Zaczynam się jednak zastanawiać, skąd wiem o tym, że jestem głupia. Jak to możliwe, że mimo niewątpliwych deficytów poznawczych poradziłam sobie z postawieniem akurat tej diagnozy? Czy nie powinna jej postawić raczej inna osoba, mądrzejsza niż ja? Bo przecież w gruncie rzeczy, jak to możliwe, że będąc głupią, umiem się określić jako głupia? Doszłam więc do wniosku, że jestem głupia tym szczególnym rodzajem głupoty, który umożliwia mi tak zwany trzeźwy ogląd rzeczywistości, otwiera moje oczy na niektóre niewygodne fakty. Jest czymś w rodzaju odłamków lustra, które w „Królowej śniegu” wpadły do oka i serca chłopca o imieniu Kaj, przez co widział tylko złe strony otaczającego go świata: robaki, zgniliznę i nieuchronny rozkład. Nawet to, że do wyjaśnienia sytuacji, w której się znalazłam, wykorzystuję baśń znaną przecież każdemu od czasów dzieciństwa, nie cokolwiek innego, jest dowodem na moje deficyty poznawcze, a w zasadzie na głupotę, która uniemożliwia mi powoływanie się na dzieła mądrzejsze, bardziej złożone i, co najważniejsze, być może trafniej opisujące tę konkretną sytuację.

W ciągu trzydziestu siedmiu, a wkrótce już trzydziestu ośmiu lat mojego życia powiedziałam, napisałam i zrobiłam wiele rzeczy, które z różnych powodów uważam za głupie. Wspominanie ich nie przynosi mi żadnej przyjemności. No, może jedną: fakt, że umiem niektóre z rzeczy, które powiedziałam, napisałam i zrobiłam, określić jako głupie, może oznaczać, że moja głupota delikatnie przez lata stopniała czy może raczej – w jej miejscu pojawił się pewien rodzaj myślenia krytycznego, które można, naciągając lekko rzeczywistość, nazwać pewnym rodzajem mądrości, umożliwiający mi krytyczny stosunek do przeszłych wydarzeń. Staram się jednak nie obrastać w piórka. Dobrze wiem, że sama umiejętność ocenienia zdarzeń, które miały już miejsce, to jeszcze mało. Niewątpliwie moja głupota da o sobie znać na wiele sposobów w przyszłości i nijak nie będę mogła temu zapobiec. Z dużym prawdopodobieństwem wydarzać się to może także w teraźniejszości.

Głupota najbardziej mi doskwiera, kiedy mam mówić. Całkowicie zaakceptowałam fakt, że nigdy nie będę zdolna do dłuższych wypowiedzi. Przynajmniej nie takich, których dałoby się słuchać bez odpływania myślami lub zastanawiania się, dlaczego osoba mówiąca mówi tak, jak mówi (powód już wyjawiłam, ale nie zawsze jest on przecież oczywisty dla słuchających). A mówi w sposób chaotyczny, przekręca słowa lub używa tych, które za żadne skarby nie pasują do zdania, ale mają tę przewagę nad innymi, że akurat się jej przypomniały, wtrąca wtrącenia, które nic nie wyjaśniają, ale za to ona sama się przez nie plącze i w rezultacie sama już nie wie, o czym właściwie mówiła, natomiast czuje, że znowu zaprezentowała swoją głupotę, tak więc nieodmiennie wieńczy swoją wypowiedź za każdym razem tak samo zaskakującym współrozmówczynię stwierdzeniem „no i to może tyle”. Oczywiście, że nie da się tego słuchać i nic dziwnego, że większym szacunkiem cieszą się wypowiedzi potoczyste, nienachalnie inteligentne, pełne faktów i danych, meandrujące, ale w końcu zmierzające do jakże satysfakcjonującego celu. W gorsze dni moja głupota uniemożliwia mi również krótsze wypowiedzi. Szkoda o tym opowiadać.

To przewidywalne banały.

