POLE / Nr 1 (4) / 2024

Piotr Chabiera


Wspomnienia

JEDYNAK

 

Nasza wieś nazywa się Szczytnik. Dlaczego tak się nazywa, nie wiem. Może dlatego, że wszystkie chałupy są do siebie podobne. Strzechy słomiane i łamane szczyty. Jak rodzone siostry. Wieś jest nieduża. Może z pięćdziesiąt zagród. Po kilkanaście drzew rośnie w ogródkach przy chacie. Rosną jeszcze krzaki bzu, a gdzieniegdzie kwiatki. Przy drodze stoją płoty z żerdzi albo ze sztachet. Każdy ma swoją studnie z żurawiem, co skrzypi jak stare wierzeje od stodoły. U Wojciechowskiego nie ma płota ani drzew przy chacie. Chata przechylił się na jeden bok i strzecha dziurawa. Mówią, że Wojciechowski jest biedny. Ale u niego przed chałupą jest sadzawka. Chodzę tam z dzieciakami łapać żaby. Ryb tam nie ma. Woda płytka, dużo szlamu i pijawek. Na wiosnę są kijanki. W maju na drzewach jest dużo chrabąszczy. Strząsamy je do wiadra z wodą i dajemy kurom. One to lubią. Jak jest ciepło, latam z dzieciakami po całej wsi. Nie raz babcia Teresa szuka mnie na obiad.

W domu mam jeszcze dziadek Franciszek z wąsami. Mam też tatusia i mamusię. Na tatusia wszyscy wołają Adamek, a na mamusię Olesia. Mam też siostrę Manię, co dopiero skończyła dwa lata. Mnie nazywają jedynakiem. Babcia Teresa powiada: „Twój pradziad Wojciech był jedynak, twój dziadek Franciszek był jedynak i twój ojciec Adamek jedynak, a ty Piotruś też jesteś jedynak”. Dlaczego oni wszyscy byli jedynaki i ja z nimi? Nie wiem.

Wszyscy w dzień pracują w polu, w podwórzu czy w ogrodzie. Mamusia w domu. Sprząta, gotuje i bawi Manię. Nieraz każe mnie kołysać Manię w kolebce. Nie lubię długo kołysać. Jak nie chce prędko zasnąć, uszczypnę Manię, żeby krzyczała. Wtedy mamusia bierze ją na ręce z kołyski. Uciekam na dwór. Wieczorem wszyscy schodzą się do domu, po kolacji matka usypia Manię i robi szydełkiem chustki z wełny. Ojciec oprawia książki. Babcia zmywa statki po jedzeniu, a dziadek siada na przypiecku i drzemie. Przed spaniem babcia uczy mnie pacierza. Codziennie rano i wieczorem muszę odmówić „Ojcze nasz” i „Zdrowaś Mario”. Kładę się spać. Śpię w kuchni z babcią. Oni przed spaniem mówią długie pacierze i śpiewają „Wszystkie nasze dzienne sprawy”.

Rano najpierw wstaje babcia i rozpala ogień pod kuchnią. Potem wstaje dziadek z ojcem. Idą na podwórze. Matka śpi jeszcze z Manią. Później wszyscy mówią pacierz i jedzą śniadanie. W zimie nie wypuszczają mnie na dwór, żebym się nie przeziębił. Muszę siedzieć w domu, przez okno wyglądam na dwór. Wszędzie biało. Ojciec i dziadek młócą w cepami stodole. Babcia robi krosna albo przędzie. Matka przy kuchni robi szydełkiem. Ja huśtam w kołysce Manię. Przykrzy mi się. Oglądam obrazki w „Zorzy”. Wielka to księga, że uradzić trudno. Ojciec zbiera wszystkie numery z roku i oprawia. Jest tam dużo obrazków. Dużo wojennych. Bo jest wojna japońska i angielska. Ojciec mi odczytuje napisy pod obrazkami. Zanudzam ojca pytaniami. Denerwuje się. „Muszę cię nauczyć czytać!” – powiada – „Sam będziesz wiedział co tam napisane”. Kupił mi elementarz „Promyka”. Dobry elementarz. Po paru tygodniach już nieźle sylabizuję napisy w „Zorzy”.

