Robert Tressell


Filantropi w podartych spodniach

przełożyła
Kamila Jansen


 

Rozdział 4  
Plakat  

Frank Owen był synem stolarskiego czeladnika, który zmarł na suchoty, kiedy chłopiec miał zaledwie pięć lat. Od tej pory jego matka pracowała jako szwaczka, zarabiając niewielkie pieniądze. Kiedy Frank miał trzynaście lat, najął się do pracy u mistrza malarskiego, który należał do tego rodzaju ludzi, jakich już prawie nie ma – był bowiem nie tylko pracodawcą, ale także rzemieślnikiem wysokiej klasy.  

Mistrz miał już swoje lata, kiedy Frank Owen zaczął u niego pracować. Dawniej prowadził w mieście dobrze prosperujący interes i zwykł się szczycić tym, że zawsze oferował usługi wysokiej jakości, czerpał ze swojej pracy przyjemność i był dobrze wynagradzany. Ostatnimi laty jednak liczba jego klientów znacznie zmalała, jako że do głosu doszło nowe pokolenie, które za nic miało mistrzowskie rzemiosło i sztukę, za to wysoko ceniło taniość i zysk. Chłopiec, ucząc się niestrudzenie od tego człowieka i w pojedynkę w czasie wolnym, przy pewnej dozie wrodzonych zdolności, opanował sztukę malowania dekoracyjnego i wzornictwa, a także mazerunku i tworzenia szyldów.  

Kiedy Frank miał dwadzieścia cztery lata, zmarła jego matka. Rok później poślubił córkę jednego z robotników, z którymi pracował. W tamtych czasach ich fach miał się całkiem dobrze i chociaż nie było dużego popytu na bardziej artystyczne prace, to fakt, że w razie potrzeby potrafił je wykonać, sprawiał, że stosunkowo łatwo było mu znaleźć zatrudnienie. Owen i jego żona byli bardzo szczęśliwi. Mieli jedno dziecko – synka – i przez kilka lat wszystko się układało. Stopniowo jednak ten stan rzeczy zaczął ulegać zmianie. Mówiąc najogólniej, zmiana ta nadeszła powoli i niepostrzeżenie, choć od czasu do czasu zdarzały się nagłe wahania.  

Nawet latem nie zawsze udawało mu się znaleźć pracę, a zimą niemal nie sposób było zdobyć jakąkolwiek. Wreszcie jakiś rok przed momentem, w którym rozpoczyna się ta opowieść, Frank postanowił zostawić żonę i dziecko w domu i spróbować poszukać szczęścia w Londynie. Kiedy dostanie pracę, pośle po rodzinę.  

Nadzieja okazała się płonna. Londyn wydał mu się wręcz jeszcze gorszym miejscem niż jego rodzinne miasto. Dokądkolwiek poszedł, stawał twarzą w twarz z wywieszką: „Nie przyjmujemy do pracy”. Chodził po mieście dzień w dzień, zastawił lub sprzedał wszystkie ubrania oprócz tych, które miał na sobie. Przebywał w Londynie przez pół roku, niekiedy przymierając głodem i jedynie od czasu do czasu znajdując zatrudnienie na kilka dni lub tygodni.  

Pod koniec tego okresu był zmuszony się poddać. Cierpiał niedostatek, a ciężar w sercu i odrażająca atmosfera miasta dały mu się we znaki na tyle, że czuł się pokonany. Zaczęły pojawiać się pierwsze symptomy choroby, która zabrała do grobu jego ojca, więc uległ wielokrotnym prośbom żony i powrócił do rodzinnego miasta, będąc cieniem dawnego siebie.  

To było pół roku temu. Od tamtej pory pracował dla firmy Rushton & Co. Sporadycznie, kiedy nie mieli akurat nic do zaoferowania, bywał „zwolniony z obowiązków”, aż coś się pojawiało.  

Od powrotu z Londynu Owen stopniowo tracił resztki nadziei. Z każdym dniem czuł, że choroba coraz bardziej go osłabia. Lekarz nakazał mu się „dobrze odżywiać” i przepisał kosztowne lekarstwa, na które Owen nie miał pieniędzy.  

