Wojciech Śmieja
Total Eclipse of the Sun I
Nazywam się Żmija.
Tak naprawdę nie nazywam się Śmieja. To niemiecki proboszcz nie umiał sobie poradzić ze słowiańską fonetyką i zapisał w księgach Schmeya. Żmija ze Schmeyą nie chciała się pogodzić, więc kolejni farorze zapisywali po swojemu: Smeya, Shmeya, Schmieia. W XIX wieku moi przodkowie pisali się Smieja. Po Plebiscycie było już tak, jak dziś, ze słowiańskim diakrytem i miękko: Śmieja, choć moja babka miała w wydanym sporo lat później dowodzie osobistym zapisane Smieja. Kiedy przyszło go wymieniać we wczesnych latach dwutysięcznych zrobiła się afera, bo w jednych dokumentach było Smieja, w innych Śmieja i babka ciężko odchorowała ten kryzys tożsamości.
Ja od zawsze nazywam się Śmieja. Moje nazwisko – palimpsest. Ale naprawdę nazywam się Żmija.
Urodziłem się w roku dwóch siekierek – 1977, być może dlatego uwielbiam rąbać drewno i gdybym nie był, kim jestem, mógłbym być drwalem.
Wiosna 2020-go roku unieruchomiła wszystko i wszystkich. Jak to mówią: „świat się zatrzymał”. To jednak nie jest prawda, mam wręcz wrażenie, że mój świat w pewien sposób „ruszył”, zatrzymałem się ja. I najpierw przypomniałem sobie, jak się nazywam.
Nie mogę się skarżyć. Myśląc o ludziach uwięzionych w małych mieszkankach w blokach, zawieszonych gdzieś na piętrach, oddzielonych zakazami od najnędzniejszych kawałków trawy pod nimi, nagle odkryłem swoje uprzywilejowanie. Dom i rozległy, częściowo dziki ogród i sad, kawałek świerkowego lasu i, zarastająca niestety, łąka, a wszystko to w miesiącach, w których biologia budzi się buzuje, pęcznieje, świat wokół rozkwita, a zieleń jest najświeższa, najapetyczniejsza. Mieszkam w okolicy bardzo spokojnej, lecz tej wiosny, gdy nieba nie przecinały smugi kondensacyjne, było wyjątkowo cicho, a przynajmniej ludzie byli cicho, bo w tym przymusowym zamknięciu szczególnie wyraźnie słyszało się wielość ptasich głosów, miłosnych przekomarzań, swarów, popisów, pogwizdywań.
W najgorszym momencie, gdy lockdown jest już zupełny, zostaje mi dom i ogród, ale i wtedy urządzam sobie turystykę najmniejszą, ogrodową, nawet nie mikroturystykę, tylko nano-, nanoturystykę, która teraz urasta do rangi niezwykłej wyprawy, niedostępnej przyjemności, czegoś intymnego. Przyczyny mojej radości nie miały jednak charakteru małodusznej przewagi. Odcięty od ludzi, odcięty od codziennych zajęć, oddalony od pracy zaczynam zwracać uwagę na szczegóły i niuanse, głaszczę korę drzew i łapię się na tym, że do nich mówię.
Oskoła. Brzozy na początku raczą nią hojnie, lecz w Polsce dziś mało kto jest świadom tego daru. Słowianie Wschodu piją oskołę powszechnie. Być może rzymskim katolikom kojarzyła się z zacofaniem i pogaństwem, uogólnioną „wschodniością”, i dlatego jej nie tykają? Nie wiem, w każdym razie dla mnie jedną z definicji Wschodu jest ta związana z oskołą: zaczyna się tam, gdzie nacinają brzozy, by się napić ożywczego zimnego soku. Oskoła ratowała ludzi na przednówku, w głodnym czasie. Pełna witamin i soli mineralnych cuciła do życia po zimie organizmy naszych przodków. To filtrowane przez ciało brzozy mleko Matki Ziemi ma lekko słodkawy smak. Ten smak zmusza do uwagi i namysłu, nie narzuca się, ale jest wyczuwalny, chce od nas skupienia, byśmy mogli rozdzielać go na poszczególne włókna, wtedy dopiero rozumiemy językiem i ustami całe jego skomplikowanie i wielość odcieni. Jego delikatność jest ledwie bladą zapowiedzią tego wszystkiego, czym natura nas obdarzy w całym cyklu wegetacji. To mądre przygotowanie naszych ciał: pobudza zmysły, ale nie wprawia ich w oszołomienie.
Brzoza-ziemia raczy oskołą zawstydzająco obficie: nie jestem w stanie przepić tego nadmiaru. Obdarza tak, że nie można jej się w żaden sposób odwdzięczyć i zawsze będziemy dłużni. Soczenie trwa jednak krótko, tydzień, dwa, więc my-dzieci pijemy na zapas, nie chcąc uchybić hojności. Najwięcej oskoły płynie o poranku, przed świtem, ale i wieczór to pora, gdy brzoza nią darzy. Na tym przykładzie uczę się, że drzewa mają swoje rytmy dzienne, pory pracy i odpoczynku, że żyją – nie tylko stoją. Niby to wiedziałem, bo to nie jest rocket science, umówmy się, ale jednak uświadomienie sobie, że to drzewo, które stoi w ogrodzie, ma swoje rytmy i fazy, porusza mnie do głębi.
