Potwory


 

Trudno uwierzyć w historię, która przydarzyła się mnie i mojej matce w pewien słoneczny lipcowy dzień. Miałam kilka lat i jeszcze nie chodziłam do szkoły, zatem byłam w wieku, w którym typowe jest mylenie fantazji z rzeczywistością czy doświadczanie koszmarów sennych tak realistycznych, że łudząco podobnych do rzeczywistego doświadczenia. Jednak moja matka, jedyny poza mną świadek tego wydarzenia, do dziś jest w stanie przytoczyć tamtą historię z najdrobniejszymi szczegółami. 

W niewielkim mieszkaniu na piątym piętrze, w jeszcze mniejszym pokoju, siedząc na moim tapczanie, czytałam książkę. Szybciej nauczyłam się czytać niż mówić, choć wtedy już potrafiłam jedno i drugie. Byłyśmy w mieszkaniu tylko we dwie, ja i moja matka – ojciec pod pretekstem wyjścia po drobne sprawunki ulotnił się na całe sobotnie popołudnie. Korzystając z wolnego czasu, matka postanowiła odświeżyć kolor włosów. Z powodu bardzo ograniczonej przestrzeni w mieszkaniu, niektóre przedmioty należące do matki, w tym opakowania z farbą do włosów, znajdowały się w moim pokoju, na zmajstrowanych przez ojca prowizorycznych półkach przylegających do ściany z oknem. Elementem wymyślonej przez ojca konstrukcji, istotnym dla tej opowieści, była popularna w Polsce w latach dziewięćdziesiątych pozioma żaluzja. Umieszczenie jej w tym miejscu nie było bynajmniej przejawem ekstrawagancji moich rodziców, a zmysłu praktycznego. Opuszczona żaluzja z zamkniętymi lamelami miała stanowić prowizoryczną osłonę przed kurzem znajdujących się na półce rzeczy. Za każdym razem aby sięgnąć do zasłoniętych żaluzją półek, należało pokrętłem otworzyć lamele i ciągnąć za sznurek do momentu, aż żaluzja podniesie się wystarczająco wysoko, by ujawnić skrywane za nią skarby. 

Widziałam znad książki, jak matka podchodzi do okna i chwyta za pokrętło żaluzji na przylegającej ścianie, ale ostatecznie z lektury wyrwał mnie przeciągły, przeraźliwy i, jak się później okazało, rzeczywiście nieludzki, pisk. Matka instynktownie odskoczyła od żaluzjowej szafki, ja też podskoczyłam na kanapie, wydając z siebie pełen przerażenia okrzyk. Groza narastała, ponieważ dobiegający zza żaluzji pisk przerodził się w złowrogi syk. Wąż! Krzyknęłam pierwsze, co przyszło mi do głowy, prawdopodobnie pozostając pod wpływem serialu „Dr Quinn”, który często oglądałam z babcią. W pamięci utkwiła mi kobieta z pierwszego odcinka, ofiara węża, która osierociła trójkę dzieci, a której nawet dr Quinn nie była w stanie pomóc. Matka nie rozstrzygając, z jakim gatunkiem mamy do czynienia, wygnała mnie do pokoju tak, jak zazwyczaj ma to miejsce w horrorach klasy B, kiedy jeden z bohaterów postanawia się poświęcić, aby uratować pozostałych. 

Pobiegłam względnie najdalej, czyli kilka metrów, do tzw. salonu, zwanego przez nas po prostu dużym pokojem. Rzuciłam się na kolana przed rozsuwanymi harmonijkowymi drzwiami i unosząc wzrok ku drewnianej płaskorzeźbie, artystycznemu, przynajmniej z założenia, przedstawieniu Matki Boskiej z Dzieciątkiem, zaczęłam modlić się z gorliwością tak wielką, jaką tylko może pomieścić w sobie ważąca kilkanaście kilogramów dziewczynka; jakby od tej modlitwy zależało nie tylko życie moje i ukochanej mamy, ale i świata całego. 