Do tego jego żona, delikatna z natury, potrzebowała wielu rzeczy, których nie był w stanie dla niej pozyskać. A chłopiec – jaką miał przed sobą przyszłość? Rozmyślając posępnie o ich sytuacji i perspektywach, Owen często powtarzał sobie, że byłoby dla nich dużo lepiej, gdyby wszyscy troje zaraz umarli, tu i teraz.  

Był zmęczony swoim własnym cierpieniem, biernym przyglądaniem się cierpieniu żony i zatrwożony na myśl o tym, co czeka ich syna.  

Takie myśli towarzyszyły mu, kiedy pieszo wracał do domu wieczorem w dniu, w którym zwolniono starego Lindena. Nie było żadnego powodu, żeby wierzyć lub mieć nadzieję, że obecny stan rzeczy ulegnie zmianie, nawet w dłuższej perspektywie.  

 

Tysiące ludzi mu podobnych wiodło nędzny żywot na granicy śmierci głodowej, a dla jeszcze większej liczby egzystencja była jedną długą walką z ubóstwem. Mimo to praktycznie żaden z nich nawet nie zaprzątał sobie głowy pytaniem, dlaczego znalazł się w takiej sytuacji, a gdyby ktoś próbował im to wyjaśnić, byłoby to jedynie bezsensowną stratą czasu, bo wcale nie chcieli tego wiedzieć.  

Rozwiązanie wydawało się tak proste, zło tak wielkie i tak rażąco oczywiste, że jedyne możliwe wyjaśnienie jego trwania stanowił fakt, że większość robotników, z którymi pracował, była pozbawiona zdolności rozumowania. Gdyby ci ludzie nie byli niewydolni umysłowo, już dawno z własnej inicjatywy zmietliby ten głupi system z powierzchni ziemi. Nikt nie musiałby im tłumaczyć, że system jest zły.  

Przecież nawet ci, którym się powodziło albo którzy wręcz opływali w bogactwa, nie mogli mieć pewności, że i oni nie umrą w niedostatku. W każdym przytułku można było znaleźć osoby, które dawniej zajmowały zaszczytne stanowiska, a których upadek nie zawsze był przez nie same zawiniony.  

Nieważne, jak zamożny byłby człowiek, nigdy nie mógł mieć pewności, czy jego dzieciom nie zabraknie chleba. Tysiące żyły w nędzy, z głodowych pensji, choć ich rodzice byli bogatymi ludźmi.  

Kiedy Owen tak szedł szybkim krokiem z głową wypełnioną myślami, był niemalże nieświadomy, że przemókł do suchej nitki. Nie miał na sobie płaszcza, gdyż zastawił go w Londynie i dotąd nie zdołał go wykupić. Dziurawe buty nasiąkły wodą i błotem.  

Był już prawie w domu. Na rogu ulicy, przy której mieszkał, stał kiosk z gazetami, a na tablicy przed drzwiami wywieszono plakat:  

STRASZNA TRAGEDIA DOMOWA 
PODWÓJNE ZABÓJSTWO I SAMOBÓJSTWO 
 

Wszedł do środka, by kupić gazetę. Był tu stałym klientem, więc właściciel przywitał go, zwracając się do niego po nazwisku.  

– Okropna pogoda – zauważył, podając Owenowi gazetę. – W pana branży to chyba niedobrze? 

– Prawda – odpowiedział Owen – wielu ludzi straciło zatrudnienie, ale tak się składa, że ja pracuję pod dachem.  

– Ma pan zatem szczęście – odrzekł mężczyzna. – Wie pan, dla niektórych znajdzie się praca, jak tylko pogoda się nieco poprawi. Cała zewnętrzna część tego kwartału ma być odnowiona. To dużo roboty, nieprawdaż?  

– Owszem – odparł Owen. – Kto się tym zajmie?  

– Makehaste i Sloggit. Wie pan, to ci z Windley. 

– Tak, znam tę firmę – powiedział Owen ponuro. Pracował u nich raz czy dwa.  

– Był tu dzisiaj majster – kontynuował sklepikarz. – Powiedział, że zaczną w poniedziałek rano, jeśli będzie ładnie.  

– Mam nadzieję, że będzie – odparł Owen – bo teraz niewiele się dzieje.  