Marzec to dawny brzezień, miesiąc brzozy. Wiotkie drzewo o białym pniu symbolizuje Słowiańszczyźnie wszystko, co kobiece, rodne i obdarzające. Poranne zlewanie brzeźnego soku staje się dla mnie w te dni, pierwsze dni lockdownu, czynnością magiczną. Sok jest wtedy chłodny i rzeźwiący, czuję go w ustach, przełyku, i potem głęboko w brzuchu promieniuje chłodem, choć jeszcze godzinę temu przesączał się głęboko pod moimi stopami, a przed kwadransem ciekł ciałem drzewa ku najcieńszym gałązkom, ku zawiązkom liści. Kiedy już przypomniałem sobie, jak się nazywam, zacząłem badać ten delikatny smak. Pomyślałem, że od niego powinno się wszystko zaczynać. I że, mimo wszystko, wszystko się zaczyna.
A zaraz potem pomyślałem, że jednak nie, że jednak się kończy, że może nawet się skończyło.
Lipy były dwie. Potężne, posadzone w połowie XIX-go wieku przez mojego przodka, Andreasa Rysia. Sam Andreas musiał być postacią epicką, skoro pamięć o nim przechowuje się u nas w rodzinie do dziś. Andreas wybudował dziękczynną kapliczkę z obrazem Matki Boskiej i posadził te dwie ogromne lipy jako znak wdzięczności za wybawienie z zarazy.
Przez ponad półtora stulecia lipy chwaliły Pana Boga, dawały ludziom cień, ptakom schronienie, pszczołom nektar. Moja matka zbierała kwiaty lipowe, by robić z nich aromatyczną herbatę, a dla mnie te dwa ogromne drzewa były strażniczkami dzieciństwa, moją zdwojoną osią świata, axis. Jeszcze niedawno, gdy wracałem z podróży, nieważne – krótkiej czy długiej – pierwsze, czego wyglądałem za ostatnim wężowym zgięciem drogi, to ich bujne korony wyniośle panujące nad tym fragmentem ulicy. Jeśli w dzieciństwie były po prostu stałym elementem świata, to im bardziej dorastałem, tym bardziej doceniałem fakt ich hojnego istnienia i po prostu wytworne bezinteresowne piękno. Fotografowałem je nie po to, by dokumentować ich istnienie – wszak zdawały mi się wieczne – lecz by uchwycić momenty szczególnego piękna. Gdzieś jeszcze mam zdjęcie lip skrzących się szklistym szreniem, przez to surrealnych i zdumiewająco kruchych.
Najpierw zaczęła umierać starsza z nich, większa i dostojniejsza. Z roku na rok było widać, jak z coraz większym trudem toczy wodę z głębi ziemi do wysokich gałęzi – nie potrafiła już zasilić liściowego potomstwa. Korona przerzedzała się, a kolejne konary usychały i obłamywały podczas letnich wichur, co wzbudzało uzasadniony lęk sąsiadów. Potężne drzewo stawało się bezsilne. Jej czas przyszedł dwa lata temu.
Już wtedy wiedzieliśmy, że druga lipa również nie ma szans, ale łudziliśmy się, że może jakimś cudem się ocknie, skorzysta z podziemnych zasobów pozostawionych przez siostrę. Niestety, nic takiego się nie stało. Przeciwnie, obumieranie drugiej lipy przyspieszyło, jakby bez większej siostry straciła sens życia i jego uzasadnienie. Rok temu była już właściwie sucha, tylko gdzieś w połowie pnia wykwitało kilka wiotkich gałązek z kilkoma radośnie migotliwymi listkami. Widok ten był trochę, przyznaję, przykry, bo wiedziałem, że lipę trzeba będzie ściąć.
Dwa tygodnie przed lockdownem przyjechała ekipa pilarzy i ogłowiła drzewo. Dzięki Bogu, że przyjechali wtedy, bo parę dni później lipę wyrwałaby anomalia wiosennego huraganu, która wytarmosiła naszą okolicę, a wtedy jej upadek mógłby się naprawdę źle skończyć.
Uświadomiłem sobie wtedy, że jestem dendrologicznym sierotą. Nie ma już żadnego drzewa, na które wspinałem się w dzieciństwie. Nie istnieje ta magiczna czereśnia, która tak uginała się, że nawet jako czterolatek mogłem sięgać po jej owoce, nie ma pochyłego orzecha, na który z impetem wbiegaliśmy, rywalizując, kto wyżej wbiegnie, nie ma wielkiego dębu posadzonego przez Andreasa dla prawnuków, z którego mamy teraz schody, nie ma sosny, na której wieszał dziadek huśtawkę. Nie ma żadnego z nich. Wszystkie umarły lub zostały ścięte.
Zmarła lipa zajmuje w pamięci miejsce szczególne. Nie była drzewem, na które można było się wspiąć ot tak, ale kiedyś, dawno temu, gdy miałem może 5, może 7 lat, ojciec przystawił do niej najdłuższą drabinę, bo trzeba było przeprowadzić pielęgnację korony. Przystawiona do drzewa drabina bardzo mnie kusiła. Kiedy nikt nie pilnował, wspiąłem się na sam jej szczyt oparty o któryś z wielkich konarów, a potem przelazłem właśnie na ten konar. Nie było we mnie żadnego lęku, wchodziłem w zaczarowany, ciemny i szeleszczący świat. Do dziś pamiętam to ekstatyczne uczucie, jakie mi wówczas towarzyszyło. Oto znalazłem się w czymś na kształt zielonej groty, w uniwersum nieznanym i niedostępnym. Byłem odkrywcą i pionierem, Kolumbem listowia. Siedzenie okrakiem na potężnym twardym ramieniu lipy dawało mi poczucie pewności i bezpieczeństwa, do dziś zresztą czerpię fizyczną przyjemność z dotykania spękań lipowej kory – ciało zapamiętuje takie doznania.
