POLE / Nr 1 (4) / 2024

Karol Samsel


Równie bezsilnie, co u Cervantesa

Postmodernizm, modernizm, romantyzm – Słyk

Serialność przygód, wymienność oznak, powielanie przypadku – wszystko to stanowi o homogeniczności świata trylogii[1], oświadcza Krzysztof Uniłowski, mając, oczywiście, na myśli legendarną „trylogię zupną” Marka Słyka, kolejno – „W barszczu przygód”, „W rosole powikłań” i „W krupniku rozstrzygnięć” z lat 1980-1986. Jako jedyna zasada sensoproduktywna, „przypadek” sprzyja [tutaj] wzrostowi tekstowej entropii[2], dodaje do tego jeszcze krytyk. Możliwe, że ma rację, nie wykluczam tego, natomiast sąd dosyć dobrze do pisarstwa Słyka przystaje, na pierwszy rzut oka – przynajmniej. Mimo wszystko, nie daje mi spokoju ryzykowna myśl o usytuowaniu „trylogii zupnej” między filarami, tzn. dwoma najważniejszymi frontami nowoczesnej kultury literackiej: modernizmem oraz postmodernizmem. Da się w ogóle? I czy pomoże w tym dosyć poetycka, a przez to niejasna – gawęda Uniłowskiego o „serialności, wymienności, powielaniu”, „przypadku” oraz „entropii” jako… napędzaczach, akceleratorach stylu pisarza? Och, a zatem znów rozpoczniemy dyskusję o tym, kiedy Słyk „bywa” modernistą, kiedy zaś „jest”, zdecydowanie, tym drugim? Co, tak naprawdę, znaczą tajemnicze sformułowania Przemysława Kaliszuka, współczesnego badacza pisarstwa Słyka, który na ten właśnie temat, dwuznacznie, nieco jak Sfinks, stwierdza – ostatecznie efekty działań Słyka można postrzegać jako przekroczenie modernizmu, ale również jako jego krytyczną intensyfikację[3]. Wyśmienicie to brzmi, bo to bardzo wymowne i tak samo nośne. Szkoda jedynie, że na takim zdaniu tekst Kaliszuka się – niestety! – kończy. Można by tak opisać chyba wszystkich, nawet klasyków nieznających jeszcze formalnego doświadczenia postmodernizmu: chociażby Witkacego. Wygląda na to, że na wiele pytań będziemy musieli odpowiedzieć więc sobie – sami…

Postmodernizm i kombinatoryka matematyczna. Ten typ konstrukcji fikcji w dużym stopniu dominował w czasie, w którym „trylogia zupna” powstawała, a to głównie za sprawą nieocenionego OuLiPo, z którego wziął się Calvino, a którego poprzedził Roussel. Polski wariant tego „kombinatorycznego” postmodernizmu realizował na naszym gruncie Leopold Buczkowski: jego „Kąpiele w Lucca” pochodziły z 1974 roku i jedynie o 6 lat poprzedzały „zupne” pisarstwo Marka Słyka. Oczywiście – z podobnym rodzajem postmodernistycznego „zapatrzenia” w szkatułkowy autotematyzm oraz grę tekstów w tekście Słyk ma niewiele wspólnego, choć należałoby przyznać, że skojarzenia z Buczkowskim wzbudzał, słuszne – bez dwóch zdań[4]. Tymczasem – nie. Nie w wymiarze stosunku do literatury w każdym razie, bowiem Marka Słyka cechuje na tym terenie entropia, powiedziałby Uniłowski – żaden więc mniej, bądź bardziej, wymyślny „styl zero pisania”[5]. Intensywność – to to, co zainteresuje pisarza najbardziej – a czy jest ona możliwa na „skupionym” gruncie modernizmu? Bo na gruncie postmodernizmu – już jest możliwa – tak przynajmniej powiedziałaby większość…

Naturalnie, w swoim najgłębszym wymiarze pisarskim Słyk nie jest ani jednym, ani drugim. Pewną podpowiedzią jest to, jak wiele razy „trylogia zupna” została porównana do osiągnięć późnego pisarstwa Witolda Gombrowicza – szczególnie do„Kosmosu”oraz do jego pansemiotycznej struktury świata i Ja poznającego[6]. To sygnał chyba niebagatelny, bowiem okazuje się, że hermetyczna i głęboko wsobna (anty-)odyseja Słyka wzbudza bardzo fundamentalne, klasyczne, dyskursywne, patronalne, a nawet wysokoartystyczne – skojarzenia… „Wysokoartystyczne”, nawiasem mówiąc, bowiem Witold Gombrowicz to przecież twórca „wysokoartystycznego” postmodernizmu, właściwie postmodernizmu pełnego modernizujących tęsknot – a tak właśnie (jeśli wierzyć Kaliszukowi) jest również u Słyka…