Życząc sprzedawcy dobrego wieczoru, ponownie ruszył w stronę domu.  

W połowie drogi zawahał się i przystanął. Pomyślał o wieściach, które właśnie usłyszał, i o Jacku Lindenie.  

Jak tylko wiadomość o rozpoczęciu robót się rozniesie, z pewnością wszyscy się do nich rzucą, i wtedy kto pierwszy, ten lepszy. Jeśli zobaczy się z Jackiem jeszcze dzisiaj, stary może zdąży dostać tę pracę.  

Owen się wahał. Był cały przemoczony. Do domu Lindena było daleko, prawie dwadzieścia minut pieszo. Chciał jednak dać mu znać, bo jeśli Jack nie zgłosi się jako jeden z pierwszych, może nie mieć takich samych szans jak młodsi mężczyźni. Owen uznał, że jeśli tylko będzie szedł bardzo szybko, nie powinien się przeziębić. Stanie bez ruchu w mokrym ubraniu mogło być niebezpieczne, ale o ile tylko będzie się ruszał, nic mu nie grozi.  

Zawrócił i skierował się w stronę domu Lindena. Choć był zaledwie o kilka metrów od swojego własnego, postanowił nie zaglądać do środka, bo żona na pewno próbowałaby go przekonać, żeby już nigdzie nie wychodził. 

Kiedy szedł spiesznym krokiem, zauważył po chwili coś małego i czarnego na progu niewynajętego domu. Zatrzymał się, żeby sprawdzić z bliska, co to takiego, i zrozumiał, że to małe czarne kocię. Zwierzątko zbliżyło się do niego i zaczęło chodzić wokół jego stóp, patrząc mu w oczy i żałośnie miaucząc. Schylił się, żeby je pogłaskać, i aż się wzdrygnął, kiedy dotknął dłonią wychudzonego ciałka. Kot miał futerko przesiąknięte deszczem, a każdy kręg był wyczuwalny pod dotykiem palców. Wygłodniałe stworzenie miauczało rozdzierająco, kiedy Owen je głaskał. 

Postanowił zabrać zwierzę do domu dla synka. Kiedy je podniósł i schował za pazuchę marynarki, nieszczęsne kocię zaczęło mruczeć.  

To zdarzenie przekierowało jego myśli na inne tory. Jeśli, jak wielu ludzi udawało, że wierzy, istniał nieskończenie dobry Bóg, to dlaczego skazał to bezradne stworzenie, które przecież sam powołał na świat, na takie cierpienie? Nigdy nie uczyniło nikomu nic złego ani nie było odpowiedzialne za swoje istnienie. Czyżby Bóg nie był świadomy niedoli swoich stworzeń? Jeśli tak, to nie był wszechwiedzący. A może miał świadomość ich cierpienia, ale nie mógł mu zaradzić? W takim razie nie był wszechmocny. A może mógł, ale wcale nie chciał swoich stworzeń uszczęśliwić? Wówczas nie był dobry. Nie, nie sposób było wierzyć w istnienie osobowego, nieskończonego Boga. W gruncie rzeczy nikt w Niego nie wierzył; w każdym razie nikt z tych, którzy z różnych powodów udawali uczniów i naśladowców Chrystusa. Antychrysty śpiewający hymny, odmawiający modlitwy i wzywający Pana, ale nigdy niestosujący się do Jego słów; znani ze swoich słów jako niewierni i bezbożni, wiarołomni wobec Stwórcy, któremu rzekomo służyli, celowo wiodący żywoty, które niezmiennie stały w sprzeczności z Jego naukami i przykazaniami. Nie było potrzeby powoływać się na dowody naukowe, na przypuszczalne niespójności, niemożliwości, sprzeczności ani niedorzeczności zawarte w Biblii, żeby dowieść, że w religii chrześcijańskiej nie ma ani źdźbła prawdy. Wystarczyło tylko spojrzeć na zachowanie osób, które podawały się za jej wyznawców.  

 

Rozdział 5  
Zegar  

Jack Linden mieszkał w niewielkim domu w Windley. Zajmował go przez ostatnie trzydzieści lat, od kiedy się ożenił.  

