Dla Joanny
Czasami to jest po prostu oszustwo. Dostajesz wiadomość, że bliska osoba potrzebuje pomocy, nie wiadomo, co się dokładnie stało: źle wygląda, straciła przytomność, możliwe, że umrze; innym razem jest to wiadomość o próbie samobójczej bliskiej osoby. Zupełnie jak z tymi telefonami od oszustów, którzy dzwonią do twojej matki, że miałaś wypadek i potrzebne są pieniądze, szybki przelew, znają nawet twoje imię. Liczą, że zanim się zorientujesz, emocje wytworzą działanie. I nawet jeśli emocje nie wytwarzają działania, to potem działanie i tak wytwarza emocje, bo nie odwrotnie, a efekt jest zawsze taki, że padasz ofiarą oszustwa. I tego się właśnie obawiasz. Właściwie to masz pewność, że tak będzie, bo niby dlaczego zamiast natychmiast kupować bilet na pociąg, to jednak najpierw idziesz do parku. Robisz sobie kawę do termosu, do plastikowej torebki wrzucasz okruchy drożdżówki. Idziesz udawać kloszardkę. Nie masz domu, nie masz rodziny, przypadkiem odebrałaś telefon, ale to w ogóle nie był twój telefon, dzwonił w koszu na śmieci, przechodziłaś, odebrałaś. Dobrze wiesz, że należy się wstrzymać. Jak zaczniesz działać, to już po tobie, zaraz wytworzą się emocje.
Ale przede wszystkim musisz zapomnieć o tym, co się wydarzyło wcześniej. Mam na myśli te wszystkie straszne i okrutne rzeczy. No dobrze, myślisz, teraz jest inaczej, teraz jest sytuacja ekstremalna, a jednak nie masz pewności, bo która to już sytuacja ekstremalna w twoim życiu? Najpierw ten facet, co chciał cię zgwałcić (ale uciekłaś i mówiłaś potem wszystkim, że sobie szłaś i się przewróciłaś), potem ten facet, co dusił twoją matkę (ale nagle przestał i tylko powiedział, że kiedyś ją udusi), następnie ten facet, co kazał ci trzymać gębę na kłódkę, bo inaczej nie będzie cię ruchał (ale potem powiedział, że tylko żartował). Każda ekstremalna sytuacja w twoim życiu gładko przechodzi w sytuację: ale przecież nic się nie stało. I ty też pewnego dnia sobie powiedziałaś, że przecież nic się nie stało. Właściwie to tak ci się przekliknęło w głowie i już zostało. A teraz trzeba to odkliknąć.
Poszłam do parku z kawą w termosie, będę udawać, że jestem kloszardką. Nie mam rodziny, nie mam domu, zalegam na ławkach. Rozglądam się za jakąś tekturą, położę ją sobie pod spód, położę ją sobie na wierzch i się stąd nie ruszę. Przylezą dziki, obwąchają, a rano pójdę sobie kupić kawę i drożdżówkę, bo oczywiście nie jestem żadną kloszardką, tylko udaję, że jestem kloszardką. Matka mnie tego nauczyła. Aby w ekstremalnej sytuacji natychmiast zacząć udawać kloszardkę. Czegoś ode mnie chcą, o coś pytają, a ja mówię: A nie, ja nie wiem o co chodzi, jestem kloszardką. Tyle że matka udaje kloszardkę już na stałe, ja natomiast tylko raz dziennie przez jakieś pół godziny. Od kiedy naprawdę ich porzuciłam, oddaliłam się, przestałam czegoś od nich oczekiwać, najpewniej miłości, okazało się, że sytuacje ekstremalne przestały się zdarzać. No ale to co ja sobie właściwie myślałam? Przecież wiadomo było, że prędzej czy później ktoś wyląduje w szpitalu albo po prostu umrze. Ojciec najpewniej na kanapie w salonie. Ciągle jeszcze pilnuje telewizora, chociaż już nie ma siły oglądać. Czasami tak patrzę na niego, jak leży na wznak z otwartymi ustami i złożonymi w modlitwę dłońmi na tej wgniecionej jugosłowiańskiej kanapie i zastanawiam się, czy on jeszcze żyje. Potem słyszę jego oddech. Ciągle jeszcze tryska dowcipem: kiedy tak jęczy z bólu, rozdrapuje sobie twarz, a matka krzyczy do niego: co ci jest, no powiedz, co ci jest? Patrzy na mnie szelmowsko i mówi: ona mnie pyta co mi jest, umieram! Innym razem patrzy na mnie poważnie i mówi: to już chyba końcówka, będę umierał. Na co ja, że obiecanki cacanki, a on mnie nagle pyta: kochasz ojca? Wydycham resztki powietrza z płuc i patrzę na niego krzywo, a on dopowiada: nie masz wyjścia.
