Mariusz Fornagiel


Zawód: Pamiętnikarz


 

Zawód: Pamiętnikarz

 

W 2002 roku wyemitowano film dokumentalny „Zawodowiec” poświęcony Markowi Krukowskiemu – człowiekowi, który z udziału w teleturniejach uczynił swoje źródło utrzymania. Nie chodziło o jednorazową wygraną ani medialną przygodę, lecz o sposób na życie. W pamięć zapada zwłaszcza zdanie wypowiedziane przez jednego z jego synów: Tata musi wygrać w telewizji, inaczej umrzemy z głodu. Słychać w niej całą powagę sytuacji – wiedza, refleks, opanowanie stają się narzędziem przetrwania. Krukowski nie tylko występował w studiu; on funkcjonował w logice konkursu. Jego codzienność podporządkowana była rytmowi nagrań, regulaminów i kolejnych zgłoszeń. Ów konkursowy tryb życia budził zainteresowanie, intrygował, przekraczał granicę między hobby a profesją. I właśnie to skłania do pytania: czy podobna figura – człowieka żyjącego w rytmie konkursów – mogła pojawić się również w świecie pamiętnikarstwa konkursowego? 

Między sezonowcem a zawodowcem 

W latach dziewięćdziesiątych – w czasach jednoczesnej obietnicy kolorowego życia niczym z magazynu i szarej codzienności transformacji – teleturnieje cieszyły się ogromną popularnością. Któż choć na chwilę nie pozwolił się ponieść marzeniom o wygraniu znacznej sumy i poprawie własnego losu. A może szczęście pozwoli, by na grę udać się na własnych nogach, ale ze studia wyjechać nowiutkim Fiatem. Wystarczyło tylko „pójść na całość”. Tak wiele, a tak niewiele. Nadzieję budziło też to, że nie zawsze rządził czysty los, wciąż istniały teleturnieje, w których nagrodzona miała być wiedza – dwa najsłynniejsze to „Wielka Gra” i „Jeden z dziesięciu”. Nic łatwiejszego niż zgłosić się, wykazać wiedzą i wygrać. I taki tryb życia zawodowo uprawiał Marek Krukowski – zwycięzca w blisko sześćdziesięciu teleturniejach! Prócz pieniędzy i nagród rzeczowych na dłużej pozostała mu sława i rozpoznawalność. 

Jakże to wydaje się różne od innych konkursów rozpalających polską opinię w XX wieku – konkursów pamiętnikarskich. W telewizji mamy do czynienia z „zawodowcem”, który staje na środku sceny, w oczach kamer i przejmuje show, a z drugiej strony intymność własnego pokoju, w którym przyszła gwiazda w ciszy pisze pamiętnik. Różnica ta jest jednak w dużej mierze pozorna. Teleturniej i konkurs pamiętnikarski, choć operują odmiennymi rekwizytami – sceną i kamerą z jednej strony, ciszą biurka i kartką papieru z drugiej – należą do tego samego porządku kulturowego. Oba są zinstytucjonalizowanymi formami rywalizacji, w których jednostkowe zasoby: wiedza, pamięć, doświadczenie życiowe, mogą zostać przekształcone w stawkę konkursową. W obu przypadkach pojawia się figura uczestnika powracającego, uczącego się reguł gry, rozpoznającego oczekiwania organizatorów i jury. Jeśli więc możliwy był „zawodowiec” od teleturniejów, nie jest pytaniem bezzasadnym czy analogiczna postać nie wyłoniła się również w świecie pamiętnikarstwa konkursowego – nie jako jego zaprzeczenie, lecz jako jeden z produktów masowego systemu konkursów. Jednocześnie jednak ten sam mechanizm konkursowy działał także w zupełnie inny sposób. Dla ogromnej większości uczestników był wydarzeniem jednorazowym – pojedynczym występem, po którym nie następowały kolejne próby. Tak jak w teleturniejach, gdzie wielu pojawia się w studiu tylko raz, tak i w konkursach pamiętnikarskich udział często pozostawał jedynym momentem publicznego opowiedzenia własnej historii. Wygrana, wyróżnienie, publikacja pamiętnika czy sam fakt zauważenia przez instytucję naukową lub redakcję mogły stać się chwilowym, ale znaczącym przełomem biograficznym – źródłem symbolicznego awansu, impulsem do dalszego pisania albo jedyną w życiu okazją do zaistnienia w przestrzeni publicznej. Konkurs nie tylko więc produkował „zawodowców”, lecz także otwierał krótkotrwałe okna możliwości, przez które zwykłe, dotąd niewidzialne doświadczenia trafiały do obiegu publicznego. 