Podobnie zresztą jak to, że za sprawą mojej głupoty mam w życiu pod górkę. Niezdana karta rowerowa i z trudem zaliczona matura, liche prace, brak prawa jazdy. Nie radzę sobie z właściwą oceną sytuacji, w których się znajduję, zawsze mi się wydaje, że jest inaczej niż faktycznie. Ludzi też nie umiem właściwie ocenić. Większość uważam za osoby z natury dobre, więc całkiem często mam okazję srogo się zdziwić. Do tego kompletnie nie mieści mi się w głowie, że ktoś może działać z najniższych pobudek, zwyczajnie złej woli, nie myśleć o czymś tak, jak ja uważam, że powinno się aktualnie myśleć, mówić coś, co jest sprzeczne z moim światopoglądem. Za każdym razem nie umiem sobie z tym poradzić, z powodu moich deficytów poznawczych nie umiem wdać się w dyskusję, z tego samego powodu pozwalałam na to, by taka sytuacja zaskakiwała mnie raz za razem. Wspomniałam już, że umiejętność wyciągania wniosków nie jest w moim przypadku szczególnie dobrze rozwinięta.

Z moją głupotą trudno mi się było wpasować w jakiekolwiek środowisko, zdobyć przyjaciół czy partnera. Nie będę jednak opowiadać o wszystkich związanych z tym trudach, z którymi borykałam się przez lata. Nie wiem, kto by chciał tego słuchać i po co. Grunt, że końcu nauczyłam się pewnych zachowań, opartych głównie na naśladownictwie, dzięki którym jakoś tam udało mi się ukryć moje niedostatki. Ukrywając niedostatki, przynajmniej przez jakiś czas udawało mi się bywać częścią środowisk, posiadać przyjaciół czy partnera. Prędzej czy później jednak moja głupota wychodziła na jaw i wówczas, czerwona jak burak, musiałam salwować się ucieczką.

Przez długi czas trwałam w przekonaniu, że najlepszą receptą na rozwiązanie mojej sytuacji byłaby lobotomia. W niektóre poranki, gdy leżałam, nie mogąc się zwlec z łóżka i skonfrontować z nowym, lecz znów przepełnionym moją głupotą dniem, wyobrażałam sobie zabieg. Przynosiło mi to ulgę. Krótkotrwałą, bo jednak mimo mojej głupoty byłam świadoma, że lobotomii już się nie praktykuje.

Pewnego lata wybrałam się z partnerem w podróż do Stanów Zjednoczonych, a konkretnie do Kalifornii. W tym stanie znajduje się najwięcej parków narodowych, a do tego każdy z nich ma coś, co go wyróżnia: słynne drzewa, kaniony, wodospady, skały, pustynie, archipelagi. Najbardziej znane są gigantyczne sekwoje. To właśnie je chcieliśmy zobaczyć. Niezwykle duże drzewa – to jest coś, co jest w stanie pojąć nawet głupia osoba. To nie SLACK, nie NASA i nie Uniwersytet Stanforda, gdzie ktoś typu ja nie miałby czego szukać. Gigantyczne drzewo jest gigantyczne i zauważy to każdy, niezależnie od intelektu. Dlatego też uznałam, że warto się wybrać, nie będzie to marnowanie pieniędzy. W przeszłości rezygnowałam z wielu wyjazdów, sądząc, że i tak z nich należycie nie skorzystam, a oszczędzoną dzięki temu gotówkę odkładałam na specjalne konto. Dzięki temu, z biegiem lat, udało mi się zebrać sumę, która umożliwiła mi oglądanie ogromnych drzew.

Co mogę powiedzieć? Drzewa był naprawdę wielkie. Pień zaczynał się tuż przy ziemi i ciągnął się w górę, aż do nieba. Zadzierałam głowę, próbowałam objąć wszystko obiektywem, bo przecież nie rozumem, gładziłam korę, całowałam korę, kochałam korę. Obcowanie z tymi ogromnymi drzewami było doświadczeniem dokładnie na moim poziomie.