Znalazłam już tekturę, będę udawać kloszardkę, ale nie, dzwonią, że naprawdę źle, matka w szpitalu. Zakręcam termos, zginam się w pałąk i jęczę do telefonu: to co ja mam zrobić? Kupić sobie bilet na jutro? Ja bym tak zrobiła – głos w telefonie. Emocje jeszcze się nie wytwarzają, ale przestałam udawać kloszardkę. Żegnam spotkania na mieście w sobotę, żegnam bilet do kina na niedzielę, jakiś jeden wyjątkowy seans, szlag trafił. I prawda jest taka, że jak w piątek zaczęli do mnie wydzwaniać, że coś się stało, to najpierw wysłałam tam wszystkie kuzynki. Brat mówił, żeby tam nie jechać, bo ojciec nie wpuści, ale powiedziałam: jedźcie, przecież trzeba sprawdzić, co tam się dzieje, sama bym pojechała, ale jestem w innym mieście. A potem sobie gęsto zorganizowałam ten weekend, tak jakbym przeczuwała, że to ostatnie moje podrygi, nigdy już nigdzie nie wyjdę. Poza tym ludzie zaczną mnie unikać, to pewne, bo ile można słuchać o cudzych nieszczęściach. Mamo, jadę do ciebie, ratować ciebie! – unoszę się, aż mną zatelepało i przyglądam się sobie, czy jest mi z tym dobrze. Chciałabym, żeby mi było z tym dobrze. Ale nie jest, przeczuwam, że znowu padłam ofiarą oszustwa. Ale przecież dzwonili, mówili, że całą zimę nie jadła, nie piła, tylko rozsypywała sól po chodnikach. Ktoś ją podobno widział w Afryce, wyglądała naprawdę strasznie. Nie chciała nikomu podać mojego numeru telefonu, pytali, ale nie podała. No i wtedy natychmiast pojawiali się oszuści. Nie mieli łatwo, musieli szukać kontaktu ze mną przez Afrykę. Z Afryki też nie mogli jeszcze zadzwonić bezpośrednio, bo nie znali mojego imienia. Dopiero kuzynki się wygadały z moim imieniem i wtedy właśnie odebrałam ten telefon ze śmietnika. To pani nie wiedziała? Nie, nie wiedziałam, a skąd miałam wiedzieć. I się zaczyna, oskarżanie mnie, a ja sobie nie życzę. Nie życzę sobie, żeby mówić do mnie w ogóle. Ale co, że już nigdy? Nigdy!
Wracaj do domu zająć się swoją rodziną – krzyczy do mnie córka ciotki Wandy, kiedy przybiegam do niej po pomoc, bo pijany facet chce mnie zabić. I muszę ci to powiedzieć, dodaje z satysfakcją. Życie nie polega na zabawie. Na czym polega to życie? – zastanawiam się. Na czym ono polega, bo nie wiem. Zobaczyła mnie przez okno, jak stoję złamana na ich trawniku, wybiegła, twarz jej się wykrzywiła i wrzasnęła do mnie, żebym natychmiast wracała zająć się swoją rodziną, zamiast przybiegać do niej po nocach, budzić ją. Ona się zajęła: siedzi teraz z pijanym ojcem, który sika pod siebie i ją lży, a jej matka już dawno nie żyje. Wujek Krzysiek – najlepszy przyjaciel mojego ojca. Ojciec zawsze powtarzał, że tylko z Krzyśkiem w tej rodzinie da się pogadać. Mogę mieć tylko do nich pretensje, bo przecież nie do siebie, że przez lata się z nim serdecznie witałam, bo myślałam, że to taki fajny wujek, co się zna na zbieraniu grzybów, zawsze pierwszy znajdywał prawdziwki. Z obrzydzeniem wspominam każdy jeden raz, kiedy się z nim serdecznie witałam, bo nie wiedziałam. I nie pamiętam, kiedy po raz pierwszy zrozumiałam, co one tam zawsze sobie opowiadały przy lepieniu pierogów: że Wanda przybiegła do dziadka pobita do krwi, a ten po raz pierwszy w życiu naprawdę się zdenerwował. I co ja sobie wtedy myślałam, że one opowiadają o Wandzie, co Niemca nie chciała? Nie wiem, co się potem stało, wiem tylko, że Wanda żyła ze swoim mężem do śmierci, jej śmierci, a teraz jej córka się nim zajmuje i krzyczy na mnie, żebym wracała do domu zająć się swoją rodziną. W ten straszny poranek, kiedy udało mi się – być może – ujść z życiem, po tym jak pijany bliski mi mężczyzna z rodziny przyjechał zrobić ze mną porządek. Ale najpierw wszedł strudzony na taras, zapadł się w fotelu niczym ranczer na swojej farmie i popadł w depresję. Odruchowo schowałam głowę w ramiona, ale jeszcze myślałam, że rozejdzie się po kościach, a jutro wyjadę. Po kieszeniach miał już upchane puste buteleczki po wódce, ale najpierw wyciągnął butelkę czerwonego wina i mi zaproponował. Ja miałam pić wino, jak to kobieta z dużego miasta, a on wódkę, jak to mężczyzna z trochę mniejszego miasta. Nie, sorry, nie mam ochoty na wino, chyba pójdę spać, powiedziałam, a on już wściekły, że nie chcę mu dać alibi. Przyjechał tu tylko po alibi. I patrzy na mnie, jakby pytał: kiedy to się stało, że ty już nie chcesz nikomu dawać alibi? Chyba matka to pierwsza zauważyła, że mnie w tej Warszawie przekręcili, już nie daję alibi. Każdy mi to powie. Każdy ci to powie, że to była twoja wina, mówi matka. Trzeba było pozwolić mu się napić, nic by się nie stało, a rano mu strzelić reprymendę. Dopiero teraz widzę, że matka jednak mówiła o strzelaniu.