Kiedy na dole zorientowano się, gdzie jestem, zaczął się rwetes i próby ostrożnego ściągnięcia mnie na dół. To oczywiście nie było takie proste jak wejście na górę, ale wabiony byłem łagodnym syrenim tonem matki i obietnicą wszelkich obfitości, jakie przemysł spożywczy Polski Ludowej mógł zaoferować. Dopiero gdy w końcu udało mi się zejść, stopień po stopniu i w przypływie nagłego lęku, że za tę świętokradcza wycieczkę spotka mnie niechybnie upadek z wysokości, okazało się, że tym, co na mnie czeka, były kary, krzyki, reprymendy i zakazy. W ten sposób być może po raz pierwszy świadomie zacząłem rozumieć, jak bardzo złożony, niejednoznaczny i zwodniczy jest świat ludzi. Niewykluczone też, że to właśnie dlatego od tego momentu stałem się na kilka lat prawdziwym drzewołazem, koneserem wypraw wzwyż po konarach nieistniejących już dziś drzew, budowniczym różnych domków i bocianich gniazd, w których mitrężyłem długie godziny swojego młodego żywota. Zostało mi to do teraz – moje ulubione miejsce w domu to balkon, z którego wysokości ja, lekko już ociężały mizantrop, spoglądam na ogród i młody las, któremu pozwalam podchodzić coraz bliżej i bliżej….
Na gliniastych glebach pradoliny Wisły sosny nie są częste, w składzie naturalnych lasów mamy tu raczej okazy liściaste. Tych kilka sosen, swobodnie dziś rozrosłych, rosochatych, przyjechało parędziesiąt lat temu z jurajskich piaskowych gleb dawnej Kongresówki, ale przywykły do tutejszych glin i przypominają mi letnie miesiące dzieciństwa spędzanego w domu dziadków pośrodku sosnowego lasu nad małą, krętą rzeczką, Kamieniczanką, w której moja mama łowiła jeszcze rybki nazywane „żydami”, a ja już nigdy żadnego „żyda” nawet nie widziałem.
Po wyburzeniu starych pomieszczeń gospodarczych przywiozłem kilkadziesiąt sadzonek istebniańskich świerków. To na razie drzewa-smarkacze, iglaste gołowąsy, które dość bezczelnie i szybko pną się w górę. Są ledwo większe od bożonarodzeniowych choinek, ale wiosną na każdej najmniejszej gałązce pojawia się zielony pąk, który wnet ściemnieje, stężeje i wtopi się w ciemną zieleń drzewka, a za rok ta operacja się powtórzy. I tak będzie rok po roku, aż moje świerki, tu na płaskim nieciekawym terenie, osiągną rozmiary starych drzew, przed którymi w dolinie Olzy klękał i do których szczerze modlił się Anders Ericsson, szwedzki nestor dendrologii.
Jest też sad. Jabłonie, grusze, czereśnia, śliwa, które sadziłem własną ręką. To młode drzewka, nie mają nawet dziesięciu lat. Pamiętam tamtą wiosnę. To był zły czas w moim życiu. Niczego nie mogłem być pewien, przyszłość wydawała się zbierać nade mną burzowymi chmurami, a teraźniejszość była jak ruchome piaski. Wtedy zapragnąłem zrobić coś trwałego, co być może mnie przeżyje, przekroczy, do czego będę mógł się odnieść, przytrzymać. Posadziłem wtedy te drzewa jako swoje kotwice.
Kiedy byłem dzieckiem, na naszej ulicy coś dziwnego działo się z ludźmi. Był czas, że właściwie nic innego się nie działo, tylko ludziom coś krzywiło życiorysy, coś naginało proste dusze, coś wichrowało statecznych, coś rozleniwiało robotnych, a leniwych gnało do roboty, pijacy trzeźwieli, trzeźwi zaś gorszyli pijackim śpiewem, pogodni rzucali się w głąb studni, melancholicy sypali kawałami, coś zacietrzewiało łagodnych, coś bogobojnych wodziło na pokuszenie, a grzeszników gnało pod ołtarze. Jakby tu ludzie mieli jakieś podwójne dusze, jakby to „drugie” nagle zaczęło nie wiadomo dlaczego wyłazić na powierzchnię zdarzeń. Myślę o tym, bo dziś już tak nie jest, ludzie sobie po prostu żyją jak wszędzie – za tujami, za elektrycznymi bramami, jeden po drugim zakładają fotowoltaiki i chodzą z pieskami na spacery, kłaniając się uprzejmie, zdawkowo.
Został tylko P. ostatni spóźniony walet z tej talii dziwaków, organista i kolarz, dla niego ten apokryf o naszej ulicy, ulicy D. piszę, choć on sam o tym nic nie wie i raczej się nie dowie.
P. Ma jakiś defekt umysłowy.Nienormalny.Mieszka ze starą matką i żyje z renty i z tego, co mu odpala proboszcz i parafianie za grę na organach podczas mszy i uroczystości religijnych. Jeśli nie gra na organach, to śpiewa. Od wczesnej wiosny do późnej jesieni jeździ na rowerze po wszystkich trzech ulicach mojej wsi, nakręca swoją rowerową pętlę w nieskończoność. Zaczął te swoje jeżdżenia tak dawno temu, że nawet trudno mi sobie przypomnieć kiedy, więc w zasadzie mogę powiedzieć, że jest od zawsze. W sezonie słyszę go kilkanaście razy w ciągu dnia. Ma niewyczerpany repertuar przebojów polskiej muzyki rozrywkowej. Rowerowy koncert życzeń z Rodowicz, Bajmem, Jantar, Niemenem i Varius Manx. Ostatni walet z talii dziwaków z mojej ulicy, która poza tym znormalniała i zezwykliła się odkąd stała się atrakcyjna dla ludzi, którym udało się z pieniędzmi na tyle, że mogli uciec z miasta i budować domy w „atrakcyjnej cichej okolicy, w pobliżu jeziora”.
