ŻYWOT CZŁOWIEKA UDUCHOWIONEGO
albo
Sen literacki
Piotr Kaczorowski,
"Był sen",
Wydawnictwo Karol Sółek Kropka i
[2026, bez uwzględnionego drukiem roku wydania], 377 stron
Nie wiem, czy Piotr Kaczorowski jest dobrym pisarzem. Wiem natomiast, że jest twórcą oryginalnym, świetnie korzystającym z wrodzonego słuchu literackiego; że panuje nad formą; że stara się przełamywać kanony, wreszcie – że nie udaje, że jego proza jest super oryginalna. Uczciwie wskazuje tropu czytelniczych fascynacji i autorskich powiązań: Joyce, Kafka, Hrabal, Schulz, Herbert, z młodszych Marcin Świetlicki.
Przeczytałem „Był Sen” dwukrotnie. I dobrze. Bo podczas pierwszej lektury jakoś umknęły mi smaczki i ciekawe zabiegi pisarskie… Dlaczego umknęły? Nie uważałem? Być może. A jeśli tak, to dlatego, że w końcu nużą opisy codzienności – nie ich rytuałów, bo te ciekawe – lecz na przykład menu tej czy innej odwiedzanej knajpki, a także liczne fragmenty weduty obserwowane przez narratora-przechodnia. Jedne i drugie wprawiają czytelnika w senny nastrój, co się zdarza w przypadku literatury eksperymentalnej – jeśli nie odpowiednio rozreklamowanej i uznanej za dzieło wybitne, to z wyraźnie widocznymi lukami w kontakcie z odbiorcą. Te luki to znużenie, niekiedy odbierane, co gorsza, jako stan czytelnika, powstają wskutek lekkomyślności autora niezainteresowanego nie tylko losem odbiorcy, lecz także nośnością tekstu. Tak to jest. Nie będziemy się oszukiwać.
Do przeszkód w percepcji dzieła Kaczorowskiego zaliczam także autorski eksperyment polegający na swoistym ujednoliceniu interpunkcji. Spośród znaków przestankowych – oprócz kropek – stosuje on tylko myślniki (z rzadka i przecinki, ale to tylko wtedy, gdy już nie można inaczej). Wyjątkiem jest kilkustronicowy tekst o katowanym i ciemiężonym prze UB ojcu pisarki i malarki Urszuli Gerszon, i właśnie owa niekonsekwencja, paradoksalnie, pozwala odetchnąć w antrakcie lektury ponad trzystustronicowego tekstu wypełnionego zubożoną pisownią. To trochę tak, jak znakomicie skrojony i uszyty garnitur – pozbawiony guzików. Z niewygodami.
Niewygody te towarzyszą autorowi w jego nerwowym biegu słów, jakby na skróconym oddechu (a to wskutek nadmiaru myślników).
O czym jest „Był Sen”, książka obwarowana murem trudności? O czym jest, skoro się nie zaleca do czytelnika? Z założenia o miłości przełamującej złe moce. Pisarz-narrator stara się układać sobie życie na kształt miłości. Żyje racjonalnie, uważa na swoje nadszarpnięte zdrowie, dzięki temu oddala od siebie choroby, które mu zagrażały, opiekuje się najbliższymi, sam od nich doznając dobra, pracuje w domu, stara się dobrze wykonywać zadania. Nie bardzo wiadomo, jaka to jest praca, wiemy natomiast, że ten, który ją wykonuje, jest wartościowym, oryginalnym, ale mało znanym pisarzem. Pasjonuje się fotografią, robi zdjęcia aparatami analogowymi, umożliwiającymi wydobycie głębi i nastroju w drodze do prawdy.
Codziennie, po kwadransie na odmówienie modlitw, wychodzi z domu, żeby odebrać córkę Atenę z przedszkola. Żona, wierna Penelopa, uratowała mu życie w odległej przeszłości; dzięki niej, dzięki jej uczuciu, nie targnął się na życie i nie powiększył grona tych, którzy rytualnie przeżyli dwadzieścia siedem lat. Jest – wiele na to wskazuje – uduchowiony, jego wrażliwość jednak często idzie w kierunku odległym od rejonów piękna i dobra: skoncentrowany na sobie, odnosi ponadto wrażenie, że jest śledzony. Może nawet prześladowany. Przez kogo? Ano, przez tych, co najbliżej, przez „gnojków z osiedla” mianowicie. O tyle jednak wciąż panuje nad sobą, że potrafi spojrzeć z dystansu, na przykład w obliczu konstatacji, że tajemniczy znak narysowany kredą na trotuarze w miejscu, gdzie zwykle on sam stoi w oczekiwaniu na taxi, okazuje się oznaczeniem miejsca, w którym robotnicy będą wiercić otwór niezbędny z powodów technicznych. „A okazało się – że coś pękło – w rurze – i prują chodnik – Panowie”.
