Adelheid Popp


Młodość robotnicy (fragment)

przełożył
Tomasz Ososiński


 

Większość ludzi, którzy dorastali w normalnych warunkach, w ciężkich chwilach z wdzięcznością i wzruszeniem wspomina piękną, szczęśliwą, beztroską młodość i wzdycha z tęsknotą: „Gdybyż tak mogło być znowu!” 

Ja inaczej wspominam dzieciństwo. Nie pamiętam żadnej jasności, żadnego słońca, żadnego domowego ogniska, przy którym mogłabym poczuć matczyną miłość i troskę. A przecież miałam dobrą, kochającą matkę, która pracowała bez chwili wytchnienia, powodowana koniecznością i własnym pragnieniem, by uczciwie wychować dzieci i uchronić je przed głodem. Moje wspomnienia o dzieciństwie są tak mroczne i twarde i tak głęboko wrosły w moją świadomość, że nic nigdy nie zdoła ich z niej wyplenić. Nigdy nie znałam tego, co innym dzieciom sprawiało radość i budziło ich zachwyt: lalek, zabawek, bajek, słodyczy czy choinki. Znałam tylko wielką izbę będącą miejscem pracy, snu, posiłków i kłótni. Nie pamiętam żadnego czułego słowa ani pieszczoty, pamiętam tylko strach, jaki czułam, skulona w kącie albo pod łóżkiem, gdy dochodziło do domowych awantur — gdy ojciec przynosił do domu zbyt mało pieniędzy, a matka robiła mu wyrzuty. Ojciec był porywczy; bił matkę, która nieraz, często ledwie ubrana, musiała wtedy uciekać i chronić się u sąsiadów. Zostawaliśmy wtedy przez kilka dni sami z ponurym ojcem, do którego nie wolno było się zbliżać. Jedzenia było niewiele, pomagali nam litościwi sąsiedzi, aż w końcu matka wracała, by zająć się dziećmi i domem.  

Takie sceny powtarzały się co miesiąc, a nawet częściej. Całym sercem byłam przywiązana do matki; przed ojcem czułam nieprzezwyciężony lęk i nie pamiętam, żebym kiedykolwiek się do niego odezwała albo by on zwrócił się do mnie. Matka powiedziała mi później, że złościło go to, że ja — jedyna dziewczynka spośród pięciorga dzieci, które przeżyły — miałam ciemne oczy, takie jak ona. 

Wciąż pamiętam pewien wieczór wigilijny, gdy nie miałam jeszcze pięciu lat. O mało co nie dostałam wtedy prezentu. Matka chciała mi jako swojemu najmłodszemu dziecku choć raz pokazać Dzieciątko Jezus. Tygodniami odkładała po kilka krajcarów, by kupić mi małe garnki. Na choince wisiały kolorowe papierowe łańcuchy, pozłacane orzechy i tanie zabawki. Z zapaleniem świeczek czekano na ojca, który poszedł do fabrykanta dostarczyć towar. Miał przynieść pieniądze. 

Wybiła szósta, potem siódma, w końcu ósma — ale ojciec nie wracał. Byliśmy wszyscy głodni i chcieliśmy już zjeść. Zjedliśmy w końcu pyszne kluski z makiem, jabłka i orzechy sami, bez ojca, po czym musiałam iść do łóżka, zanim na choince zapłonęły świeczki. Matka była zbyt przygnębiona i smutna, by je zapalić. Leżałam bezsennie w łóżku; tak bardzo czekałam na Dzieciątko Jezus, a ono nie przyszło. W końcu usłyszałam, że ojciec wraca. Matka nie przyjęła go życzliwie i znów doszło do gwałtownej sceny. Przyniósł mniej pieniędzy, niż się spodziewała, a po drodze poszedł do gospody. Miał przed sobą prawie dwie godziny drogi i chciał się ogrzać. Został tam dłużej, niż zamierzał, i wrócił do domu podchmielony. Gdy usłyszałam hałas, spojrzałam z mojego posłania na rodziców — i zobaczyłam, jak ojciec siekierą rozbija choinkę. Krzyczeć nie miałam odwagi; płakałam tylko, płakałam tak długo, aż zasnęłam. 

Następnego dnia ojcu chyba zrobiło się mnie żal, bo dał mi kilka krajcarów, za które mogłam kupić blaszane naczynia. Litościwi ludzie dali mi potem lalkę i inne zabawki, którymi ich własne dzieci przestały się już bawić. 