Konkursomania 

Organizowane od lat dwudziestych XX wieku konkursy cieszyły się niegasnącą popularnością. W późnym PRL-u można już było mówić o swoistej „konkursomanii”. W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych organizowano ich po kilkadziesiąt rocznie. Stawały się elementem codzienności, a łamy gazet zapełniały fragmenty co lepszych z nich. One napędzały sprzedaż i to dla nich nie raz sięgano po nowy numer. Niektóre tytuły „wyspecjalizowały” się w pamiętnikach. Wokół konkursów toczyła się też publicystyczna debata. Pamiętnik stał się konkurentem literatury, a obok powieści księgarskie półki zapełniały kolejne tomy zbiorów prac pokonkursowych. Polacy stali się narodem pamiętnikarzy. W pierwszym numerze czasopisma Pamiętnikarstwo Polskie prof. Zygmunt Dulczewski pisał:  

W organizowaniu konkursów na pamiętniki zapanowało istne Eldorado. Potrzebuje bądź jedna, bądź druga redakcja czasopisma świeżego materiału terenowego do publikacji – nic łatwiejszego, jak ogłosić konkurs. Nie wiadomo jak uczcić zbliżającą się rocznicę działalności jakiegoś zrzeszenia, nic prostszego jak zorganizować konkurs na pamiętniki.  

Liczba i masowość organizowanych konkursów potęgowała zjawisko. Powtarzalność samej procedury działała uwodzicielsko – niczym kolejne odcinki teleturnieju. Znajome zasady, precyzyjnie sformułowana odezwa konkursowa oraz niegasnąca nadzieja na nagrodę pełniły rolę niewidzialnego reżysera całego przedsięwzięcia. Niektórzy pamiętnikarze, świadomie lub intuicyjnie, zaczynali porządkować własne doświadczenia w taki sposób, by mieściły się w ramach wyznaczonych przez organizatorów. W tym sensie konkurs pamiętnikarski – podobnie jak teleturniej – stawał się formą gry o jasno określonych regułach, w której stawką było uznanie, gratyfikacja materialna lub publikacja tekstu. 

Wśród uczestników wyodrębniały się przy tym różne typy autorów. Antoni Kwilecki, socjolog z Poznania, w wywiadzie udzielonym Panoramie w 1983 roku, zwracał uwagę na istnienie grupy „profesjonalistów” – pamiętnikarzy, którzy uważnie śledzili komunikaty o kolejnych konkursach i regularnie nadsyłali swoje prace. Jednocześnie podkreślał, że nie jest to grupa dominująca, a jej obecność nie podważa zasadniczej idei pamiętnikarstwa konkursowego jako narzędzia obrazowania doświadczeń szerszych warstw społecznych. 

Od początków konkursów pamiętnikarskich wzięły w nich udział tysiące osób. Setki tysięcy stron rękopisów – a dziś coraz częściej także plików tekstowych – tworzą rozległą mozaikę historii społecznej ostatniego stulecia. W tak licznej zbiorowości nie dziwi fakt, że obok uczestników „jednorazowych” pojawiali się również uczestnicy powracający do kolejnych edycji konkursów. Jest to zjawisko równie naturalne jak to, że wielu ludzi odczuwa potrzebę opowiedzenia swojej historii, lecz ostatecznie nigdy jej nie wysyła. 

