Zawsze będziesz szedł sam


 

Byłem ładnym, wrażliwym i miłym chłopcem, a potem spotkało mnie życie. Od dzieciństwa czułem się bardzo samotny. Prawie do liceum nie spotkałem nikogo, z kim czułbym jakąś głębszą więź. Jakąkolwiek więź? Nie bardzo lubiłem i rozumiałem inne dzieci. Oczywiście ze wzajemnością. One też od początku wiedziały, że jestem obcy i nie wahały się tego pokazywać, z całym okrucieństwem, do jakiego zdolne są tylko dzieci i psychopaci. Plucie, wyzwiska, przemoc słowna i fizyczna. Przeżyłem to wszystko. Przeżyłem to w miarę dobrze jak na tak wrażliwą osobę, jaką do dzisiaj jestem, a przynajmniej za jaką staram się uważać. 

Wiem, że nie pomogę wszystkim, a właściwie to prawie nikomu, choć czasem bym chciał, to się powstrzymuję, bo i bez tego mam dużo problemów. Do dzisiaj trudno mi zrozumieć, dlaczego znęcanie się nad słabszymi i niepasującymi jest tak powszechnym doświadczeniem dorastania. Oczywiście rozumiem, że jesteśmy zwierzętami, a w stadach potrzebujemy określać hierarchię, ale jednak po to przecież powstała kultura, cywilizacja i edukacja, aby tę przemoc minimalizować. Niestety, moje wszechstronne wykształcenie i zrozumienie dla natury homo sapiens nie sprawiało, że bicie mniej bolało, plucie mniej upokarzało, a znajdowanie rozbitych jajek w butach mniej frustrowało. Najwyraźniej społeczeństwo tak rozumiało socjalizację, żeby dopierdalać dzieciom już za młodu, aby potem się nie dziwiły wszechobecnej przemocy. A może to ja coś robiłem źle, że prowokowałem takie zachowania? 

Czasami broniły mnie dziewczyny. Zdarzało się, że do szkoły przychodziła policja i znęcała się nad co bardziej agresywnymi dzieciakami. Nie bardzo wiem, jak to miało komukolwiek pomóc. Ale takie to były czasy i środowisko, że odpowiedzią na agresję była jeszcze większa brutalność. Silniejsi wygrywali. Ale nie zawsze i nie na dalszą metę, bo w końcu ostatecznie znajdował się ktoś silniejszy od nich.  

Dopiero wiele lat później zrozumiałem, na czym polega mechanizm spirali przemocy. Chodziłem do podstawówki z synami wojskowych i drobnych przedsiębiorców. Zielonka była wtedy strefą wpływów mafii wołomińskiej. Za miedzą, w sąsiednich Ząbkach, w skradzionej willi mieszkał Dziad. Moi koledzy z ławki zdobywali pierwsze szlify, kradnąc samochody. Mogłem się tylko domyślać, że większość z nich dostawała wpierdol od swoich ojców. Jako ofiary agresji, potrzebowali kolejnych ofiar, na których mogliby się wyładować. Byłem mniejszy i dziwny. Nic dziwnego, że często stawałem się celem ataków. Byłem jednak też dzielny. Po iluś solówach „na torach po lekcjach” bracia bliźniacy, aspirujący gangsterzy, chcieli się ze mną bić we dwóch, bo wiedzieli, że w pojedynkę nie mają szans. Biłem się zatem z dwójką do pierwszej krwi. Dałem radę. Zostawili mnie w spokoju. Na chwilę. Aż dziwne, że nikomu nic się poważniejszego nie stało. Jedno nieszczęśliwe uderzenie lub pchnięcie i ktoś mógł skończyć waląc głową w metalowe tory. Kilka razy mało brakowało.  

