POLE / Nr 1 (4) / 2024

Piotrek Gawliński

Spacer po nowym świecie
(kolaż)

Midnight is where the day begins.

Jest więc północ. Reżyser Kachyňa słyszy pukanie do drzwi swojego domu, byłej kostnicy w uliczce Na Náspu[1] (w ciemności nie widać krzyży na dachu, można więc o tym fakcie zapomnieć). Otwiera i na progu widzi zupełnie obcego mężczyznę w stroju roboczym. Nikt w domu nie czeka na robotnika lub hydraulika, tym bardziej o tej porze. Zanim zacny reżyser cokolwiek z siebie wykrztusi, mężczyzna zacznie sam. Gość szuka swojego ojca, ma się z nim tu spotkać. Bez zaproszenia wpycha się do środka, nachalny typ.

Kim jest pana ojciec? – zdąży zapytać reżyser, zanim z trudem zatrzaśnie przed nim drzwi.

Katem zamkowym – usłyszy w odpowiedzi. Tej nocy reżyser już nie pośpi, tak jak okoliczne staruszki, które wczesnym rankiem wypełniają wąskie uliczki. Pod ręką ma innego artystę, pana Švankmajera (z miejsca, gdzie stoimy dobrze tego nie widać, ale to tylko kilka dachów od kostnicy Kachyni). Reżyser nie wytrzymuje i bladym świtem idzie się pożalić swojemu sąsiadowi. Ten nie ma dla niego czasu, bo wojskowi z pobliskich koszar znów zalali mu przydomowy ogródek, ale pani Švankmajerova sąsiada przyjmie i wyjaśni, że wszystko się zgadza. Ostatnio wpadła na ogrodzie na faceta odzianego w średniowieczny strój. Gapił się na nią spod łba. Nawet się nie przywitał. Jej męża to też niewiele dziwi. Jak może dziwić kogoś, kto na balkonie wystawił donice w kształcie głowy swojej i małżonki? Reżyser wraca do siebie, trochę uspokojony.

 

Po drodze mija pewien zastęp: siostry Žežulkove, dwie rude, piegowate, chude damy, nazywane przez miejscowych „kukułki”, prowadzą grupkę niewidomych dzieci z hradczańskiego przytułku, w górę ulicą Černínską, do fryzjera – pana Fialy, który wszystkich podopiecznych zaraz ostrzyże. Ich anielskie pukle mogłyby śmiało posłużyć jako materiał Švankmajerowi, ale nic z tego, pan Fiala po wszystkim zamiecie je energicznie i wyrzuci.

 

Dwie bliźniaczki w podeszłym wieku, schodzą w odwrotnym kierunku. Są identyczne, rozpoznać je można tylko o po strojach. Jedna jest przez cały tydzień ubrana jak dama, druga jak nędzarka – w łachmanach kroczy kilka metrów za siostrą. Po siedmiu dniach zamieniają się rolami.

Od samego rana ruch i zamieszanie wyrażone jest zapachami emitowanymi przez samozwańczych artystów: niedomycie, perfumy i parafina. Kurovský zwany Kurajdą, wprowadza jeszcze jeden element: lakier, którym na welurze utrwala kosmiczne krajobrazy. Chmura uwieczniająca przenosi się nad plac zabaw i bledną od tego bawiące się tam latorośle. Już biegną do Kurajdy rozzłoszczone matki. W jego zaimprowizowanej galerii dzień jak co dzień: ponętna, naga blondyna pozuje na kanapie, a jazzman Laco Déczi rżnie bez opamiętania na pianinie. Dwóch agentów StB przystaje przed domem. Chcą się dowiedzieć, jakim to zagranicznym gościom Kurajda sprzedał ostatnio dzieła. Zamiast informacji otrzymują żywy obraz: przytrute dzieci, ich matki, piękność odziana tylko w dźwięki. Nad tym wszystkim suszy się pranie.

 

Fotograf Vratislav Tachezy nie ma spokoju w kadibudce (latrynie) na podwórzu Domu Pod Rakiem. Wciąż ktoś wytrąca go z rozważań. Tak to już jest, kiedy ma się w życiu dwa zajęcia: pobieranie czynszu od mieszkańców i wypożyczanie harmonii na wieczorne zabawy. Co gorsza, fotograf dysponuje też drabiną. Ważna rzecz, taka drabina. Drabina to portal. Drabinę można przyłożyć do płotu i z podwórzy przejść na przylegające ogrody zamkowe, rozszerzyć sobie obejście, rozwiesić pranie, wyłożyć ciało do opalania, wprost na prezydenckich gruntach.

Ale dziś nie! – na całą ulicę słychać nawoływanie wielkiego, partyjnego towarzysza Nováka – Dziś na zamku oficjalna wizyta państwowa. Żadnych tyłków i łydek na kocach!