Czy to oznacza, że jest albo też kiedykolwiek będzie materiałem na klasyka? Że Słyk jest potencjalnie dyskursywny? A kto miałby siłę – jacy czytelnicy, jakiego typu – wznieść wokół Słyka autonomiczny recepcyjno-krytyczny dyskurs? Czy popularni, którym zawierzył…? Na jakich zasadach zatem i dla kogo jest możliwa modernistyczna powieść przygodowa, czy też – żeby być bliżej Gombrowicza – kryminalno-przygodowa, gdzie język jest sprężyną przygód, ich wyzwalaczem, jakby mieszanką wybuchową, a jednocześnie jest on narzędziem prześwietlania przygód[7]? Może należałoby, zaczynając już zupełnie od początku, przywołać tutaj nazwisko Potockiego, albo i, jeszcze lepiej, związać Słyka z wolteriańskim dydaktyzmem filozoficznym, śmiało zasugerować nawet, że rodzi się tutaj – tak bez mała – postmodernistyczny aprioryzm, tyle że cały kantowski rozmach rewolucji poznawczej przy pomocy języka i literatury zasłania się umiejętnie prostotliwym Wolterem, tak, aby owa nie kłuła w oczy? „A priori rozrywką”? „A priori – narracyjnym schematem awanturniczym”? Brzmi to wyjątkowo apetycznie, tym bardziej jeżeli uzmysłowimy sobie, że tak oto działał literacki schemat rozrywkowo-popularny na całym swoim wysokoartystycznym przebiegu: „pracowały tak na siebie” już „Dzieje grzechu” i tak „pracował na siebie” całą swoją fabułą – zgęszczoną od filozoficznego pretekstu – „Kosmos”. Słyk mógłby do owego szeregu dołączyć, pod jednym warunkiem wszelako – że dołącza jako całkowicie wyjątkowy oryginał, jako – prawdę mówiąc – oryginał-radykał…

Jedna istotna uwaga, którą w jeszcze innym tekście (nie tylko o Słyku) sformułował Kaliszuk: Słyka nie interesuje pisanie jako forma wzniosłości[8]. To niebagatelne słowa, bo stanowią istotną korektę do tekstu Kaliszuka, który już przywoływaliśmy: oto okazuje się, wbrew temu, co zostało już zaznaczone, że „krytyczna intensyfikacja modernizmu” nie powinna odbywać się, nie tylko w „zupnej trylogii”, za wszelką cenę. „W barszczu przygód” – krótko mówiąc – nie powinno przypominać w żaden zasadniczy, koncepcyjny, ideowy czy strukturalny sposób ani „Kosmosu”, ani nawet jeszcze bardziej klasycznych „Dziejów grzechu”. Właśnie to lokowałoby pisarstwo Słyka na obskuranckiej pozycji, ponieważ powtarzałby obsesje modernistów[9], tak moglibyśmy odpowiedzieć, ale za Kaliszukiem, który odważnie orzeka, że mówimy tutaj o najdelikatniejszej chyba problematyce nowoczesnych narracji… niewyrażalnego i niewyrażalności… Gdzie zatem jest w narracji „zup” to, co niewyrażalne? Myślę, że ująć dałoby się to następująco. Słyk kreuje świat synkretyczny, ale i syntetyczny stylowo, w którym niewyrażalne jest domeną opisu postmodernistycznego, postmodernista miałby więc u Słyka za zadanie wykreować przekonujące praktyki opowiadania – domknąć niepełną rzeczywistość ekscesem, styl wreszcie tym ekscesem zastępować, eksces uczynić symbolem narracyjności – sam eksces (aberracja, osobliwość, lekkie wykolejenie) jest tutaj bowiem narzędziem typowo modernistycznym, to więc, co się z nim robi, czyli jak się go praktykuje – to będzie już trud „epickości” nowego typu, tej, która – uległszy postmodernistycznemu przeformułowaniu, wytwarza się nie gdzie indziej, ale jedynie na naszych oczach:

 

Słyk w nieco chałupniczy sposób przeprowadza intensywny kurs poznawczych teleologii literatury, a równocześnie wytrwale i metodycznie rozsadza tę naukę. Ostatecznie doprowadza do wyklarowania się intrygujących wniosków, że oto narracyjne praktyki nie są w stanie całkowicie domknąć Realności, mogą jedynie symulować jej skończoność i uchwytność. Ale to spostrzeżenie lokowałoby pisarstwo autora „W barszczu przygód” poniekąd na obskuranckiej pozycji, skoro właściwie powtarza obsesje modernistów. […] [Tymczasem] Słyka nie interesuje pisanie jako forma wzniosłości. Pozostaje właściwie jedynie przyjemność rozsmakowania się, ażeby nawiązać do kulinarnej trylogii Słyka, w samej czynności opowiadania[10].