Dom i ogród były jego pasją: zawsze znalazł sobie jakieś zajęcie; a to malowanie albo pobielanie ścian, a to tapetowanie albo tym podobne. Choć dom sam w sobie był niepozorny, Jackowi udało się doprowadzić go do bardzo dobrego stanu, wskutek czego wyglądał niezwykle schludnie i sprawiał wrażenie wygodnego.  

Zaowocowało to również tym, że – zobaczywszy, jak wygląd miejsca się poprawił – właściciel już dwa razy podniósł czynsz. Kiedy Lindenowie się wprowadzali, opłata wynosiła sześć szylingów tygodniowo. Pięć lat później wzrosła do siedmiu szylingów, a po kolejnych pięciu latach została podwyższona do ośmiu szylingów.  

W ciągu trzydziestu lat wynajmu Linden zapłacił łącznie prawie sześćset funtów, ponad dwukrotnie więcej niż stanowiła aktualna wartość domu. Jack jednak nie narzekał – w sumie był całkiem zadowolony. Często mawiał, że pan Sweater to bardzo dobry właściciel, bo przy paru okazjach, kiedy Linden był bez pracy i przez kilka tygodni zalegał z czynszem, pan Sweater pozwalał mu spłacać zaległości w ratach. Jak mawiał stary Jack, wielu na jego miejscu sprzedałoby meble swoich najemców i wyrzuciło ich na ulicę.  

Jak czytelnik już się zorientował, razem z Lindenem w domu mieszkała jego żona, dwoje wnucząt i synowa – wdowa i sieroty po jego najmłodszym synu, rezerwiście, który zginął na służbie w drugiej wojnie burskiej w Południowej Afryce. Poległy był tynkarzem i tuż przed wojną pracował dla firmy Rushton & Co.  

Kiedy Owen zapukał do ich drzwi, Lindenowie kończyli właśnie pić herbatę. Młodsza kobieta poszła sprawdzić, kto to.  

– Czy jest pan Linden? 

– Tak. Kto tam?  

– Nazywam się Owen. 

Stary Jack zdążył już jednak poznać go po głosie i podszedł do drzwi, ciekaw, co sprowadza gościa.  

– Po drodze do domu obiło mi się o uszy, że Makehaste i Sloggit zaczynają w poniedziałek duże prace, pomyślałem więc, że wpadnę dać panu znać.  

– Doprawdy? – spytał Linden. – Pójdę tam rano, żeby się z nimi rozmówić. Boję się jednak, że nie mam dużych szans, bo wielu z ich stałych pracowników czeka na zatrudnienie, ale i tak pójdę się z nimi spotkać.  

– Wie pan, to duże przedsięwzięcie. Cała zewnętrzna część kwartału na rogu Kerk Street i Lord Street. Prawie na pewno będą potrzebować dodatkowych rąk do pracy.  

– Tak, może tak być – przyznał Linden. – W każdym razie jestem panu bardzo wdzięczny, że mnie pan powiadomił. Ale proszę wejść, pada deszcz. Musi pan być przemoknięty.  

– Nie, nie mogę zostać – odpowiedział na to Owen. – Nie chcę stać w tych mokrych ubraniach dłużej niż to konieczne. 

– Niech pan wypije herbatę, to zajmie tylko chwilę – nalegał Linden. – Nie będę pana prosił, żeby pan został dłużej.  

Owen wszedł do środka. Stary zamknął za nim drzwi i poprowadził go do kuchni. Po jednej stronie kominka w dużym fotelu siedziała żona Lindena, wątła kobiecina o siwych włosach, i robiła na drutach. Linden usiadł w podobnym fotelu naprzeciwko. Dwoje wnucząt, chłopiec i dziewczynka w wieku siedmiu i ośmiu lat, ciągle siedziało przy stole.  

Przy komodzie na końcu pomieszczenia stała maszyna do szycia z pedałem, a po jej przeciwnej stronie leżał stos odzieży do przeszycia – głównie nieukończone damskie bluzki. Był to kolejny przykład łaskawości pana Sweatera, od którego synowa Lindena otrzymała tę pracę. Nie było to wiele, bo mogła się tym zajmować jedynie w wolnym czasie, ale, jak sama często mawiała, liczyła się każda pomoc.  