Mechanizm ten przypomina sytuację dobrze znaną z teleturniejów. Ilu z nas, oglądając kolejne odcinki, ma wrażenie, że poradziłoby sobie z pytaniami w studiu? A jednak tylko nieliczni decydują się rzeczywiście zgłosić. Podobnie było z pamiętnikarstwem konkursowym: między pragnieniem opowiedzenia własnego życia a rzeczywistym udziałem w konkursie zawsze istniała pewna luka. 

Pierwszy 

Wśród tysięcy anonimowych autorów pojawiali się jednak także tacy, dla których pierwszy udział w konkursie nie był końcem historii, lecz dopiero jej początkiem. Do tej grupy należał między innymi Jakub Wojciechowski, którego pamiętnikarska droga pokazuje, jak konkurs mógł stać się dla zwykłego uczestnika początkiem niespodziewanej rozpoznawalności. 

Zmieniała ona osobowość człowieka i na nowo go definiowała. Nie uległ temu blichtrowi sam Wojciechowski. W swoich pamiętnikach z dumą pisze o kontaktach z pisarzami. Historyk Władysław Rusiński, który, ponieważ miał rodzinę w Barcinie, znał go już przed wojną, wspominał:  

Wojciechowski stał się postacią znaną i stopniowo wyzbywał się owej szczerej, naiwnej bezpośredniości, która i dziś tak urzeka czytelników jego wspomnień. Po latach okupacji, spotkaliśmy się znowu w zrujnowanych murach dworca poznańskiego; Wojciechowski podkreślał z dumą, że wraca z posiedzenia Związku Literatów, mówił szeroko o swej działalności społeczno-politycznej w środowisku lokalnym. Utracił już zupełnie swoją oryginalną prostotę, stał się przeciętnie poprawny, „zrównany w górę” przez czynnik kultury.  

Przekroczył próg, który nie pozwolił mu już wrócić. Konkurs okazał się dla niego wydarzeniem przełomowym, które na trwałe odmieniło jego życie. Po latach powrócił do tego doświadczenia we wspomnieniach, opisując je w drugim tomie „ Życiorysu własnego”. Książka ta ukazała się jednak dopiero po jego śmierci. 

 

Droga do literatury 

 

Jego historia nie była jednak niepowtarzalna. Jego śladem poszło wielu naśladowców. W konkursie zorganizowanym w 1931 r. na pamiętnik bezrobotnego zebrano 774 prace. Wśród nich znalazł się autor, którego pamiętnik, jak sam napisał po latach, rozpoczyna jego lata pracy jako pisarza. Był to autor pamiętnika nr 55, Jan Brzoza, który dzięki uczestnictwie w konkursie stał się literatem opisującym losy grup społecznych, z którymi miał kontakt na co dzień. Po latach wspominał:  

Każdy człowiek ma w swoim życiu jakąś szansę, jedną chwilę, która decyduje o dalszych kolejach jego życia. Taka szansa trafiła mi się w owym roku 1932, choć nastawiony psychicznie na inny cel, nie zdawałem sobie z tego sprawy. Był to jednak decydujący zwrot w moim życiu. Był to jakby skok z jednej sfery w inną, nieznaną.  

Początkowo podjął współpracę przy przygotowywaniu słuchowisk radiowych poświęconych codziennemu życiu mieszkańców lwowskich przedmieść. Peszyła go sytuacja, w której się znalazł. Wstydził się braku własnych kompetencji, a przede wszystkim lwowskiego akcentu, który od razu zdradzał jego pochodzenie. Źle się czuł na salonach i wśród ludzi z „wyższych sfer”. Dochodziłem do wniosku, że wtargnąłem do rejonów nie tylko nieznanych, ale obcych. Lepiej poczuł się dopiero wśród artystycznej „cyganerii”, osób wykształconych, żyjących pasją twórczą, ale tak jak on znających głód i codzienną walkę o byt. Mimo że po swym pamiętnikarskim debiucie napisał swoją pierwszą powieść – „Dzieci”, zastanawiał nad rezygnacją z tej ścieżki kariery. Na szczęście dla niego wiarę w siebie przywróciła mu lektura rozdziału o sobie w pracy Karola Konińskiego „Pisarze ludowi”. Ta pozytywna recenzja sprawiła, że pozostał on na drodze, na którą wprowadził go konkurs pamiętnikarski. 