Ulica D. Mieszkam gdzieś w połowie jej długości. Odbija ona od głównej szosy i ciągnie się – nie więcej niż kilkaset metrów – do jeziora, ku któremu opada łagodną stromizną (jeśli potraficie wyobrazić sobie ten oksymoron, potraficie w zasadzie wszystko). Powinna się kończyć normalnie, bo ja wiem – przechodząc w polną miedzę, urywając się pod lasem albo wlewając w większą, z powiatowym rozmachem prowadzoną, arterię. Ale nie, ta opada do wielkiego jeziora, którego tu kiedyś nie było, choć dla mnie, przyznaję, było zawsze.
Dawniej jednak moja ulica nie prowadziła nad jezioro, ale i wówczas wraz z nią kończył się świat. Ulica prowadziła do Wisły, a za Wisłą była już Austryjo, Felix Austria. Po austriackiej stronie znajdowały się wsie, których same nazwy sugerowały, że leżą na antypodach ludzkiego pojmowania – Zabrzeg i Zarzecze. I od tego Zabrzegu i Zarzecza, gdzie nasze chłopy chodziły do gospody napić się piwa i pograć w skata, ta Austryjo ciągnęła się do Bielska i do Cieszyna, a i dalej – do Wiednio, do Krakowa i do Lemberga, do Triestu i do samego Sarajewa – tam jej mapę dziurawiły spiczaste minarety i dalej już nie sięgała.
Zawsze zastanawiało mnie, dlaczego przy naszej ulicy domy są okazalsze niż w okolicznych wsiach. I dlaczego mają podwójne podłogi. Niedawno się dowiedziałem: nasi pradziadkowie wcale nie byli spokojnymi gospodarzami (u nas mówiło się: pampónie), jak nam przykazano wierzyć. Żyło się z przemytu. W dzień gospodarowali, w nocy szedł szmugiel aż huczało: towar chowany był w te tak intrygujące mnie podwójne podłogi. W Austrii, jak mówią, tańszy był tytoń i spirytus, u nas, w Prusach choćby cukier i podobno gwoździe. Goldmarki z orłem zamieniały się w korony z wąsatym Francem Jozefem, przesypywały się jedne z drugimi, że trzeba było rozdzielać i chować po skrytkach i za szrankami w tych wielkich rozlazłych jak babskie spódnice chałupach naszych dziadów. Jak to przy granicy, dużo było interesów szemranych, dużo kręciło się ludzi obcych, dużo roboty miał policmajster z Kreis Pless i grencszuce z Grenchauzu (na szczęście ulokowany był z dala od naszej z pozoru bocznej i spokojnej ulicy). Nic dziwnego, że kiedy w Sarajewie w czternastym roku zastrzelili Franza Ferdinanda, u nas plotka poszła, że to ktoś ze wsi strzelił, bo go nerwy wzięły, że Austryjoki nie chciały rozpatrzyć jego skargi na zarekwirowanie krowy, co nielegalnie znęcona lepszą trawą wlazła w szkodę Z Bożej Łaski cesarzowi Austrii, apostolskiemu królowi Węgier, królowi Czech, Dalmacji, Chorwacji, Slawonii, Galicji, Lodomerii i Ilyrii, Jerozolimy…
Pojawienie się jeziora było dziwem i za żadne skarby nie mogło się zmieścić w tutejszych głowach. Zapora miała być cudem planu sześcioletniego, skalą godnym swoich heroicznych czasów, cudem wymyślonym przy kreślarskich deskach przez głowy bardziej uczone, miastowe. Ten inwestycyjny cud socjalistycznej hydrologii i inżynierii szeroki na cztery kilometry i długi na piętnaście miał otwierać oczy niedowiarkom i choć o naszym jeziorze pisali pryszczaci poeci socrealiści, a nawet doczekało się peanu samego Władysława Broniewskiego, to my tu nie jesteśmy w ciemię bici. Od początku widzieliśmy w tym diabelski zamysł, nieczystą intencję, obrazę praw boskich. Moc złego pokonać może tylko mocarny święty patron. Po sześćdziesięciu latach starań naszych parafian zalew został jak należy pokropiony wodą święconą przez proboszcza. Błogosławiony jest też z całą solennością i powagą właściwą urzędowi klucznika Niebios, pierwszego Apostoła i nade wszystko Rybaka, przez świętego Piotra, którego figurę ze składek parafian udało się postawić nad brzegiem.
Więc kiedy schodzicie naszą ulicą do jeziora, otwiera się przed wami perspektywa zupełnie niespodziewana, wąska ulica rozłazi się w przestrzeń, której nie moglibyście się spodziewać, a dla nas, Ślązaków, jest nie do ogarnięcia rozumem, bo Śląsk z tą jego trzymilionową populacją upychaną kiedyś w familokach, później w blokach i miastach-sypialniach, a teraz w gęstej deweloperszczyźnie, to najbardziej klaustrofobiczna część Polski. A tu – wodna pustosz, lustro olbrzyma odbijające kawał nieba – odległy drugi brzeg jest całkowicie zalesiony, jakby koniec ulicy stawał się końcem cywilizacji, jakby nas wracał w czas prehistorii. Koniec naszej ulicy… limes Silesiae Superior.