Podłoga była pokryta linoleum; na ścianie wisiały oprawione w ramy fotografie, a na półce nad kominkiem stały wypolerowane na błysk puszki i miedziane naczynia. Izba emanowała tą trudną do opisania, domową, przytulną atmosferą, spotykaną jedynie w tych miejscach, w których mieszkańcy żyją od bardzo dawna.  

Młodsza z kobiet nalewała już do filiżanki herbatę.  

Starsza pani Linden, która nigdy wcześniej nie spotkała Owena, choć o nim słyszała, należała do Kościoła anglikańskiego i była bardzo religijna. Z ciekawością przyglądała się wchodzącemu ateiście. Kiedy zdjął kapelusz, ze zdumieniem skonstatowała, że człowiek ten nie jest odpychający, wręcz przeciwnie. Przypomniała sobie jednak zaraz, że szatan często przybiera postać świetlistego anioła. Wygląd bywa zwodniczy. Wolałaby, żeby mąż nie zapraszał przybysza do środka i miała nadzieję, że nie będzie to miało zgubnych konsekwencji. Kiedy przyglądała się gościowi, przeraził ją mały czarny łepek z parą błyszczących zielonych oczu, wyzierający spod marynarki, a zaraz potem mały kotek, zobaczywszy na stole filiżanki i spodki, zaczął miauczeć rozpaczliwie i gramolić się ze swojej kryjówki, przy czym boleśnie drapnął Owena w rękę, zeskakując na podłogę.  

Wspiął się po obrusie i zaczął biegać po stole, rzucając się jak szalony od jednego talerza do drugiego w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia.  

Dzieci pisnęły z zachwytu. Ich babka była pełna złych przeczuć, a Linden i jego synowa patrzyli zdumieni na niespodziewanego gościa.  

Zanim kotek zdążył wyrządzić jakiekolwiek szkody, Owen go złapał i mimo że się wyrywał, zdjął ze stołu.  

– Znalazłem go na ulicy po drodze tutaj – powiedział. – Jest chyba bardzo głodny.  

– Biedactwo. Dam mu coś! – wykrzyknęła młoda kobieta.  

Wlała na spodeczek trochę mleka i dodała chleba, a kociak zjadł wszystko łapczywie, z zapału prawie przewracając spodek, ku uciesze obojga dzieci, które stały zapatrzone w niego z podziwem.  

Ich matka podała Owenowi filiżankę herbaty. Linden nalegał, żeby gość usiadł, po czym zaczął rozmowę o Hunterze 

– Pan wie, że naprawdę MUSIAŁEM spędzić trochę czasu nad tymi drzwiami, żeby jakoś wyglądały, ale to nie z powodu  poświęconego im czasu ani nawet nie z powodu palenia w trakcie pracy tak się zachował. Wie bardzo dobrze, ile czasu to zajmuje. Tak naprawdę chodziło o to, że jego zdaniem dostaję za dużo pieniędzy. W dzisiejszych czasach ludzie tak niedbale wykonują pracę, że na ogół do wszystkiego nadadzą się takie chłopy jak Sawkins. Hunter kazał mi się wynosić tylko dlatego, że dostawałem najwyższą stawkę i zobaczy pan, że na mnie się nie skończy.  

– Obawiam się, że ma pan rację – odparł Owen. – Czy widział się pan z Rushtonem, kiedy poszedł pan po pieniądze?  

– Tak – potwierdził Linden. – Udałem się tam tak szybko, jak tylko mogłem, ale Hunter był tam przede mną. Minął mnie na rowerze, kiedy byłem w połowie drogi, więc domyślam się, że zanim tam dotarłem, zdążył opowiedzieć swoją bajeczkę. Tak czy owak, kiedy próbowałem się rozmówić z panem Rushtonem, ten nie chciał mnie słuchać. Powiedział, że nie zamierza się wtrącać między pana Huntera i jego pracowników.  

– Och! Ci dwaj to źli ludzie – powiedziała starsza pani Linden, kiwając głową z powagą. – Ale to do nich wróci, zobaczycie. Nigdy im się nie będzie powodzić. Bóg ich ukarze.  