Pamiętam jeszcze jeden prezent. Gdy chodziłam już do szkoły, pewien bogaty mężczyzna — właściciel dużej fabryki, w której pracowały setki kobiet i mężczyzn — zorganizował dla ubogich dzieci szkolnych świąteczne przyjęcie. Byłam jednym z tych szczęśliwych wybrańców, którzy dostali słodycze i wełniane ubrania. Wielka, potężna jodła dawała mnóstwo światła, nigdy wcześniej niczego podobnego nie widziałam, a poczęstunek, który dla nas przygotowano, wprawił nas wszystkich w stan szczęśliwego uniesienia. Jakże byłam wdzięczna temu dobremu, bogatemu człowiekowi o miłosiernym sercu. Gdy potem moja owdowiała matka musiała w jego fabryce pracować dwanaście godzin dziennie za trzy guldeny tygodniowo, nie rozumiałam jeszcze, że to właśnie było przyczyną jego „wielkoduszności”. 

Zrozumiałam to dopiero dużo później. 

 

Ojciec zachorował na raka — i popadliśmy w wielką nędzę. Nie chciał zostać w szpitalu, lecz potrzebował pomocy lekarskiej i lekarstw, które pochłaniały niemal wszystkie pieniądze, a nasza sytuacja stawała się coraz bardziej opłakana. Ilekroć posyłano mnie z receptą do apteki, matka skarżyła się, że dłużej już tak nie wytrzyma. Pewnego dnia wezwano księdza, by wyspowiadał ojca i udzielił mu ostatnich sakramentów. Było to dla mnie wielkie wydarzenie. Wszyscy mieszkańcy domu klęczeli w naszym pokoju, a my razem z nimi. Powietrze wypełniał zapach kadzidła, a z modlitwami mieszał się szloch matki. Kilka godzin później ojciec umarł. Matka nigdy nie wybaczyła mu, że odszedł bez jednego dobrego słowa dla niej i dla dzieci. 

Ja nie czułam smutku; przeciwnie — gdy miałam na sobie pożyczone od pewnej bogatej rodziny czarne ubranie z kapeluszem i woalką, czułam raczej zadowolenie, że choć raz jestem tak ładnie ubrana. Moja matka była teraz żywicielką pięciorga dzieci. Mój najstarszy brat miał już osiemnaście lat, ale nie mógł nam pomóc, ponieważ wyuczył się mało przydatnego rzemiosła. Postanowił spróbować szczęścia za granicą i wyjechał. Dwóch braci, którzy do tej pory pracowali z ojcem w domu, rozpoczęło naukę zawodu, a najmłodszy, dziesięcioletni, chodził do szkoły.  

Moja matka posiadała wielką siłę woli i wrodzoną inteligencję. Bardzo chciała udowodnić wszystkim, że również kobieta może wyżywić rodzinę. To było niezwykle trudne, ponieważ poza pracami domowymi nie nauczyła się niczego. Wcześnie straciła rodziców, a w wieku sześciu lat rozpoczęła pracę jako służąca; nigdy nie chodziła do szkoły i dlatego nie umiała ani czytać, ani pisać. Była też przeciwniczką „nowomodnych praw”, jak nazywała obowiązek szkolny. Nie uważała za słuszne, że inni ludzie dyktują rodzicom, co mają robić ze swoimi dziećmi. W tej kwestii mój ojciec podzielał jej poglądy, a moi bracia już w wieku dziesięciu lat musieli pomagać mu w pracach tkackich. Według moich rodziców trzy lata szkoły to było dosyć, a kto nie nauczył się niczego do dziesiątego roku życia, nie nauczy się niczego i później. Mój najmłodszy brat również musiał opuścić szkołę, ale tymczasem przepisy dotyczące obowiązku szkolnego stały się bardziej surowe i władze szkolne robiły trudności. Po wielu prośbach moja matka doprowadziła jednak do tego, że brat został zwolniony ze szkoły i mógł podjąć pracę jako pomocnik w fabryce.  

Mój brat był pracowity i starał się zarobić jak najwięcej. Pracował do późna w nocy, a latem w niedziele zajmował się ustawianiem kręgli, za co również otrzymywał wynagrodzenie. W ten sposób spędzał całe niedziele, często wracał dopiero późnym wieczorem. W gospodzie był świadkiem dzikich bójek, jakimi zwykle kończyły się niedzielne rozrywki. W sezonie łowieckim chodził z innymi chłopcami jako naganiacz na polowania na zające. Później zaczął naukę zawodu w naszej wsi, gdzie dobrze mu się powodziło. Pewnego dnia jednak wrócił do domu z płaczem. Poślizgnął się na lodzie i skaleczył się w kolano. Był to początek długotrwałej choroby. Ponieważ ból stawał się coraz bardziej dotkliwy, musiał jechać do szpitala, skąd jednak po kilku tygodniach wrócił do domu. Wrócił do pracy, ale w okolicy lewego żebra pojawił się pęcherzyk, który urósł do wielkości jajka i pewnego dnia podczas pracy pękł.  