Wieczorami zimą przychodzą sąsiedzi. Przychodzi Wójcik, Krupa, Bartnicki, Zych, Gadaj, Radzio i Chabiera. Gadają o urodzeniu latosim, co będą siać na wiosnę, jak im krowy dają mleko i o polityce. Słyszę o wojnie japońskiej. O strajkach w Warszawie, o Czarnych Sotniach, o pepesiakach, o ruskich strażnikach, o chwacie Okrzei, co rzucił bombę w cyrkuł. Czasami starsi wspominają o powstaniu. O kozakach, jak bili nahajami i wieszali na szubienicy. Jak wywozili ludzi na Syberię. Od czasu do czasu przychodzi do nas Miodzik. Babcia mówi, że to zakonnik. Babcia jest bardzo nabożna. Jest tercjanką. Brat Miodzik przynosi ze sobą patenty bractwa „Serca Jezusowego”. Są to małe książeczki z modlitwami. Przywozi je babci ponoć aż z Krakowa. Przynosi też jakieś inne papiery. Są tam narysowane polskie orły, są wydrukowane różne pieśni. Często nocuje u nas. Brat Miodzik opowiada o Polsce i potem śpiewają. Śpiewają „Z dymem pożarów”, „Bożę coś Polskę” i jeszcze inne pieśni.

Późnym wieczorem po cichu rozchodzą się. „Adamek schowaj te papiery dobrze!” Nie zwracają na mnie uwagi. Mam dopiero piąty rok. Myślą, że jestem jeszcze głupi. Lubię słuchać, jak rozmawiają o wojnie, o Polsce i powstaniu. Lubię słuchać o wilkach, o strachach szubielach. W nocy trochę boję się duchów i diabłów. Nieraz budzę się i krzyczę: „Babciu! Przyszedł do mnie szatan z widłami” – „Przeżegnaj się i zmów Ojcze nasz”. Żegnam się i mówię. Szatana nie widzę. Poszedł. Boi się pacierza. Święconej wody też podobno się boi. Święcona woda zawsze stoi u nas w pękatej butelce na półce. Na ścianach wiszą święte obrazy. Dużo obrazów. Oglądam je. Są dwie Matki Boskie. Jedna z Jezuskiem, druga bez. Jest święta Agata, święty Franciszek, Florian, Piotr i Paweł. Jest Adam i Ewa jak kradną jabłka z Raju. Jest sąd ostateczny i niebo, i piekło. W piekle smażą się w ogniu grzesznicy i diabły kują ich widłami. Diabły są czarne i mają rogi i ogony. Są bardzo brzydkie, aż strach patrzeć. Za to aniołki są ładne. Mają ładne buzie i są tłuściutkie. Jak nasza Mania. Mają jeszcze skrzydełka.

W żniwa wszyscy z sierpami idą w pole. Zabierają mnie i Manię. Dla Mani zabierają bujbę i płachtę. Żeby miała gdzie spać. Stawiają bujbę pod gruszą na polu. Muszę Manię pilnować i bujać. Wszyscy żną zboże sierpami. Od rana do południa. Franka, służąca, pasie krowy. Czasem pomaga przy żniwach. Jest już duża i znać jej cycki pod kaftanikiem. Po południu znów idziemy na pole. Tak przez dwa tygodnie. Jak zboże na garściach przeschnie, dziadek z ojcem wiążą go w snopy i stawiają mendle. Później zwożą do stodoły.

Po żniwach w ogródku są już gruszki i jabłka. Najprędzej dojrzewają pomarańczówki. Jest co jeść. Lubię owoce. Owoców mamy dużo. Dziadek z matką wożą gruszki na targ do Nowomińska we środy. W każdą środę prawie jeżdżą do miasta. Z nabiałem. Są trzy krowy i dużo mleka. Matka robi masło i sery. Zawija w czyste lniane gałganki i sprzedaje w kazarnach oficerkom. Kupują oficerskie żony, bo towar jest czysty i smaczny. Dziadek dba o krowy, powiada: „Z krowy jest najpewniejszy grosz”. Matka przywozi z miasta bułki, kiełbasę i różne smakołyki. Dziadek na czternastu morgach dobrze gospodaruje. Ojciec mu pomaga i czyta w „Zorzy” o wzorowych rolnikach. Chcą tak gospodarzyć jak inni, lepsi, z Czech albo Danii.