 

Nie wiem, czy mowa tu jeszcze o „czynnościach opowiadania”, czy raczej: o czymś dalece skromniejszym? Nazwałbym je „czynnościami języka”, skoro zaburzone zostały nierzadko nawet układy zdaniowe, królują elipsa, hypallage/enallage, lub zwykłe formuły domyślne, dygresje, urwania, zacięcia, niesprawozdawczość, także nieopowiadawczość, jak w następujących dwóch fragmentach „Krupnika rozstrzygnięć”:

 

Świadomość wytracenia pędu, rozbicia w przysłowiowy puch idącego tyralierą ataku półkonników. Jedzony przez pewnego bufona słonecznik (a to w celu oduczenia się nałogu tytoniowego, przynajmniej zmniejszenia liczby wypalanych dziennie papierosów) przez ból rozłupujących łupiny opuszków palcowych (czy palecznych) doprowadza zjadacza do skrajnej rozterki. Bufon łamie się wprost pasjonacko, czy pójść do Urzędu Patentowego i wpłacić cztery tysiące sertów, potrzebnych jako wpłata za postępowanie patentowe, i ogłosić w Biuletynie Wynalazców swój pomysł dziadka do słonecznych łupin, czy nie. Jak zawsze, tak i teraz, bufon ów ma problemów mnóstwo[11].

Taplanie się w błocku przeciwreumatycznym, zamykanie sklepów w porze obiadowej, otwieranie restauracyj tylko na czas wyjątkowej kanikuły. Jak zawsze, tak i teraz podstarzały bufon wiele słów gorzkiej prawdy wmyca w swoje fantastyczne nominalne przygody; jak zawsze, tak i teraz domaga się spełnienia najoczywistszych marzeń każdego z nas. Długo ciągnie się w makaronie zawczorajszym, nie mniej długo ciągnie się w tak odległym, przepełnionym grzybami, barszczu wampirzyc. Lecz teraz, gdy grube krupy śniegu padają prosto na jego obnażoną, obandażowaną dziecięcymi wstążkami głowę, myśleć już nie potrafi, że to samo, co robi dzisiaj, robić będzie jeszcze przez z górą pięćdziesiąt wieczorów[12].

 

Eppur si muove… A przecież się dzieje… Tak można by powiedzieć, przeczytawszy obydwa sprawnie znarratywizowane fragmenty… Dlaczego więc powiadamy tutaj aż o konieczności zredukowania redukowania w zupach „czynności opowiadania” do „czynności języka”? Może dlatego, że jak przyznawał to Tadeusz Komendant – fabuła jest tym, co w zupach Słyka budziło i budzi zawsze najwięcej sprzeciwu[13]. A na tym przecież jeszcze nie koniec – Komendant mówi dalej o desperackim świadectwie kosztów życiopisania czy też desperackiej próbie sforsowania granic literatury (co jeszcze wymowniejsze), na samych „czynnościach języka” poprzestać nam więc wręcz nie wypada: „trylogia zupna” Słyka to – jednym słowem – „czynności życia”, nie tylko te Berezowe „czynności życia pisarskiego”, czyli „życiopisanie”, również bowiem to „czynności życia czytelniczego”: tego czytelnika, który podejmie próbę przyswojenia treści wszystkich trzech „zup” Marka Słyka kolejno: w masochistycznej wierności względem logiki pierwotnego procesu twórczego, a może nawet odpowiedzialności za tę logikę. Komendant właśnie taki tryb lektury podjął, o czym zdaje sprawę na łamach Twórczości, lecz dopiero z 1987 roku, jakby potrzebował czasu, ażeby dojrzeć do pełnego omówienia Słykowego opus magnum. Można może powiedzieć, że – z pełną świadomością – autor „Lustra i kamienia” odpowiada Słykowi niezwykle symetrycznie, proporcjonalnie, uczciwie – przeczytawszy, przeczytawszy wszystko – odpowiada więc „życioczytaniem” na „życiopisanie” (a ani jedno, ani drugie nie zna, nie powinno znać skrótów):

 

Prawie 1300 stron gęstego druku Słykowych zup czytałem długo, wydawało mi się niekiedy, że zbyt długo, gdy od zachwytu przechodziłem do znużenia, a często i irytacji. Ale Słyk, jak w „Krupniku” powiada, pichcił owe zupy 4 lata[14].

