Klientelizm, ekskluzywizm i metafizyczne zło prawicy – czy tęczowe dzieci zasłużyły na osiemset plus?

David Ost,
"Red Pill Politcs. Demystifying the Far Right from Fascism to Right-Wing Populism",
The New Press, New York–London 2026, 240 stron


 

 

Już od prawie dwóch dekad, od Europy Wschodniej po Stany Zjednoczone media odprawiają swoje ponure egzorcyzmy. Duch prawicowego populizmu unosi się nad wodami liberalnej demokracji, zagraża swobodom obywatelskim i kusi otępiałe masy obietnicą zemsty na elitach. Faszyzm jest tuż za rogiem, a jego kolejne emanacje na scenie politycznej zdobywają coraz większe poparcie w społeczeństwach, które najwyraźniej źle rozumieją swoje interesy i pozwalają uwodzić się nieobliczalnym wariatom.  

Nie wiem, czy istnieją jeszcze odbiorcy, na których działają te banalne, często pełne idiotycznych argumentów wezwania do mobilizacji w obronie demokratycznego status quo. Dlatego z umiarkowanym entuzjazmem przyjąłem do wiadomości informację o premierze nowej książki Davida Osta, która w centrum zainteresowania stawia problem globalnej hegemonii politycznej prawicy. Czy naprawdę w roku 2026 można jeszcze powiedzieć coś inspirującego o prawicowym zwrocie na świecie? W „Red Pill Politics” Ost robi to w sposób ciekawy i pogłębiony historyczną analizą – niestety przy okazji dokonuje znaczących uproszczeń i w nowej odsłonie powtarza parę liberalnych truizmów, które wpływają na całościowy obraz publikacji. 

Bez wątpienia należy docenić główną myśl Osta: przerysowany alarmizm publicystów sprawił, że słowo „faszyzm” stało się nad wyraz mglistym pojęciem, oznaczającym już chyba tylko metafizyczne zło. Gdybyśmy mimo wszystko zechcieli przyjrzeć się formacji historycznej, do której odnosiło się to pojęcie u swojego zarania, zrozumieć jej rolę w kształtowaniu postaw społecznych i jej miejsce na europejskiej scenie politycznej XX wieku, z pewnością o wiele łatwiej byłoby nam zrozumieć fenomen Nigela Farage’a, Marine Le Pen, Donalda Trumpa czy Victora Orbána, by wspomnieć tylko o kilku postaciach.  

Zacznijmy od podstaw: tradycyjna prawica konserwatywna w stylu Edmunda Burke’a była nade wszystko ideologią klas posiadających, arystokracji, a później przemysłowej burżuazji. Faszyzm w wydaniu włoskim, a następnie nazizm w wydaniu niemieckim, były pierwszymi ideologiami prawicowymi, która na taką skalę wprowadziły do swojego repertuaru politycznego pierwiastek ludowy – mobilizowały klasę robotniczą i mieszczaństwo, które albo zostało spauperyzowane, albo pauperyzacji śmiertelnie się obawiało. Były to ideologie przemawiające do wspólnoty, która odrzucała oświeceniowe idee uniwersalizmu. Wspólnota ta miała wąskie ramy, była wykluczająca, ale jednak – i to kwestia najistotniejsza dla Osta – spełniała roszczenia „swoich ludzi”. Przetnijmy niepotrzebne spekulacje: Ost nie broni historycznego faszyzmu przed krytyką, nie zachwyca się nim, ale rozwiewa towarzyszącą mu dzisiaj aurę metafizycznego zła, która prowadzi nas na manowce błędnych diagnoz i utrudnia rzetelną analizę. Pokazuje, że NSDAP cieszyła się ogromnym poparciem społeczeństwa niemieckiego nie dlatego, że to drugie było żądne żydowskiej krwi, ale głównie dlatego, że Hitler obiecał godność, sprawiedliwość i dostatek wyklętemu ludowi ziemi. 