Po wykopkach w październiku dziadek bije wieprzka. Musi mieć dziesięć pudów. Matka z babcią robią kiełbasy, marynują szynki, słoninę solą i suszą całe połcie na zapiecku. Żeby starczyło na całą zimę i wiosnę. Kwaszą dwie beczki kapusty. Mielą pszenicęe na mąkę. Robią pęczak i kaszę jęczmienną. Kaszę gryczaną obrabiają w żarnach, a jaglaną kupują w mieście. Dochodzi jeszcze groch polny i fasola. Chleb babcia piecze co dwa tygodnie. Czasem przy chlebie upiecze placek albo sójki z kapustą i grzybami. Dziadek z ojcem szykują opał na zimę, przywożą szczapy brzozowe i sosnowe ze swojego lasu. Kupują do tego torf. W zimie w chacie musi być ciepło.

Od czasu do czasu przychodzi do nas Gela. Ma długą rudą brodę i potargane długie włosy. Mówią, że jest głupi. Ma podartą kapotę i powiązane sznurkami buty. Nosi ze sobą w koszyku jeże. Daje im jeść i mówi, że to są jego dzieci. Zawsze u nas nocuje na pęczku słomy pod piecem. Jeże całą noc łażą po chałupie i łapią karaluchy. Przychodzi też do nas stary Icek z Kałuszyna. Handluje igłami, nićmi i guzikami. Chodzi też krawiec Nusem. Szyje na miejscu spencery i łata kożuchy. Dostaje za to jeść i piętnaście kopiejek dziennie. Przed Bożym narodzeniem był u nas Miodzik. Przyniósł znowu babci patenciki i jakieś papiery dla ojca. Znowu czytali i śpiewali wieczorem.

W domu przestali mówić o polityce, podobno car wydał manifest. Teraz rozmawiają o księżach. Mówią, że nasz pleban jest zdzierca i babiarz. Powiadają, że proboszcz w Wiśniewie odprawia, chrzci i śluby daje za darmo. Odprawia się i modli po polsku. Nie po łacinie. Założą nową wiarę. Mariawitów. Babcia tam poszła. Ogromnie jej się tam spodobało. Dużo katolików już do nowej wiary przystało. W drugą niedzielę do Wiśniewa poszli dziadek, ojciec i matka. Tak z ciekawości. Podobało im się. Powiedzieli, że więcej do Jakubowa nie pójdą. Będą Mariawitami. Ze wsi coraz inne rodziny zaczęły chodzić do Wiśniewa. Dowiedział się o tym nasz pleban. Przyjechał do Szczytnika. Zaczął ganić herezję. Był u nas. Babcia nie dała się przekonać. Dziadek i rodzice też. Odjechał zły. Straszył wszystkich klątwą Bożą i wieczystym potępieniem. Nikt go w rękę nie pocałował.

Babcia została apostołem. Chodziła po wsiach i nawracała na mariawicką wiarę. Mówi, że ją niektórzy prześladują. Dostała raz kamieniem w plecy.

Przed żniwami urodziła mi się druga siostra, Helcia. Ochrzcili ją w Wiśniewie. Chrzciny były huczne. Ojciec już nie kupuje „Zorzy”. Przynosi teraz co niedzielę „Mariawitę”. Nie ma tam wojennych obrazków. Są tylko religijne i fotografie księży mariawickich. Jest mateczka Kozłowska.

Co miesiąc ojciec Franciszek przyjeżdża do naszej kapliczki odprawiać mszę. Namawia żeby dziadek sprzedał w Szczytniku gospodarkę. Żebyśmy poszli do Wiśniewa do klasztoru. Powiada, że Ruszpel z Wiśniewa już tak zrobił i oddał ziemie ze wszystkim. Jest mu w klasztorze dobrze. Dziadek trochę się opiera. Babcia nabrała chęci. Będzie mogła chodzić co dzień na mszę. „Więcej znaczy zbawienie duszy niż majątek” – powiada. Długo się dziadek namyśla co robić. Dowiedzieli się o tym sąsiedzi. Odradzają. Babcia koniecznie namawia. Ojciec zdaje się na wolę dziadka. Przecież akt ukazowy na dziadka stoi. Tylko on może sprzedać. Ojciec Franciszek potrafi przekonać dziadka. Wierzą w mariawityzm. W dzieło Boże, co sprowadzi Królestwo Niebieskie na Ziemię. „Wszystko jest marność nad marnościami wobec Boga!” – mówi ojciec Franciszek. Sprzedali majątek. Wyprowadzamy się do Wiśniewa. Jakoś tu opacznie. Nie ma swojego podwórza ani sadku, ani nawet preweta. Wszystko tu nie nasze. Babcia nie ma teraz oporządku w podwórzu i chodzi rano i wieczór do kościoła. Ojciec pali trzy razy w tygodniu w łaźni parafialnej. Dziadek pracuje przy inwentarzu klasztornym. Matka z dzieciakami w domu. Ja się włóczę po klasztorze. Dziadkowi nie podoba się gospodarka w klasztorze. Co raz częściej narzekał. „Brakuje jednego dobrego gospodarza! Każdy rządzi po swojemu! Ojciec Franciszek, brat Paschalis, Arament i Ruszpel”. „Gdzie kucharek sześć tam nie ma co jeść!” – powiada. Kupię gdzieś gospodarkę i będzie jak dawniej. Po co moje wnuki mają słuchać obcej trąby? Dostałem ziemie po ojcu to i wnukom zostawię gospodarkę. Niech nie narzekają, że ich wyprowadziłem na dziady. Jak powiedział, tak zrobił, chociaż babcia groziła mu karą Bożą. Ojciec z dziadkiem kupili gospodarstwo w Mieni pod Cegłowem. Szesnaście morgów przy kolei Terespolskiej. W lipcu mamy się tam przeprowadzić. Urodził mi się brat. Nazywa się Mietek. Przestałem być jedynakiem.

