TEZY O MAKULATURZE


 

1.

 

„Życiorys własny robotnika” (1930) Jakuba Wojciechowskiego powinien być jedną z lektur obowiązkowych po szeroko pojętym „zwrocie ludowym”. Ale teraz, kiedy w Polsce dominuje populistyczny żargon autentyczności – jest to książka fundamentalnie problematyczna. Dlatego kontrarianin, sięgający po nią właśnie dzisiaj, może odczuć naglącą potrzebę sproblematyzowania kilku kwestii bazowych. Sedno jednej ze spraw bezwiednie ujawnił bloger Charlie Bibliotekarz, rekomendując „Życiorys” współczesnym czytelnikom: Dlaczego to jest najlepsza polska książka? Bardziej prawdziwej, bardziej autentycznej, napisanej w sposób szczery do bólu książki nie znajdziecie. Tu nie ma stylu, tu nie ma środków wyrazu artystycznego, jest po prostu historia życia biedaka z Wielkopolski.  

 

2.

 

Niestety, nie istnieje autentyzm niepokalany. W naturze nigdy nie zaistniała „szczera do bólu” kultura robotnicza – robotnicy i biedacy w ogóle nie żyli na łonie natury, lecz musieli pracować w społeczeństwie, między innymi w ramach sformatowanych przez „środki wyrazu”. One zaś były kontaminowane przez kody ideologiczne. W tym kontekście jedną z bardziej wnikliwych prowokacji w polskiej literaturze „robotniczej” zaproponował Ryszard Schubert w „Trenta tre” (1975). Jego książka odsłaniała mentalno-językową makulaturę, z jakiej deklaratywnie robotnicze społeczeństwo ulepiło swojego robotnika: wypranego z autentyzmu. Może więc warto czytać Wojciechowskiego na zmianę z Schubertem, żeby odrobić lekcję podstawową: literacka prostota „biedaków” jest od zawsze prefabrykatem służącym do konstruowania społecznie pożądanej lub tolerowanej klasy ludowej i robotniczej.  

 

3.

 

Problem okaże się głębszy i ciekawszy, gdy na metapoziomie wejdzie do gry pytanie o dyskurs marksistowski. Czy klasyczny marksizm przeszedł test autentyczności? Niekoniecznie. Podobnie jak socrealizm karmił się złudzeniem prostego realizmu, który odzwierciedla rudymentarne prawdy o robotniczym życiu, tak marksizm „naukowy” żywił iluzję, że jest po prostu nauką, a nie literaturą polityczną. W korespondencji z Engelsem, pisanej podczas prac nad teorią wartości dodatkowej, Marks twierdzi, że liberalna ekonomia polityczna to produkt „pismaków”, czyli ideologów, a nie naukowców. Jednocześnie umyka mu to, że jego własny idiolekt okazuje się porównywalnie literacki – on również bywa nie tylko sondą poznawczą, lecz i narzędziem ideologii służącej do rozgrywania konfliktów społeczno-politycznych.  

 

4.

 

Nie odkrywam tu Ameryki ani nie demaskuję klasyka. Powyższe truizmy nie powinny też czytelnika dołować – chodzi mi raczej o wstępne spreparowanie pola manewru, w ramach którego możliwa będzie akcja budująca. Nie chcę biadolić nad szeroko pojętą „dezindustrializacją”, czyli rozpadem prawdziwej kultury robotniczej. Nie będę też inwestował w kompensację – odzyskiwanie szczerozłotych serc z pasa rdzy. Planuję pójść innym torem.  

 

5.