Eksperyment Osta opiera się zatem na bardzo interesującym chwycie intelektualnym: zamiast używać słowa „faszyzm” w stosunku do współczesnych prawicowych populizmów, co przecież nie mówi o nich zupełnie nic, a jedynie ma służyć ich dyskredytacji – z kolei bycie zdyskredytowanym przez salon oznacza dla populisty wyłącznie legitymizację i umocnienie – spróbujmy zidentyfikować i nazwać tendencję społeczną, która stanowiła fundament zarówno dla historycznego faszyzmu, jak i dla alternatywnej prawicy, z którą liberalne demokracje mierzą się dzisiaj. I właśnie tę tendencję autor kultowej „Klęski Solidarności” (2005) nazywa polityką „czerwonej pigułki” (red pill), odnosząc się do ikonicznej sceny z filmu „Matrix” (1999), w której główny bohater, Neo (Keanu Reevs), staje przed wyborem oferowanym mu przez Morfeusza (Laurence Fishburne). Może wybrać niebieską pigułkę, zapomnieć o wszystkim, co usłyszał, i powrócić do życia złudzeniem, lub czerwoną pigułkę, dzięki której zobaczy świat takim, jakim jest w rzeczywistości. 

Oczywiście, Osta nie interesuje szczególnie sam obraz sióstr Wachowskich, ale kontekst społeczny, jakim obrosła kultowa scena. Pojęcie red pill od lat funkcjonuje w manosferze i na libertariańskich forach internetowych, które uczą hustlingu, demistyfikują feminizm, wrogo nastawiają użytkowników do lewicy kulturowej i społecznej czy ideologii queer. Nowojorski politolog wykazuje się wielką pomysłowością, gdy decyduje się potraktować „czerwoną pigułkę” jako akronim, który mieści w sobie wszystkie najistotniejsze komponenty prawicy ludowej, zarówno tej faszystowskiej, jak i tej, która dziś święci triumfy na świecie: prawicowy, ekskluzywistyczny, narodowo-demokratyczny, populistyczny nieliberalizm (right-wing exlusionary nationalist-democratic, populist illiberalism). Takie postawienie sprawy jest kluczowe, bo o ile współczesna prawica bardzo łatwo może zbyć argumenty o swoje sympatie faszystowskie, wykazując na przykład, że nie wtrąca opozycji do więzień i nie organizuje publicznych egzekucji zdrajców narodu, to nie może wyrzec się tych ideologicznych komponentów, które obejmuje powyższy akronim. Komponenty te same w sobie nie prowadzą z konieczności do brutalnych represji politycznych – i tutaj właśnie Ost naraża się swoim liberalnym kolegom i koleżankom. Różnica między faszyzmem a prawicowym populizmem w jego ujęciu polega bowiem na tym, że o ile znamy dokładną trajektorię historyczną tego pierwszego, to nie wiemy przecież, jakie wnioski z ideologicznych przesłanek wyciągną aktywni dziś politycy, którzy póki co osiągają swoje cele metodami całkowicie demokratycznymi i nie dopuszczają się przemocy politycznej (a przynajmniej nie w takim stopniu jak faszyści). Mówiąc krótko, radykalne środki, które stosowali historyczni faszyści – a które pozwalają liberałom stworzyć wokół faszyzmu aurę metafizycznego zła – w ogóle nie są potrzebne współczesnym populistom, ci bowiem realizują swoje polityki przy użyciu całkowicie legalnego i akceptowalnego mandatu demokratycznego. 

 

 

Uniwersalizm, ale nie ten 

 

Ost, który jednoznacznie występuje przeciwko kulturowemu odchyleniu współczesnej lewicy i postuluje powrót do jej uniwersalistycznych, prorobotniczych źródeł, gdzieniegdzie sam okazuje się przywiązany do myślenia tożsamościowego. Nie jestem ekspertem od globalnych tendencji populistycznych, dlatego do tej kwestii będę się odnosił przede wszystkim w kontekście polskim. 

Kalka intelektualna, którą powtarzają liberalne media i lewicowi aktywiści opiera się na głęboko zinternalizowanym przekonaniu, że każdy, kto radykalnie podaje w wątpliwość status quo, jest w bardziej lub mniej ścisły sposób związany z prawicą – w pewnym sensie jest to struktura wyobrażeniowa odziedziczona po PRL-u, gdzie lewicowa opozycja traktowana była jako część większego obozu prawicowego. Kluczowe postaci Porozumienia Centrum, jak choćby premier Jan Olszewski, w dużym stopniu podtrzymywały tradycje Polskiej Partii Socjalistycznej. Wielu polityków reaktywowanego w 1988 roku PPS-u ostatecznie zostało członkami PiS lub w jakiś sposób z tą partią współpracowało (np. Krzysztof Karwowski). Andrzej i Joanna Gwiazdowie, którzy uczestniczyli w powstawaniu pierwszej Solidarności i pozostali wierni jej postulatom przez całe życie, z czasem tylko na prawicy mogli znaleźć intelektualną platformę do wypowiedzenia swojego sprzeciwu – u podstaw przecież jak najbardziej lewicowego – wobec potransformacyjnego układu. Nie powinniśmy o tym zapominać, kiedy analizujemy prosocjalną politykę realizowaną przez ugrupowania konserwatywne. A teraz do rzeczy. 