Dobiegające z drugiego pokoju wojownicze wrzaski matki brzmiały tak, jakby walczyła z dzikim, opętanym żądzą krwi zwierzęciem. Był to krzyk, jaki tylko potrafi wydać matka broniąca swoje dziecko przed najgorszym złem tego świata. Boże, zlituj się, zachowaj mamusię, uratuj nas! Nigdy więcej o nic więcej cię nie poproszę, tylko teraz, błagam, Panie Boże, Panie Jezu, Jezusku, uratuj nas! – powtarzałam gorączkowo w transie, szlochając, trzęsąc się i składając do modlitwy małe, zimne i spocone z przerażenia dłonie. 

– Zabiłam to – spokojny głos matki stanowił zaskakujący kontrast do treści komunikatu i do wcześniejszej ekspresji. Zaskoczył mnie także oznajmiony przez matkę fakt, pomyślne zakończenie sprawy. W swoim sześcioletnim ciele niemal fizycznie poczułam, jak spływa na mnie łaska Boga, dobrotliwego, litościwego Boga, który ocalił matkę i mnie, mnie i matkę. 

– To nie był wąż – matka, z kroplami krwi na bluzce, oznajmiła to niezwykle rzeczowo, zdumiona chyba swoją sprawczością. Było w jej tonie coś ze zdziwienia i ulgi, jakie zwykle wyraża się w sytuacjach, kiedy w środku nocy po potrąceniu samochodem niewidocznej przeszkody, sprawca przekonuje się, że nie był to człowiek, tylko jakakolwiek inna istota, jeszcze do niedawna żywa. 

Matka wciąż musiała być w szoku, gdy zadzwoniła do miejskiego ogrodu zoologicznego. Dziś wydaje się to nielogiczne, że wykonała ten telefon post factum. Jednak z perspektywy czasu wiele naszych zachowań wydaje się absurdalne. Wyniosłam z tego zdarzenia też inną cenną lekcję – to, co z mojej perspektywy było najgorszym koszmarem, u innych nie wzbudzało większych emocji. Na szczęście matka, zachowując przytomność umysłu, nie przyznała się niewzruszonemu pracownikowi ZOO do przestępczego czynu, udając zainteresowanie rekomendowanymi sposobami rozwiązania problemu, których to słuchała chyba jeszcze nie do końca przytomna. Gdy odłożyła słuchawkę, pouczyła mnie, abym całą sytuację zachowała dla siebie, nie opowiadała o niej w przedszkolu, nawet mojej „przyjaciółce od serca”. 

Wieczorem ojciec się znalazł, zgodnie z przypuszczeniami matki, już po kilku głębszych. Opowiadała mu całą historię, żaląc się na swój los i osamotnienie w walce ze Złem. Śmiał się serdecznie, tulił ją i pieszczotliwie nazywał „Żabką”, jak zawsze, kiedy zebrało mu się na czułości. Pozazdrościłam matce tego spontanicznego wylewu uczuć ze strony ojca, dołączyłam więc do lamentów, aż nazbyt teatralnie zawodząc nad naszym położeniem, któremu musiałyśmy stawić czoła bez pomocy znikąd i nikogo. 

Tego lata potwór nawiedził nas raz jeszcze. Pływał martwy w deszczówce nakapanej do mojego dmuchanego dziecięcego baseniku ogrodowego, który z braku innych możliwości w trzydziestosześciometrowym mieszkaniu, ustawiony był na balkonie, a o którym w ferworze przygotowań do wakacyjnego wyjazdu zapomniała cała nasza trójka. Tym razem ojciec postanowił się zrehabilitować za swoją poprzednią niedyspozycję. Po dokonaniu osobliwego odkrycia na balkonie wydał ostrzegawczy okrzyk, na który ja, jak przystało na dziecko, z nieposkromioną ciekawością zareagowałam od razu, chcąc zobaczyć znalezisko. Matka nie miała już w sobie tej ciekawości, a i ojciec litościwie oszczędził jej widoku, chwytając truchło przez gazetę i dyskretnie wyrzucając do śmieci. 

Dokładnie sześć lat później, w lipcu, kiedy ja i matka wróciłyśmy z wakacji, we dwie, bo ojciec przebywał służbowo za granicą, przywitała nas informacja o jego nagłej śmierci. 

I znów byłyśmy same – ja, matka i wszystkie potwory świata. 

 

 

Anna Dwojnych


 

CZYTAJ TEŻ