Kto jest brutalny wobec kogo w „Opętaniu” Żuławskiego? To bardzo ciekawe pytanie, bo dla różnych osób odpowiedź wydaje się na pierwszy rzut oka oczywista, a jednak, kiedy zaczynamy w tym grzebać, już zupełnie oczywista nie jest. Ocena tego będzie zależała od tego, w której fazie związku – lub jego braku – jesteśmy. W zależności od tego film będzie groteskowy, przerysowany, idiotyczny, megalomański, przerażający, albo będzie w 100% prawdziwy, będzie filmem dokumentalnym, co nie wyklucza bycia zarazem horrorem. Filmy są zwierciadłem tego, co nosimy w sobie, a zarazem są jakąś formą rzeczywistości obiektywnej, niezbywalnej, namacalnej, żywej. Dla mnie „Opętanie” to prawdziwie niewyczerpany film, zdolny do wytwarzania wciąż nowych światów i przestrzeni interpretacyjnych, sposobów rozumienia, czym jest pożądanie.
No więc kto w „Opętaniu” stosuje przemoc wobec kogo i dlaczego? Kiedy wspomniałam, że odpowiedź wydaje się oczywista, miałam na myśli tę w myśl oświeconego, liberalnego feminizmu – to Mark grany przez Sama Neilla, prześladuje swoją zazdrością i męczy Annę. Rozgrywające się w cieniu zimnej wojny „Opętanie” – bodaj najlepsze jak dotąd filmowe wykorzystanie Berlina – uchodzi powszechnie za popis aktorski grającej Annę Isabelle Adjani, która gra w filmie z ogromnym poświęceniem. Jednak po niedawnym seansie – na cześć niedawno zmarłego Sama Neilla – to jego rola mnie o wiele bardziej zszokowała.
Neill miał bardzo trudne zadanie: ucieleśnić emocje Żuławskiego wobec Małgorzaty Braunek, która porzuciła go dla buddysty Andrzeja Krajewskiego. Interpretacja samego Żuławskiego jest właśnie „dokumentalna” – to film o jego życiu, w którym wszystko jest tak, jak wydarzyło się naprawdę: wrócił do domu po zdjęciach i zastał w nim żonę, która oświadczyła, że go porzuca. Niemal wszystko, co trafiło na ekran, wydarzyło mi się naprawdę. Zmyśleniem jest tylko szpiegowska profesja bohatera i warstwa fantastyczna. Jednak szok człowieka, który po powrocie do domu widzi koniec tego, w co naprawdę wierzył, jest wzięty z moich doświadczeń. Nawet część dialogów jest przeniesiona żywcem z tego, co zapamiętałem. Sam Neill, aktor raczej nieskłonny do narzekania, a wtedy mający na koncie tylko kilka australijskich filmów, wiele lat po nakręceniu „Opętania” mówił o dyskomforcie współpracy z Żuławskim. Żuławski był przystojny, charyzmatyczny i nieokiełznany. (…) Nie darzyłem go sympatią; to, co on uważał za reżyserię, często było zwykłym znęcaniem się nad innymi. (…) Zdarzało się, że krzyczał, wręcz ryczał prosto w twarz Isabelle Adjani. Nie mogłem na to patrzeć. (…) Wydawało mi się, że nie mogę być bardziej szalony, niż już byłem, ale myliłem się. Trzeba było to szaleństwo zwielokrotnić. Dziś nie ma szans, żeby komuś uszło to na sucho. Ale u Żuławskiego robiło się wszystko, czego on chciał. I choć brzmię teraz jak klasyczna ofiara przemocy – a w pewnym sensie nimi byliśmy – to było coś więcej. Bezgranicznie wierzyliśmy w niego jako artystę i chcieliśmy stworzyć to dzieło, czymkolwiek ono było. Naprawdę chcieliśmy być częścią tego przedsięwzięcia. Tworzyliśmy coś, co nas przerastało.
Być może właśnie dlatego Neill gra tak, jakby sam był opętany – tak jakby musiał, by wiarygodnie wcielić się w zazdrosnego, podłego, okrutnego i owładniętego obsesją męża, sam ulec opętaniu duchem Żuławskiego. Neill wygląda jak nawiedzona kukła wstrząsana spazmami cudzych uczuć, nad którymi nie może zapanować. Wykrzykując, skanduje a nawet warczy jak pies obce słowa, jakby nauczył się dialogów na pamięć w obcym języku fonetycznie. Jego nastawienie, co kiedyś odbierałam jako słabość scenariusza albo niekonsekwencję w budowaniu roli, nieustannie się zmienia, Mark zachowuje się jak ktoś z rozszczepieniem osobowości, raz jest okrutny i agresywny, to znów słaby, uległy, kochający, wrażliwy i bezbronny, do dyspozycji na każde skinienie, gotowy z miłości obedrzeć siebie ze skóry. Mam słabość do męskiej wrażliwości. Kiedy widzę mężczyznę, po którym widać, jak myśli i czuje, jak zachodzą w nim procesy, wzruszam się.