Te przybiegające kobiety: najpierw Wanda, która pobita do krwi przybiegła kiedyś do dziadka, a teraz ja przybiegłam do jej córki w nocy po pomoc, a ona wybiegła, żeby mnie odesłać do rodziny, bo każdy mi powie, że źle się zachowałam. Nie wyrywa się szklanicy wódki z ręki pijanemu mężczyźnie. To, co się potem zdarzyło, było absolutnie moją winą.
Moja matka też była taką przybiegającą kobietą. Tuż po ślubie przybiegła do babci, a ta jej powiedziała, żeby wracała do męża, bo wyszła za mąż. Tak przynajmniej szeptem opowiada moja ciotka. Wtedy to się chyba zaczęło. To bieganie kobiet w mojej rodzinie. Nie wydaje mi się, żeby moja matka do kogokolwiek potem jeszcze przybiegała. Wróciła do męża i już tam została, niestety ze mną. Efekt był taki, że potem ja przybiegłam w nocy do córki Wandy, a ta mnie odesłała do rodziny. I tak biegamy w kółko od pokoleń. W niczym to nie pomaga, ale ciekawie wygląda. Tak jak mówię, to bieganie nie ma sensu.
A jaka ja byłam wtedy z siebie dumna. Że po raz pierwszy w życiu zachowałam się wzorcowo: oceniłam prawidłowo sytuację, odmówiłam zajmowania się pijanym mężczyzną, pobiegłam po pomoc, zadzwoniłam nawet do wszystkich, żeby ich powiadomić, co się stało i że jestem w niebezpieczeństwie. Ciekawe, że jednak nie na policję. Chyba mnie jednak nie przekręcili do końca w tej Warszawie. To gdzie on teraz będzie spał? – zapytała matka, kiedy zadzwoniłam do niej, że pijany facet dobija się do moich drzwi i wyzywa mnie od dziwek. Nie wiem, na trawniku, pod krzakiem, tam gdzie jego miejsce – powiedziałam. Głowa myślałam, że mi eksploduje, bo już się nabiegałam, ale wróciłam i się zatrzasnęłam w środku. Pijanym mężczyzną zajęła się moja matka, a właściwie zadzwoniła do innej, znajomej kobiety, żeby zadbała o jego nocleg. Zwariowałaś? Przecież mógł cię zabić, powiedziała mi potem inna biegająca kobieta z mojej rodziny. Ja, kiedy zobaczyłam, w jakim Rysiek jest stanie, natychmiast pobiegłam do dziadka po butelkę wódki. Napił się i uspokoił. Nie mam pewności, kiedy to bieganie kobiet w mojej rodzinie tak naprawdę się zaczęło, bo wydaje mi się, że jednak znacznie wcześniej.
Tyle że teraz oszuści zadzwonili do mnie z Afryki, że matka jest w szpitalu, potrzebny jest szybki przelew, znali nawet moje imię. Następnego dnia wsiadłam w pociąg i pojechałam, cztery i pół godziny do innego miasta. Na trasie, tak koło Poznania, zaczęły się już wytwarzać we mnie emocje: że jadę ratować matkę, sytuacja jest ekstremalna, trzeba zapomnieć o wszystkim. Mam na myśli to wszystko straszne i okrutne, co się wydarzyło. Najpierw szybko zrzucę walizkę, a potem od razu do szpitala. Wszystkiego dowiem się na miejscu.