Te dwa przypadki pokazują, że konkurs pamiętnikarski mógł czasem działać jak swoista winda społeczna i literacka. Jednocześnie ujawniają one mniej oczywisty aspekt tego zjawiska – napięcia i rywalizację pomiędzy autorami, którzy w podobny sposób wchodzili do świata literatury. W relacji Jana Brzozy można dostrzec wyraźną nutę polemiczną wobec twórczości Jakuba Wojciechowskiego, którego „Życiorys własny robotnika” określał jako książkę, w której – jak twierdził – można było przeczytać soczystą „łacinę”, pełną opisów wyczynów seksualnych i chuligańskich, mających wykazać „robociarską krzepę”. 

Jednocześnie z pewną satysfakcją podkreślał, że jego własna twórczość, choć nie nagradzana tak często jak teksty Wojciechowskiego, bywała oceniana przez krytyków wyżej pod względem literackim. W tej ocenie pobrzmiewa jednak coś więcej niż zwykła krytyka stylistyczna. Ujawnia się w niej także pewna podejrzliwość wobec autora, który – podobnie jak on sam – rozpoczynał swoją drogę literacką od konkursowego pamiętnika. W świecie twórców wywodzących się z podobnych środowisk społecznych sukces jednego z nich mógł łatwo stawać się punktem odniesienia, a czasem również źródłem ukrytej rywalizacji. 

Szansa 

Nie dla każdego konkurs stawał się początkiem błyskotliwej kariery. Nawet w przypadku wygranej. Tworzył jednak nowy wzór zachowań. Tworzył „zawodowych” pamiętnikarzy – czasami mimo woli. Osób, dla których pisanie stawało się naturalne. Konkursy wychowywały sobie własnych uczestników. Nie zawsze też kończyli oni z tak błyskotliwymi karierami jak Wojciechowski czy Brzoza. Zwycięzca konkursu na pamiętniki bezrobotnych z 1932 r. – Robert Ostaficzuk (pamiętnik nr 57) nie rozpoczął błyskotliwej literackiej kariery. Dowodem jest choćby wysiłek, jaki trzeba włożyć, by odtworzyć losy tej postaci, w przeciwieństwie do łatwości znalezienia informacji na temat innych „gwiazd” pamiętnikarstwa. Mimo to nie byłoby prawdą stwierdzić, że konkurs nie poprawił jego losu. Jak sam stwierdził, w relacji złożonej Michałowi Strzeszewskiemu na cele reedycji „Pamiętników bezrobotnych”, w których w drugim tomie opisano losy odnalezionych pamiętnikarzy: A zresztą dla mnie osobiście to od czasu, w którym pisałem ten pamiętnik – zaczęły się jakieś takie przyjemne wydarzenia. Wkrótce ożenił się, nawiązał współpracę z IGS, zbierał też dane dla Głównego Urzędu Statystycznego. W końcu – najważniejsze dla bezrobotnego – otrzymał propozycję stałej i dobrze płatnej pracy. Rzadko zdarza się, by to czytelnik książki zmienił życie jej autora. W przypadku pamiętnikarstwa konkursowego było to możliwe. Jeden z czytelników zbioru, inżynier pracujący w zagłębiu naftowym w okolicach Krosna, zidentyfikował go w trakcie lektury i napisał list do niego. Nie namyślając się zbyt długo Ostaficzuk przeprowadził się z żoną do Brzozówki pod Krosnem. Tam prócz pracy aktywnie uczestniczył w pracach lokalnego oddziału Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego (TUR). Wziął też dzięki temu udział w ankiecie zorganizowanej przez Feliksa Grossa i krakowski oddział TUR. Został w niej nagrodzony, a jego pamiętnik opublikowano w pracy „Robotnicy piszą” (jako: „Pamiętnik robotnika z powiatu jasielskiego, który w całym swym życiu przez jedno półrocze uczęszczał do szkoły”). Jego dalsze losy zmieniła wojna. Wziął udział w kampanii wrześniowej, następnie przez Rumunię dostał się do Francji. Tam walczył w 4 pułku strzelców pieszych 2 Dywizji Strzelców Pieszych, by po przegranej kampanii francuskiej resztę wojny spędzić jako internowany w Szwajcarii. Po wojnie wrócił do kraju i po pierwszych próbach gospodarowania w powiecie jasielskim, wyemigrował z żoną na „Ziemie Odzyskane”.  Wkrótce jego sytuację skomplikowały sprawy rodzinne, zakończone ostatecznie w 1957 r. rozwodem. Gdy w latach sześćdziesiątych dotarł do niego Strzeszewski, ciekawy dalszych losów przedwojennego pamiętnikarza, Ostaficzuk mieszkał w hotelu robotniczym i pracował w „Azotach” w Puławach. Przedwojenne ciągoty do pisania nie osłabły, mimo trudnych losów. Regularnie wysyłał listy do prasy (wpisanie hasła Ostaficzuk w biblioteki cyfrowe przynosi kilkanaście rekordów), a nawet posłał na jeden z konkursów swój dziennik. Wziął też udział w słynnym konkursie na Pamiętniki Osadników Ziem Odzyskanych. Raz rozpoczęta przygoda z pamiętnikarstwem nie zakończyła się więc na jednym tekście – konkurs nauczył go opowiadać własne życie. 