 

Nie sposób wagi owych wspomnianych tu już czterech lat przecenić – jak podkreśla Henryk Bereza. W Słyku jest coś bodajże jeszcze bardziej heroicznego niż w europejskim, „kombinatorycznym” postmodernizmie, niż w postmodernizmie amerykańskim, dodaje jeszcze, biorąc za przykład autora „Bakunowego faktora”:

 

Barth – bard postmodernizmu i „literatury wyczerpania” – ujmuje swoją narrację w cudzysłów, imituje – powiada – rolę autora. I to mu zasadniczo wystarcza. Nie wystarcza to jednak Słykowi, choć też ufikcyjnia fikcję. W owym „nie wystarcza” tkwi sedno jego pisarskiego zamysłu. Zamysłu, który polegał na tym, by – jeśli mu wierzyć, a ja wierzę w jego prawdomówność – cztery lata wypełnić nieprzerwanym pisaniem. Aby zrównać czas fabuły i czas narracji[15].

 

Co by nie mówić, to bardzo romantyczne i tą drogą podążając, ożywcze dla modernizmu, modernizm bowiem – Marek Słyk chyba przyznałby mi tutaj rację – wiarę w to, że w literaturze można tylko symulować skończoność i uchwytność, uczynił rodzajem „dewocji światopoglądowej” – ta zaś będzie wcale niemniej groźna aniżeli klasyczne przekonania o skończoności, uchwytności, zwartości, zamknięciu. Co gorsza, tę „dewocję” właśnie – w ramach mechanicznego dziedziczenia modernistycznych wiar – niekiedy przejmują na siebie postmodernizmy. Skąd w tym wszystkim romantyzm? Chyba z dwu różnych źródeł… Po pierwsze, „życiopisanie” jest samo w sobie romantyczne, pojęte jako postulat i pojęte jako praktyka – i w tym sensie „trylogia zupna” jest romantyczna – w wymiarze pozytywnych i utopijnych ideałów. Po drugie, samo zachowanie Słyka (nazwijmy je zachowaniem kreacyjnym, stylem jego procesu twórczego) jest romantyczne. To romantyczny postmodernizm… Przeciwstawiając się rozmaitym literackim „dewocjom”, zwłaszcza modernistycznej, tym wszystkim, wobec których jest w stanie wyrobić jakieś stanowisko, pogląd na sprawę, Słyk urasta do rangi współczesnego romantyka, ściślej: bohatera romantycznej w zakroju walki z formą. Tak samo romantyczny w swoich usiłowaniach był i Don Kichot. W odróżnieniu od niego Słyk dokonuje jednak właściwego rozpoznania – dalej, tak czy inaczej, jest, niestety, równie bezsilnie, co u Cervantesa. Na tym polega cała tragedia, chciałoby się powiedzieć (a przynajmniej dramat twórczy Marka Słyka jako autora – ujmijmy to – „postmodernistycznej formy pojemnej” „w wydaniu polskim”)…

 


[1]K. Uniłowski, „Twórca jako konsument. O trylogii Marka Słyka”, Rocznik Towarzystwa Literackiego im. A. Mickiewicza 1995 nr 30, s. 43.

[2]Tamże.

[3] P. Kaliszuk, „Kpiąca myśl i szaleńcza wyobraźnia. Niesamowite opowieści Marka Słyka”, Annales Universitatis Mariae Curie-Skłodowska Lublin-Polonia Sectio FF, 2015 vol. XXXII, s. 189.

[4]Prozatorskie eksperymenty Leopolda Buczkowskiego […] oddziałały prawdopodobnie na rozluźnienie spójności narracji i zastosowanie innych reguł jej osiągania. Tamże, s. 181.Zob. w charakterze kontekstu: A. Gołąb, „Zagadnienie spójności tekstu »Kąpieli w Lucca« Leopolda Buczkowskiego”, Pamiętnik Literacki 1979 nr 3, s. 205-218.

[5]Nawiązuję do słynnej książki Rolanda Barthes’a. R. Barthes, „Stopień zero pisania oraz nowe eseje krytyczne”, przeł. K. Kot, Warszawa 2009.

[6]Zob. m.in. P. Kaliszuk, „Kpiąca myśl i szaleńcza wyobraźnia…”, dz. cyt., s. 181.

[7]C. Dziekanowski, „Pisarz fantastyczny”, Miesięcznik Literacki 1989 nr 4, s. 67.

[8]P. Kaliszuk, „Dydaktyczno-rozrywkowe powiastki schyłkowego PRL-u (Anatol Ulman, Marek Słyk, Paweł Huelle)”, [w:]„1984. Literatura i kultura schyłkowego PRL-u” pod red. K. Budrowskiej, W. Gardockiej i E. Jurkowskiej, Lublin 2021, s. 170.

[9]Tamże.

[10]Tamże, s. 169-170.

[11]M. Słyk, „W krupniku rozstrzygnięć”, Warszawa 1986, s. 36 (część trzecia trylogii).

[12]Tamże, s. 74.

[13]T. Komendant, „Subiektyw”, Twórczość 1987 nr 7, s. 97.

[14]Tamże.

[15]H. Bereza, „Powtórzenie”, Twórczość 1980 nr 11, s. 97.