Owen nie był tego taki pewien. Większość ludzi sukcesu, których znał, z charakterów przypominało wspomnianych osobników. Nie chciał się jednak wdawać w dyskusję z biedną starowinką.  

– Kiedy Toma powołali na wojnę – powiedziała gorzko młodsza z kobiet – pan Rushton uścisnął mu dłoń i obiecał, że po powrocie da mu pracę. Teraz jednak, kiedy Toma już nie ma, a oni wiedzą, że ja i dzieci nie mamy nikogo, na kogo moglibyśmy liczyć, oprócz ojca, robią coś TAKIEGO.  

Choć wspomnienie zmarłego syna wyraźnie przygnębiło starszą panią Linden, była ciągle świadoma obecności ateusza, pośpiesznie więc zganiła swoją synową 

– Mary, nie powinnaś mówić, że nie mamy na kogo liczyć – powiedziała. – Nie jesteśmy tacy jak ci, którzy nie mają Boga w sercach ani żadnej nadziei. Pan jest naszym pasterzem. To On jest oparciem dla wdów i sierot.  

W to także Owen bardzo wątpił. Widywał ostatnio na ulicach zbyt wiele zaniedbanych dzieci, a to, co pamiętał z własnego smutnego dzieciństwa, dowodziło czegoś wręcz przeciwnego.  

Zapadła niezręczna cisza. Owen nie miał ochoty kontynuować tej rozmowy. Obawiał się, że mógłby powiedzieć coś, co urazi panią Linden. Poza tym chciał już wyjść. Zaczynał marznąć w mokrych ubraniach.  

Odstawił pustą filiżankę na stół i powiedział:  

– Muszę wracać. W domu pomyślą, że zaginąłem 

Kociak skończył już jeść i z powagą mył sobie łapką pyszczek, wzbudzając wielki zachwyt w dzieciach, siedzących przy nim na podłodze. Był to doprawdy przedni kocurek, cały czarny, z bardzo dużą głową i bardzo małym ciałkiem. Przypominał Owenowi kijankę.  

– Lubicie koty? – zwrócił się do dzieci.  

– Tak – odpowiedział chłopiec. – Czy może pan nam go dać?  

– Och, tak, proszę nam go zostawić – wykrzyknęła dziewczynka. – Będę się nim opiekować. 

– Ja też – zapewnił chłopczyk.  

– Nie macie już jednego kota? – zapytał Owen.  

– Tak, mamy takiego dużego.  

– Skoro jednego już macie, a ja dam wam tego, to będziecie mieli dwa koty, a ja żadnego. To chyba nie będzie sprawiedliwe, nie sądzicie?  

– To będzie pan mógł pożyczyć naszego na czas, kiedy da pan nam tego – powiedział chłopiec po chwili namysłu.  

– Dlaczego wolicie małego kotka?  

– Bo on się bawi. Nasz kot nie chce się bawić, jest za stary.  

– Być może traktujecie go zbyt obcesowo – podsunął Owen.  

– Nie, to nie o to chodzi. To dlatego, że jest stary.  

– Bo wie pan, z kotami jest tak samo, jak z ludźmi – wyjaśniła filozoficznie dziewczynka. – Kiedy są dorosłe, to mają pewnie swoje kłopoty, którymi się zamartwiają.  

Owen zadumał się nad tym, ile czasu minie, zanim zaczną się jej kłopoty. Patrzył na te dwie sieroty i myślał o swoim dziecku i o tym, jaka trudna i ciernista droga czeka całą trójkę, jeśli będą mieć nieszczęście dożyć dorosłości.  

– Czy możemy go zatrzymać, proszę pana? – powtórzył chłopiec.  

Owen chętnie spełniłby prośbę dzieci, ale sam chciał zabrać kotka. Poczuł więc ulgę, kiedy usłyszał słowa ich babki: 

– Nie potrzeba nam tu więcej kotów. Jednego już mamy, to w zupełności wystarczy.  