Zaczęły się ciężkie czasy dla niego i dla nas wszystkich. Mieliśmy chorego brata i żadnego dochodu. Matka była bez pracy, a mój drugi najmłodszy brat uciekł z praktyki z powodu znęcania. Tamtej zimy długo nie padał śnieg, więc nie można było zarobić nawet na odśnieżaniu. Moja matka usilnie starała się znaleźć pracę. Czasami prała gdzieś ubrania, wtedy musiałam przychodzić w porze obiadu, a ona dzieliła się ze mną posiłkiem. Z gospód dostawaliśmy wodę, w której gotowano kiełbasy, co wraz z chlebem stanowiło wyśmienitą zupę. Mój chory brat otrzymywał od współczujących sąsiadów zupę i wiele innych rzeczy. Wszyscy próbowali go leczyć. Stosowano wszystkie dobre i złe domowe sposoby. Moja matka przyniosła z miasta od pewnej starej kobiety maść, która miała działać cuda. Inni przychodzili i nakładali mu na rany suszone śliwki zmieszane z cukrem. Robiono kąpiele ziołowe, stosowano tak zwane środki sympatyczne, ale wszystko na próżno, bo rany się nie goiły. Musiałam więc też zacząć zarabiać. Robiłam na drutach skarpety dla ludzi i wykonywałam różne zlecenia. Podejmowaliśmy każdą pracę, jaka się nadarzyła, aby uniknąć biedy.  

Kiedy mój drugi najmłodszy brat w końcu znalazł pracę u tokarza masy perłowej, mnie również wysłano tam do pilnowania dzieci. Potem nauczono mnie przyszywania guzików i przyszywałam guziki z masy perłowej do srebrnego i złotego papieru. Zajmowałam się tym teraz po powrocie ze szkoły, a także w dni wolne od szkoły. Kiedy przyszywałam sto czterdzieści cztery guziki, czyli dwanaście tuzinów, zarabiałam pół krajcara. Nie udało mi się nigdy zarobić więcej niż 27 krajcarów tygodniowo. W Nowy Rok chodziłam po naszej wsi i okolicy, składając życzenia noworoczne. Był to zwyczaj praktykowany przez najbiedniejszych mieszkańców. Chodziliśmy tylko do rodzin znanych jako zamożne lub bogate i składaliśmy im życzenia, za co otrzymywaliśmy wynagrodzenie. Bardzo bałam się psów, które pilnowały domów bogaczy, ale starałam się zarobić jak najwięcej pieniędzy. Często gdy wchodziłam do takiego domu, mijałam się w drzwiach z innym nieszczęśliwym dzieckiem. Gdy umierało dziecko z bogatszej rodziny, wybierano grupę biednych dzieci, które miały odprowadzać trumnę. Dostawaliśmy za to dziesięć krajcarów. Pewnego razu, gdy nie poszłam do szkoły z powodu zniszczonych butów, nauczycielka przekazała nam wiadomość, że mam iść na pogrzeb bogatej koleżanki z klasy, bo za udział w pogrzebie otrzymam przewidzianą kwotę. Poszłam więc po błocie w butach bez podeszew, aby otrzymać kilka krajcarów.  

W czasie, kiedy żyliśmy w tak wielkiej nędzy, dużo mówiło się o księżnej, która mieszkała na zamku w wiosce oddalonej o około godzinę drogi. Sporo opowiadano o jej dobrym sercu i o tym, że pomogła bardzo wielu osobom. Wydawała mi się kimś w rodzaju dobrej wróżki z bajki. Matka poprosiła mnie o napisanie do niej listu, pod którym podpisali się również burmistrz i pastor. Niedługo potem otrzymaliśmy wsparcie wysokości pięciu guldenów. Moja matka była bardzo szczęśliwa i myślała, jak mogłaby się odwdzięczyć.  

Zastanawiano się również, czy księżna nie dałaby mi butów, gdyby wiedziała, w jakich obecnie chodzę. Napisałam list, który brzmiał mniej więcej tak:  

Najłaskawsza Pani Księżno! Ponieważ moja mama nie umie pisać, piszę, że jest bardzo wdzięczna za pięć guldenów. Mam dziesięć lat i często nie mogę chodzić do szkoły, ponieważ nie mam butów. A tak bardzo chciałabym chodzić do szkoły.  

Każdego dnia czekałam na wiadomość od księżnej jak na szczęśliwą wróżkę. I rzeczywiście. Przyszła wiadomość, że mam zgłosić się do głównej nauczycielki we wsi, w której znajdował się zamek. Ta wysłała mnie do szewca, gdzie zmierzono mi stopy. Po tygodniu mogłam odebrać w zamku nowe buty. Główna nauczycielka pouczyła mnie wcześniej, że muszę mówić „Wasza Wysokość” lub, jeśli nie zapamiętam tego słowa, „Najłaskawsza Pani Księżno”. 

