bez łatwej, wyświechtanej tezy, że sztuka współczesna albo świat sztuki to tylko czysta ściema?

 

20 listopada 2018 r.

Powtarzam sobie zeszłoroczny reality show pod nazwą  „Bracia i siostry”. Wybrane losowo pary wstępnie zakwalifikowanych uczestników płci obojga (koniecznie, taki był warunek, w realnym życiu jedynaków) miały przez pół roku udawać, że są rodzeństwem. Lepsza w tej roli osoba wygrywała samochód, a druga dostawała figę z makiem – uznałem, że to nieco sadystyczne.

 

2 grudnia 2018 r.

W Londynie niedawno temu powstał międzynarodowy kolektyw wydawniczo-artystyczny (w składzie, jakby to ujął niejeden komentator sportowy, „znalazło się miejsce dla Polaków”), który za stosownym wynagrodzeniem podejmie się napisania, a nawet opublikowania i promocji powieści, będących syntezą dwóch innych, już wcześniej napisanych – obowiązkowo klasycznych, choć w szerokim znaczeniu (obejmującym np. Lawrence’a Sterna czy Georges’a Pereca). Zobowiązywali się, że synteza będzie spójna – tak na poziomie fabuły, stylu jak i zwłaszcza przesłania. Inaczej można byłoby to łatwo w dzisiejszych czasach obejść i po prostu połączyć dwie książki na zasadzie collage.

Tylko w wyjątkowych przypadkach zastrzegają sobie prawo odmowy zleceń „oczywiście absurdalnych”. Po wewnętrznej naradzie podjęli się napisania w ciągu jednego roku – na życzenie pewnego starszego Norwega – syntezy fabularnej oraz ideowej  „Chłopów” i „Procesu”.

 

7 lutego 2019 r.

Mniej więcej w samo południe, przy drugiej, a może nawet trzeciej kawie czytałem felieton o francuskim matematyku (pochodzenia sefardyjskiego) z przełomu XIX i XX w., Danielu Alfatar: opracował dopiero niedawno temu docenioną teorię seryjności, na podstawie której można podobno oszacować naukowo powtarzalność nietypowych zdarzeń w danym przedziale czasu. Na przykład z góry ustalić, ilu faworytów przegra na mundialu, przewidzieć, czy zamach stanu w kraju A zapowiada trend siłowych zmian władzy w większej części globu, czy będzie odizolowany.

Poza tym Alfatar miał własną wizję nadczłowieka:  miał być syntezą małomiasteczkowego aptekarza i żółwia z Galapagos. Szalony naukowiec został teraz uznany za umysł rangi niemal Einsteina, ale też od razu podniosły się sceptyczne głosy, że jego równania nie działają i był nikim więcej jak tylko protoplastą freaków postmodernistycznych. Żółw zepsuł reputację?

O piętnastej zaszedłem na otwarty wykład z makroekonomii dotyczący teorii bilionizmu. Hasło zapowiadało się dosyć intrygująco. Wydawało mi się, że w bilionizmie chodzić może tylko o teorię, zgodnie z którą bezwzględne ruchy finansowe na wielką skalę, np. działania banków inwestycyjnych, chiński eksport, Google, Microsoft… są nacechowane zupełnie inną logiką od przeciętnych, a nawet znacznych transakcji. Ale to było coś bardzo skomplikowanego i rewolucyjnego. Nic z niego nie zrozumiałem, a wykład był rzekomo przeznaczony dla laików. Co ciekawe, w jego trakcie nie padła żadna liczba, nawet słowo „bilion” pojawiło się tylko jeden raz, na samym początku. Uznałem, że to najwyższy czas, by przestać się uczyć nowych rzeczy. Żadnych złudzeń!

 

12 kwietnia 2019 r.

Mało kto wie o tym, że Ernst Jünger w 1990 r. (wówczas przeszło dziewięćdziesięciolatek)  został sympatykiem i pierwszym zagranicznym członkiem honorowym Unii Polityki Realnej.

 

2 marca 2019 r.

W moim ulubionym antykwariacie na Filtrowej znalazłem „Seks partnerski” Zbigniewa Lwa-Starowicza; wydanie z lat 80-ych, które dobrze znałem z ukradkowych lektur w wieku lat 12 do 13. W zasadzie nie wiem, po co to wziąłem do ręki. Prawdopodobnie dlatego, że w lokalu pełnym różnych dziwnych książkowych rarytasów trochę mnie zdziwiła pozycja bardzo znana. Zaciekawiło mnie również, chociaż nie wiem dlaczego, ile za to śpiewają, a potem postanowiłem sprawdzić, jak mi się spodobają kultowe kiedyś dla mnie rysunki w rozdziale: „przegląd podstawowych pozycji podczas stosunku”, na których facet był całkowicie czarny, a kobieta bez żadnej skazy biała. Ale przecież to było w „Sztuce Kochania”, nie w „Seksie partnerskim” – przypomniałem sobie.  Zobaczyłem cenę i mnie trochę zdziwiła: 1000 złotych.