Ale na tym przecież polega aktorstwo, to wręcz banalne – mówisz cudzymi słowami, z którymi nie musisz się zgadzać i najczęściej się nie zgadzasz. Neill w tym filmie jest tak poruszający, bo wiemy, że tam, w środku, to nie jest on, współczujemy mu właśnie dlatego. To toksyczne miazmaty zranionej męskości Żuławia, którymi bohater „zaraża się” jak wirusem – ale jak, skąd? W filmie jest jak byk, że od walniętej baby, której członkowie popularnego serwisu recenzji filmowych Letterboxd zalecają, by po prostu wzięła Xanax i po sprawie. Może oboje nawdychali się trującego berlińskiego powietrza. Mur polityczny i mur fizyczny w mieście odtworzony zostaje w murze między kobietą i mężczyzną. Bla bla, znamy znamy, ile można tych berlińskich klisz! Ale jakże są one nieodparcie seksowne.
Irytujące, jak Żuławski skonstruował ten film. Wszystkie interpretacje, łącznie z tą, że Sam Neill się „zaraził” szaleństwem od chorej baby, wypadają na jego korzyść. Tak zbudował scenariusz, że trudno nie sympatyzować ze zdradzonym mężem, który w końcu gdzieś tam uczciwie, z narażeniem życia, zarabia na chleb (jako szpieg, ku chwale ojczyzny). W filmie panuje charakterystyczna, sztuczna wielojęzyczność – skutek międzynarodowej obsady, to jasne, ale mający uzasadnienie w zimnowojennym Berlinie. Nigdy nie jesteśmy pewni, kim są bohaterowie, czy Mark pracuje dla CIA czy Stasi, czy dla obu, czy angielski jest tylko skonwencjonalizowany, czy to prawdziwy język bohaterów. Ta względność oczywiście tylko podkręca nierealność atmosfery, jakby Berlin zimnej wojny nie był już wystarcząjaco popierdolonym miejscem.
No dobrze, już ustaliliśmy, że Neill gra dwojako – odgrywa wskazówki reżyserskie i swoją własną interpretację. Czy więc Mark to tylko podły, zazdrosny i małostkowy facet, który próbuje „posiąść” Annę na własność, doprowadzając tym samym do wybuchu piekła? Czy to on ją hamuje i ciągnie w dół? Czy to film mizoginiczny? Na przestrzeni lat – a widziałam go znacznie więcej razy, niż chciałabym się do tego przyznać – mój punkt widzenia ulegał radykalnym przemianom. Najpierw, wbrew pozorom, identyfikowałem się z Markiem, potem z Anną, potem znów z Markiem, a ostatnio – z obojgiem naraz. Uważam bowiem, że w heteroseksualnym związku okrucieństwo jest płynne, przenosi się z jednej osoby na drugą, a role są wymienne.
Nikt nie jest dobry ani zły, ale jeśli chcesz, ja będę ta zła – mówi sarkastycznie Anna w świetnej scenie w kawiarni koło Checkpoint Charlie. Ostatecznie – mimo zazdrości i innych niskich uczuć – Żuławski był za dobrym reżyserem, żeby pokazać rozpad relacji jako banalną dychotomię. Każdy, kto był w długotrwałym związku, wie, że najbardziej charakterystyczne jest dla nich nie euforyczne szczęście, ani bezbrzeżny smutek, ale groteskowy stan pomiędzy, zawierający mieszankę ich obu. To w chwilach śmieszności i bezbronności jesteśmy najbardziej autentyczni, podatni na zranienie, jak i gotowi ranić, ale też najbardziej zdolni do miłości. Życie jest ciekawsze, kiedy jest śmieszne. Przedstawił więc kochanka Anny-Braunek, buddysto-karatekę Heinricha-Krajewskiego jako pozera-idiotę, który mieszka z matką, ale też bez trudu robi z twarzy Marka miazgę. To Mark jest w tym filmie słaby i roztrzęsiony: sceny, w których poci się i drży w łóżku niczym w ataku epilepsji, jego popadanie w obłęd, niedowierzanie – to kolejne etapy przeżywania żałoby. Nie jest w stanie wydostać się ze swojego żałobnego zakleszczenia i fiksacji, a jeśli zaczyna spotykać się z inną kobietą, musi to być sobowtór Anny.
