POLE / Nr 1 (4) / 2024

Adam Wiedemann


Słyk

ryc. Mariusz Czeżyk

 

(1.)

Ażeby się utrzymać, należy utrafić. W co?, oczywiście w gusta, choć nie bardzo wiadomo czyje. Na pewno nie „szerokich mas czytelniczych”, ale też nie wąskiego grona wytrawnych krytyków. Chodzi tu o tzw. „gust epoki”, ten zaś wytwarza się jakby sam i wydaje się bezdyskusyjny, póki nie wyprze go jakiś inny gust, który znów jednych będzie windował pod niebiosa, a innych bezpardonowo niszczył, czy też po prostu pomijał.

Marek Słyk miał z pozoru wiele szczęścia, trafił pod skrzydła Henryka Berezy i miesięcznika Twórczość, który można było wtedy dostać w każdym kiosku, były to jednak czasy (przełom lat 70-ych i 80-ych), gdy literatura uznawana za wybitną przez koła opiniotwórcze musiała być sieriozna i otwarcie polityczna, i ukazywać się w drugim obiegu, a najlepiej w Paryżu. Bo Solidarność, bo stan wojenny, bo pojedynek dwóch gigantów, Wałęsy i Jaruzelskiego. Słyk był na to zbyt zabawny, zbyt nonkonformistyczny, był wolnym elektronem niezbyt zainteresowanym krążeniem wokół tego czy innego jądra. Był też – dodajmy – wariatem, co chyba w pewnym momencie zniechęciło do niego samego Berezę, który zresztą też wtedy tracił swoje „moce” (w znaczeniu: wpływ na wydawnictwa), tak czy inaczej przestał go aktywnie promować i w latach 90-ych słuch o Słyku zaginął i aż do śmierci nie udało mu się już wydać żadnej książki.

Z tą Twórczością też zresztą nie było tak wesoło. Bereza wprawdzie zarządził druk powieści „W barszczu przygód” w trzech kolejnych numerach czasopisma (4, 5, 6 / 1979), odbyło się to jednak jakby pod nieuwagę Jarosława Iwaszkiewicza, który, widząc ów utwór w „swoim” periodyku, strasznie się zdenerwował i zagroził odejściem z redakcji, jest to historia opowiadana przez Helenę Zaworską, a obecnie pamiętana już tylko przez Grzegorza Strumyka, który mi ją opowiedział, Zaworska musiała jechać do Stawiska i namawiać Iwaszkiewicza do powrotu, co szczęśliwie nastąpiło i panowie pogodzili się. Druga sprawa to obszerny (rzekomo) list Kota Jeleńskiego do Jerzego Lisowskiego (który był wtedy wicenaczelnym Twórczości), ku ogólnemu zaskoczeniu entuzjastyczny wobec Słyka. List ten został odczytany w gronie redakcyjnym, po czym… znikł, prawdopodobnie przez kogoś skradziony. Andrzej Śnioszek wciąż czyni ogromne wysiłki w celu odnalezienia go, niestety na razie bezskuteczne.

Do kolejnego incydentu doszło już po ukazaniu się całej trylogii powieściowej (zwanej „zupną”) w wydawnictwie Iskry, jak też powieści dla młodzieży „Gra o Super-Mózg” (w Młodzieżowej Agencji Wydawniczej) – są to do dziś jedyne utwory Słyka, które zaznały publikacji książkowej. Mianowicie w roku 1987-ym Jan Błoński postanowił frontalnie zaatakować Berezę oraz czterech promowanych przezeń autorów (w osobach Jana Drzeżdżona, Józefa Łozińskiego, Donata Kirscha i właśnie Słyka) na łamach reżimowego (a w każdym razie bardziej reżimowego niż apolityczna Twórczość) miesięcznika Literatura. Atak ten miał charakter tyleż elokwentny, co i gołosłowny (gołym okiem widać, że Błoński nie zapoznał się z analizowanymi przez siebie powieściami, jedynie do nich „zajrzał”), był zwykłą, aczkolwiek bardzo udaną, próbą zdyskredytowania krytyka warszawskiego przez krytyka krakowskiego, wyrazem raczej osobistej niechęci niż ogarnięcia tego, o co Berezie chodzi. Błoński, zajmujący się Witkacym, Gombrowiczem i Mrożkiem, pozazdrościł Henrykowi „młodych”, których sam nie miał, mając za to swą wizję nowej powieści realistycznej, którą mu potem zrealizowali Paweł Huelle i Andrzej Stasiuk. Co zaś zarzucał „berezoidom”? Otóż głównie to, że z tej prozy niewiele się – w sumie – można dowiedzieć o współczesnej Polsce. Aż trudno mi tę wypowiedź skomentować, Błoński zapewne, jako inteligent o „przedwojennym” rodowodzie, dowiadywał się o współczesnej Polsce tylko z literatury, stąd ta potrzeba dowiadywania się, choć przecież wystarczyłoby sięgnąć po gazetę albo rozejrzeć się wokół siebie (jak pamiętam go z czasów swoich studenckich, zawsze był jakby „nieobecny” i skupiony na swoim własnym wnętrzu). Tak czy owak, moce Błońskiego były podówczas potężne, co odczuli na własnej skórze zarówno Bereza (który swe wpływy odzyskał dopiero gdy Błoński podupadł na zdrowiu psych. i zaczął już całkiem wygadywać głupoty), jak i zwłaszcza Słyk, który został przezeń bardzo skutecznie zmieciony z powierzchni ziemi i odesłany w niebyt.

 

(2.)