Ost pisze, że w ciągu dwóch lat NSDAP zwiększyło swoje poparcie z 18,3 do 37,3 procenta, postulując przywrócenie ośmiogodzinnego dnia pracy, zwiększenie wpływu robotników na zarządzanie fabrykami, dążenie do pełnego zatrudnienia, za sprawą którego powstać miały nowe drogi i mieszkania, a także zakaz pracy kobiet i nieletnich w dużych zakładach przemysłowych (s. 90). Jednocześnie wiemy przecież, że postulaty te objąć miały tylko część klasy robotniczej, bo inny jej segment – ludność żydowska, a później po prostu niearyjska – był obcym elementem w niemieckim społeczeństwie. W 1933 roku zastosowano na szeroką skalę tak zwany „paragraf aryjski”, który ograniczał Żydom dostęp do wykonywania konkretnych zawodów i wykluczał ich z przynależności do określonych organizacji. Dwa lata później ustawy norymberskie jeszcze bardziej zaostrzyły restrykcje, rozszerzając zakazy na Romów i ludność czarnoskórą; wtedy też zabroniono małżeństw między Aryjczykami i nie-Aryjczykami. 

Jeżeli kluczowym komponentem ideologii red pill jest tego rodzaju ekskluzywizm, to powinniśmy zadać pytanie, czym właściwie objawiał się on w czasie ośmioletnich rządów PiS z lat 2015–2023. Wprowadzenie stawki godzinowej i konsekwentne podnoszenie płacy minimalnej dotyczyło wszystkich pracowników, a nie tych, którzy byliby w stanie udokumentować swoją sarmacką krew. Jeśli przyjrzymy się flagowemu programowi społecznemu tej partii, czyli 500 plus (dziś: 800 plus), którego twarzą była Beata Szydło, zauważymy bez większych trudności, że wypłacane w jego ramach świadczenia nie były przeznaczone dla dzieci ochrzczonych i o odpowiednim kolorze skóry. Był to program uniwersalny, do pewnego stopnia wzorowany na bezwarunkowym dochodzie podstawowym. Leszek Morawski i Michał Brzeziński wykazali, że program ten zmniejszył społeczne ubóstwo o 2 punkty procentowe, a ubóstwo wśród dzieci aż o 6,5 procenta. Badacze podkreślają, że była to absolutnie nieszowinistyczna strategia redystrybucyjna1. Do pewnego stopnia miała ona spełniać rolę prodemograficzną, co przez niektórych było odbierane jako element prawicowej ideologii – nie zgadzam się z tym poglądem, ale nie będę z nim tutaj polemizował. Bardziej interesuje mnie bowiem to, że zaplecze administracyjne premier Szydło doskonale rozumiało, na czym polega i jak wpływa na rozwój gospodarczy ekonomia popytowa, tak skrupulatnie opisana przez Michała Kaleckiego, a później Johna Maynarda Keynesa. W dużym uproszczeniu, zwiększenie dochodów w grupach najuboższych i średnio zarabiających – czyli tam, gdzie oszczędza się mało lub wcale – w naturalny sposób wywołuje ruch pieniądza w gospodarce, jako że nowe środki przeznaczane są na konsumpcję, a co za tym idzie, na świadczeniach społecznych zyskują nie tylko ich bezpośredni beneficjenci, ale również lokalny przemysł i usługi. 

Jakie znaczenie zatem dla klasy robotniczej – nawet wieloetnicznej i wielowyznaniowej – oraz polskiej gospodarki ma to, czy uniwersalne świadczenie, od lat proponowane przez prospołecznych ekonomistów, wypłacane jest przez rząd socjalistyczny czy rząd konserwatywny? Dodajmy, że świadczenie wychowawcze, o którym mowa, od 23 lutego 2022 roku obejmuje również obywateli Ukrainy, którzy przebywają legalnie na terenie polski – kategoria „ekskluzywizmu” jest więc, delikatnie mówiąc, chybiona w odniesieniu do ostatnich rządów PiS.  