Zerknąłem na obwolutę, no i wyczytałem, że znany seksuolog jest nieślubnym synem Edwarda Osóbki-Morawskiego. Antykwariusz szybko wyjaśnił całą sprawę. Jego sąsiad, który przyniósł tę książkę, był w późnym PRL kierownikiem drukarni. Stryjek z Montrealu przesyłał mu dewizy, które wystarczyły na styl życia na owe lata wystawny. Rozkręcał właśnie firmę polonijną i pracę w zwykłej drukarni miał w coraz większym poważaniu. Drukarz, wyluzowany, po pijaku założył się z kumplami, że wypuści dwadzieścia egzemplarzy z owym błędem. To teraz białe kruki.

Historia z Osóbką-Morawskim jako rzekomym ojcem Zbigniewa Lwa-Starowicza była snem drukarza. Niestety, gorzko za to zapłacił.

„Nie, nie wylali go z pracy. Gorzej – mówił antykwariusz… – Proszę, o wilku mowa…”. Za szybą, po drugiej stronie ulicy, mignął nam stary zgarbiony dżentelmen z jamnikiem na smyczy i laseczką… Nie, nie przypominał Starowicza, nie przypominał również osóbki ani lwa, ale był podobny odrobinę do Lutosławskiego z okresu III Symfonii.

W pewnym momencie, mówi antykwariusz, coś go tknęło. W tamtych czasach drukarz nie potrzebował porad seksuologa, pożycie miał udane, a jego wymagania pod tym względem nie były wygórowane. „Więc dlaczego, myślał, miałem taki sen? Czy nie warto zbadać?”. Do dzisiaj nieszczęśnik chodzi regularnie do psychoanalityków, próbując, bezowocnie, wyjaśnić tajemnicę. Specjalista freudowski od razu zwrócił uwagę na kwestie podwójności. Dwa podwójne nazwiska. Wskazuje to na pokusę zdrady małżeńskiej oraz pożądanie potomka spoza związku, jak również pociąg do osób dwuznacznych moralnie, wywodzących się z elit obecnie skompromitowanych”. Bo przecież pod koniec PRL nawet władza nie przyznawała się za bardzo do epoki Bieruta i jej dygnitarzy. To jednak było banalne. Dzisiaj nasz delikwent uczęszcza na psychoterapię lacanowską, ale jak dotąd, a przecież lata lecą, nic z niej nie wynikło.

 

4 maja 2019 r.

W Monachium. Byłem głodny; kupiłem więc przy Viktualienmarkt od tęgiej pary w bawarskich strojach ludowych 2 bułki, 2 brzoskwinie i 2 jajka na twardo. Byłem zmęczony; z trudem skleciłem dwa zdania po niemiecku. Potem się okazało, że byli to Polacy.

 

22 marca 2020 r.

W moim sąsiedztwie tuż po świętach Bożego Narodzenia zamieszkali trzej bardzo eleganccy (nieomal identycznie ubrani) i bardzo mili panowie: dwaj bliźniacy i jeden do nich podobny, nieco starszy człowiek, wszyscy władający naturalnie polszczyzną, ale o wyglądzie raczej śródziemnomorskim. Podobno pochodzili z rodziny założonej w PRL przez algierskiego lekarza oraz polską lekarkę. Nie mogłem dojść do tego, czy to są trzej bracia,  w tym jeden wyraźnie starszy, czy ojciec i dwóch synów, których ów starszy spłodził młodo, bardzo młodo, na oko pod koniec szkoły podstawowej. Na dwoje babka wróżyła.

Nie wiedziałem, dlaczego aż tak mnie to zaintrygowało. Wystraszyłem się tego zainteresowania, a zwłaszcza jego bezprzyczynowości, aż tak bardzo, że pewnego dnia w sklepie, gdy o tym bez powodu pomyślałem, dopadł mnie atak paniki – jeden z kilku w życiu, najgorszy od wielu lat. To było jak katharsis: odtąd  trzej  sąsiedzi przestali być w ogóle interesujący, ale kiedy, mniej więcej tydzień później,  zobaczyłem, jak się wyprowadzają, poczułem duży smutek.

 

15 października 2020 r.

Niedługo po wybuchu kryzysu gospodarczego 2008 r., wywołanego upadkiem Lehman Brothers, w jednym z niewielkich stanów Nowej Anglii debatowano gorliwie nad instytucją małżeństwa z osobą prawną (firmą). Według projektu, który ostatecznie przepadł w miejscowym senacie niewielką różnicą głosów, miało być dopuszczalne takie małżeństwo, lecz tylko z jednym podmiotem w tym samym czasie – dostępne zarówno dla kawalerów, panien, rozwiedzionych, wdowców, jak i osób będących już w „klasycznym” (czyli z osobą fizyczną) małżeństwie. Przewidywano warunki następujące: żona czy mąż firmy, wybierani w transparentnym konkursie, musieli ją regularnie promować, na przykład w social mediach, nosić na ulicy firmowe gadżety, czasem stawiać się w sobotę lub w niedzielę na sprzątanie biurowca. W zamian za to mieli otrzymywać,  nie będąc pracownikami (nie wolno było być mężem ani żoną własnego pracodawcy), 500 dolarów miesięcznie. Specyficznym obligiem była zmiana imion, przynajmniej drugiego imienia na nazwę korporacji. Np. John Microsoft Smith, Linda Facebook Taylor. Były też rozważane warianty nieznacznie mniej platoniczne, lepiej płatne, polegające na świadczeniu usług towarzyskich zarządowi firmy bądź jej wybranemu personelowi; usługi seksualne miały być jednak surowo zakazane, przynajmniej oficjalnie, a w pozostałych przypadkach, w odróżnieniu od „zwykłego związku”, wszystko musiała regulować szczegółowa intercyza poświadczona przez notariusza: na przykład dziesięć wyjść na drinka z panią wiceprezes w każdym kwartale, ugotowanie  prezesowi dwunastu obiadów miesięcznie, wyprowadzanie pieska głównego księgowego trzy razy w tygodniu itp.