 

Malarz Anderle, niby to słyszy, niby nie. Wyciąga szkicownik i szybkim ruchem coś kreśli. Jak co dzień zostawia na drzwiach domu swojego przyjaciela, architekta Synka, wiadomość pisaną ołówkiem wraz z naszkicowaną, szpetną ludzką-nieludzką głową.

„Przechodziłem właśnie obok”

„Znów przechodziłem obok”

„Wkurwiasz mnie”

Wczoraj napisał:

„Jestem bardzo inteligentny” (dołączył twarz nader przygłupią).

Dziś koledze oznajmił (twarz dodając lubieżną):

„Pragnę cię”

I poszedł dalej w swoją stronę.

 

Młody chłopiec przystaje na rogu, bo w oknie domu zobaczył rozłożoną starą szopkę betlejemską z tektury. Szopka jest piękniejsza nawet od tej u kapucynów za rogiem, tak wiele w niej zwierząt i aniołów. Ten chłopiec to Sebastian. Ma blond włosy jak jeden z cherubinów przy żłóbku, nie dotknęły ich jeszcze nożyczki pana Fialy, ani nożyczki innych fryzjerów i jeszcze długo nie dotkną.

 

Właściciel szopki, grafik Suchánek właśnie wychodzi z domu, ociągając się bardzo. Sam postałby pod swoim oknem, wpatrzony w scenę narodzenia, ale musi ruszać do piwiarni Pod Złotym Tygrysem. Sam piwa pije mało i niechętnie, stara gwardia piwoszy wymiera jednak zbyt szybko i ktoś musi pełnić wartę przy kuflu.

 

Jakby zachęceni tym jego nieśpiesznym odchodzeniem, sąsiedzi wypełzają z domów i tworzą wieczorną procesję z dzbanami. Rozchodzą się do okolicznych hospod, by powrócić zaraz z piwem, pozostali rozstawiają stoły, kobiety przykrywają je obrusami, a ktoś znów biegnie za Tachezym, by pożyczył harmonię. Zaczyna się zabawa.

 

Dopiero kiedy wszyscy zasną zadowoleni i zmęczeni, do cichej uliczki wstąpi Helmut Newton, ustawi na kocich łbach młodzieńca i nagą dziewczynę, by zrobić im nocne zdjęcie. Dziewczyna stoi tyłem do fotografa, jej pośladki mają kształt owocu z szyldu winiarni „Pod Złotą Gruszką”. Ktoś jeszcze jest na tej fotografii, rozmazany na drugim planie, mały chłopiec-serafin (Sebastian? To ty?) wpatruje się w parę kochanków.[2]

 

Kto ich tu wszystkich zwiózł, zgromadził, spuścił jak kukiełki, do tej enklawy tuż pod bacznym okiem władzy na Zamku, by raz jeszcze udowodnić, że najciemniej pod latarnią? Jakiż to Wielki Animator pozwolił na to zagęszczenie artystów uznanych i samozwańczych, niebieskich ptaków, oblejmurków, błaznów w ulicy nędzników zwanej Nový Svět, Świat Nowy, bo tak inny od pałaców, konwentów pełnych złotych i koralowych monstrancji. Zamiatacz niedalekich zamkowych podwórzy, mieszka tu obok człowieka, który wymodelował popiersie Salvadora Dali. Domy nazwali wzniośle, ozłocili je przydomkami: Pod złotą gwiazdą, słońcem, gruszką, winogronem, krzewem i barankiem. Ale na sztukatora zabrakło już pieniędzy.

 

Nový Svět to wszędzie tu, gdzie w kilku małych, wąskich uliczkach, co godzinę rozlega się dzwonienie carillionu z Lorety od kapucynów. Tu gdzie w zapadlisko jakieś magiczne, kiedyś na końcu znanego mieszkańcom świata, wpadło 25 domów i domków. Kto to wszystko unieruchomił jak w formalnie? Od uliczki Na Náspu, potem w dół Černínską na placyk piękniejszy może od wielkich rynków, nie z ratuszem, ale chatą pokrytą gontem, w prawo do Nowego Świata idącego prosto wzdłuż prapotoku Brusnice. Z przylepionym długim murem po lewej, jak gotowa ściana galerii. „Uliczka z murem i nietuzinkowymi domami” napisał Google w swoich „Maps”, dodał kilka punktów w Globalnym Systemie Pozycjonowania i sądzi, że to wystarczy.

 

Żeby wszystko zobaczyć, trzeba stanąć wyżej, na murach zamkowych. Z góry lepiej widać.

Widok jest tak piękny, że ledwo mogę na niego patrzeć,

śpiewa tajwańskie duo, opiewając krasy Złotej Pragi.