Czy te polityki publiczne rzeczywiście można tak łatwo zestawić z koncepcją „narodowego socjalizmu”, którą Hitler zaczerpnął od Maurice’a Barrèsa i którą rozwijał w oparciu o dorobek Georga Rittera von Schönerera?  To właśnie stara się zrobić Ost (s. 124) – oczywiście nie po to, by zdemaskować Kaczyńskiego jako faszystę, ale by pokazać, że i faszyzm, i nowoczesny red pill przekonywały do siebie wyborców rozwiązaniami prospołecznymi. Trudno oprzeć się wrażeniu, że w swoim wysiłku odkłamywania historii i wprowadzania semantycznej przejrzystości Ost w gruncie rzeczy wikła się w nowe problemy definicyjne i tożsamościowe. W ten sposób jedną fałszywą analogię historyczną zastępuje po prostu kolejną fałszywą analogią: jego zdaniem cała populistyczna prawica uprawia dziś red pill politics, a przecież doskonale wiadomo, że jest ona wewnętrznie pęknięta. Gospodarczy konserwatyści i ekstremiści wolnorynkowi nie mają żadnych wspólnych interesów, nawet gdy pozornie – i zawsze tylko do pewnego stopnia – podzielają agendę kulturową. 

Nie twierdzę, że Prawo i Sprawiedliwość tak naprawdę jest partią socjalistyczną, która ze względu na okoliczności historyczne – okrągły stół i potransformacyjne przetasowania – musiała utożsamić się z prawicą, bo tylko na prawicy możliwy był realny opór przeciwko dziedzictwu Leszka Balcerowicza i postępującej globalizacji. Twierdzę, że prawicowo-konserwatywne partie również mogą wprowadzać uniwersalne programy społeczne, które w gruncie rzeczy realizują agendę socjaldemokratyczną, a sam fakt, że partia ma charakter narodowy i katolicki, nie czyni jeszcze tych programów ekskluzywistycznymi. Gdyby było inaczej, w lipcu 2026 roku prawdopodobnie nie doszłoby do rozłamu w ugrupowaniu Jarosława Kaczyńskiego, który – prawdopodobnie ze względów czysto pragmatycznych – zdecydował się oficjalnie wejść na ścieżkę amerykańskiej ideologii MAGA, w reakcji na co wielu posłów opuściło ugrupowanie i wraz z byłym premierem Mateuszem Morawieckim zdecydowało się kontynuować – a przynajmniej to zapowiada lider – program prawicy solidarystycznej i prorozwojowej.  

(Na marginesie należy wspomnieć, że sama kategoria ekskluzywizmu w odniesieniu do programów partyjnych jest wyjątkowo zgubna, bo niejako z konieczności każe nam traktować problemy powierzchownie. Świeży przykład z brzegu: nikt w Polsce nie nazwałby polityki migracyjnej Pedro Sáncheza ekskluzywistyczną, szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że nierzetelne media oskarżają dziś premiera Hiszpanii o kryzys w Ceucie. W przestrzeni publicznej powiela się teraz fałszywe informacje, jakoby to decyzja o legalizacji statusu nielegalnych imigrantów doprowadziła do napływu dziesiątek tysięcy ludzi z Maroka. Prawdą jest jednak, że mieliśmy do czynienia ze zwykłą prowokacją marokańskiego reżimu (bardzo podobną do prowokacji białoruskiej na naszej granicy), wrogo nastawionego do socjalistycznego rządu Hiszpanii i wspieranego przez Izrael oraz Stany Zjednoczone. Zgodnie z regulacjami wprowadzonymi przez Sancheza wnioski o legalizację pobytu składać mogli nieudokumentowani migranci, którzy: 1. przebywali na terenie Hiszpanii co najmniej pięć miesięcy; 2. nie byli dotąd karani; 3. po uzyskaniu pozwolenia na pobyt nie mogą przemieszczać się po Strefie Schengen. Sam dokument ma być ważny przez rok, a przed jego wygaśnięciem należy przejść standardową procedurę legalizacji pobytu, jaka obowiązywała dotychczas. Zadajmy sobie zatem dwa pytania: czy polityka migracyjna Sancheza jest ekskluzywistyczna, skoro ludność przybyła do Ceuty wcale nie zalegalizowała swojego pobytu w kraju przez sam fakt przekroczenia granicy? Czy ekskluzywizm tego rodzaju jest czymś rozsądnym i koniecznym, nawet z lewicowego punktu widzenia, czy może jest skandalicznym gestem rasistowskiej opresji? Koniec dygresji, wracamy do Polski.) 