 

W „Trenta tre” akcja rozgrywa się, między innymi, wśród „konserwatorów torów” – ja proponuję reaktywację takiego marksizmu, który przeciąłby w poprzek oczekiwania konserwatywne. Wybieram linię konstruktywistyczną: prostota padła; autentyczności nigdy nie było; klasa robotnicza istniała w XIX i XX wieku, ale dziś już jej nie ma. Wprawdzie istnieją jeszcze sami robotnicy, ale nie mamy już kultury klasowej, zdolnej do prostolinijnego opisania oraz zorganizowania proletariatu jako formacji „naturalnej”. Żyjemy w społeczeństwie skomplikowanym i „nienaturalnym”. Jednak zamiast płakać, przyjmijmy te prawdy do wiadomości, żeby je wykorzystać dialektycznie. Skoro wszystko i tak było zawsze fabrykowane, trzeba w nowym punkcie wyjścia fabrykować nowy marksizm jako literaturę ideologiczną. I przy pomocy tej literatury tworzyć warunki możliwości – poznawcze, estetyczne, polityczne – z których wyłoni się przyszły proletariat.   

 

6.

 

Nowa literatura marksistowska powinna być manifestacyjną makulaturą. Lukács niegdyś przytomnie zauważył, że skoro klasę robotniczą stworzył kapitalizm, to klasa robotnicza musi być siłą rzeczy „skażona” – nie tylko kapitalizmem, lecz także sprzecznościami. Sprzeczności jednak nie są po prostu złe czy niepożądane; to raczej czynniki dynamizujące świadomość klasową oraz jej pole manewru. Dzięki sprzecznościom możliwy jest dialektyczny ruch wprzód. Marksizm nie potrzebuje zatem czyścioszków ideologicznych, ale operatorów zdolnych do twórczej kompresji „zanieczyszczeń”. Wracając do makulatury – etymologicznie pojęcie to wywodzi się od „plamy” (łac. macula) i „plamienia” (maculare). Neomarksistowska makulatura powstaje właśnie na tej bazie – odstawiamy wybielacze, by manifestować splamienie. Nie będziemy robili czystej nauki, sztuki i polityki. Skażone materie czerpiemy z agregatów, w których na nowo dojrzewają brudy, jakie wcześniej poszły na przemiał. Odzyskiwanie tych odpadów nie rektyfikuje sprzeczności – samo zresztą nawiązuje „sprzeczną” relację z wewnętrznie skonfliktowaną tradycją marksizmu; częściowo z niej czerpie, a w części ją odcina.  

 

7.

 

Jednym ze źródeł może być ostatni list do Engelsa, napisany przez Marksa 10-go stycznia 1883-go roku, niedługo przed śmiercią. W ostatnim zdaniu klasyk wyraża nadzieję, że dzięki wdrożeniu dawnej dyscypliny zdoła wrócić „na właściwe tory”. Innymi słowy, zamierza kontynuować dotychczasową pracę naukową i polityczną – przerwaną przez chorobę. Jak wiadomo, śmierć uniemożliwiła Marksowi ten powrót; przy czym neomarksista interpretowałby ów wypadek przy pracy jako specyficzną interwencję „realnego”. Oto sama rzeczywistość dialektyczna sugeruje, że prosta kontynuacja linii ideologicznej i performatywnej okazuje się niemożliwa. Oczywiście marksiści zlekceważyli tę sugestię, wybierając strategiczny konserwatyzm. Pod koniec XIX wieku ich „czysto naukowa” formuła zapadła w dogmatyczną drzemkę, z której obudziła się w następnym stuleciu jako formacja politycznie totalitarna. Intrygującego znaczenia nabiera wobec tego symbolika pojawiająca się w eseju Engelsa „Na śmierć Karola Marksa” (1883). Opisując pogrzeb autora „Kapitału”, Engels zwraca uwagę na piękny wieniec nadesłany przez robotników z fabryk nożyc, noży i mieczy w Solingen. Czy miecze mają bronić czystości doktryny przed heretykami? A może nożyce umożliwiają odcinanie się od sztywniejącej doktryny… 

 

8.