 

24 stycznia 2021 r.

Czytałem esej Joyce’a na temat błędów popełnianych przez artystów w dziedzinie ich stosunku do świata oraz własnego potencjału.

Zdaniem autora dwie sprawy, ściśle ze sobą powiązane, są kluczowe: po pierwsze ciało, po drugie perspektywa spojrzenia, której towarzyszą kwestie gestykulacji i mimiki. Przykładowo, blondyn może demonstrować swoją odmienność (albo jej się wstydzić) na południu Włoch, ale nie w Norwegii. Trudno człowiekowi niewysokiemu patrzeć z góry na innych (ale tym bardziej nie powinien nieśmiało spuszczać wzroku z miną drobnego wypłosza), za to człowiek bardzo wysoki jest czasem do tego zmuszony z przyczyn naturalnych, chociaż nie zawsze mu wypada pochylać się demonstracyjnie nad rozmówcą, z miną pełną władzy lub wyższości.

Problem polega na tym, pisał Joyce, że w sztuce to  „ciało” nie jest czymś dosłownym, jest raczej wypadkową temperamentu i nawyków (niekiedy u danego człowieka w życiu pozaartystycznym marginalnych), będąc zasadniczo niewidzialne, zatem autor może nie wiedzieć, ile waży czy mierzy jako autor, czy jest muskularny albo garbaty jako autor, czy jako autor jest brunetem, blondynem, aczkolwiek rzadko to ciało jest całkowitym zaprzeczeniem albo „oderwaniem” od ciała fizycznego („ciała cielesnego”) autora: niezgrabiasz często się łudzi, że jako twórca będzie Don Juanem, a salonowy trefniś człowiekiem głębokim – a to się zdarza tylko wyjątkowo. Poprawny, zadowolony z siebie i przy tym dosyć skromny typ mieszczański może z kolei zakładać, że jego ciało autorskie będzie sobowtórem ciała cielesnego, lecz to się przytrafia równie rzadko.

Nie ma przy tym w sztuce postur z góry „lepszych” i „gorszych”, każda jest wyjściowo tyle samo warta. Na czym polega więc ambaras? Porażka bierze się z nieodpowiedniego doboru perspektywy spojrzenia oraz gestykulacji i mimiki do postury; ponieważ „postura” jest tutaj niewidzialna, zdarzają się pomyłki i dlatego utwór może się nie udać. Żeby jednak sprawę bardziej skomplikować: są pomyłki-sukcesy (z niedopasowania ciała do jego gestów oraz spojrzeń wychodzi coś interesującego, prowokacyjnego czy awangardowego) i są sukcesy-porażki (postura i mimika są zbyt dobrze dobrane, brakuje w nich choćby cienia dysonansu, to twórcy akademiccy, zdolni naśladowcy, konformiści).

To ciekawe, myślałem, ale jakoś nie bardzo mi to pasowało do Joyce’a, który esejów chyba nie pisywał. Na szczęście szybko okazało się, że pomyliłem teksty: czasami to mi się zdarza, kiedy jestem czymś bardzo zainteresowany, a zarazem koszmarnie niewyspany. Nieznany tekst Jamesa Joyce’a mignął mi przed godziną w Literaturze na świecie, która wpadła pod łóżko, a ja myśląc, że czytam Joyce’a, zacząłem czytać fragment tekstu z pisma sądowego Palestra pt. „Wpływ muzyki Klaudiusza Debussy’ego na rozwój postępowania apelacyjnego”, podobno we Francji, mniej więcej od czasów Wielkiej Wojny, słuchali go pasjami sędziowie Sądu Kasacyjnego i był ten wpływ bardzo znaczny.

Autor tekstu, Jorge Ben, nie był brazylijskim piosenkarzem, ale Jerzym Bieńczykiem,  polskim notariuszem, podobno ćwierć-hiszpańskiego pochodzenia (wnuk azylanta-komunisty z okresu PRL?). W tekście pojawiła się później ciekawsza propozycja. Jak twierdzi autor, w życiu prywatnym i w sztuce – a chodzi mu zwłaszcza o sztukę, którą jego zdaniem można dobrze zrozumieć tylko jeśli się zastosuje do jej analizy narzędzia oraz język prawniczy –  dawno temu wyróżniono już typy:

–  sędziów – mentor, ambicje władcze, ocenia surowo innych ludzi, aczkolwiek po rozważeniu argumentów wszystkich stron; twórczość uważa za misję publiczną, a nie za ekspresję własnej indywidualności, dlatego unika skandali, wszelkich maści „udziwnień”, ale również uproszczeń,

–   prokuratorów – to autor oskarżający ludzkość, bardzo dociekliwy, broni zasad, czasem jest zbyt surowy,

adwokatów albo pełnomocników – wysoki talent analityczny,  niekiedy potrafi osiągnąć prawie niemożliwe manipulując skutecznie kiepskim materiałem wyjściowym, dobry retor i efektowny stylista, trafnie dobiera środki do zadania, ale z reguły działa na zlecenie, np. autor tworzący na zamówienie prywatnych nomen omen mecenasów albo w ramach opłacalnej konwencji (np. autor kryminałów), nie gardzący pieniędzmi.