W 2005 roku Jarosław Kaczyński postawił jedną z najważniejszych i do dziś zachowujących aktualność diagnoz. Prezes PiS stwierdził wówczas, że nasz krajobraz polityczny najlepiej definiują dwa pomysły na Polskę – liberalny i solidarny. Swoją partię i jej agendę Kaczyński utożsamiał oczywiście z drugim z tych obozów, choć nie zawsze udawało mu się realizować to w praktyce. Bez wątpienia można jednak powiedzieć, że jego program polityczny od początku spełniał warunek „demokracji nieliberalnej”; o wiele bardziej skomplikowane stają się sprawy, gdy weźmiemy pod uwagę, że proponowany przez Kaczyńskiego „solidaryzm” nie może być wykluczający w duchu typowym dla red pill, bo jest w dużym stopniu dziedzictwem Polskiej Partii Socjalistycznej2 

 

 

Prospołeczna prawica jako novum? 

 

Czy programy socjaldemokratyczne realizowane przez prawicę rzeczywiście są domeną red pill politics, w tym faszyzmu i współczesnych odmian populizmu? W czasach konsensusu powojennego było rzeczą oczywistą, że państwo nie może oddać swoich kompetencji we władanie mechanizmów rynkowych i w pewnych sferach interwencjonizm jest koniecznością. Trudno byłoby uznać Dwighta Eisenhowera za polityka lewicowego, a jednak nie tylko podtrzymał on wiele programów Rooseveltowskiego New Dealu, ale wręcz je rozszerzył. Torysi po 1951 krytykowali państwo dobrobytu i rządy Clementa Attlee’ego, ale przecież nie kwestionowali istnienia NHS, wciąż budowali mieszkania komunalne, a w tak zwanej „karcie przemysłowej” z 1947 roku w pełni akceptowali interwencjonizm państwowy. W RFN Adenauera funkcjonowała społeczna gospodarka rynkowa, która gwarantowała silne zabezpieczenia socjalne. Jeszcze w 1971 roku Richard Nixon wypowiedział słynne: „teraz wszyscy jesteśmy keynesistami” – wtedy konsensus już upadał, ale ideologia prospołecznego konserwatyzmu nie wyparowała przecież w powietrzu. 

Zapewne można uznać, że państwo opiekuńcze samo w sobie nie było elementem programu prawicy, a jego wprowadzenie było posunięciem taktycznym, które miało odpowiedzieć na tęskne spojrzenia robotników na wschód. Słowem, oferując godne warunki pracy, komfortowe, bezpieczne życie i konsumpcjonizm rządy chciały upewnić się w tym, że robotnicy z krajów kapitalistycznych nie staną się komunistami. To wszystko prawda, ale prawda tylko częściowa. Bo oprócz udanych prób rzekomego „skorumpowania” robotników na zachodzie, na które tak bardzo utyskiwał Herbert Marcuse w „Człowieku jednowymiarowym”, była jeszcze całkowicie racjonalna, oparta na modelach makroekonomicznych koncepcja stymulowania gospodarki przez popyt. Nie bez powodu co rozsądniejsi ekonomiści liberalni, jak choćby Joseph E. Stiglitz czy Paul Krugman, proponują powrót do keynesowskich rozwiązań gospodarczych, które wcale nie mają doprowadzić do zniesienia kapitalizmu, ale do uratowania go przed nim samym. 

U Osta mamy zatem do czynienia z czymś z gruntu paradoksalnym: próbując oczyścić pojęcie faszyzmu z aury metafizycznego zła, tak aby poddać je rzeczowej analizie materialistycznej, autor jednocześnie snuje aurę metafizycznego zła wokół współczesnej prawicy jako takiej, w całości kwalifikując ją do kategorii red pill politics. W książce czytamy, że programy socjalne wprowadzane przez konserwatywnych populistów to „prezenty” dla ludu, a cała ich polityka społeczna opiera się na „klientelizmie” (s. 101–102). Wygląda więc na to, że Ost w ogóle nie dopuszcza do siebie myśli o prawicy jako sile politycznej, która u swych podstaw ma poważnie traktowaną ideę sprawiedliwości społecznej, albo której celem jest utrzymanie narodowej gospodarki w dobrym stanie. Cele prawicy zawsze muszą być kulturowe i tożsamościowe, bo jeśli prawica dba o robotnika, to na pewno tylko po to by, zachęcić go do aktywnego udziału w ekskluzywistycznym, etnonarodowym projekcie nienawiści. Z pewnością nie jest to punkt widzenia, który sprzyjałby materialistycznej analizie politycznej, na jakiej zależy Ostowi. 