Chyba to zakleszczenie jest największym horrorem filmu. Dwie niekompatybilne osoby, które nigdy nie powinny być ze sobą, nie mogą siebie opuścić, a przynajmniej pewnych fantazmatów siebie. Potwór, którego Anna karmiła krwią swoich ofiar, okazał się zaledwie podwojonym Markiem, jego wersją turbo. Nieznajdująca satysfakcji z Markiem w łóżku, niespełniona. Wydawało się jej, że tego właśnie chce – spotworniałego mega-kutasa wielkości człowieka. Kiedy Anna zrozumie, że jednak wcale tego nie chce, że wolałaby tego „starego” Marka 1.0, jest już za późno. Bo jest to też film o nieustannym małżeńskim-związkowym qui pro quo, niedoganianiu się, nieposkładaniu, często mimo szczerych chęci. O instrumentalnym traktowaniu drugiej osoby, mimo że ona jest otchłanią, której nie można nigdy poznać czy zrozumieć do końca. Z tego wynika nieszczęście.
Żuławski tak postawił sprawę, bo być może do końca wierzył, że Braunek zrozumie swój błąd i do niego wróci. Mężczyźni są zdolni do wszystkiego, łącznie z instrumentalnym potraktowaniem swojej sztuki, aby pomścić zranione ego. Tak czy inaczej, chyba nie ma lepszego filmu ukazującego, że prawdziwym horrorem nie są te sprawy szpiegowskie, śmiechu warte i karykaturalne, ani nawet wybuch trzeciej wojny światowej, ani zainspirowany japońską pornografią falliczny potwór, co do którego nigdy nie wiadomo, czy na jego widok mamy śmiać się, czy płakać. Nie, największym koszmarem są związki – czy może raczej samo heteroseksualne pożądanie, które nieuchronnie rodzi potrzebę posiadania drugiej osoby na własność. Angielskie słowo possession oznacza w końcu zarówno opętanie, jak i posiadanie. Pożądanie rodzi pragnienie posiadania drugiej osoby, jej zawłaszczenia i unieruchomienia, ale też utrzymywania jej w stanie zniewolenia, irracjonalności i szaleństwa.
Bo co jest naturalnego w poświęcaniu całego życia dla drugiej osoby? Czy trwalibyśmy w heteroseksualnych związkach – zwłaszcza kobiety – gdyby nie pchało nas ku sobie toksyczne pożądanie? Czy tę dynamikę można przełamać? Żywiący się krwią, amorficzny potwór miał być – tak to czytam – ucieleśnieniem pożądania, ohydy pożądania kobiecego, które odbiera ją kochającemu mężczyźnie. Jednak jak dla mnie dla ukazania krańcowego horroru, w zupełności by wystarczyły sceny kłótni (dalece bardziej przerażające niż jakakolwiek oślizgła kukiełka), co poświadczy każdy, kto był w związku. Choć oczywiście Żuławski nie byłby sobą, gdyby nie okrasił całości gadkami o bogu, końcu świata, religii, szatanie etc. My jednak swoje wiemy – piekło to inni!
Irytuje mnie, jak mocno ten film cały czas we mnie siedzi i domaga się mojej uwagi i czasu, mimo że napisałam o nim już dziesiątki stron. Przypuszczam, że jest to sposób na nurzanie się we własnym związkowym PTSD. Bowiem oprócz groteskowości, o której już wspomniałam, najprawdziwszą częścią wszelkich związków, zwłaszcza tych już minionych, jest permanentne przewijanie, nostalgia negatywna i wracanie do najgorszych (jak i najlepszych) momentów. Trwa nieustający plebiscyt, przegląd listy przebojów, nurzanie się w negatywnej chwale. Kiedyś myślałam, że filmowy Mark jest kontrolujący i słaby, dziś wiem, że oni są w tym razem, razem w obsesji. To Anna się nim znudziła, to ona wyrzuciła go do śmietnika, to za nią Mark bezskutecznie próbuje nadążyć, wiedząc, jakie to beznadziejne. Jakim kobiecym potworem trzeba być, aby nie wzruszyć się cierpiącym Markiem, wyczerpanym malaryczną miłosną gorączką? Brutalna w tym filmie jest nie jedna czy druga osoba, brutalna jest sytuacja, która zamienia ludzi w groteskowe, wypatroszone figury bez rozeznania we własnym życiu. „Opętanie” to odwrotność „Scen z życia małżeńskiego” Bergmana. Nie dostajemy mądrego, przenikliwego filmu o relacjach, nikt po nim nie pójdzie na terapię, nie rozwiązujemy problemów, nie zachowujemy się jak dorośli. To bajka, a ja wierzę w bajki.
Agata Pyzik
CZYTAJ TEŻ