Są też twórcy, pisze poznański notariusz ukryty pod brazylijskim pseudonimem, którzy głównie czegoś żądają albo przed czymś się bronią:

powodowie, ewentualnie pokrzywdzeni – to autorzy domagający się uznania bądź zadośćuczynienia. Rzadko wypadają dobrze w swoim fachu, ponieważ łatwo popadają w skrajności, a spośród tych skrajności przypadek człowieka mającego słuszność nazbyt ewidentną rokuje jeszcze gorzej od pieniaczy, którzy, aczkolwiek wyjątkowo, bywają naprawdę ciekawi. Powód, jeżeli cokolwiek chce osiągnąć, musi mimo wszystko występować w sprawie indywidualnej. Powód broniący wyłącznie powszechnych wartości jest zawsze kiczowaty, od tego są wszak prokuratorzy.

pozwani vel oskarżeni – ludzie, którzy się bronią. Istotnie, pisze Jorge Ben, w sztuce pozwany z reguły zwraca większą uwagę od powoda. „Upraszczając można zauważyć, że wśród pozwanych najbardziej interesujący są oczywiście ci, których wina i niewinność to sprawy niejednoznaczne”.

Można wyróżnić nawet świadków: osoby, które wypowiadają się głównie w cudzej i wcześniej wszczętej sprawie, pozując na narratorów obiektywnych, choć przy tym fragmentarycznych. „Sztukę dzisiejszą, pisze Jorge Ben, cechuje dramatyczny kryzys twórców-świadków; praktycznie zawsze są to tylko średnio uzdolnieni kłamcy bądź manipulatorzy”. Zdarzają się też biegli – oto narratorzy prawie-wszechwiedzący, a jednocześnie zawili i analityczni, traktujący świat przedstawiony z zimnym i quasi-naukowym dystansem; nigdy się nie wdają w osądy natury moralnej (chociaż bywa, że tylko sprytnie je maskują). W tym gronie patentowanych nudziarzy z rzadka trafiają się geniusze.

Natomiast, podnosi Jorge Ben, nie zbadano dotąd  twórców apelujących. Są też bowiem ludzie, np. artyści, którzy się głównie od czegoś odwołują, wnosząc o rewizję dotychczasowych zasad. Dopiero po przegranej, ewentualnie wygranej w stopniu niesatysfakcjonującym, zaczynają grę – i tym się różnią (w sztuce) od powodów oraz od pozwanych. „Tutaj dopiero instancja odwoławcza staje się pierwszym aktem”. Klęska albo zwycięstwo pyrrusowe są tylko etapem przedwstępnym, z tym że przedmiotem apelacji może być albo spuścizna poprzedników, na przykład zastany trend bądź nurt albo dzieło własne. W tym drugim przypadku twórca apelujący ciągle koryguje lub samokrytykuje dawny młodzieńczy utwór, który prawdopodobnie nigdy nawet nie zaistniał. „Największy odsetek artystów wybitnych, choć niekoniecznie największy odsetek tych naprawdę genialnych, odnotowuje się właśnie wśród typów apelujących”.

Ciekawe, pomyślałem, ale od kogo, bądź od jakiej muzyki  wnosił apelację Claude Debussy, który wydawał mi się raczej optymistyczną odmianą nowatora; zwłaszcza autopogarda była mu całkiem obca. Może jednak po prostu od Wagnera?

„No a przede wszystkim – pomyślałem – dlaczego notariusz i pasjonat sztuki Jorge Ben vel Jerzy Bieńczyk nie wymienił typu artysty-notariusza?”

 

5 lutego 2021 r.

Przyjaciółka z branży medialnej, znająca świetnie arkana wszelkich produkcji oraz planów na przyszłość, zdradziła mi fabułę nowego formatu „Polskie piekło”; premiera nastąpi późną wiosną. Dostanie 100 tys. złotych każdy, kto przyprowadzi do programu „zawistników” tj. trzy rzeczywiście skłócone z nim osoby, które będą mu publicznie zazdrościły sukcesu (nawet jeśli żadnego oczywistego sukcesu nie osiągnął); stoczy z nimi pełną efektownych pretensji debatę o to, kto dla kogo był w życiu większą świnią i przekona w głosowaniu SMS ponad połowę głosujących telewidzów, że jest sympatyczniejszy od owych zawistników. Natomiast jeśli bohater przegra głosowanie, to najskuteczniejszy wśród tria hejterów, wybrany z kolei przez jury, otrzyma 70 tysięcy; zatem interesy zawistnej trójki też mają być rozbieżne.

 

13 maja 2021 r.