 

Ci, co szukają licencji na odstępstwo, mogą ją znaleźć u źródeł marksizmu. Pierwsza poważna praca teoretyczna Marksa, „Różnica między demokrytejską a epikurejską teorią przyrody” (1841), była rozprawą doktorską na temat antycznego atomizmu. Ważną funkcję pełni w niej omówienie epikurejskiej idei parenklizy. Parenkliza, znana też jako clinamen, to odchylenie atomu od linii prostej. W ontologii epikurejskiej odchył ten ma znaczenie konstytutywne: atomy zbaczają z linii prostych, dzięki czemu ich tory krzyżują się i splatają, tworząc materialną strukturę bytu. Jednocześnie kluczowa jest kolizja: gdyby atomy się nie odchylały, to nie dochodziłoby do wzajemnych zderzeń i zetknięć atomów i nigdy nie powstałby świat 

 

9.

 

W grę wchodzi tu nie tylko ontologia, lecz także teoria afektywna. Epikureizm jest filozofią rozkoszy, a rozkosz wynika z parenklizy, która umożliwia dialektyczną mobilność, wyzwalając ruch z ciasnej prostolinijności. Zdaniem Marksa, cała filozofia epikurejska odsuwa się od istnienia ograniczającego. Kontestowanie ograniczeń ma skutki emancypacyjne: rozkosz to wynik uwolnienia się od cierpień przeżywanych w ograniczonej strukturze ontycznej. Istotna będzie także motywacja ideologiczna. Doktorant Marks sprzyja odchyłom nie tylko jako ontolog, lecz również jako pisarz polityczny in spe. Przychylność ta manifestuje się zwłaszcza podczas jego polemiki z Plutarchem – antagonistą Epikura. Plutarch jawi się Marksowi jako katecheta, który konserwuje prymitywne nakazy religijne, żeby „trzymać lud w ryzach”. Funkcję dyscyplinującą pełni w tych ramach obawa przed odchyłem: strach jako środek poprawczy i lęk przed karami. Nieprzypadkowo zatem polemika Marksa nosi tytuł „O feudalizmie religijnym”. Parenkliza, umożliwiająca negację prostolinijnego kieratu, implikuje emancypację polityczną. Problematykę tę kondensuje Marksowski nagłówek: „Piekło dla pospólstwa”. W rzeczywistości nie ma oczywiście żadnego nadprzyrodzonego „piekła” – to tylko ludzie karzą innych ludzi za odchyły. I jedynie dzięki ludziom możliwe będzie rozprawienie się z „piekłem”, systemem despotycznego nadzoru społecznego. Rozprawa oznacza jednak kolizję, emancypacyjną walkę polityczną, która ma sens tylko wtedy, gdy „pospólstwo” organizuje się rewolucyjnie, a nie reakcyjnie.  

 

10.

 

Preparując sugestie Marksa dla własnych celów, naszkicuję teraz teorię kurwy. W rozumieniu potocznym kurwa to prostytutka, a z perspektywy klasycznego marksizmu wszyscy pracownicy najemni są prostytutkami. To motyw dobrze znany, który odtwarzam tutaj bez heretyckich odchyłów. Klasyczne założenie brzmi: robotnik sprzedaje kapitaliście nie tyle swoją pracę, ile siłę roboczą. Siła robocza to psychofizyczna, mentalno-emocjonalna oraz cielesna gotowość-zdolność do podporządkowania się systemowi pracy i wyzysku. Robotnicy sprzedają swoje ciała, a nawet dusze. W takim rozumieniu każdy, kto nie posiada na własność środków produkcji i nie przeżyje na „wolnym rynku” bez handlowania sobą – nie różni się od prostytutki. Właśnie dlatego marksiści zazwyczaj szydzili z pytania o stosunek komunizmu do wąsko pojętej prostytucji. Ich zdaniem było to zawsze pytanie moralizatorskie, formułowane w duchu dwulicowo burżuazyjnym. Jedyna sensowna odpowiedź brzmiała: Gdy w ramach komunizmu zniesiemy pracę najemną, czyli faktyczny, a nie tylko formalny przymus handlowania ciałem i duszą – wtedy wąsko i szeroko pojęta prostytucja zniknie samorzutnie. Ale żeby zniknęła, musi zniknąć kapitalizm.  