Jeszcze nie całkiem dała się przekonać, że zwierzę nie jest wcieleniem szatana, ale nieważne, czy nim było, czy nie, nie chciała w swoim domu ani jego, ani niczego innego, co przyniósł Owen. Chciała, żeby już sobie poszedł, razem ze swoim kotem, czarcim pomiotem czy cokolwiek to było. Nic dobrego nie mogło wyniknąć z jego obecności. Czyż nie było napisane w Piśmie: Jeżeli ktoś nie kocha Pana, niech będzie wyklęty Maranatha.1? Nie wiedziała co prawda dokładnie, co znaczyło Maranatha, ale z pewnością coś bardzo nieprzyjemnego. To było okropne, że ten bluźnierca, który – jak słyszała – nie wierzył w istnienie piekła i twierdził, że Biblia wcale nie jest Słowem Bożym, siedział w ich domu, na jednym z ich foteli, pił herbatę z ich filiżanki i rozmawiał z ich dziećmi.  

One tymczasem patrzyły tęsknym wzrokiem, jak Owen chowa kocię za pazuchą i wstaje, żeby wyjść.  

Kiedy Linden również się podnosił, żeby odprowadzić go do drzwi, Owen zauważył zegar stojący na małym stoliku we wnęce po jednej stronie kominka, i wykrzyknął:  

– Jaki piękny zegar! 

– Prawda, że niezgorszy? – powiedział Jack z dumą w głosie. – Tom go zrobił, biedaczysko. Nie sam mechanizm, tylko obudowę.  

To właśnie obudowa zwróciła uwagę Owena. Wysoka na około pół metra, z ornamentami w kształcie indyjskiego meczetu, spiczastą kopułą i wieżyczkami. Był to bardzo piękny przedmiot, którego wykonanie bez wątpienia wymagało wielu godzin pracy i cierpliwości.  

– Tak – potwierdziła starsza z kobiet łamiącym się ze wzruszenia głosem, patrząc na Owena z żałością. – Pracował nad nią wiele miesięcy i przez cały ten czas nikt nie wiedział, dla kogo ją robi. A potem, kiedy nadszedł dzień moich urodzin, była to pierwsza rzecz, jaką zobaczyłam rano po przebudzeniu – zegar stojący na krześle przy łóżku, z bilecikiem: „Kochanej mamie od kochającego syna, Toma, z życzeniami wielu szczęśliwych urodzin”. Tymczasem sam nie dożył własnych. Pięć miesięcy później wysłali go do Afryki, gdzie po pięciu tygodniach zginął. Piętnastego przyszłego miesiąca minie pięć lat. 

Owen w głębi ducha pożałował, że niechcący poruszył tak bolesny temat i zastanawiał się nad stosowną odpowiedzią, ale wymamrotał jedynie kilka słów uznania dla pracy Toma.  

Kiedy życzył starszej pani Linden dobrej nocy, ta spostrzegła, że mężczyzna wygląda na bardzo słabego i chorego. Twarz miał wychudłą i bladą, a oczy nienaturalnie błyszczące.  

Być może Pan w swej nieskończonej łasce uczył pokory tego nieszczęsnego życiowego rozbitka, żeby sprowadzić go do siebie. Owen nie był w końcu taki zły – niewątpliwie to z jego strony bardzo miłe, że pomyślał o Johnie2 i nadłożył kawał drogi, żeby go powiadomić o pracy. Zwróciła uwagę, że nie ma na sobie płaszcza, a na zewnątrz wciąż szaleje burza; wściekłe podmuchy wiatru raz po raz uderzały w dom i wstrząsały nim aż po fundamenty.  

Górę wzięła jej wrodzona życzliwość, obudziły się w niej wyższe uczucia, triumfując chwilowo nad bigoterią poglądów religijnych.  

– Ależ pan nie ma płaszcza! – zakrzyknęła. – Zanim dojdzie pan do domu, całkiem pan przemoknie w tym deszczu. – Następnie zwróciła się do męża: – Możesz pożyczyć mu swój stary płaszcz, lepsze to niż nic.  

Owen jednak nie chciał o tym słyszeć. Czując, jak lepi się na nim mokra odzież, uznał, że i tak bardziej już zmoknąć nie może. Odprowadzony przez Lindena aż do wyjścia, raz jeszcze wyruszył w drogę powrotną do domu przez sam środek burzy, która wyła wokół niczym dzika, wygłodniała bestia. 

 

 

Robert Tressell


 

CZYTAJ TEŻ