W drogim, niedawno oddanym do użytku apartamentowcu na skraju Górnego Mokotowa – mniej więcej 10 pięter, elewacja z piaskowca, ceny, jak sprawdziłem, 25 tysięcy za metr kwadratowy (penthousy na ostatniej kondygnacji jeszcze droższe) – zaoferowano lokatorom dostawy produktów z Żabki wprost pod adres. Jednak z uwagi na obostrzenia pandemiczne pracownikom Żabki nie wolno było korzystać z wind i klatek schodowych dla mieszkańców. Dlatego zatrudniono alpinistów; wspinali się po ścianach jak pająki z plecakiem pełnym produktów i pukali w okno. Obserwowałem ten spektakl z ulicy, razem z grupą przypadkowo spotkanych dalszych znajomych, choć to za dużo powiedziane w przypadku jednego człowieka, który w zasadzie w ogóle nie był znajomym: przez krótki czas, ładnych parę lat temu, tuż po studiach, pracowaliśmy w jednym open space.  Ten właśnie facet zwierzył mi się – kiedy mówił to, głowę miał mocno zadartą i z podziwem patrzył na „pająka” wchodzącego przez okno na dziewiątym piętrze – że jak tylko odwołają lockdown wraca z żoną do kontynuacji życiowego planu. Od pięciu lat objeżdżają wszystkie miasta na świecie, w których działa Costa Coffee, i robią sobie w każdej kawiarni identyczne selfie. „Tuż przed pandemią mieliśmy zamiar jechać do Kuwejtu, są tam dokładnie 43 lokale Costa; kraj jest mały, tym razem to miała być fraszka”. Zadanie jest dosyć trudne artystycznie:

„Nie tylko każde selfie musi powtarzać poprzednie, ale na dodatek żaden szczegół w kadrze nie może zdradzać choćby mikrośladów jakiegoś lokalnego kolorytu. Naszym celem jest tożsamość możliwie idealna, brak ewidentnych śladów jakiejkolwiek podróży, a zwłaszcza nastroju wakacji. No więc właśnie po to, żeby przybliżyć się do tego utopijnego celu, musimy naprawdę zaliczyć wszystkie kawiarnie Costa Coffee. Brak choćby tylko jednej będzie grzechem śmiertelnym”.

 

27 maja 2021 r.

U jednego ze zdolniejszych uczniów Pierre’a Bourdieu czytałem analizę, zgodnie z którą we Francji na  początku lat 50-ych spadła drastycznie liczba zadbanych ławek na peronach dworcowych. Po prostu były mało popularne, więc SNCF oszczędzał na ich konserwacji, a nawet czyszczeniu. Ba, niektóre zdemontowano. Miało to związek – jak ustaliły badania socjologiczne zlecone przez dyrekcję kolei  – z modną wówczas filozofią egzystencjalizmu, z teatrem absurdu i modą na hollywoodzki film noir. Wiązało się to z podświadomym przekonaniem, że człowiek jest wyalienowany i czymś niestosownym stają się bliskie rozmowy, w tym nawiązywanie nowych znajomości (platonicznych i nieplatonicznych) przez osoby siedzące blisko siebie. Naturalniejszą, a w pewnym sensie nawet bardziej humanistyczną, wydawała się wizja, że ludzie, w tym mężczyźni w trenczach oraz kapeluszach, zaczerpniętych z filmów z Humphreyem Bogartem oraz kobiety w typie femme fatale à la Ava Gardner, krążą, jedno koło drugiego, w pewnej odległości, niczym pół-marionetki u Becketta i przyglądają się sobie z pół-dystansu.

W tym krótkim okresie wszyscy oczekujący na pociąg, pomijając osoby starsze albo schorowane, oczekiwali pociągu na stojąco, a zwłaszcza „na chodząco”; siedzenie było w złym tonie; wydawało się przeżytkiem godnym pokolenia klęski 1940 roku.

 

4 lipca 2022 r.

Wieczorem do mojego mieszkania – musiałem niestety je mocno przemeblować, a nawet zmienić nieznacznie jego rozkład – przybyło dwóch aktorów w wieku między pięćdziesiąt a sześćdziesiąt lat, z których jeden był również tłumaczem z angielskiego. Mieli zagrać polską prapremierę awangardowej nowojorskiej sztuki.

Zgodziłem się na to na jakieś imprezie, gdzie kręciło się trochę znanych osób ze świata teatru, ale ja tam nie byłem nikim znanym, pomimo dwóch-trzech epizodów z teatrem. Chodziło o to, żeby wystawiono tę polską prapremierę w prywatnym wnętrzu, nie na scenie. Taki był wymóg autora, podobno urodzonego w Polsce. Reszty nie pojmowałem. Dlaczego akurat ja? Być może działała tutaj owa cecha świata sztuki, którą już kilka razy zaobserwowałem: autor wymagał premiery w mieszkaniu człowieka zupełnie przypadkowego, lecz w praktyce tę rolę everymana mógł zagrać tylko ktoś przynajmniej minimalnie osadzony w środowisku.

Kiedy przyszli, a umawialiśmy się dopiero na następny dzień (mogło przecież mnie nie być), byłem jedynym widzem… Mogłem byłem przecież zaprosić parę osób, gdybym wiedział wcześniej… Osoba, z którą pomieszkuję, właśnie wyszła. Zdarzenie było w ogóle kłopotliwe.

Dlaczego nie nagrywają ani nie filmują (chyba że robią to z ukrycia, w takim razie brzydko, że bez mojej zgody)? – myślałem w trakcie spektaklu.