 

11.

 

Teraz odchył. Twórcza walka z kapitalizmem musi kontestować prostolinijne formy lewicowej samoorganizacji i komunikacji. W tym kontekście kurwa nawiązuje do łacińskiej etymologii, a jednocześnie odcina się od niej jako odchylenie marksistowskie. Rzymska curva oznaczała coś wykrzywionego – nasza powinna oznaczać krzywo uśmiechniętą nadzieję na zwycięską kolizję z czerwoną linią prostą. Makulatura będąca literaturą, a szerzej: kulturą neomarksistowską, zapisuje ślady przeszłych kolizji, produkując zarazem kalkę maszynową, która ułatwi planowanie kolejnych zderzeń.  

 

12.

 

Konfliktów wewnętrznych potrzebujemy z dwóch powodów. Po pierwsze, trwająca już niemal pół wieku hegemonia konserwatywnego liberalizmu przeorała wyobraźnię lewicową, tresując ją do spolegliwego reformizmu. Po drugie, na scenę wtargnął populizm prawicowy – a wtedy lewica cofnęła się w panice. Jej defensywność przestała być pasywna; strach obudził w niej aktywne elementy reakcyjne. Podmiotowość lewicowa kompensuje sobie słabość polityczną zajadłym moralizatorstwem; deficyty intelektualne – retoryką antyinteligencką; desperacki głód mobilizujących namiętności – sentymentalizmem. Rezultatem jest paradoks instytucjonalny. Żyjemy w ciekawych czasach, lecz nasze instytucje stały się nieciekawe. Wynika to stąd, że decydenci razem z publicznością cierpią na zanik ciekawości intelektualnej i estetycznej; popyt na odważne eksperymenty jest śladowy. Dominuje roszczeniowość oczekująca opiekuńczości. Progresywna kultura ma koić zamiast eksperymentować, zwłaszcza „agresywnie”. Brzmi to zrozumiale, bo wszyscy wokół są wymęczeni depresją – dlatego brak popytu na ekspansywne nowatorstwo. Ale jednocześnie większość pacjentów czeka na spektakularną zmianę, a w obszarze tej ambiwalencji lewicowy konserwatyzm zaczyna tracić na zrozumiałości. Trzeba bowiem podkreślić: bez eksperymentującej „agresji” nie dojdzie do pożądanej zmiany. 

 

13.

 

Czym w ogóle jest tu „agresja”? Zazwyczaj okazuje się konfrontacją różnych, często nieuzgadnialnych idei, estetyk i postaw politycznych. Aby twórczo programować taką konfrontację, społeczeństwo uruchamia np. instytucje kultury. Dzięki nim kolizje nie skutkują łamaniem kręgosłupów moralnych i fizycznym gruchotaniem kości. Kolizja inscenizowana instytucjonalnie jest zderzeniem symulowanym, zarazem jednak powinna być hiperrealistyczna: intensywnie przemyślana i przeżyta, zapadająca w pamięć indywidualną i kolektywną. Dziś instytucje lewicowe straciły zdolność do reżyserowania takich inscenizacji.  

 

14.

 

Jednocześnie do gry wkroczył symulator skonstruowany przez wielki kapitał: sztuczna inteligencja (AI). Instytucje kultury – gdy są lub stają się konserwatywne – utrudniają jednostkom i grupom bezpośredni dostęp do środków produkcji. AI z kolei ułatwia produkcję. Dzięki niej zyskujemy kolejne narzędzie pozwalające na dowolną produkcję treści i form. Bez wątpienia AI, podobnie jak media społecznościowe, nie rozwiązuje problemu sensownej dystrybucji oraz przemyślanej recepcji. Przeciwnie, uwolniona produkcja staje się nadprodukcją, a istniejące dziś kanały dystrybucyjne i interpretacyjne nie są w stanie sensownie przepracować tej nadprodukcji. Niemniej skokowa demokratyzacja procesu produkcyjnego jest obecnie rezultatem masowej dostępności sztucznej inteligencji. Tymczasem lewica demonizuje AI zamiast łamać sobie głowę jak wykorzystać technologię do własnych celów.  