Dla nas dziś już strona jeziora jest stroną świetlistą – przyjmuje pioruny wiosennych burz, odwraca uwagę co silniejszych wiatrów, którym pozwala się wyszaleć, ale jesienią bierze odwet wysyłając w naszą ulicę gęste wilgotne jęzory mgły. Oblizują one ściany naszych domów, wsuwają się lubieżnie w gałęzie drzew w sadach, jak węże owijają szyje spóźnionych przechodniów. Wtedy przypominamy sobie o zatopionej całej wsi Zarzecze, o wielkim bagnie, które kiedyś było w miejscu jeziora, a w którym 400 lat temu potopiły się szwedzkie wojska, o grobach mieszkańców na zalanym zarzeczańskim cmentarzu.
O jeziorze egzaltowani dziennikarze piszą „śląskie morze” i zawsze lubiłem myśleć, że, wbrew geografii, mieszkam nad morzem. Niech tak zostanie. Trzeba tylko wspomnieć, że po drugiej stronie tego morza są góry. Kolejne pasma beskidzkie, od czeskiej Łysej Hory aż hen gdzieś pod Gorce cembrują horyzont widziany z ulicy D. Myślę, że nawet w najodleglejszych czasach, gdy mieszkańcy niewiele mogli wiedzieć o świecie, a jeszcze mniej z niego rozumieć, to górskie domknięcie horyzontu podszeptywało im bez ustanku, od kołyski po grób, od wiosny do zimy, że w świecie dzieją się też inne dziwy, i wcześniej niż fizycy rozumieli relatywną naturę czasu, bo gdy u nas wiosna już zazieleniała świat, to tam, w górach jeszcze śnieg i zima trzymały długo, długo. Rozumieli też, że skoro są góry, to coś musi być i za górami, jakiś świat, jakieś dziwy, jakieś inne dziwy niż dziwy tutejsze, swojskie i oswojone. Tu „za górami” nie było bajkowym incipitem jak gdzieś w tych płaskich polskich krainach, Mazowszach, Podlasiach, tylko drażniącą pokolenia tutejszych dzieci zadrą wyobraźni. Moją na pewno, dlatego koniec tej opowieści poprowadzi do Sarajewa.
Atmosfera to anomalie i aberracje, ale astronomia to exacte wissenschaft, nigdy nie sprawia zawodu – numeryczne prognozy pogody notorycznie kłamią, ale raz obliczone trajektorie planet nie pozostawiają żadnych wątpliwości. Listopadowe dziwne pogody i temperaturowe kuglarstwo (jesteśmy za starzy, by się na nie nabrać) zaczęły się w tym roku od zaćmienia słońca 25-go października.
Prawdę mówiąc, mało kogo ono obeszło. Za dużo dzieje się na ziemi, żeby kogoś jeszcze angażowała regularność hieratycznego satelitarnego pochodu nad naszymi głowami. Był on tym bardziej nieistotny, że zaćmienie nie było pełne, a słońce tego dnia świeciło tak intensywnie, niebo było tak rozświetlone, że nieprecyzyjne przesunięcie się Księżyca między nami a Gwiazdą nie rzuciło na ziemię cienia na tyle istotnego, byście podnieśli głowy, nie zaniepokoiło zwierząt domowych, nie spowodowało poruszeń chłodnych mas powietrza, jednym słowem nie zakłóciło w istotny sposób naszych dostatecznie już zakłócanych interesów. Jeśli ktoś o zaćmieniu wiedział, mógł nim wzgardzić, jeśli nie wiedział – mógł go po prostu nie zauważyć.
Ja jednak szykowałem się na nie starannie. Zaćmienia to moje prywatne święta. Chyba jedyne, które celebruję w dorosłym życiu z całą powagą stosownych rytuałów i przygotowań. Zaćmienia oglądam, ilekroć się wydarzają, a pogoda na to pozwala (jeśli nie pozwala, czuję wielki zawód, czuję się oszukany). Im jestem starszy, tym bardziej mnie fascynują, tym bardziej ich wyczekuję.
Za to słynnego zaćmienia całkowitego z 11-go sierpnia 1999-go roku nie widziałem w ogóle. Tamto zaćmienie oglądali wszyscy, a ja – my – z premedytacją nie. Wtedy za nasze wspólne ostatnie pieniądze wynajęliśmy pokój na piętrze taniego motelu dla tirowców. Zasłoniliśmy story, ale okno wychodzące na wewnętrzny dziedziniec zostawiliśmy – również z premedytacją – otwarte. Goście motelu i obsługa wyszli na ten placyk oglądać zjawisko, a my w tym zasłoniętym pokoju głośno uprawialiśmy miłość, na tyle głośno, żeby nas wyraźnie słyszeli na zewnątrz. Byliśmy młodzi, a władcą – absolutnym władcą – naszych ciał był Eros. Nasze poddanie mu było równe naszej pysze: chcieliśmy wtedy pieprzyć astronomię, zerżnąć cały Układ Słoneczny, to my byliśmy obrotami ciał niebieskich, byliśmy ważniejsi niż grawitacja, niż teoria względności, niż to całe zaćmienie, o którym tyle mówili w telewizji i z powodu którego ludziom całkiem już odbierało rozum.