Zawodowiec mimo woli 

Ostatnie przykłady „zawodowych” pamiętnikarzy przywołam z płodnego w dwudziestowiecznej Polsce pamiętnikarstwa chłopskiego. Jeden z najważniejszych konkursów na pamiętnik chłopa, zorganizowany przez IGS, przyniósł plon w postaci dwóch tomów „Pamiętników chłopów”. Wśród opublikowanych autorów znalazł się Andrzej Urban, ze wsi Lutcza, niedaleko Rzeszowa (pamiętnik nr 4 z drugiego tomu). Stało się to początkiem jego wieloletniej przygody z pisaniem. Nie został zawodowym pisarzem, ale zdobył pewien autorytet w lokalnym środowisku i przez lata powracał do konkursów pamiętnikarskich. 

Gdy w latach pięćdziesiątych wykorzystywano przedwojenne „Pamiętniki chłopów” jako narzędzie propagandy mogliśmy zobaczyć go w filmie wyreżyserowanym przez Andrzeja Munka na tle jego chaty. W końcu wziął udział w konkursie na „Nowe Pamiętniki Chłopów”. Być może nagroda w postaci aparatu fotograficznego marki „Start” zrekompensowała mu przedwcześnie zakończone plany prowadzenia własnego kina opisane w przedwojennym tomie. Ciekawym jest, że narzekał na ograniczenia cenzury sanacyjnej, która miała doprowadzić do usunięcia z przedwojennego wydania ostrzejszych fragmentów jego pamiętnika. Po wojnie nigdy jednak nie powtórzył sukcesu jakie miało tamto wydawnictwo i on sam w tamtym konkursie. Mimo że pisał dużo. Brał też udział w działalności Towarzystwa Przyjaciół Pamiętnikarstwa jako członek honorowy (podobnie jak Jan Brzoza) oraz został członkiem oddziału rzeszowskiego Związku Literatów Polskich. Wydaje się jednak, że z czasem lokalna popularność go przytłaczała. Gdy widzimy jego twarz ze zmrużonymi oczami przed wiejską chatą w filmie Andrzeja Munka patrzymy na nieśmiałego człowieka wbrew własnej woli postawionego na głównej scenie. Z czasem przybijały go też wydarzenia z życia rodzinnego i osobistego – śmierć syna w wypadku drogowym i pogarszające się zdrowie. Takiego zastała go delegacja z gminy Niebylec, co opisał w swoim dzienniku pod datą 3 kwietnia przesłanym w 1977 r. na konkurs „Nasza gmina”: 