Co nie znaczy, że kolejne wyjście z domu nie będzie się wiązać z obawą o jakieś złośliwe, wrogie czyhanie na niego. Przy okazji ćwiczy zmysł obserwacji:
Patrzy – widzi – to mu wszystko tłumaczy – salon wyposażenie mieszkań, domów – tapety, coś tam – parterowy budyneczek przyklejony do bloku – prowadzi znany komuch – nawet mason – i tam – ani kropki, ani kreski – graffiti – a blok cały pomazany.
Autor-narrator to – wbrew przypuszczeniom wynikającym ze złudnej potrzeby konsekwencji – nie Ulisses, lecz Don Kichot. W pierwszych trzech częściach książki daje się poznać jako bystry obserwator Lublina, miasta Józefa Czechowicza, miasta, w którym żyje, miasta zabytków, knajpek. Zna tam, jak się zdaje, każdy kamień. Poza tym rodzinne wypady samochodem na Roztocze, odnawianie wakacyjnych znajomości i nostalgiczne westchnienia – bo coraz mniej tego, co dobre, w sensie dóbr oferowanych turystom, świetna obserwacja typów ludzkich, dzięki której nie szkoda sięgnąć po tę prozę.
W części czwartej, zatytułowanej „Heart of Darkness”, zmienia się wprawdzie sceneria, ale – uwaga! – niekoniecznie przewodnik. Bo to ktoś, kto rozumuje podobnie jak dotychczasowy bohater. W dodatku, podobnie jak tamten, w pewnym momencie czuje się profesjonalnie śledzony. Jest delegowany z redakcji w Warszawie, żeby w Lublinie zrobić wywiad z kimś wartościowym, znanym i cenionym w środowisku, ukrytym z dala od centrum. Znakomicie jest opisana podróż busem ze stolicy do Lublina. Zajmująco – wędrówki po Lublinie, niejako tropem tego, z którym ma robić wywiad, co i raz z entuzjastycznym okrzykiem, płynącym kolejno z ust różnych osób: Pan jest znajomym – Don K. – cudowny człowiek.
Trochę jak z Kafki. Czytelnik skupia uwagę, wzmaga czujność (zwłaszcza w momencie, gdy gość myli nazwisko znanego w Lublinie cukiernika Semadeniego, nazywając go Samedinim), ale dopiero pod koniec rozdziału upewni się, że ten, który ma zrobić wywiad, nie ma nic wspólnego z bohaterem. Tym bowiem, z którym ma zrobić wywiad, jest właśnie Don Kichot, którego wszyscy znają i wszyscy lubią.
„Był Sen” – tytuł książki. Istotnie. Postacie kreowane przez Piotra Kaczorowskiego, jak we śnie, zamieniają się rolami, ciałami, wychodzą poza ramy codzienności, uwijają się w aurze wprawdzie wyobrażonej, ale z realistycznymi realiami: znamy te budowle, schody, trasy szybkiego ruchu, krajobrazy migające za szybą samochodu. No tak, w onirycznej przestrzeni właściwie wszystko można.
W książce dużo ważnych spostrzeżeń dotyczących nie tylko sytuacji jednostki twórczej w naszej coraz trudniejszej, choć niby ułatwionej, rzeczywistości; troska o los społeczności z pozycji kogoś, dla kogo celem jest pokój. A drogą do pokoju – miłość. Co nie oznacza, że podejrzliwość autora-bohatera-narratora, którą on usiłuje okiełznać modlitwą i rzetelną pracą, nie zjawia się w formie dywagacji na temat życia i twórczości starszych i bardziej znanych kolegów. Po świetnie naszkicowanej scenie spotkania i ascetycznej rozmowy z pisarzem B. N. (raz tylko autor stosuje inicjały, o innych pisze przedstawiając ich z imienia i nazwiska) dopowiada:
I tu jest – sytuacja zagwostkowa – przy każdej – książce ma zagwostki – czy aby w ferworze pisania – nie napisał czegoś słabego o kimś.
Co znaczy „coś słabego” – możemy się najwyżej domyślać. Autor wie lepiej. Podobnie jak zapewne wie, dlaczego w strukturę książki wplótł wspomnienia z zamierzchłej podróży do Egiptu z matką, którą tam dopadły dolegliwości trawienno-jelitowe. Wie, czemu poinformował o przyszywanym dziadku, który latami, po troszeczku, oszukiwał go finansowo. Wie także, a ja jakoś nie wiem, dlaczego w sąsiedztwie oryginalnych tekstów modlitw zamieszcza, łagodnie mówiąc, słabo humanitarne, a może ostrzej, wulgarne w wymowie spostrzeżenia wysłannika redakcji, tego, który mimo wszystko wydaje się odbitym w lustrze snu wizerunkiem narratora. Kant wprawdzie radził: Wystrzegać się złych snów, ale… We śnie nic nie jest ani niestosowne, ani zabronione.
Marek Sołtysik
CZYTAJ TEŻ