Dlaczego mówią tak cicho, że nawet ja ich nie słyszę? Wyraźniej słyszałem tylko dwa zdania. Pierwsze: „Nie będziemy dzisiaj rozmawiać o Holocauście”. Drugie padło po tym, jak usłyszeli  klakson samochodu tuż pod moim domem (typowe maniery sąsiada, dobrze poznaję ten klakson, to nie było przez nich ustawione). Jeden z nich od razu rzucił: „FBI. Chyba o wszystkim wiedzą.” – Czy ono było w tekście?

 

12 lipca 2022 r.

Obejrzałem fragment (obowiązki gnały) sitcomu pt „Boomer”, reklamowanego jako hołd dla Benny Hilla z domieszką poszukiwań Jean-Luca Godarda. Scena, którą widziałem, była następująca.

Tytułowy Boomer, w rzeczywistości czterdziestolatek, przyjeżdża do hotelu, bodaj w Rzymie – to znaczy niby na pewno w Rzymie… widziałem Schody Hiszpańskie… ale nie miałem pewności, czy film nie był aby nakręcony w studiu, nie w naturalnej scenerii – niczym w epoce starego Hollywoodu.

Mimo że dzielnica była ekskluzywna (rejon Via Condotti) okazało, że Boomer przez pomyłkę (a może nie miał pieniędzy?) trafił do hostelu, zamiast do hotelu; hostelu z jedną tylko dzieloną łazienką na pierwszym piętrze, w której zamiast prysznica była stara wanna. Boomer widzi kolejkę i otwarte drzwi; dostrzega głowę osoby wystającą z wanny.

Okazuje się, że ludzie czekający w kolejce na swą turę – a są to osoby na ogół tylko trochę młodsze od głównego bohatera – czekają w środku, tuż przy osobie kąpiącej się, niemal wchodząc na wannę. Szkopuł – to jest druga sprawa – polegała na tym, że osoba w kąpieli była całkiem ubrana (co prawda w letnie ciuszki, ale jednak).

Młody człowiek o natchnionym wyglądzie tak tłumaczy ten zwyczaj głównemu bohaterowi. Z uwagi na oszczędzanie wody, kąpiący nie może się zamykać, bowiem obecność  „kolektywu” działa mobilizująco na skrócenie czasu używania wody. Ponieważ jednak prywatność wszystkich osób musi być chroniona, wprowadzono zakaz kąpieli w negliżu.

Boomer na to mówi:  „Mili, w moich czasach zasady były logiczne. Nie mam zamiaru kąpać się w garniturze. Wyjdźcie, zwłaszcza jeżeli chcecie i zamknijcie drzwi, obiecuję że w trzy minuty skończę”. Słyszy w odpowiedzi: „Ok, Boomer, mamy w trąbie Twoje dziaderskie mądrości”. Chcą jednak mu ustąpić, ale wtedy Boomer patrzy w lustro, wygląda starzej niż myślał i czuje zażenowanie, gdyż powiedział „Mili”, a zwłaszcza dlatego, że nie tylko powiedział, ale nawet pomyślał „w moich czasach” – a przecież Boomer dotąd siebie uważał za osobę mimo wszystko na czasie, za osobę żyjącą realnie w swoich czasach, w czasie teraźniejszym.

„Jest lipiec, w Rzymie mamy upał, ciuchy prędko wyschną”. Wchodzi do wanny w  marynarce (buty jednak zdjął), odkręca prysznic i po raz pierwszy od dawna czuje się zrelaksowany.

 

23 września 2022 r.

W ankiecie międzynarodowej, zacytowanej jak gdyby ukradkiem, drobnym drukiem, pod koniec nowego numeru Literatury na świecie, niejaki Leonard Moog został uznany jednogłośnie za największego żyjącego literata. Drugie miejsce zajął włoski poeta; tak go zachwalano: „jest jedną z nielicznych w tych czasach osób, które potrafią odróżnić i opisać smak każdej odmiany jabłek” – ale Włoch najwidoczniej nie umywał się do Mooga, o którym mogłem przeczytać tylko tyle, że ma dziś około siedemdziesięciu lat, po marcu 1968 r. wyemigrował z Warszawy do Nowego Jorku. To mnie zaciekawiło – czy możliwe, żeby pisał po polsku? Wątpię; w każdym razie sondaż nic o tym nie wspominał.

Kilka dni później wpadłem na Ryszarda Rzecza, który, jak się okazało, od dawna ma obsesję na punkcie Leonarda Mooga. Powieści Mooga nie zostały nigdy opublikowane, chociaż są napisane i znalazły uznanie wielu autorytetów. Moog jest przypadkiem bardzo niedzisiejszym, chociaż też nie wczorajszym. Być może, mówi Rzecz, ten siedemdziesięciolatek jest przypadkiem jutrzejszym. Pynchon i Salinger nie dorównują mu w próbach eskapizmu, a może też snobizmu. Prawo do lektury Leonarda Mooga mają tylko wybrani. Muszą zobowiązać się do ich nierozpowszechniania w jakiejkolwiek formie pod karą umowną co najmniej 100 000 $; bogatsi czytelnicy są odpowiednio surowiej traktowani. Lektury odbywają się w prywatnym mieszkaniu w rejonie Hudson Yards na Manhattanie.