Od tamtego czasu wiedziałem, że potrafię się bić, ale na szczęście rzadko miałem okazję z tego talentu korzystać. Nie wystarczyło jednak umieć się obronić, żeby przestać być ofiarą. Nic nie poradzisz, gdy ktoś napluje ci do buta albo wrzuci tam jajko. Trzeba było to znosić. Literatura stała się dla mnie ucieczką. Tam po raz pierwszy znalazłem ludzi, którzy byli mi bliscy. Zacząłem rozumieć, że takie osoby jak ja istnieją na świecie, a przynajmniej w książkach. Być może dlatego się nie zabiłem.  

Nie żebym nie próbował. Zacząłem od samookaleczania. Ciąłem sobie żyły i patrzyłem, jak płynie krew. Dopiero później dowiedziałem się, że trzeba je ciąć wzdłuż, a nie wszerz. Bogatszy o tę wiedzę, a także inną, że najlepiej robić to w wannie z gorącą wodą, próbowałem z niej skorzystać. Byłem już blisko decyzji, żeby podciąć sobie żyły, gdy matka zaczęła się dobijać do łazienki, że co ja tam tak długo siedzę i mam wychodzić. Coś przeczuwała. Moja mama jest trochę czarownicą. Być może uratowała mi życie. Zresztą nie pierwszy raz. Tego akurat nie pamiętam, ale gdy miałem ze dwa latka i mieszkaliśmy w bloku na Ochocie, prawie wyszedłem przez otwarte okno. Matka złapała mnie w ostatnim momencie. Bez sensu. Ale pewnie byłoby jej przykro, gdybym jednak wyszedł przez to okno.   

(…) 

W mojej podstawówce było tyle przemocy, że marzyłem o zostaniu mścicielem. Normalnie jakiś Batmanem, czy innym Daredevilem, choć nigdy nie czytałem tych komiksów. Chciałem przebierać się w nocy za wojownika i wymierzać sprawiedliwość za to całe zło, które spotkało mnie i innych. Naprawdę dużo o tym myślałem, czy raczej marzyłem. Chciałem niszczyć, upokarzać, a nawet zabijać wrogów, złych ludzi, którzy za swoje podłe czyny i brak podstawowej empatii zasługują wyłącznie na tortury i śmierć. 

Dziś już nie bardzo pamiętam, czym sobie na to zasłużyli. 

Oczywiście szczęśliwie nic z tymi fantazjami nie zrobiłem. Pozostałem marzycielem, pogrążyłem się w lekturach. Wyobrażałem sobie, że jestem Winnetou. Niezłomnym Indianinem, który nie okazuje żadnych uczuć wobec swoich oprawców i zła, które go spotyka. Jednak poczucie krzywdy i pragnienie sprawiedliwości zostało ze mną na zawsze.  

Obserwując moje szkolne zmagania z brutalnymi kolegami, ojciec dał mi do czytania Schopenhauera. Przeczytałem. Zrozumiałem. Nie ma sensu kopać się z koniem, którym w tym przypadku byli moi koledzy z podstawówki. Ta wiedza na nic się zdała, i tak chciałem się kopać. 

Zapisałem się na popularne wtedy karate, ale szybko przestałem chodzić. Nie chciałem poprzez naukę sztuki walki osiągnąć spokoju, chciałem napierdalać jebanych bezmózgów, pierdolonych wrogów. Dopiero wiele lat później, na terapii, zrozumiałem, że mam problem z wyrażaniem gniewu, którego noszę w sobie wiele. Trudno jednak być wrażliwą osobą i ofiarą przemocy i nie odczuwać gniewu. Jakoś trzeba sobie z tymi emocjami radzić. Ja sobie radziłem średnio. Gniew tłumiłem i obracałem wszystko w żart. Nie chciałem nikogo krzywdzić, więc krzywdziłem siebie. 