 

MIENIA

 

Na kilku wozach z całym dobytkiem przyjechaliśmy do Mieni. Jest to duża wieś.

Pomiędzy lasami dóbr szpitala Świętego Ducha. Okolica ładna. Jest przystanek kolejowy, szpital świętego Józefa i folwark. Wieś jak wieś. Chaty lepsze i gorsze. Strzechy słomiane. Gospodarstwa przeważnie po szesnaście morgów. Zajmujemy gospodarstwo po Pytlach. Chata nieduża, szczytem do drogi. Ogromny dół z gnojówką przed chlewem. Ni kawałka płota. Ode drogi trochę spróchniałych żerdzi wisi na kołkach, żeby obce krowy do sadu nie wpadały. Zajmujemy w chałupie kuchnię i alkierz. Przez ścianę w małej izdebce mieszka jeszcze Pytel z rodziną. Ciasno. Ma się za miesiąc wyprowadzić do Cisia.

O dwa staja od nas rośnie gaj. Piękny stary las. Cała nasza wieś pasie tam krowy. Na polankach, smugach i łąkach rośnie trawa. Dobre pastwisko. Przez nasze pola w poprzek przechodzi kolej. Jadą pociągi po wysokim wale nad strugą. Kolej to dla mnie nowość. Chodzę na łąki z Piotrem Pytlakiem i patrzę. Jadą pociągi osobowe i towarowe. Tam i z powrotem. Mijają się. Cały dzień i noc. Niedaleko widać wygon i przejazd. Dróżnik Duda otwiera i zamyka szlabany. Za torem jest druga połowa naszego pola. Ciągnie się aż do lasów rządowych. Przy wale granicznym mamy swoje trzy morgi lasu.

Ojciec z dziadkiem robią w podwórzu porządki. Rozwalili chlewy i piwnicę z kamieni. I tak by się to niedługo zawaliło. Wożą żwir na podwórze i zasypują doły. Zwożą materiał na parkan. Matka narzeka na mieszkanie. Nie można w tej chałupie przyzwoicie mieszkać. Naradzają się z ojcem. W przyszłym roku będą budować nowy dom.

Jesteśmy obcy. Nie ma kumów, ani kuzynów. Sąsiedzi nie przychodzą. Jeden Kubicki co i raz zajrzy. Mieszka obok. Ma tyle samo ziemi co i u nas. Bawimy się z Manią z jego córkami. Z drugiej strony mieszka Kowalski. Ma tylko osiem morgów i dużo dzieci. Orze drewnianą sochą na krowach. Pierwsze widzę, jak się orze sochą. Sawicki pod gajem też nie ma konia i robi w polu na krowach.

W Mieni mieszkają przeważnie mariawici. Do kościoła chodzimy do Cegłowa. Niedaleko. Półtorej wiorsty. Proboszczem jest ojciec Łukasz Wiechowicz.

W Cegłowie jest dwa kościoły. Katolicki i mariawicki. Katolicki ma podobno pięćset lat. Jeszcze kule szwedzkie w jego ścianach siedzą. Katolików w Cegłowie jest mało. Wszyscy chodzą do Mariawitów. Ojciec Łukasz jest dobrym proboszczem. Wybudował piękny kościół i dom parafialny. Piękny dom piętrowy. Są tam różne warsztaty dla chłopców i dziewcząt. Kto chce może się nauczyć rzemiosła. Będzie tam jeszcze szkoła. Babcia nie żałuje Wiśniewa. Podoba jej się w Cegłowie.