Jest 25 października 2022-go roku, wtorek. Zaćmienie wydarza się w samo południe. Z rana mam trochę pracy, w skrzynce pocztowej są domagające się odpowiedzi maile, jest do załatwienia kilka telefonów, z czego dwie rozmowy są dosyć przykre. Otwarty o 9:07 wordowski plik pisanego na zadany termin tekstu rozświetla się niepokojącą bielą i pulsuje kursorem. I nic już z nim dziś nie zrobię. Napiję się kawy, wezmę prysznic, przeskroluję wiadomości (z naciskiem na te wojenne). Przygotuję sobie kanapkę. Zabiję jakoś czas.
Wracam więc do siebie na górę. Balkon ma piękną południową ekspozycję, idealną do obserwacji tego, co ma się wydarzyć. Wyciągam z lodówki wino. Zanim znajdę korkociąg, na butelce (lekki mozelski riesling) siada rosa. (Tak, wiem, nie ma jeszcze nawet południa, ale za usprawiedliwienie niech mi posłuży to, że jednak tarcza słońca będzie nieco zasłonięta). Znajduję też papierosy M., te cienkie, z miętową wkładką. Nigdy nie kupuję fajek, ale zapalić na specjalne okazje, szczególnie takiego cieniutkiego miętowego, lubię. Rozsiadam się na balkonie w wygodnym fotelu z rozkładanym oparciem. Słońce świeci mi w twarz i w oczy – jak pilotom w piosence Maanamu. Do obserwacji astronomicznego fenomenu nie wystarczą zwykłe okulary przeciwsłoneczne, dlatego zakładam na nos trzy pary. Nie obchodzi mnie to, jak wyglądam – dopiero to daje odpowiedni stopień filtracji.
Patrzę teraz na powolne i nieubłagane przesuwanie się sfer, na niczym nie zakłóconą konsekwencję grawitacji, której żadne lockdowny nie zatrzymają. Księżyc, oświetlany przez promienie słońca, ujawnia w nich swoją lunarną kulistość – nie jest znanym z nocnego nieba bladym plackiem czy rogalem, lecz ogromną czarną bilardową kulą, której spowolnione toczenie się obserwuję. W językach słowiańskich księżycowi przypisano rodzaj męski, lecz pamiętam jeszcze trochę mój francuski, tam jego rodzaj jest żeński, to la Lune (to dlatego powiedziałem wtedy o jej biodrach, że są lunarne). Słońcu w naszej gramatyce ludów Północy przypisano rodzaj nijaki, ale ludy Południa wiedzą, że Gwieździe przynależeć powinien rodzaj męski. Solarna siła jest męska, to moc, przed którą nic się nie może ukryć, która wszystko spenetruje i wypali na swej drodze, jest bezlitosna.
Patrząc w niebo, doświadczam dość ambiwalentnego stanu. Znam go już dobrze, więc dokładnie wiem, czego oczekiwać, jak alkoholik przed ratującą lufą albo jak przejęty katolik w oczekiwaniu na transsubstancjację. Z jednej strony ta ogromna scena, oglądanie tego mechanizmu wypełnia spokojem zrozumienia. Jak w rycinie Flammariona z mędrcem wyglądającym poza widzialny świat, by zobaczyć mechanikę sfer – tyle że w godzinie zaćmienia nie muszę, jak on, pełznąć do krańców ziemi, ta mechanika objawia mi się w pełnym komforcie balkonowego fotela i własnego ogrodu poniżej. Widzę na własne oczy, jak działa to przedwieczne astrolabium, jego niewyobrażalnie ścisła matematyka nie pozwala sobie na żaden błąd i mogę się czuć bezpiecznie wewnątrz tego werku wszechświata, którego mój dom, mój balkon, mój na tym balkonie fotel są cząsteczkami. Nie mija wiele czasu, gdy na ten pierwszy stan nakłada się to wstrząsające doznanie, że ta wielka opera ciał niebieskich rozgrywa się w absolutnej, nieludzkiej ciszy. To właśnie ta kosmiczna cisza jest najbardziej nie do wyobrażenia.
Wszystkie najbardziej doniosłe wydarzenia odbywają się w ciszy. Tylko na samym początku jest jakiś huk: Big Bang. Po nim nastąpiły te miliardy lat bez głosu; milczenia nie do zagadania, podczas których nasz cały poznawalny wszechświat ponoć nieustanie się rozpręża, galaktyki uciekają od siebie z prędkością stałej Hubble’a. Gwiazdy, galaktyki i my też podlegamy tej bezwzględności oddalania się z określoną stałą prędkością, aż do zaniknięcia. Jedni naukowcy mówią, że Kosmos będzie się już tak zawsze rozprężał, że to oddalanie nie ma końca, inni twierdzą zaś, że po osiągnięciu jakiejś krańcowej wartości, za nieokreślone miliardy lat cały proces się odwróci i wszystko zacznie się kurczyć do tego jednego jedynego punkt.
Ale to naprawdę nie ma znaczenia.
Na tę zdumiewającą chwilę znalezienia się mojej źrenicy, Satelity i Gwiazdy w jednej linii i na nieznośną dźwiękową próżnię, w której to się odbywa, jestem dobrze przygotowany: na uszach mam słuchawki, a w nich Eistürzende Neubauten – „Total Eclipse of the Sun”. Słyszę Blixę Bargelda, który uparcie mi szepcze do ucha:
The suns last spark melts away
Not unlike a dying wick
Now stands disc on disc
And crushes my heart
All I really, really, really, really, really, really, really, really want to see
Is a total eclipse of the sun
Jeszcze tylko kilka dni do pierwszego listopada. Przypominam sobie te ostatnie stare groby na naszym wiejskim cmentarzu. Rozmyty obraz pod przymkniętymi powiekami, gdy ćwierćprzysłonięte słońce oświetla moją twarz. Nieostre w zarysach wybrzuszenia ziemi, która tu u nas jest ciężka, gliniasta, wilgotnie maziowata, bo od spodu podmywają wody gruntowe (to Wisła wykonuje swoją odwieczną cierpliwą pracę, próbuje się tu wsączać, zaznaczyć rzeczne władztwo, wymusić równowagę żywiołów).