Badacz popełnia jeszcze jeden duży błąd, który wynika z przesadnego przywiązania do kategorii tożsamościowych i niewystarczająco zdialektyzowanej refleksji – dotyczy on agendy antyimigracyjnej. Ost zdaje się nie dostrzegać, że to problem o wiele bardziej skomplikowany niż prosta artykulacja ksenofobicznych instynktów i poczucia narodowej wyższości, choć przecież wie, że tradycyjna lewica prorobotnicza nie sprzeciwiała się szczególnie zaostrzaniu polityki migracyjnej (zob. s. 126). Właśnie w odniesieniu do napływu zewnętrznej siły roboczej do Polski rząd PiS zasługuje na największą krytykę jako ugrupowanie, które realizowało libertariańską politykę red pill. Rząd ten był za, a nawet przeciw – przeciw na poziomie kulturowym, za na poziomie gospodarczym. Instrumentalnie posługiwał się retoryką antyimigrancką, jednocześnie pozwalając na to, by to lokalny kapitał dyktował polskiemu społeczeństwu jedyny program polityki migracyjnej. Jakub Dymek wykazał niedawno, że w czasach kryzysu na granicy polsko-białoruskiej – dokładnie wtedy, gdy Mariusz Błaszczak bez zażenowania prezentował opinii publicznej zoofilskie zdjęcia, które rzekomo służby zabezpieczyły na telefonach migrantów – na polski rynek pracy, głównie za pośrednictwem agencji pracy tymczasowej, rocznie trafiało więcej obcokrajowców niż we wszystkich pozostałych krajach Unii Europejskiej razem wziętych3. 

Żeby w ogóle zrozumieć, jaki stosunek do polityki migracyjnej mają prawicowi libertarianie spod znaku red pill, trzeba wyjść poza proste opozycje nacjonalizmu i kosmopolityzmu, ksenofobii i ksenofilii. Rząd bowiem nie oddał sterów w zakresie polityki migracyjnej biznesowi dlatego, że w głębi serca był empatyczny i współczujący, ale dlatego, że był uległy wobec kapitalistycznego lobby, które nadal nie chce zmieniać modelu rozwoju i tak jak w latach 90-ych woli konkurować na rynkach zagranicznych tanią siłą roboczą. Teraz jednak tę siłę roboczą mają stanowić migranci, bo żaden Polak – a od jakiegoś czasu już nawet żaden Ukrainiec – nie będzie pracował w tak skrajnie uwłaczających warunkach. Jednoczesne otwieranie granic i retoryczne podsycanie nastrojów rasistowskich, antyukraińskich czy islamofobicznych nie stoją ze sobą w sprzeczności: przyjezdni mają podejmować u nas pracę, ale mają też żyć w ciągłym strachu; mają być ulegli wobec patobiznesu i polskiego państwa. Mam nieodparte wrażenie, że gdyby rząd PiS bardziej odpowiedzialne podchodził do problemu migracji w swojej ostatniej kadencji, w znacznie większym stopniu kontrolowałby agencje pracy tymczasowej, Ost krytykowałby go teraz za „rasowy autarkizm”, strach przed otwieraniem granic i dążenie do utrzymania homogenicznej struktury etnicznej. Faktem jest jednak, że takie posunięcie chroniłoby zarówno polskich pracowników przed dumpingiem płacowym, jak i – przykładowo – pracowników kolumbijskich, którym odbiera się teraz paszporty, których upycha się w kontenerach i którym każe się pracować po 16 godzin na dobę w warunkach dalece wykraczających poza normy określone w polskim Kodeksie Pracy. Która z tych polityk okazuje się zatem bardziej progresywna: kontrola migracji czy otwarte granice? 