Odwiedza mnie trzech urzędników z gminy Niebylec. Sądziłem, że to tak z grzeczności, jak się odwiedza człowieka w chorobie po tym moim czwartym zawale, ale jak się później z ich słów dowiaduję, to w sprawie tego wielkiego konkursu pt. „Nasza gmina” mnie odwiedzili – prosząc, żebym się podjął w ich imieniu i z upoważnienia gminy napisania tego pamiętnika–dziennika – jednego miesiąca w gospodarce gminy. Wymawiam się od tego zaszczytu, z powodu ostatnio przeżytego czwartego zawału, ale oni mnie pocieszają, że znają człowieka po piątym zawale – co się dobrze czuje i dalej pracuje. Może to jest prawda, a może taki tylko doping, żebym tego udziału w konkursie nie odmówił.   

Taka prośba jest z jednej strony pomieszaniem wiary i zaufania jaką cieszył się w lokalnym środowisku ten „zawodowy” pamiętnikarz, a z drugiej być może chęcią rozwiązania po linii najmniejszego oporu narzuconego odgórnie obowiązku przysłania pracy na konkurs. Przedsięwzięcie to nie było przypadkowe – odbywało się krótko po reformie administracyjnej, która zlikwidowała powiaty i przywróciła gminy zbiorowe. Było częścią propagandowego wysiłku władz, mającego pokazać, że nowe gminy mają przed sobą przyszłość. Urzędnicy odwiedzający Urbana są niczym znane nam postaci z filmów Bareji wkręcone w funkcjonujący system. Szkoda tylko, że najbardziej poszkodowany wyszedł z tego Andrzej Urban, który wkrótce skierowany został do sanatorium na kurację. Nie zrezygnował ze swojej pracy i z chłopskim uporem chciał się wywiązać z podjętego zobowiązania, ale paradoksalnie przeszkody stawiali mu gminni urzędnicy nie dostarczający na czas odpowiedniej dokumentacji. W końcu naczelnik gminy wycofał się, a Urban pisał rok później w liście do organizatorów, że został oszukany przez gminę. 