 

Milan (centralny element kolażu)

 

Jest poranek i praski Łazarz, zostaje wskrzeszony przez pierwsze promienie słońca. Odwija wymęczone ciało z płótna malarskiego, robi krok przez parapet i już jest poza swoim grobem-domkiem, na ulicy. Na to wszystko z okna naprzeciwko patrzy sąsiadka. Patrzy, bo musi. Jest zbyt ciężka, by ruszyć się z okna i odejść, trwa więc tu i trwa. Jak kot. Tak właśnie zaczyna się dzień.

Tymczasem Łazarz wydostał się już ze swoich pieleszy i zaczyna pracę twórczą. Wszyscy go tu w sąsiedztwie znają, któż by go nie znał? Nazywa się Milan. Milan Knížák. Koleżanka udostępniła mu małe mieszkanie na Nowym Świecie. Do dyspozycji ma pokój trzy metry na trzy, bo w drugim pomieszczeniu jacyś murarze trzymają materiały. Nie ma łazienki, oświetlenie to lampa olejna, o ogrzewaniu też nie ma mowy. Milan nawleka na siebie warstwy ubrań, owija się dodatkowo w całun z płótna, żeby przespać choć kilka godzin. Specyficzny typ, jak były wybory, to do lokalu wyborczego na Zamku Praskim, udał się z kotem na ramieniu. Na murze ulicznym urządził galerię, wiesza tu jakieś obrazy olejne z przylepionymi częściami garderoby. Wystawia wszystko, co ma pod ręką. Starą muszlę klozetową umieścił na środku uliczki i regularnie na niej przesiaduje. Do wanienki wstawił ludową lalkę i pomalował jej piersi na czerwono. Niedawno wyszedł z wojska, przedłużonego z powodu kryzysu kubańskiego i postanowił w końcu spełnić swoje marzenie: zostać artystą. Do akademii sztuk pięknych przyjęty, ale nie szło mu na wieczornych kursach rysunku. Śmiali się z jego szkiców. Przestał chodzić do szkoły. Ale czy artysta to ten, kto bezbłędnie odwzoruje ciało kobiety, albo co gorsza jakiegoś starca? Można go przedstawić tak: wyciągnąć na ulicę łóżko, położyć na nie worek. Oto „Śmierć starca”!

Ugotuje garnek ziemniaków, postawi na oknie, by przechodnie mogli się częstować. Wszystko filmuje retro kamerą. Zapuści długie włosy i wąs jak u arktycznego morsa. Na dżinsową kurtkę (już sama dżinsowa kurtka mogła na ulicach oburzać) napisze „Aktual”. Actual art? A co to właściwie znaczy? Przesiadywanie na muszli? Sąsiedzi się już przyzwyczaili.

 

Teraz czas na resztę.

 

Na dziś przygotował wraz z przyjaciółmi coś specjalnego. Rozwiesił na okolicznych przystankach tramwajowych plakaty z zaproszeniem na Spacer po Nowym Świecie – demonstrację dla wszystkich zmysłów.

 

Do wąskiej uliczki wchodzi w południe kilkadziesiąt osób.

Stąd nie ma już odwrotu.

Każdy z uczestników otrzymuje przedmiot.

Buta, przybory do jedzenia, wazę, szklankę.

Przez cały czas musi przedmiot nosić ze sobą.

Uczestnicy prowadzeni są od punktu do punktu.

Mijają pomieszczenie z otwartym oknem.

W środku, przy stole siedzi facet i je.

Zostają wtłoczeni do małego pokoiku i zamknięci. (W notatkach Knížáka zapis od 5 do x minut. W zależności od ich reakcji i wytrzymałości. W pomieszczeniu wylane są perfumy. Dużo).

Zostają wypuszczeni.

Okazuje się, że to dopiero początek.

Idą dalej.

Na kocich łbach leży muzyk i gra na kontrabasie.

Na placyku pod chatką z gontem, cała grupa ustawia się w krąg.

W okół nich zaczynają

biegać,

krzyczeć,

przecinać krąg organizatorzy.

Jeżdżą wokół autami i na motorach (to według oficjalnego „scenariusza”, na zdjęciach z akcji widać, jak krzyczący Knížák sunie dookoła z taczką).

W drodze powrotnej mijają mężczyznę wstawiającego okno.

Po wstawieniu, znów je rozbija.

Na środku ulicy stoi kanapa.

Siedzi na niej kobieta i włącza radio tranzystorowe.

Ktoś podaje uczestnikom książkę, każdy wyrywa i zabiera jedną stronę.

Dochodzą do końca ulicy, oddają noszone przez siebie przedmioty.

Odchodzą.

Tak kończy się pierwsza, aktywna część.

Druga część demonstracji potrwa jeszcze 14 dni i jest dla każdego uczestnika inna.

Wszystko co mu się w tym czasie przytrafi, jest częścią demonstracji.[3]

 

To jest właśnie Aktual.