We wrześniu mam iść do szkoły. Nie mam bardzo ochoty, ale muszę. Zaprowadziła mnie matka do zapisu. Długi drewniany czworak kryty gontami przy rynku. To szkoła. Nade drzwiami od frontu tablica – „Naczalnoje uczyliszcze”. Dwie izby zajmuje nauczyciel Herbatowski. Drugie dwie izby szkoła. Cztery oddziały. Wstępny i pierwszy w jednej izbie. Drugi i trzeci w drugiej. Nauczyciel udaje, że po polsku nie rozumie. Gada po rusku. Cara tytułować potrafię i bukwy składać też. Przyjął mnie do pierwszego.

Kajetów i atramentu jeszcze nam nie dają. Piszemy na tabliczkach z marmuru rysikiem. Nauczyciel jest bardzo surowy. Za byle co bije w łapę dębową linią. Boli. Kto więcej przeskrobie, idzie na pokładankę. Herbatowski każe się kłaść na stołku i tyłek dobrze wypiąć. Potem bije prętem dziesięć albo więcej razy. Cwaniaki zawczasu podkładają sobie w majtki baranie zimowe czapki. Teraz do pokładanki nauczyciel woła dwóch chłopaków z trzeciego. Do pomocy. Jeden trzyma za głowę, a drugi za nogi. To od tej pory jak Maniek Aügerman na pokładance kopnął Herbatowskiego w zęby. W trzecim oddziale są duże chłopy i dziewczyny. Po piętnaście, szesnaście lat. Trzeba się ich słuchać, bo nas biją. Dokucza nam też syn nauczyciela, Borek. Biega po ławkach w lekcję. Rozdeptał mi nową tabliczkę. Boimy się bić go. Ale jak mi jeszcze coś zrobi, to mu wleję.

Na wiosnę przestałem chodzić do szkoły. Tak jak większość moich kolegów. Nie podobało mi się w szkole. Wolę paść krowy. Pasę nasze trzy krowy w gaju. Cała Mienia szpitalna tu pasie. Jest nas jest pastuchów kilkanaścioro. Są dzieciaki w moim wieku, ale są i starsi. Dziewczyny i chłopcy. Starsi siedzą i grają w karty. My musimy krów pilnować. Całym wodzirejem jest Olek Domański. Ma już osiemnaście lat. Widziałem, jak się całował ze Stefką Kubicką.

Zaczynają budować dom. Przyszli cieśle. Ojciec kopie podmurówkę. Zwożą żwir i kamienie. Roboty huk. Wszyscy pomagają. Buduje się też parkan. Ładny parkan. Ze świerkowych śpiczastych sztachet. Dookoła. Od strony sąsiadów też. Jest brama i furtka od drogi. W sadzie drzewa kwitną. Będzie owoc. Między drzewkami rosną buraki pastewne i fasola na tyczkach. Przy parkanie ojciec posadził parę kasztanów i krzaki bzu. Przed nowy dom ojciec nawiózł czarnoziemu. Będzie trawnik i klomb kwiatowy. Przez dwa tygodnie cieśle postawili ściany i dach. Dom wygląda okazale. Wysoki i cztery duże okna od frontu. Będzie jeszcze ganek.

W lipcu dom już gotowy. Matka z ojcem pomalowali okna, sufity, drzwi i ganek. Wygląda pięknie. Ludzie przystają na drodze i gapią się. W środku wytapetowali ściany, wybielili kuchnię. Zajęliśmy dużą sień, kuchnię, pokój i przedpokój z wyjściem na ganek. Dwa pokoje pozostało wolne. Potrzeba jeszcze zawiesić nowe firanki i trochę lepszych mebli. Kupili dwa nowe łóżka, a te stare rozsuwane wyrzucili. Na placu po starej chałupie ojciec zrobił warzywnik i posadził drzewka. Nikt by nie poznał tej gospodarki, jaka była przed rokiem za Pytla. Matka zadowolona bardzo. Mieszkamy jak trzeba. Ojciec wciąż jeszcze upiększa. W ogrodzie robi alejki wysypane żwirem. Sadzi krzewy jaśminu, róże i szlachetne bzy. Przed domem duży klomb gwiaździsty otoczony trawnikiem.