Wyruszyłam więc po zaśnieżonych ścieżkach do zamku. Na nogach miałam drewniane chodaki, ubrana byłam w zieloną spódnicę, a na cienką kurtkę narzuciłam szal matki. Głowę również okryłam wełnianym szalem. Podekscytowana, z biciem serca, szłam w kierunku zamku aleją wysadzaną wysokimi, grubymi, wiekowymi drzewami. Już same otaczające zamek mury budziły we mnie uczucia, które dziś nazwałabym chyba nieśmiałym podziwem. Człowiek, którego nazywano portierem wpuścił mnie i skierował na szerokie, okazałe schody. Na podłodze leżały dywany, jakich nigdy nie widziałam w żadnym mieszkaniu; na ścianach było pełno roślin. Na górze przywitał mnie elegancko ubrany pan. Miał na sobie bryczesy i frak z błyszczącymi galonami. „To musi być książę” – pomyślałam i ucałowałam mu dłoń, tak jak uczyła mnie matka. On jednak mnie powstrzymał; później dowiedziałam się, że był to lokaj. Poprowadził mnie dalej i minęliśmy drzwi, przez której szybki dostrzegłam dziewczynę wyglądającą dokładnie tak jak ja. Miała na sobie taką samą zieloną spódnicę i taki sam szal. Na nogach zaś takie same drewniane chodaki. Dziewczynka miała też tak samo ciemne oczy i włosy. Opowiedziałam o tym matce i zastanawiałyśmy się, kim ona może być. Ponieważ jednak nie miałyśmy pojęcia o lustrzanych drzwiach, w których widziałam swoje odbicie, nie potrafiłyśmy rozwiązać zagadki. Lokaj poprosił mnie, abym poczekała w korytarzu pełnym obrazów. Wkrótce pojawiła się młoda kobieta, która wydawała mi się anielsko piękna. Życzliwie wzięła mnie za rękę i zaprowadziła do dużego pokoju, w którym na ścianach stały książki. Po raz pierwszy stałam na podłodze, po której chodziło się jak po lodzie. Księżna przysunęła mi krzesło i sama przyniosła z sąsiedniego pokoju buty przeznaczone dla mnie, które założyłem na jej polecenie. Współczuła mi z powodu moich cienkich ubrań i dała mi kartkę, którą miałam przekazać głównej nauczycielce i która zawierała polecenie, aby uszyto mi ciepłą kurtkę. Kiedy odebrałam kurtkę, księżna zapytała mnie o naszą sytuację, a ja opowiedziałam jej o chorym bracie. Obiecała przysłać lekarza i dała mi pieniądze dla matki. Ponieważ z radością twierdząco odpowiedziałam na pytanie, czy lubię czytać, podarowała mi kilka książek. Jedna z nich była duża i pięknie oprawiona, ale jej tytułu dziwnym trafem już nie pamiętam. Z opowiadania „Skradziony skarb” zapamiętałam tylko jedno zdanie. Książka była napisana przez Ottilie Wildermut i miała cudowne ilustracje. Niestety, kiedy znów przycisnęła nas nędza i głód, musiałam sprzedać książki za kilka krajcarów. Próbowałam odkupić je potem, kiedy już doceniłam wartość książek, ale nie udało mi się. Księżna dotrzymała obietnicy i wysłała lekarza do mojego brata. Smutna była dla nas jego diagnoza, że domowa Opieka nie wystarczy i że brat powinien trafić do szpitala. I tak się też stało. Przez ponad rok mój brat leżał na wodnym łóżku. Tylko w ten sposób mógł znieść coraz większy ból. Wyglądał strasznie. W szpitalu było mu dobrze. Wszyscy traktowali go z miłością, a on nie mógł się nachwalić dobrych rzeczy, które dostawał tam do jedzenia. Wszyscy go kochali. Inni pacjenci przynosili mu prezenty, po tym jak opuścili już szpital. Po trzystu dniach pobytu pielęgniarki udekorowały mu łóżko kwiatami. Wszyscy dawali mu prezenty. Jednak nadal tęsknił za powrotem do domu. Często prosił, abyśmy napisali do księżnej i poprosili ją, aby mógł być z matką.  Od lekarzy wiedzieliśmy jednak, że jest to całkowicie wykluczone, więc ciągle go uspokajaliśmy. Pewnego dnia przyszła jedna z pielęgniarek i powiedziała nam, że jest już wolny od strasznej choroby kości. Pochowano go w trumnie dla ubogich. –

 

 

Adelheid Popp


 

CZYTAJ TEŻ