 

Najbardziej obeznany w zachodniej sztuce krytyk Jindřich Chalupecký, pojawia się na kolejnej z akcji na Nowym Świecie. Tym razem Knížák stłoczył uczestników w swojej izdebce, puścił z głośników jakiś jazgot, rozdał wszystkim świeczki i kazał malować dymem po suficie. Chalupecký zachodzi w głowę: jak ten młody Knížák na to wpadł? Sztuka poza galerią, w zasadzie antysztuka, współuczestnictwo, odrzucenie jej mieszczańskiego rozumienia, że artysta musi mieć dyplom i wystawiać w galerii, specyficzny humor i elementy zabawy. Przecież w tym samym czasie w Nowym Jorku zaczyna rządzić, założony przez Georga Maciunasa, „płynący” ruch nazwany Fluxus, który postuluje dokładnie to samo! Knížák nie mógł się o tym dowiedzieć z Rudego práva! Fenomenalne…

 

Chalupecký pisze do Stanów do performera Allena Kaprowa, informując, że w Pradze też już „pływają”. Knížák, będzie po latach twierdził, że jego demonstracje były dla Fluxusu bardzo inspirujące, cały on! W swoim bardzo słabym angielskim zaczyna korespondować z Maciunasem i spółką. Zostaje mianowany koordynatorem wschodnioeuropejskiej filii Fluxusu. Koordynator brzmi dość nijako, Knížák nadał więc sobie tytuł „dyrektora”, cały on! Tylko co w ramach tej funkcji miałby w zamkniętej Czechosłowacji robić?

 

Na początek napisze hasło „Fluxus” na oknie swojego przybytku i czeka na dalsze instrukcje. Z Nowego Jorku (z Nowego Świata do Nowego Świata) dostaje paczki z materiałami i filmami artystów Fluxusu. Po przesyłki musi chodzić do urzędu i otwierać je w obecności celników. Pewnego razu, w czasie takiej rutynowej kontroli, z kartonu wyskoczy wąż na sprężynie i rozrzuci w powietrze tysiące papierków z napisem „Happy FLUX year”. Koledzy z Ameryki mają poczucie humoru. Gorzej z funkcjonariuszami. Knížák jakoś jednak ich przebłaga. Wraca z filmami do domu i na pożyczonym projektorze ogląda flux. Odwiedzają go w pieczarze zagraniczni goście. Wizytę składa Alan Ginsberg. Jak się ten Milan miał nie odlepić?[4] – mentalnie i fizycznie od Nowego Świata, zniknąć z obrazka, odpaść z kolażu, kiedy od początku koronowane głowy, zachodzą tu, by szturchnąć go, odwinąć zaspanego z płótna, where are you from?

 

Czas iść dalej (lekko przedarty róg kolażu)

 

Ze „Złotej gruszki” (już prawie północ) wychodzi pisarz Pavel Kohout, prowadzi pod rękę Arthura Millera (prowadziłby Marylin, gdyby para się nie rozwiodła). Za nimi jak cień, agenci o rybich głowach i niepewnych ruchach. O kilka dekad później – w tym samym momencie – mija ich śpiesznym krokiem prezydent Václav Havel. Właśnie urwał się strażnikom zamkowym, by wpaść na kieliszeczek przed snem. Agenci StB, wpadają na agentów prezydenckiej ochrony. Nie dziw się, to jest bezczas. Bezczas to bursztyn. Double exposure.

 

Modelka Newtona jest jeszcze w ubraniu (modelka Kurajdy w ogóle się nie przyodziewa).

Zaraz rozpocznie się najpiękniejszy striptease w historii Miasta.

W drugim planie zakrywam oczy cherubinkowi.

Midnight is where the day begins.

 


[1]Skoro już jesteśmy na Hradczanach i długi czas spędziliśmy w pewnym starym mieszkaniu, to może warto pospacerować na powietrzu?

[2]Gdybym dorzucił jeszcze zwycięzcę Wimbledonu, tenisistę, który w swojej karierze reprezentował Czechosłowację, Protektorat, Egipt i Wielką Brytanię (lub astronoma z dworu Rudolfa II), to ju nikt mi nie uwierzy, że mogli się znaleźć na jednym obrazku.

[3]Czy nie tak powinniśmy podchodzić do każdego dzieła? Do każdego człowieka? Wszystko, co się nam przytrafi w ciągu dwóch tygodni, jest częścią demonstracji – podobnie jest z tekstem, którą właśnie czytasz.

[4]Za kilka dekad, będzie najbardziej znienawidzonym dyrektorem Galerii Narodowej, wielkim przyjacielem prezydenta Klausa, częścią establishmentu. To on (razem z Klausem) zostali ośmieszeni (wsadzeni do odbytów) w dziele „Brownnosers” Davida Cernego.