Na jesieni idziemy z Manią do szkoły. Do szkoły mawiawickiej przy klasztorze w Cegłowie. Ja do drugiego oddziału, Mania do wstępnego. Mamy dobrego nauczyciela i piękną dużą salę w domu parafialnym. Nowe ławki i pomoce szkolne. Pan Pilczewski nie bije dzieci jak Herbatowski. Bez tego potrafi sobie z nami poradzić. Uczy nas więcej po polsku. Uczy historii Polski, geografii, pisać i czytać po polsku. Po rusku tyle, co wymagają władze rządowe. Pochodzi z Wilna i mówi trochę inaczej niż u nas.

Przyszła wiosna. Dziadek robi w polu. Ojciec pracuje przy domu i w ogrodzie. Matka mu pomaga. Zazieleniły się trawniki. Kwitną drzewa i niektóre kwiaty. W ogrodzie jak w raju. Odwiedza moją matkę pani doktorowa Rostkowska ze szpitala w Mieni. Kupuje masło. Bardzo się jej tu u nas podoba domu i w ogrodzie. – Dam pani letników na sezon! – powiada – Będziecie mieli dochód za komorne i nabiał.

Niedługo potem przyjechali do nas państwo Reinsteinowie z synem w moim wieku. Wynajęli dwa pokoje i kuchnię na dwa miesiące. Za pięćdziesiąt rubli. Sprowadzili się ze służącą w czerwcu. Pani Reinstein jest bardzo przystojna i miła pani. Bardzo lubi moją matkę. Przyjaźnią się jak koleżanki. Ja znów koleguję się ze Stefankiem Reinsteinem. Fajny chłopak. Bawimy się obaj i urządzamy wycieczki w teren. Towarzyszą nam dzieci sąsiadów. Urządzamy gry i zabawy. Pan Franciszek Reinstein przyjeżdża raz na tydzień w sobotę i wraca w niedzielę z powrotem do Warszawy. Jest redaktorem i pisze książki. Pisze nawet sztuki dla teatru, przywozi nam dużo gazet z obrazkami. Pan Franciszek Reinstein w niedzielę po południu odjeżdża do Warszawy. Na stację nie każe się odwozie dziadkowi. Odprowadzamy go gromadą dzieciarni na stację. Kupuje nam po drodze u Abrama funt cukierków. Dzieciaki zadowolone. Czasem przyjeżdża starszy syn pana Franciszka z narzeczoną. Grają oni zawsze w gaju w tenisa. Podajemy im piłki. W lipcu urodził mi się drugi brat. Nazywa się Kazik.

Zima przeszła spokojnie. W maju rodzice znowu wynajęli mieszkanie na letnisko. Cały dom. Zostaliśmy tylko w sieni i komorze. Wynajął na trzy miesiące profesor Jan Sosnowski z Warszawy. Sprowadzili się ze swoimi meblami. Pani Sosnowska, córka Hania i dwóch synków Witek i Tadzio. Bogaci ludzie. Mają dwie służące. Stasię i Marysię. Ładne dziewczyny. „Marysia Cygan jest śliczna! – tak wszyscy mówią. – Kudy ładniejsza i postawniejsza od pani Sosnowskiej!” Chłopaki ślepia za nią wypatrują. Marysia ładnie się ubiera. Jest grzeczna, wesoła i bardzo miła. Towarzystwa z wiejską młodzieżą unika. Przyjaźni się z moją matką. Mnie bardzo lubi. Daje mi książki do czytania. Dostałem od niej „W pustyni i w puszczy”. Piękna, ciekawa powieść. Stasia zakochała się w Gromulszczaku Władku, co wieczór lata do niego.