 

 

Albo uniwersalizm, albo partykularyzm 

 

David Ost w nowej książce wyznaczył sobie ambitne i warte wysiłku cele: przede wszystkim chciał uhistorycznić analogię między dwudziestowiecznymi ruchami faszystowskimi a współczesnymi artykulacjami red pill politics, w ten sposób pokazując realne zagrożenia związane z nową prawicą. Choć mam poczucie, że nie dowiózł swoich obietnic w pełni, to doceniam jego próbę, uważam ją za ciekawą pod względem merytorycznym i wartą podjęcia dyskusji. Jednocześnie trudno mi oprzeć się wrażeniu, że gorzej jest wtedy, gdy Ost próbuje wskazać współczesne drogi dla lewicy, wobec której przejawia o wiele mniej realizmu niż wobec prawicy. 

Badacz jest w pełni świadom, że z dzisiejszego punktu widzenia historyczna lewica była dość konserwatywna pod względem kulturowym. Wie też, że dopiero jako masowy ruch polityczny pod agendą ZSRR ruch robotniczy aktywnie zwalczał rasizm i nierówności płciowe, a więc te kwestie nigdy nie były elementem ułatwiającym agitację i organizację, lecz były programem zwartej już grupy interesu o wysokiej świadomości klasowej. Ost zauważa bardzo przytomnie, że powojenny boom edukacyjny w Stanach Zjednoczonych oraz konsensus między kapitałem i pracą wychował całe pokolenie ludzi, którzy nie widzieli już największego zagrożenia dla swoich interesów w kapitalizmie, ale w innych, rozproszonych „centrach władzy” – płciowej, rasowej, seksualnej etc. Fakt, że ta kulturowa agenda w dużym stopniu przyczyniła się do późniejszej słabości Nowej Lewicy jest dziś banałem i nie wymaga udowadniania. 

Jednocześnie Ost twierdzi, że zwrot ku lewicowemu populizmowi nie może dziś oznaczać odrzucenia tego, co często etykietuje się jako „polityka tożsamości”. Doprawdy trudno zrozumieć, co właściwie miałoby to oznaczać, gdy weźmie się pod uwagę postulowaną przez autora konieczność powrotu do robotniczych źródeł socjalizmu. O ile bowiem bez problemu można pogodzić uniwersalizm i uznanie praw mniejszości, to polityka tożsamościowa jest już z natury antyuniwersalistyczna, koncentruje się na partykularyzmach i permanentnie wynajduje nowe fronty walki, które dziwnym trafem nigdy nie pokrywają się z frontem walki klasowej. Masowy ruch, który miałby opierać się na fundamentach uniwersalnych praw, a jednocześnie afirmować partykularne wojenki, które rozrywają go od środka, nie tylko nigdy się nie istniał, ale nie ma prawa zaistnieć – to rodzaj fantazmatu, który zrodził się wraz z powstaniem Nowej Lewicy w latach 60-ych. 

Nie jest moim zadaniem wskazywać, jakie realne drogi rozwoju ma przed sobą lewica w trzeciej dekadzie XXI wieku – wiem jednak na pewno, że dopóki traktować będzie prawicę jako metafizyczne zło, a w socjaldemokratycznej polityce realizowanej przez konserwatystów dostrzegać będzie wyłącznie klientelizm i próby skorumpowania klasy robotniczej, wciąż tkwić będzie w paradygmacie ideowej czystości, jaki narzucił nam woke’izm – a to bez wątpienia patowa sytuacja, która nie służy ani społecznej większości, ani mniejszościom skoncentrowanym na problemach kulturowych.

 

 

Dawid Kujawa

 

 

1. Leszek Morawski i Michal Brzezinski, „How do right-wing populist majoritarian governments redistribute? Evidence from Poland, 2005–2019”, Social Policy & Administration 2024, 58(3), 521–539. https://doi.org/10.1111/spol.12984

2. Podczas swojego słynnego wystąpienia w Siemianowicach Śląskich z 2019 roku Mateusz Morawiecki mówił, że robotnicza myśl socjalistyczna [spod znaku PPS] jest głęboko obecna w filozofii Prawa i Sprawiedliwości. zob. https://www.youtube.com/watch?v=gSzQWgQN_88 (dostęp: 22.08.2026).

3.  Jakub Dymek, „Rewolucja ambicji. Jak zmienia się Polska?”, Wydawnictwo Port, Warszawa 2026, zob. rozdział 4.: „Jak Polska stała się (k)rajem imigracji”.


 

CZYTAJ TEŻ