 

15.

 

A neomarksista? Producent makulatury nie może przepuścić dialektycznej okazji. Makulatura ma sens, gdy z jednej strony kompresuje przemyślaną teorię, a z drugiej – wyrazistą estetykę. Wyrazistość powinna być „skażona” hiperrealizmem. Skostniała tradycja krytyki kultury od dawna traktuje symulakry z zabobonną podejrzliwością. Neomarksizm odrzuca ten zabobon. Symulacja to pożądana towarzyszka, która pozwala materializować ideę polityczną lub hasło agitacyjne w hiperrealistycznej formie testowej. Dzięki generatorom AI ideolog może w warunkach laboratoryjnych zobaczyć i usłyszeć, jak „zachowuje” się animowana idea – w jaki sposób oddziałuje, gdy zostanie wyposażona w „twarz” i „głos”.  

 

16.

 

Przypomina mi się fragment z „Doktora Faustusa” Manna. Ojciec tytułowego bohatera generował tam ekscentryczne „imitacje życia”, psychodeliczne formy karmione podejrzanymi mieszaninami siarczanów i kryształów. Kontemplując ich iluzjonistyczną żywotność, alchemik stwierdzał ze łzami w oczach: A przecież są martwe. Fabrykujący makulaturę marksista mówi inaczej: Nie muszą żyć „naprawdę”, żeby nas animować w realu.  

 

17.

 

Wróćmy do politycznego sedna. Eksperymenty z imitacjami są konieczne, jeśli poważnie traktujemy trzy hipotezy. (1) Nie istnieje dziś kultura robotnicza. (2) Kulturę tę trzeba wyprodukować od nowa. (3) Dopiero ona wytworzy nową świadomość klasową – a nie odwrotnie. W tym miejscu nie zamierzam problematyzować tych tez. Z premedytacją stawiam je w formie ostentacyjnie hasłowej, by zwrócić uwagę na jeden z istotnych momentów procesu produkcji. Otóż jeżeli dziś nie istnieje pożądana przez lewicę realność klasowa, to zaistnienie takiej realności w czasie przyszłym nie będzie możliwe bez udziału symulakrów. Potrzebujemy tygrysów papierowych, zanim wykonamy skok z krwi i kości. Modele makulaturowe są testowymi materializacjami intrygujących, inspirujących, prowokujących, a czasem koniecznych gestów, zachowań i postaw przedstawicieli przyszłego proletariatu. Proletariat ten będzie powstawał nie tylko w obszarze „prawdziwego” życia społecznego, lecz także w konceptualnym świecie laboratoryjnym. Oba światy powinny tworzyć sprzężenia zwrotne.  

 

18.

 

Przyszły proletariusz – to kto? Najbardziej ogólnie i inkluzywnie: każdy, kto chce uczestniczyć w produkcji nie-kapitalistycznej przyszłości.  

 

19.

 

Jak w praktyce może wyglądać produkcja makulatury? Aby odpowiedzieć w sposób performatywny, postanowiłem skompresować teorię kolizji w formie piosenkowej. Napisałem tekst zatytułowany „Kolid Kanciasty” i wrzuciłem go do bębna maszyny muzycznej (Suno AI). Masowo dostępne generatory dźwięku rozwijają się dzisiaj szybko i umożliwiają użytkownikom zaawansowaną (choć daleką od ideału) kontrolę nad formą. Prawdopodobieństwo, że prompt przełoży się na satysfakcjonującą ścieżkę instrumentalną i wokalną jest na tyle wysokie, że warto systematycznie pracować z AI.  