Ni stąd ni zowąd w sierpniu zaczęła się wojna. Niemcy uderzyli na Rosję. Sołtys roznosi nakazy do wojska. Rozwieszają ogłoszenia. Mobilizacja. Kobiety płaczą, bo im zabierają mężów i synów na wojnę. Ludzie w popłochu. Krążą rozmaite historie. Niektórzy twierdzą, że car jest mocny i Niemców prędko załatwi. Podobno ruskie wojska zajęły Prusy Wschodnie. Gdzieś tam się biją, ale daleko od nas. Ciekawi mnie ta wojna. Widzę tylko długie pociągi pełne żołnierzy i sprzętu. Żołnierze wesoło śpiewają i z daleka zaczepiają dziewczyny. Jadą na zachód. Na stacjach i torach kolejowych postawili ochronę wojskową. Ludzie na wsi robią zapasy soli i suszą suchary. Ma być głód. Kara Boża. Państwo Sosnowscy przerwali letnisko i odjechali do Warszawy. Marysia podziękowała za służbę pani Sosnowskiej. Poszła za sanitariuszkę do wojskowego szpitala. Ze Stasią Gromulszczak się nie ożenił. Zabrali go do wojska. Zabrali też Janka Suskę. Dopiero trzy miesiące, jak się ożenił z Florcią Robakiewiczówną – naszą sąsiadką. Poszło od nas kilku chłopów. Kobiety płaczą. Pozostały bez opiekunów i gospodarzy. Podobno mają brać jeszcze „krasnobiletnych”. Chłopi się martwią.

Przyszedł nakaz z powiatu, żeby z każdej wsi zdrowe chłopy jechali za Wisłę kopać okopy. Chodzą pogłoski, że stutysięczna armia Samsonowa została w Prusach okrążona, wybita i wzięta do niewoli. Ludzie tymczasem czekają, co będzie dalej. Chodzą do kościoła i modlą się. Uwierzyli, że przyszła kara Boża. Robi się już drożyzna. Brak niektórych artykułów. Rząd skasował wódkę. Ze wszystkich monopoli powylewali alkohol do rowów i rynsztoków. Dla pijaków bieda. Moi rodzice i tak nie pili.

Zabrali mojego ojca przymusowo na okopy. Gdzieś w okolice Mogielnicy. Dziadek sam pracuje w polu przy wiosennych zasiewach. Po sześciu tygodniach ojciec wrócił z okopów. Czuje się bardzo źle. Jest przeziębiony i kaszle. Obawiamy się, aby nie dostał suchot.

Rozpoczęły się wakacje. Sianokosy zakończone i zbliżają się żniwa. Ojciec w dalszym ciągu mocno kaszle. Martwimy się. Nie może tak pracować w ogrodzie jak przedtem. Stara się dobrze odżywiać. Niewiele to pomaga. Coraz bardziej mizernieje i słabnie. We żniwa nie może kosić. Chodzi na porady do doktora Rostowskiego i felczera Michalskiego do szpitala. Dostaje różne leki. Dużej poprawy nie widać. Praca w polu spadła na dziadka. Letników w tym roku nie ma.

W końcu lipca Rosjanie ewakuują niektóre urzędy, banki i kasy oszczędnościowe. Wywożą co cenniejsze do Rosji. Zabierają część urzędników i kolejarzy. Wiadomo już, że od nas pójdą. – Aby tylko dużego boju u nas nie było – martwią się ludzie.

Któregoś dnia pociągi już tylko jadą na wschód. Po obydwu torach. Słychać odległe huki armat. W powietrzu pokazują się aeroplany. Głośno warczą. Przeleciał ogromny długi balon wysoko. Niemiecki Zeppelin. Coraz to bliżej słychać strzały karabinów i kulomiotów. Kręcą się patrole kozackie. Ktoś przynosi wiadomość, że Niemcy w Warszawie. Rosjanie wysadzają mosty na Wiśle. Modlin otoczony i broni się. Wszyscy ze strachem czekają, co będzie. Modlą się w kościołach. Któregoś sierpniowego dnia słychać strzały w lesie na Kokoszkach. Potem w okolicy szpitala. Kilkunastu Kozaków przejechało galopem przez wieś. Potem ucichło. Wieczorem jeszcze słychać strzały i galop przejeżdżających kawalerzystów.

Rano już nadjechał patrol huzarów niemieckich. W szarozielonych mundurach, w pikielhaubach na głowach. Karabiny w pokrowcach mają przytroczone do siodeł. W garści trzymają pistolety. Wychodzimy oglądać ich na drogę. W południe już nadciągnęła piechota. Zajęli na kwatery całą wieś. U nas w mieszkaniu urządzili sobie ambulans. Na podwórku stanęła kuchnia polowa. W stodole na sianie i słomie odpoczywają. Pozdejmowali buty i chodzą w bamboszach. Wszyscy czyści i ogoleni. Nie znać na nich trudów wojny. Na obiad dostali zupę grochową z gulaszem. Częstują mnie. Bardzo smaczne. Palą cygara i papierosy. Rozmawiają. Nie można ich zrozumieć. – Chłopak, a dobre te gruszki? – pyta mnie żołnierz, pokazując żółte pomarańczówki na drzewie. – Dobre! – odpowiadam zdziwiony, że mówi po polsku. Wlazłem na gruszkę i urwałem mu całą czapkę. Wziął, podziękował i dał mi pół marki. Zbiegli się inni żołnierze. – Ty im zaś pierunie gruszek darmo nie dawaj, niech ci płacą! – powiedział poznaniak. Zaczynam handlować. Kupują żołnierze. Płacą mi po dwadzieścia fenigów za funt. Nauczyłem się parę zdań z samouczka. Mogę się jako tako z Niemcami dogadać. Spotyka się sporo Poznaniaków i Ślązaków w niemieckiej armii. Przechodzą również oddziały Austriaków i Węgrów.