Najstarszy z rodzinnych grobów, jeszcze dziewiętnastowieczny, był właśnie taki, oble prostokątny. Położony w części cmentarza z tyłu kościoła, części ciemnej, wilgotnej, nieczęsto odwiedzanej. Nie prowadziły tam żadne chodniki, tylko przedeptana gliniasta i zdradliwie śliska wijąca się wężowo ścieżka. Rosły tam, o ile pamiętam, wielkie stare drzewa, lipy.
Odwiedzaliśmy te chłopskie proste groby tylko raz do roku, ostrożnie rozgarniając mrok, którego nie mogło rozświetlić zawodne i nadto migotliwe światło pojedynczych świec albo tych staromodnych i dziś już niestosowanych zniczy (pamiętacie? – miały nieprzyzwoicie grube czarne knoty, ich wosk był pomarańczowy lub chorobliwie żółty, kopciły czarnym tłustym dymem, a gliniana misa zachowywała niepokojąco pogański kształt).
Ów grób, do którego pielgrzymowaliśmy pierwszego listopada, nie przypominał tych kamiennych prostokątów, które wówczas już niepodzielnie zaczynały dominować w głównej części cmentarza, prawdziwego królestwa lastryko i geometrii. Niczego nie czułem, zapalając (ulubiona zabawa dzieci) znicze na tych schludnych płytach oddzielających – z higieniczną precyzją – naszych bliższych i dalszych zmarłych od nas, żywych. Ta znieczulica cmentarna towarzyszy mi zresztą do dziś. Nad grobami doświadczam, wkrótce doświadczę znowu, całkowitej emocjonalnej pustki.
Przy tym najstarszym grobie było inaczej. Trzeba tam było więcej uważności. Porośnięta trawą i jakimś bluszczowym pnączem mogiła miała zwyczaj więzić spadające liście, jakby w ten sposób chciała pochwycić coś z życia czy może – wegetacji. Nie wystarczało proste omiecenie, trzeba było liście po kolei z odpowiednią dozą staranności wybierać, wyczesywać, by uczynić miejsce świecy, a może by łagodną perswazją dłoni odesłać całą mogiłę na stronę śmierci, w granice, których nie powinna opuszczać?
Tak, to ważne, że tam zawsze paliliśmy świece, bo świecę trzeba było wetknąć w ziemię na tyle głęboko, by była stabilna. Nie mieliśmy, a przynajmniej ja nie miałem, świadomości wagi tego gestu: jakie to ważne i jak głęboko sięga naszej istoty. Dopiero dziś, sącząc w pełnym apokaliptycznym słońcu tego zimnego rieslinga i pisząc te słowa, zdaję sobie z tego sprawę. Siedmioletni ja przebijałem tę błonę ziemi, tę zdumiewająco cienką granicę między światami, i wsadzałem świecę w kościste zimne palce tych nieznanych mi ludzi sprzed stu lat, ludzi, z którymi łączy mnie tajemniczy splot łańcucha DNA. Zapach cmentarza, zapach butwienia i parafinowego dymu przenikał ubrania. Przynosiło się go z sobą do domu i tam, mieszając się z domowymi zapachami barszczu czy rosołu, ujawniał całą swoją niestosowność, uroczystą obcość śmierci. Na szczęście pojawiał się na krótko i wracał dokładnie po roku, po pełnym okrążeniu słońca.
Inaczej Zaduszki. Nigdy inaczej, nigdy żaden Dzień Zaduszny. Zaduszki, bo to był dzień, kiedy jako dwunastolatki wracaliśmy na cmentarz na swoich zasadach, i to zaraz po wyjątkowo w tym dniu nudnych lekcjach. W świetle dnia można było sobie ten wczorajszy wieczorny cmentarz wreszcie obłaskawić, zrzucić solenność i tajemnicę, przywrócić znane kontury rzeczywistości. Zobaczyć całą mizerię wczorajszego przedstawienia, wejść za jego wstydliwe kulisy. Taka przynajmniej była niewyrażona, ale czytelna intencja: archipelagi świateł zamienione w dogorywające pojedyncze kałuże blasku, barokowe bukiety chryzantem już z pierwszymi oznakami opadania z sił i zastygania w suchy gotyk śmietnika – ich niechybnego przeznaczenia.
Nasz ówczesny grobing był radośnie aleatoryczny, niepodporządkowany rodzinnym hierarchiom i bez najmniejszej dbałości o odzwierciedlenie porządku świata dorosłych: raz do roku cmentarz zamienialiśmy w plac zabaw. Można było sobie bezkarnie poigrać z wiecznością tak jak igra się z żywiołem, spacerując boso brzegiem wzburzonego morza, a nasze stopy oblizywane są przez języki fal.
Zawsze jednak w naszej beztrosce docieraliśmy do właściwego, wstydliwie ukrywanego celu cmentarnego włóczenia się, jego bardziej skrytej, niejasnej intencji. Było nią zlewanie wosku (raczej stearyny czy parafiny, ale mówiło się i myślało: wosk).