 

20.

 

Co to znaczy konkretnie? Pisząc utwór o wkroczeniu konfliktowego bohatera we współczesną przestrzeń polityczną, chciałem uzyskać Brechtowski efekt obcości. Dlatego z jednej strony wybrałem konwencjonalny format piosenkowy – z drugiej zaś wyalienowałem go jako „odchył” wolny od sztampowej presji (ideologicznej, konsumpcyjnej). Tu i teraz popkultura jest wyprana z polityczności – dlatego napisałem piosenkę polityczną. „Marksizm” jest słowem straszakiem w debacie publicznej, dlatego bohater piosenki to marksistowski macho – ale o jego rozbojach opowiada głos żeński, sojuszniczo ironizujący. Dalej: głęboko utrwalony przesąd każe myśleć, że nie da się tworzyć wpadających w ucho piosenek politycznych. Dlatego pilnowałem, by AI wygenerowała relatywnie popową melodię. Podobno pop musi być „urozmaicony” – mój będzie „monotonny”. Populistyczny stereotyp podpowiada, że piosenka polityczna ma być krótka i prosta, adresowana do „prostego człowieka”. Postanowiłem zatem, że „Kolid” będzie długi i niepozbawiony komplikacji. Wokół rośnie nacisk, by śpiewające kobiety wyrażały głównie emocje – dlatego w moim kawałku wokalistka formułuje wyłącznie obserwacje i przemyślenia. Śpiewa beznamiętnie, a tekst artykułuje sarkastycznie i „płasko”. Finał utworu jest emocjonalny? Raczej „punkowo” agresywny. Zasadniczo usiłowałem wygenerować wiarygodną symulację osobowości kontrującej aktualną płaczliwość. W Polsce taki typ performatywny przeżył złoty okres w latach 80-ych ubiegłego wieku, gdy eksplodowała postpunkowa energia muzyki alternatywnej. Być może performerka występująca w „Kolidzie” powinna cofnąć się w czasie i zasilić zimnofalową grupę Kosmetyki Mrs. Pinki.  

 

21.

 

Popkulturowa funkcja „kobiety” nadal polega na wytwarzaniu domowego „ciepła” oraz komercyjnego „gorąca” – więc w kontrze sfabrykowałem narratorkę „chłodną”. Bez względu na płeć natomiast, wszyscy jesteśmy bombardowani produktami „soczystymi – te z kolei są tłuste i przesłodzone. W opozycji do tej „soczystości” proponuję agitację „suchą”. Populistyczne „ocieplenie” życia społeczno-politycznego skutkuje reakcyjnymi pożarami i prowadzi do posuchy lewicowej sensowności. Nie znaczy to jednak, że suszę należy kontrować desperacką ideologią „nawilżania”. Trzeba nam raczej agentów, którzy wyjdą z piachu i będą mieli tyle zaciętej determinacji, by przeciąć pustynię z humorem zgrzytliwym jak papier ścierny. Dlatego jeden z bohaterów piosenki nosi kryptonim Suchy. Gdybym jego perypetie miał skondensować w jednym haśle, slogan makulaturowy brzmiałby: Piekła nie ma.  

 

 

KOLID KANCIASTY

Suchy ma kosę ze śmiercią Marksa. 
List do Engelsa – Marks ciężko chory. 
Na horyzoncie ostatnia farsa? 
Ostatni list: Wracam na tory. 

Dojdę do siebie w tej koleinie? 
Suchy zalega na stacji Postój. 
Piach na zwrotnicy i serpentynie. 
Trzecia RP – zamuła – rozstrój.  
 
Zalega upał, pełza padaka. 
Gdzie Inter City na czas i prosto? 
Prostota padła, złość byle jaka. 
Jedyne wyjście? Zygzakiem – ostro. 
 
1883 – CHÓR PAMIĘCI 
Czacha mu dymi, pod czachą data: 
…osiemset osiemdziesiąt trzy.  