Niemcy zaczynają rządzić po swojemu. Rolnicy muszą dawać na wyżywienie armii produkty rolne. Zboże i mięso. Są ograniczone ilości zboża na własny użytek. Prosiaka nie wolno zabić bez zezwolenia żandarmerii. Dostawa żywności do miast wielokrotnie zmalała. Z konieczności tworzy się szmugiel. Skoro uruchomiona została komunikacja kolejowa do Warszawy, wożą paczki z żywnością. Powstał nowy zawód szmuglera. Żandarmi grasują po stacjach i w pociągach. Zabierają paczki i karzą. Głód jest silniejszy. Ludność miast jeździ na wieś po jedzenie. Jedni z musu, drudzy dla zysku. Żywność w mieście kosztuje drugie tyle co na wsi albo i więcej. Wiele rodzin z miasta ucieka do krewnych na wieś. Aby przeżyć!

Ojciec coraz bardziej chory. Więcej leży niż chodzi. Martwimy się. Najwięcej babcia. Warunki życia na wsi są coraz cięższe. Brakuje mydła i skóry na buty. Mąki we młynie nie można zemleć. Tylko na „mellekarte”. Zaczynamy mleć razówkę na chleb w żarnach. Przeważnie miele babcia. Pomagam jej. Wszyscy na wsi tak robią. W październiku ojciec położył się na dobre. Pomagał dziadkowi we wrześniu bronować żyto. Zaszkodziło mu. Doktor powiedział, że jest źle z ojcem. Galopujące suchoty. Długo nie wytrzyma.

W połowie października przyjechał proboszcz z olejami. W dwa dni potem ojciec stracił mowę i w nocy nad ranem zmarł. Zmarł dobry ojciec, światły i pracowity gospodarz w wieku trzydziestu siedmiu lat. Została matka z pięciorgiem dzieci. Ja i dwie młodsze siostry chodzimy do szkoły. Dwóch malców w domu. Jak będziemy żyć dalej nie wiadomo. Mamy jeszcze dziadka. Dziadek mocno przybity śmiercią syna. Trudno przeboleć nieszczęście.

Pochowaliśmy ojca w białej niemalowanej trumnie na mariawickim cmentarzu w Cegłowie. Dużo ludzi było na pogrzebie. Szanowali go sąsiedzi. Był spokojny, uczynny i mądry człowiek.

Pewnego listopadowego dnia dziadek wstał rano bardzo smutny. – Przyśnił mi się dzisiaj w nocy Adamek! – powiada – Przyszedł do mnie jak na jawie i powiedział, że się wkrótce zobaczymy z nim. Pewnie i ja umrę niedługo! – mówi dziadek. – Sen mara, a Bóg wiara – powiada babcia. – Trzeba zamówić mszę za Adamka. Może jego dusza potrzebuje pomocy? Sen okazał się proroczy. Za parę dni dziadek ciężko zachorował na żołądek. Cierpiał dawno na wadę żołądka. Nie pomogły żadne zabiegi lekarzy. W tydzień potem w ciężkich bólach zmarł. Pochowaliśmy go obok Adamka w podwójnej mogile. Zaczął się prawdziwy dramat. Pozostało dwie niezaradne kobiety i pięcioro dzieci. Zjechali się kuzyni z Moczydeł. Dawali dobre rady, ale pomocy w gospodarstwie żadnej. Pozabierali co lepsze odzienie po nieboszczykach, buty i czapki nawet. – Przecież wam to i tak niepotrzebne! – powiadają. Kto się teraz zajmie gospodarstwem? Ja jestem jeszcze za młody i nie mam bardzo ochoty gospodarować. Mamy konia i trzy krowy. Jest koło czego chodzić. Zbliża się zima.