Noce spędzaliśmy w pensjonatach na terenie parku narodowego. Były diabelnie drogie, ale dzięki nim nie musiałam rozstawać się z drzewami. Ostatni obraz przed zaśnięciem i pierwszy po otwarciu oczu. Raz obudziłam się w nocy i było całkiem tak jak w amerykańskim filmie. Miałam ochotę na szklankę zimnej wody, więc musiałam podejść do maszyny z lodem, która stała na zewnątrz. Znacie te hałasujące szafy, które trzeba uderzyć trzykrotnie, by wydały to, o co je się prosi, występują w wielu filmach. Kiedy tak stałam i stukałam pięścią w metal, mnie też coś stuknęło, prosto w moją głupią głowę. Rozejrzałam się i namierzyłam na ziemi niezbyt duży kamyk. Domyśliłam się, że to on. Natychmiast przypomniało mi się, że po drugiej stronie prawdopodobnie musiała się znaleźć jednostka rzucająca. Podeszłam więc w kierunku, z którego kamyk, jak założyłam, nadleciał i wtedy dostałam drugim kamykiem, tym razem w udo, a następnie trzecim, tym razem w ramię. Czwartym nie dostałam, bo mimo mojej głupoty, udało mi się przewidzieć, że będzie nadciągać i całkiem zgrabnie się uchyliłam. Wciąż brnąc do przodu, postanowiłam coś powiedzieć, a że za sprawą mojej głupoty nasunęło mi się tylko „Kim jesteś?”, to to właśnie powiedziałam, rzecz jasna po polsku. W odpowiedzi usłyszałam wycie, które brzmiało mniej więcej tak, jakby człowiek udawał kojota, tylko było bardziej donośne. I wtedy z ciemności wyłoniły się trzy sasquatche. Były kudłate, duże i ciężkie. Od razu się w nich zakochałam, tak więc kiedy wykonały gest, który zinterpretowałam jako zachętę przyłączenia się do ich plemienia, nie wahałam się. Poszłam tak jak stałam, w klapkach i w piżamie, i tak zaczęła się moja przygoda.

Choć była to wielka przygoda, niewątpliwie największa w moim głupim życiu, można o niej opowiedzieć szybko, bo specjalnie dużo się nie działo. Nie obfitowała ona w niebywałe podprzygody, które można by zmieniać w skrzące się anegdoty. Po prostu tygodniami wędrowaliśmy po lasach, docierając do najbardziej oddalonych i niedostępnych miejsc. Miałam okazję obcować z wielkimi drzewami, które nieodmiennie mnie zachwycały. Gładzić je i całować choćby i całymi dniami, o ile nie trzeba było iść naprzód. Sasquatche były cudowne: ciepłe, opiekuńcze i dowcipne. Otaczały mnie nienachalną opieką, zawsze o jeden krok wyprzedzając moje potrzeby. Dostawałam od nich jedzenie i picie, i dopiero wtedy orientowałam się, że mam spierzchnięte usta lub pusty brzuszek. Brały mnie na barana, a wtedy odkrywałam, że jestem okrutnie wycieńczona i nie dam rady zrobić choćby kroku, a gdy w nocy wtulałam się w ich miękkie futro, wciągając nosem jego słodki, piżmowy zapach, było mi ciepło i błogo.

Wyjątkowe w tym czasie było jeszcze to, że ani przez moment podczas tych trzydziestu siedmiu dni nie pomyślałam o mojej głupocie. Przez cały ten czas nie objawiła mi się, a więc nie stanowiła tematu moich rozmyślań.

Niestety moja wielka przygoda została przerwana w sposób stanowczy. Rodzina i partner zorganizowali poszukiwania, w efekcie których pewnej nocy zostałam odnaleziona, a następnie powróciłam do kraju, gdzie w gruncie rzeczy miano mi za złe, że przepadłam. Próbowałam opowiadać o życiu z sasquatchami, jednak nie udało mi się nikogo przekonać, że działałam racjonalnie. W rezultacie moja głupota zaowocowała pewnego rodzaju ubezwłasnowolnieniem, wprawdzie nie na gruncie prawnym, ale z całą pewnością nie mogłam już samodzielnie decydować o większości moich kroków, co w gruncie rzeczy wyszło mi na dobre.

 

 

Natalka Suszczyńska


 

CZYTAJ TEŻ