Kto dziś pamięta – tu – w środku lata 
jak Marks umierał – sypały łzy.  
Suchy odśnieża ten kurz i wiadukt: 
tam w głębi marca skrzy wieczne pióro, 
Engels próbuje opisać kondukt, 
piszcie rzeczowo – nie ponuro: 
Kanciasty grób Karola Marksa, 
wieniec składają robotnice, 
wkurwione zgonem Zakłady Askram. 
Szlifiernia? Miecze i nożyce. 
Suchy splątany – pamięć zawodzi? 
Odcięte źródła przypisów w lecie. 
Tu susza – tama – niemoc powodzi, 
tam szron – osiemdziesiąty trzeci.  
 
TERAZ 
Nagle coś oprócz liścia w żałobie 
muśnie Suchego – draśnie jak zbitka 
na skroś policzka – na złość złej dobie –
cyrkonie gradu tną jak agitka.  
 
Ulewa i panika w mieście – 
zbombardowana galareta. 
Lament w lawaszu, a jednocześnie 
ktoś tu twardnieje – Agit Kometa.  
 
Nieulepiony z ciepłego ciasta – 
jest karkołomny, ostro iglasty.  
W żadnym wypadku ginekomasta. 
Deptakiem tnie Kolid Kanciasty.  
 
CHÓR OSTROSŁUPÓW 
Wielościan ścierny i graniasty 
to pryzmat, który koliduje. 
Przez tłum przebiega model Kolczasty. 
Kroczy na kraksę z obłym wujem? 
 
AGITATOR 
Duch, co rogato deklamuje, 
dech ma kąśliwy – żrąca bryza. 
Bolid, który sylabizuje: 
Grunt to Marksowska pa-ren-kli-za. 
 
CHÓR ODCHYŁÓW  
Parenkliza – parenkliza. 
Kontestacja linii prostych.  
Wyalienowana wiza. 
Pociąg do zygzaków ostrych. 
 

DOKTORANT
 
Kanciasty wpada na Suchego 
i kompresuje elaborat. 
Kluczowy kozak, kurwa, kolego, 
to młody Marks – jego doktorat. 
 
Kurwy – odchyły i odloty 
odetną nas od złych korzeni. 
A skosy stworzą nowe sploty, 
nowe krzyżówki i promienie.  
 
Rozgałęzienia – ostre iskry – 
to moja doktorancka wizja. 
Rezultat kontaktowej gry – 
jej córka MMA – kolizja.  
 
2083 – CHÓR PRZYSZŁOŚCI 
Który to rok? – pytajnik iskrzy. 
Dwadzieścia osiemdziesiąt trzy. 
Kolid i Suchy w pubie Amen 
lustrują szybę – smugi strug. 
Te fajerwerki to clinamen 
esy-floresy nowych dróg? 
W Polsacie news o sabotażu, 
bo muł pancerny wypadł z szyn, 
minister szczuje dla kurażu. 
Dawać komucha! – klika gmin. 
Klikając krzyczy gminu dusza, 
duet folkowy Kat Klikusza, 
dotacja kapie spod ratusza – 
śpiew biały orze step jak susza.  
W hotelu Huzar piją psiarskie. 
Pod siną gwiazdką żółte łzy, 
mordy na kwintę i niedziarskie – 
bo im spierdolił człowiek zły. 
Nad ranem w piachu Marks się śmieje – 
bo rogatemu się upiekło. 
Kurwy – krzywe nadzieje – 
rapują raport: Nie ma piekła.  
 
CDN 
Rechocze odchył – ratusz drży. 
Dwadzieścia osiemdziesiąt trzy. 
Osiem i trzy – to piekło pęka. 
Potem z nasypu, a nie z gwiazd, 
krzywo z padaki – ruda ręka.  
Wyklęty shift i enter – odjazd.  

 

 

Tomasz Kozak


 

CZYTAJ TEŻ