Knoty płonących od wczoraj zniczy pływały w oleistych jeziorkach. Należało zmarłym podkraść trochę tej zmaterializowanej pamięci bliskich i ostrożnie, przechylając misę, równomiernie lać gorący płyn na rękę. Jeśli zrobiło się to zbyt gwałtownie lub nieumiejętnie, można było się poparzyć, ale przy odrobinie wprawy doznawało się tylko chwilowego i niegroźnego uczucia gorąca na granicy sparzenia. Czynność należało powtarzać na różnych grobach z różnymi zniczami – zlewanie było zakończone wtedy, gdy dłoń więzła w woskowej skorupie.
Największą sztuką było teraz wyciągnięcie ręki ze świeżego odlewu. Nie mógł on być ani za miękki (klęsł wtedy jak zegar z obrazu Salvadora Dali) ani zanadto twardy (rozpadłby się natychmiast). Zrobienie tego bez strat było niemożliwe, ale chodziło o to, by je minimalizować, by powstałe pęknięcia szybko zalepiać i by skorupka pozostawała możliwie kompletna i możliwie trójwymiarowa – by dało się wejrzeć w pustkę po dłoni lub chociaż do nory po palcach.
Z moimi ówczesnymi kolegami, Szczurem, Szczotą, Jasiem, składaliśmy te nasze nadkruszone woskowe rękawice na cmentarnym murku, po czym całą tę miękką imitację lapidarium poddawaliśmy drobiazgowej inspekcji. Eksponaty były niesłychanie delikatne, filigranowe – oglądaliśmy je z powagą archeologów lub lekarzy oglądających plamy na radiologicznym zdjęciu płuc. Wosk zachowywał wiernie bieg linii papilarnych, dobrze widać go było pod światło.
Można było się mu przyjrzeć, można też było go wyczuć po przejechaniu opuszkiem palca. Oto kawałek nas, trójwymiarowy negatyw fragmentu naszego ciała, zupełnie niepodrabialny, bo przecież linie papilarne w swoich przebiegach nie powtarzają się nawet u bliźniąt jednojajowych, oto więc ów kawałek nas od nas oderwany i zmartwiały, uwieczniony (coż z tego, że tylko na moment) w parafinowym cieście, które skradliśmy zmarłym.
Każdy z nas stawał się wtedy medium, a to były nasze ektoplazmatyczne ekstensje – bo przecież sama już ta nietrwała materia i sposób jej zbierania z cudzych grobów uwznioślały naszą zabawę. Uwznioślała ją też jej krucha jednorazowość – mimo prób nigdy nie udawało się wsunąć dłoni na powrót w miejsce, z którego ją wyciągnęliśmy.
Znaliśmy już wtedy z lichych reprodukcji w naszych podręcznikach pośmiertne maski wieszczów i wodzów, znaliśmy odlew dłoni Chopina, a teraz spróbowaliśmy tego okołotanatycznego odlewnictwa na samych sobie. Kiedy o tym dziś myślę, kiedy myślę o tym, jak i dlaczego przechowała te błahe wydarzenia moja pamięć, zdaję sobie sprawę, że chyba po prostu trochę odkrywaliśmy, że śmierć istnieje i będzie nas dotyczyć. Nie dowierzając w to, chcieliśmy własnymi zmysłami pojąć, że, co ciepłe, żywe i ruchome może transfigurować w zimną, martwą bryłę, która zresztą rozsypuje się za lada przyczyną, choć w jej drobinach odciśnięta jest nasza najbardziej niepowtarzalna, najcenniejsza kompozycja papilarna.
Tak jak cztery piąte wszechświata zbudowane jest głównie z antymaterii, o której nic nie wiemy i nie mamy narzędzi, by ją poznać, tak i my bardziej zbudowani jesteśmy z niepamięci niż ze wspomnień. Zupełnie zrozumiałe, że wszyscy zafiksowani jesteśmy na pamięci, podczas gdy niepamiętanie pozostaje niedocenione, o niepamiętaniu mówi się mało (bo jak niby o nim mówić), po prostu się o nim nie pamięta. A przecież nieprzypadkowo nasze narodziny i trzy – ponoć kluczowe – pierwsze lata życia pochłania antymateria niepamięci, jej ciemny blask, z którego dopiero się wyłonimy.
I w tę samą przestrzeń niepamięci wpadło, o dziwo!, to, co dalej działo się z naszymi kruchymi odlewami. Co z nimi robiliśmy? Może po prostu zgarnialiśmy niedbale rękawem z murka, by się potłukły do końca, może lepiliśmy je w jakieś kulki, może roztapialiśmy je na powrót w którymś ze zniczy (byłoby to chyba najelegantszym, ale też najmniej prawdopodobnym z rozwiązań). Nie wiem, nie pamiętam. Całkowite zaćmienie.
Fragment „Total Eclipse of the Sun” zapowiada ukazanie się zbioru opowiadań (nakładem Wydawnictwa Biblioteki Śląskiej, planowana premiera: czerwiec 2026) pt. „Cztery tureckie swetry”. Na zbiór składać się będzie kilkanaście miniatur prozatorskich, w których pojawią się między innymi emerytowany kapitan MO i gej w jednej osobie, móżdżek wieprzowy, krakowska sucha z musztardą, kolekcja znaczków z konterfektem Adolfa Hitlera, cztery tureckie swetry, kilka nieistniejących katowickich knajp i jedna istniejąca bratysławska, wagony restauracyjne kolei polskich i węgierskich, duch zmarłej siostry, pewien amerykański przegryw, dziewczyna z kalendarza, kolekcja kosiarek do trawy i stado orzełków bez korony.
Wojciech Śmieja
CZYTAJ TEŻ