Moje osobiste przygody ze Słykiem wyglądały rzecz jasna całkiem inaczej, najpierw zaznajomiłem się z jego wierszami, z których kilka ukazało się w miesięczniku Poezja (3 / 1984), byłem wtedy licealistą i bardzo spodobał mi się wiersz „hijena”, jeden z niewielu jego udanych wierszy rymowanych (poetą nie był nadzwyczajnym), stąd też pozwalam sobie zreprodukować go w niniejszym numerze Pola. Potem długo długo nic, aż wreszcie, już na studiach doktoranckich, pod wpływem Rafała Kaźmierczaka (bo przecież nie Jurka Jarzębskiego, który też był moim mentorem) przeczytałem trylogię „zupną” (ale w niedobrej kolejności, bo najpierw „Krupnik”, potem „Barszcz” i – z pewnym już trudem – „Rosół”), na koniec zaś, już jako człowiek dorosły, „Grę o Super-Mózg”, od której powinienem był przecież zacząć. Moje obcowanie z tą twórczością jest zatem nieco chore, nie czuję się specjalistą od Słyka i nie będę się tu o tym pisarstwie wypowiadał (od tego są nasi eseiści), poza tym, że sprawiało mi chwilami niewypowiedzianą rozkosz, mało co taką rozkosz jest w stanie wydobyć, być może każdy naród ma „swojego Słyka”, tyle że tamte narody się tymi Słykami chwalą, a my swojego chowamy pod korcem, przychodzi mi tu na myśl Peter Esterházy (Węgier), którego pierwsza książka jest przecież bardzo słykowska, Brytyjczyk Ronald Firbank i Szwajcar Robert Walser, wszystko to fajni wariaci, którymi się chętnie rozkoszujemy, bo są z zagranicy. Ale wracając do mojej własnej biografii, przez ileś lat mieszkałem ze Słykiem w jednym mieście, nie wpadłem jednak na pomysł, żeby się z nim poznać. Aż tu nagle pojawił się na mojej orbicie Donat Kirsch, który spektakularnie zjeżdżając do Polski, postanowił się spotkać ze wszystkimi (jeszcze żyjącymi) bohaterami swojego „Elaboratu”. Nie wiedzieć czemu, na mnie spadła organizacja jego spotkania ze Słykiem. Dostałem adres mejlowy, więc napisałem, pokrótce przedstawiając się jako znany poeta i zapraszając na obiad, którym Donat chciał podjąć nas w warszawskiej Literatce. Odpowiedź nadeszła natychmiast:

 

Panie Adamie, zgoda, dobre obiady jeść lubię, tyle że chciałbym z pewnym wyprzedzeniem wiedzieć, kiedy to się odbędzie i gdzie. Życzę poetyckiej weny, choć wiersze dzisiaj cieszą chyba wyłącznie ich autorów i nielicznych dziwaków, w czym zresztą nie upatruję żadnego upadku kultury, ponieważ wiersze same sobie winne, że przegrywają z serialami i spektaklami tworzonymi przez sportowców. Prawdziwa poezja jest to niestety nie rzecz tworzona od niechcenia, tylko wymagający harówki wyczyn.

 

Później nastąpiło żmudne ustalanie daty, bo Donat ją nieustannie przesuwał (bądź co bądź umawiał się z sześcioma równie jak on starymi pisarzami), w końcu pan Marek odpisał mi:

 

Panie Adamie, w niedzielę najprawdopodobniej nie będę mógł się stawić na wyznaczonym placu, ponieważ co tydzień w niedzielę o tej porze jestem u żony, z którą widzę się ostatnio tylko raz w tygodniu. Liczę na powrót do wcześniej planowanego terminu. M. Celstaw (taki mój dziwaczny pseudonim) S.

 

Stanęło więc na tym, że zobaczymy się w poniedziałek, nie wzięliśmy jednak pod uwagę, iż jest to dziesiąty lipca, a na ten dzień przypadała jakaś wyjątkowo wręcz uroczysta miesięcznica słynnej zbrodni smoleńskiej, biedna zaś Literatka znalazła się w samym epicentrum wydarzeń. Mnie jakoś udało się dotrzeć na czas (jestem z Wielkopolski), inni wszak byli poważnie spóźnieni (poza Donatem w spotkaniu wzięli udział Paweł Orzeł i Filip Matwiejczuk), Marek Słyk w ogóle się zaś nie pojawił. Dopiero wieczorem dostałem od niego mejla:

 

Byłem tam dziś o osiemnastej, czekałem 15 minut, nie doczekałem się. M.C.S. 

 

A zatem nie rozpoznaliśmy się (znałem wszak Słyka wyłącznie ze zdjęć, na których był dwudziestoparolatkiem), Donat spóźnił się pół godziny, Orzeł półtorej, wieczór był tak czy owak udany, chociaż brak pana Marka kładł się na nim cieniem (nikt z nas nie miał jego numeru telefonu). Odpisałem, że może spotkajmy się mimo wszystko, na co on:

 

Ja czekałem od osiemnastej w literatce, nie – pod kolumną, nie było tłumów. Kirsch lekceważy sobie ludzi, odkąd przestraszył się go rekin. Co do spotkania, to możemy je odbyć. Warto spróbować, w końcu sporo wynikło ze spotkania Marksa z Engelsem czy Watsona z Holmesem. 

 

I na tym koniec, to już niestety koniec, bo potem zaraz on umarł, byłem na jego pogrzebie, tym razem to ja spóźniłem się, bo pokręciły mi się kościoły, jego urna miała kształt mini-trumienki i powiedziałem do Orła: Jak dla kota.