Prosto z pociągu wsiadłam w autobus z kibolami, na szczęście Widzew Pogoń, przyjazne drużyny i nie wiem, po co dzwonię do domu rodzinnego. I nie wierzę, bo telefon odbiera matka. Mamo, co ty robisz w domu, pytam, miałaś być w szpitalu? A ona zdziwiona: w szpitalu? Nie wiem, o co chodzi. No tak, pomyślałam, udaje kloszardkę. Aż mi się w głowie ścisnęło, przecież wiadomo było, że jak dzwoni telefon w śmietniku, to oszuści. A ja głupia jadę pięć godzin pociągiem ratować matkę, która jak zwykle udaje kloszardkę.
Mama siedzi w fotelu, ma na sobie jakąś dziwną różową piżamkę z wyszywaną pandą, nogi w podartych skarpetach trzyma na stoliku, ojciec z otwartą buzią leży na jugosłowiańskiej kanapie. Słyszę, że oddycha. Stoję nad nimi z walizką i pytam: co ty robisz w domu, przecież miałaś być w szpitalu? Blada jest, źle wygląda, dokładnie taką widzieli ją w Afryce. Patrzy na mnie zdziwiona: w szpitalu? A tak, chyba byłam w szpitalu. To jak się znalazłaś w domu? – dopytuję. Nie wiem, mówi matka, chyba mnie przywieźli, bo jak inaczej. Ale kto cię przywiózł, dopytuję, karetką cię przywieźli? Chyba karetką, mówi mama, nie wiem, to przecież dobrze, że do domu przywożą, nie? Patrzy na mnie zdziwiona i pyta, co ja tu robię. Jak to co tu robię? – mówię. Dzwonili do mnie, że jesteś w szpitalu, to przyjechałam. O wszystkim już zapomniałam. Mam na myśli to wszystko straszne i okrutne, co się wydarzyło. Jadłaś coś? – pytam. Rzucam walizkę, będę karmić matkę. Otwieram lodówkę, pusto i śmierdzący pasztet. Dopiero teraz widzę krew na podłodze. Krwawą ścieżkę z sypialni pod drzwi łazienki, na klamce krew, na ścianie odchody.
Normalnie to by się zaczęło dochodzenie, ale mnie to nawet nie dziwi, chociaż jestem w szoku, ale od urodzenia. Doskonale wiem, co tu się wydarzyło. Nie przetrwała zimy. Nie jadła, nie piła, sypała sól po chodnikach. Przez okno z drugiego piętra widzę krzak pigwy upstrzony obsranym papierem toaletowym, cała chmara ptaków się zleciała i na coś czekają. Co się stało? – pytam. Zdenerwowałaś się na ojca i wyrzuciłaś przez okno? Patrzy na mnie i nie odpowiada. Udaje kloszardkę i w dodatku dziewczynkę. Siedzi teraz w fotelu i macha nogami jak mała dziewczynka, aż jej skarpetki spadają. Teraz widzę: stopy ma całe czarne od brudu i poranione, wygięte paznokcie, które prędzej czy później same się połamią. Mamo, unoszę się, skończyło się to twoje kloszardztwo. I nagle widzę ten piękny kształt paznokci u rąk. Wzruszają mnie jej brudne siwe włosy upięte prostą spinką. Boże, przecież to najpiękniejsza kobieta świata, co ja sobie w ogóle myślałam. Będę pilnować, żeby nikt jej nie ściął tych włosów, będę całować kształt jej paznokci. Będę prasować i składać tę jedyną podartą bluzkę, którą nosi na okrągło i którą zapina sobie pod szyją na agrafkę. Będę dbać, żeby nikt jej nie odebrał tej bluzki cuchnącej moczem. Mamo, mówię, trzeba umyć stópki, posmarować maścią, bo krwawią. Nie chce, bo woda zimna. Przynoszę miskę z wodą, mydło, ręcznik i gąbkę. Patrz, jest ciepła, włożysz stópki, to umyjemy. Chichocze, ale wkłada. Wyzywa ojca od chujów i faszystów. Jak przestała być przybiegającą kobietą, to przez kilka lat była kobietą płaczącą. Nagle zaczynała płakać i rozpaczać podczas uroczystości rodzinnych. Potem zamykała się w składziku, a kiedy do niej przychodziłam, nie chciała mówić. Wstydziła się, a mnie się serce ściskało. Już wtedy nie dało się jej uratować. Chyba wtedy właśnie została kloszardką. Chętnie rozmawia już tylko z obcymi ludźmi, szczególnie z obsługą pobliskiego sklepu Netto. Za każdym razem to samo, tonem smutnym i pełnym dumy jednocześnie: że była na drugim roku studiów, no ale wyjechała z mężem do Afryki. Ktoś mi powiedział, że ojciec się chyba zorientował. Do domu przychodzą nagle obcy ludzie, zaczęła się ostatnia już próba.
Katarzyna Kochmańska
CZYTAJ TEŻ