Raz na jakiś czas wtajemniczone grono jurorów – kilka osób z Polski ma autoryzację – urządza konkursy na zdobycie uprawnienia do lektury Mooga. Kandydat albo kandydatka muszą być osobą oczytaną, ale nie mogą być autorami ani artystami, co jest skrupulatnie badane (naturalnie, jeśli ktoś pisze naprawdę tylko do szuflady, jury może o tym nie wiedzieć, chyba że się mylę). Należy przedstawić rzetelny wykaz majątku, dla uprawdopodobnienia, że w przypadku podpisania umowy o prawie do lektury, zapłata kary umownej zostanie zabezpieczona – jest to przykre; przywilej bowiem mają osoby z klasy średniej, a w warunkach polskich przynajmniej średniej-wyższej.

Uczestnicy konkursu mają za zadanie wyśnić fabułę książek Mooga i biografię autora. Zwycięży człowiek, który wyśni utwory relatywnie najbardziej przypominające prawdziwe utwory Mooga, ale sam autor wymusił na kapitule specjalne uprawnienie dla osoby, która jego zdaniem dopuści się najbardziej interesującej lub najbardziej kuriozalnej pomyłki („A jeżeli Moog bezczelnie wykorzystuje owe sny do własnej pracy, naprawdę nie mając żadnej weny?” – pomyślałem, słuchając Ryszarda Rzecza, ale nie powiedziałem tego na głos).

Rysiek Rzecz miał swoje koneksje i został parokrotnie zakwalifikowany. Niestety, przeżywa ciężki kryzys, ponieważ dotąd nie wyśnił nic oryginalnego, przynajmniej jego zdaniem. Każdy z tropów był bardzo oczywisty. Raz Moog pisał parnasistowskie teksty w konwencji „wieży z kości słoniowej”. Innym razem w literaturze Mooga, ponoć marcowego emigranta z Warszawy, dominowały rodzinne i osobiste traumy, nie tylko związane z Shoah i antysemityzmem. Czasami wyłaniał się w snach Rzecza jako nowy autorytet intelektualny i moralny na przecięciu Camusa oraz Manna. Bywał również hybrydą Kafki i Celana. Bywał też krzyżówką Borgesa z Nabokovem. Co ciekawe, nigdy nie przyśnił mu się w konwencji joyce’owskiej, a przecież Leonard Moog kojarzy się dosyć naturalnie z Leopoldem Bloomem. 

Rzecz załamał się, że jego sny na temat Mooga – mniejsza już o nagrodę – są mało oryginalne i świadczą o powoli nadchodzącej starości.

Co do postaci Mooga – zwykle śnił się Rzeczowi jako starszy mężczyzna, istotnie pochodzący z Polski, natomiast jego życie osobiste oraz erotyczne różniło się w każdej odsłonie: czasem był samotnikiem, innym razem miał od lat tę samą małżonkę, tę samą jedyną miłość, którą poznał w Polsce, kilka miesięcy przed wyjazdem w jednym z liceów warszawskich, w innych snach był byłym seksoholikiem, hetero, gejem, bądź biseksualnym. „Straszne, pomyślał Rzecz, i w tym przypadku same senne banały”. Co prawda pewnej niedzieli Leonard Moog mu się przyśnił jako trzydziestoletni niebinarny Afroamerykanin, który całkowicie zmyślił tożsamość środkowoeuropejskiego imigranta, lecz ta odmiana w ogóle Ryszarda nie zadowoliła.

Tylko niewiele lepsze były sny o ekranizacjach powieści Leonarda Mooga. To były zakręcone  komedie – à la Michel Gondry, Wes Anderson czy Spike Jonze – z dodatkiem psychologicznego horroru w typie  „Lśnienia”. Raz, na szczęście tylko raz, wmieszał mi się klimat „Podwójnego życia Weroniki”.

Jak dotąd jury nie nagrodziło jego snów prawem do lektury. Myślał, że przynajmniej dostanie wyróżnienie specjalne za brednię interpretacyjną, ale i to się nie udało.

Nie powiedziałem koledze, że prawdopodobnie w moim mieszkaniu, kilka miesięcy wcześniej, wystawiono sztukę dramatyczną Leonarda Mooga. Sam nie wiem, jak to było możliwe.

 

29 listopada 2022 r.

W jednym z wywiadów raper Mata rzekł:  „Od zawsze inspirowały mnie brzmienia muzyki dawnej”, a cały internet od razu robił z tego bekę i tworzył memy: z Matą i Bachem, Matą i Vivaldim, Matą i Monteverdim, a nawet Matą i Orlandem di Lasso; w jednym memie było coś o sraniu. Żaden mem nie był w ogóle zabawny.

„Nie było nigdy na świecie niczego głupszego od inteligentów, którzy bawią się w memy” – pomyślałem.

 

22 sierpnia 2023 r.

Byłem wtedy młodszy, a nawet dużo młodszy. Skład gości na tej smutnej imprezie częściowo się pokrywał z redaktorami oraz autorami dwumiesięcznika Pole, ale jeszcze wtedy nikt najpewniej nie przypuszczał nawet, że dwumiesięcznik Pole kiedykolwiek powstanie. Po godzinie  zaczęła się zabawa. Siadamy w kółeczku; każdy dopisuje po pół strony do powieści, którą ktoś zaczął – nie wiem kto, czy był w ogóle obecny na imprezie, czy początek szkicu był już wcześniej gotowy – po czym czyta na głos swoją partię i przekazuje kartkę razem z długopisem następnej osobie.