Zawodowiec spełniony 

W tym samym konkursie wziął udział inny „zawodowy” pamiętnikarz. Jego debiut też  miał miejsce przed wojną, jednak w przeciwieństwie do Urbana nie zakończył się sukcesem. Zresztą wydaje się, że sam autor go wówczas nie oczekiwał. Było to kilka kartek, zwartych uwag napisanych przez dwudziestoletniego młodego chłopca – Wacława Daruka – w odpowiedzi na ankietę, której efektem było czterotomowe dzieło Józefa Chałasińskiego „Młode pokolenie chłopów”Bakcyl konkursowy odżył w nim po wojnie. Był już wtedy doświadczonym działaczem ludowym i lokalnym, zaangażowanym w problemy lokalnej gminy. Bardzo podbudował go sukces odniesiony na konkursie ogłoszonym w 1963 r. pt. „Jaką drogę przebyłem”, ponieważ zdobył tam piąte miejsce. Było to tym bardziej znaczące, że organizatorem było czasopismo Głos Pracy skierowane do robotników. W tym samym roku wziął udział w jeszcze jednym konkursie opisując swoją drogę do uniwersytetu ludowego. Natomiast w ankiecie z 1967 r. zorganizowanej z okazji sukcesu wydawniczego pamiętnikarskiej serii „Młode Pokolenie Wsi Polski Ludowej” szczerze opowiedział swoje dotychczasowe doświadczenie. Wyznawał, że przede wszystkim zniechęcił go brak publikacji jego wysoko ocenionej pracy konkursowej oraz brak odpowiedzi z konkursu „Jeden miesiąc mojego życia”. Być może nie była w ogóle czytana, gdyż nikt mnie nie zawiadomił nawet o przyjęciu jej na konkurs. To właśnie ostudziło moje zapały w pisaniu pamiętników, zwierzeń czy szerszych wypowiedzi na temat mojego życia – podsumowywał Daruk. Na szczęście dla siebie nie pozostał wierny tej deklaracji. W tym samym roku w publikacji książkowej „Moja droga do uniwersytetu ludowego” opublikowano jego pracę konkursową sprzed kilku lat. A wkrótce odniósł największy sukces – w 1972 r. wziął udział w nietypowym przedsięwzięciu, w konkursie zorganizowanym przez redakcję czasopisma Zarzewie pt. „Rok mojego życia”. Tym razem nie zbierano pamiętników, ale oczekiwano spisywania dziennika. Praca Wacława Daruka, wyróżniająca się wysokim poziomem treści, została doceniona przez komisję konkursową i zdobyła pierwsze miejsce. Opublikowano go w całości, w osobnym wydaniu w 1975 r. pt. „Dziennik jednego roku”. Zyskał on uznanie znawców, czytelników, a pełen zachwytów tekst opublikował Jarosław Iwaszkiewicz na łamach Życia Warszawy: Wacław Daruk nauczył się nie tylko czytać książki, ale nauczył się także wcielać, w życie to, co w nich wyczytał. Wcielać w tym najbliższym otoczeniu, gdzie przyszło mu żyć i pracować, i tam, gdzie wreszcie napisał swój „Dziennik jednego roku”, który to dziennik jest chyba najosobliwszą, najwartościowszą książką, jaka się ostatnio ukazała w Ludowej Spółdzielni Wydawniczej. 

Słowa Jarosława Iwaszkiewicza były dla Daruka ważnym potwierdzeniem sensu jego wieloletnich wysiłków. Droga, która zaczęła się od kilku kartek ankiety wysłanej przed wojną w ramach badań Józefa Chałasińskiego, po latach doprowadziła do publikacji książkowej i uznania ze strony jednego z najważniejszych pisarzy epoki. Historia ta dobrze pokazuje, jak nieprzewidywalne potrafiły być losy konkursowych pamiętników i ich autorów. Za sukcesem stało często kilka porażek w pierwszych pisarskich próbach. 

W przypadku Wacława Daruka najważniejsze było jednak coś innego. Konkursowe pisanie stało się dla niego trwałą praktyką – sposobem porządkowania własnego życia i uczestnictwa w szerszym obiegu kultury. Nie był zawodowym pisarzem, nie żył z literatury, a jednak regularnie odpowiadał na kolejne odezwy konkursowe, traktując je jako okazję do opowiedzenia własnego doświadczenia. W tym sensie Daruk należał do tych autorów, których konkursy pamiętnikarskie w pewien sposób „wychowały”. Raz rozpoczęta przygoda z pisaniem rzadko kończyła się na jednym tekście – raczej otwierała drogę do kolejnych prób i kolejnych opowieści o własnym życiu. 

Historie Wojciechowskiego, Brzozy, Ostaficzuka, Urbana czy Daruka pokazują, jak różne drogi mogły zaczynać się w jednym punkcie – wysłania na konkurs opowieści o własnym życiu. Dla jednych był to początek literackiej kariery, dla innych jedynie epizod, który przyniósł chwilową rozpoznawalność lub poprawę losu. Wspólne było jednak coś innego: raz rozpoczęta gra rzadko kończyła się na jednym tekście. Autorzy wracali do kolejnych konkursów, odpowiadali na nowe odezwy, próbowali jeszcze raz opowiedzieć własne życie. 

Konkursy wychowywały sobie własnych uczestników. W tym sensie pamiętnikarze konkursowi byli bliskimi krewnymi bohatera filmu „Zawodowiec”– tylko zamiast refleksu i wiedzy wystawiali na konkurs własne życie. 