Była to historia latynoamerykańska z początku lat 90-ych XX wieku. Przypadła mi kontynuacja epizodu, którego bohaterem był student zamieszkały w dzielnicy burżuazyjnej jednego z miast Ameryki Południowej. Wydawało mi się, że autorowi poprzedzającej partii chodziło o Santiago albo Valparaiso, ale klimat nie bardzo pasował mi do Chile, w którym kiedyś byłem – jednak bardzo możliwe, że to były tylko moje skojarzenia, a w rzeczywistości chodzić miało o inną metropolię, ewentualnie osoba, które przede mną to pisała, stworzyła „własne” miasto w rodzaju stolicy San Escobar bądź Mirandy z filmu Buñuela.

W każdym razie: student pisze list do kolegi w Londynie, w którym podnosi między innymi takie tezy:

Wielkim błędem ludzi Północy jest wiara, że upodobanie ludów globalnego Południa do intensywnych kolorów to dowód ich nieuleczalnego optymizmu i élan vital. W rzeczywistości obsesja na punkcie żywego koloru, zwłaszcza jeśli tylko jeden silnie dominuje – przykładem intensywny oranż ścian domów w mojej dzielnicy – jest często właśnie wynikiem znużenia oraz desperacji i stanowi pełne rezygnacji, dogłębnie minimalistyczne uproszczenie palety barw świata podobne do czarno-białej kliszy, której jeszcze pod koniec lat 60-ych używał rozmyślnie Sven Nykvist w filmach Bergmana; w rezultacie ta powtarzalność zmysłowych barw jest naszym odpowiednikiem, a nie przeciwieństwem, szarości bloków gdzieś pod Magnitogorskiem.

Zanim jednak bohater rozkręcił się z pisaniem listu, w którym miał zamiar wytłumaczyć mieszkańcowi deszczowego Albionu, iż rzekomy optymizm Latynosów to często zwykły pozór, wpadł mu w ręce legendarny list, który pięć lat temu wysłał do niego jego własny ojciec. Ojciec, w latach nastoletnich sympatyk Che Guevary, potem w miarę niegroźny i pomniejszy kolaborant wojskowej junty (niektórzy nawet mieli go za Wallenroda, chociaż to przesada), ostatnio, już za demokracji, senator partii konserwatywno-liberalnej, napisał do szesnastoletniego wtedy syna długi list, pisany wiecznym piórem, który wręczyła synowi służąca, mimo że ojciec pracował w tym czasie dwa pokoje obok, w swoim gabinecie. W liście ojciec przestrzegał wkraczającego wówczas w licealne życie syna przed szkodliwością palenia marihuany. Co bardzo ciekawe, najwyraźniej ojciec nie był silnie kontrolującym ojcem w realnym życiu, skoro w sprawie nielegalnych używek tylko apelował do rozsądku płomiennymi listami zamiast zrobić kipisz w pokoju dzieciaka.

W liście podpisanym jako

  Dr praw Lopez

  Senator Republiki,

  Twój Ojciec,

pisał, co następuje:

Wiem, że kiedy w piątek wieczorem razem z mą wierną żoną a Twą czcigodną matką wyjdziemy na spektakl premierowy do narodowej opery – grają w końcu moją ukochana „Łucję z Lamermoor” – zaprosisz kilku koleżków, a nawet jakieś panny i będziecie palić to występne ziele. Będziecie czytać mój list i śmiać się z niego do rozpuku, upaleni. Słowa „występne ziele” potraktuj jako prezent – życzę pysznych szyderstw z własnego ojczulka.

Mimo że jestem skazany na porażkę, postanowiłem użyć kilku niebanalnych argumentów, które jak mniemam już teraz trafią do Twego przekonania, nawet jeśli nie odwiodą Ciebie – tak naiwny nie jestem – od zapalenia skręta w nadchodzący piątek. Wiem przecież doskonale, iż samo zapewnienie, że jako nastolatek przeszedłem wymarzoną dzisiaj przez Ciebie drogę łatwych uciech skąpanych w oparach goszyzmu, a potem tej eskapady żałowałem, nie wystarczy…

Jakimi to niebanalnymi argumentami  Dr praw i Senator starał się przekonać syna, żeby nie próbował nawet miękkich dragów?

Dlaczego syn czytał list ojca sprzed lat pięciu z ewidentnym przejęciem, a nie dla czystej beki?

Miałem za zadanie rozwiązać ten dylemat. Przede wszystkim przyszła mi do głowy gombrowiczowska koncepcja, zgodnie z którą syn posłuchał rad ojca, nie tknął marihuany i wprawił ojca w szok nerwowy tym właśnie, że jego dziadowskie argumenty zostały w całości wysłuchane. Niestety, pomyślałem, że wypadałoby wprowadzić, na przykład w ramach retrospekcji, jakiś dialog, a ja mam bardzo rzadko wenę do dialogów, wtedy jej nie miałem i oddałem kolejnej osobie prawie pustą kartkę.