 

 

Mariusz Fornagiel 
mariusz.fornagiel@doctoral.uj.edu.pl 

 

 

Bibliografia: 

Archiwum Akt Nowych, Towarzystwo Przyjaciół Pamiętnikarstwa w Warszawie, sygn. 10662 (Konkurs „Nasza Gmina”, praca Andrzeja Urbana, 1977–1978).

 

Daruk Wacław, „Wizerunek młodego pokolenia wsi”, „Pamiętnikarstwo Polskie” 1971, nr 1, s. 100–104. 

 

„Dlaczego ludzie piszą pamiętniki? Rozmowa z prof. dr. Andrzejem Kwileckim”, „Panorama” 11 XII 1983, nr 50, s. 11, 18. 

 

Dulczewski Zygmunt, „O planowe i kompetentne organizowanie konkursów na pamiętniki”, „Pamiętnikarstwo Polskie” 1971, nr 1, s. 143–147. 

 

Gross Feliks, Mysłakowski Zygmunt, „Robotnicy piszą. Pamiętniki robotników”, Kraków 1938 („Pamiętnik robotnika z powiatu jasielskiego, który w całym swym życiu przez jedno półrocze uczęszczał do szkoły”, s. 31–52). 

 

Informacje o konkursach na pamiętnik bezrobotnego i Ankiecie o Kulturze Proletariatu i Samokształceniu TUR na stronie internetowej projektu Życie pisane na konkurs. Praktyki pamiętnikarskie w Polsce 1918-1939 (analiza – recepcja – znaczenie), https://konkursypamietnikarskie.ikp.uw.edu.pl/#konkursy. 

 

Iwaszkiewicz Jarosław, „Daruk” [cykl: „Rozmowy o książkach”], „Życie Warszawy” 24–25 IV 1976, nr 97, s. 7.  

 

Jakubczak Franciszek, „Wacława Daruka prace i dnie”, [w:] W. Daruk, „Bez głaskania po głowie”, wyd. II, Warszawa 1987, s. 7–26. 

 

Komunikat o wynikach konkursu pn. «Nowe Pamiętniki Chłopów»”, „Chłopska Droga” 8 XII 1957, nr 96 (675), s. 7. 

 

„Moja droga do uniwersytetu ludowego. Wspomnienia wychowawców i wychowanków uniwersytetów ludowych”, wybór, wstęp i opracowanie S. Dyksiński, Warszawa 1967 (wspomnienia Wacława Daruka s. 91–104). 

 

„Pamiętnik nr 369” [Andrzej Urban], [w:] „Nowe Pamiętniki Chłopów”, Warszawa 1962, s. 15–45. 

 

„Pamiętniki bezrobotnych”t. II, „Pamiętnikarze po latach. Pamiętniki w świetle prasy”, red. A. Andrzejewski, M. Hirowicz, Z. Landau i inni, Warszawa 1967 (Jan Brzoza, s. 224–236; Robert Ostaficzuk s. 237–244). 

 

„Pamiętniki Chłopów”, scenariusz i reżyseria A. Munk, Wytwórnia Filmów Dokumentalnych 1952. 

 

„Polacy – Naród Pamiętnikarzy” [wywiad z Franciszkiem Jakubczakiem], „Życie i Nowoczesność” [dodatek do „Życia Warszawy”] 30 VII 1970, nr 11, s. 3. 

 

Rusiński Władysław, „Materiały pamiętnikarskie w oczach historyka gospodarczego”, „Pamiętnikarstwo Polskie” 1972, nr 2, s. 11–14. 

 

Urban Andrzej, „Pamiętnik. Nasz ród, moja rodzina i moje przy niej losy”, Rzeszów–Niebylec 2015. 

 

„Zawodowiec”, scenariusz i reżyseria K. Kalukin, TVP 2002. 


 

CZYTAJ TEŻ