(…) 

Wszystko zaczęło się od memów. Po tym, jak dostałem spektakularny wpierdol w programie Stanowskiego, ludzie najwyraźniej byli spragnieni, żeby na tym się nie skończyło. Chleba i igrzysk. Ludzie są żądni krwi. Niech się biją, skoro nie umieją się bić. Niech dostają wpierdol, tak jak i my dostajemy wpierdol nasz powszedni. Niech będzie płacz i łzy. Niech będą tacy głupi i żałośni, żebyśmy mogli się z nich pośmiać. 

Po moim występie w Hejt Parku powstało dużo memów. Wśród nich takie, które reklamowały moją rzekomą walkę na Fame MMA z niejakim Wojciechem Olszańskim, znanym też jako Jaszczur. Ten kłopotliwy ojciec pięknej wiolonczelistki, znany jest z nawet bardziej kontrowersyjnych wypowiedzi niż ja. Zgłosiłem go kiedyś do prokuratury, bo nagrał film, w którym pochwalał bohaterstwo Eligiusza Niewiadomskiego i morderstwo prezydenta Gabriela Narutowicza. Teoretycznie nie można pochwalać czynów zabronionych, ale prokuratura nie doszukała się tutaj przestępstwa. 

(…) 

Memy, że mam walczyć z Jaszczurem w Fame MMA zebrały setki, jeśli nie tysiące lajków, a gdzieś tam na górze zawsze siedzi ktoś, kto liczy lajki i rozkminia, czy może na tym zarobić. Zupełnie mnie nie zdziwiło, gdy znalazłem na Instagramie wiadomość, że nowo powstająca federacja chciałaby podpisać ze mną kontrakt, abym zawalczył na nadchodzącej gali. Od razu wiedziałem, że to zrobię. Właściwie prawie czekałem na tę wiadomość. Czasami jestem prorokiem. O mieszanych sztukach walki wiedziałem tylko, że coś tam pomieszano, żeby efekt był bardziej wstrząsający. Nie widziałem w życiu chyba żadnej walki MMA, lecz wiedziałem, że to dobry pomysł. No, ale jestem profesjonalistą. Zanim powiedziałem “tak”, umówiłem się na spotkanie. 

(…) 

Ziemowit okazał się znakomitym rywalem. Najlepszym z tych, których miałem. Niesamowicie wygadany i błyskotliwy, a jednocześnie życiowa pizda i menda. Oszukał chyba wszystkich, których znał. Kłamstwo było jego drugą naturą. A może i pierwszą. Do dziś nie wiem, czy rzeczywiście wierzy w to, co mówi. Niewątpliwie często gadał memami, czy nagłówkami. Jakby powtarzał dobrze zinternalizowany język prawicowych trolli i propagandy. Do tego był sympatycznym i zabawnym kolegą, więc gdy brało się pod uwagę, że nie można wierzyć w ani jedno jego słowo, to dało się z nim miło spędzać czas. Rzeczywiście muszę przyznać, że nawet się polubiliśmy. Z nim to naprawdę była gra i zabawa. Powinien chyba zostać aktorem, a nie publicystą i wanna be politykiem.  

Czemu w Polsce taką karierę zrobiło freak MMA, a nie wrestling? Oczywiście wiedziałem. Bo ludzie w tym kraju lubią patrzeć jak inni cierpią naprawdę, a nie tylko udają. Prawdziwie cierpienie jest lepsze niż jakakolwiek rozrywka. Nie bez powodu to właśnie w Polsce był Oświęcim, Treblinka, Gross-Rosen, Majdanek i większość obozów zagłady. Może to i naziści robili, ale my lubiliśmy patrzeć. I ciągle lubimy. Przecież tutaj nigdy nie chodziło o sportowe emocje, tylko patrzenie, jak ktoś dostaje wpierdol. Właśnie za to zamierzano mi zapłacić te kilkadziesiąt tysięcy złotych. Bym dostał w łeb ku uciesze gawiedzi.  

(…) 

Ktoś bardziej doświadczony w sztukach walki i sportowej rywalizacji poradził mi, żeby przed walką wejść do oktagonu. Poczuć to miejsce. Zobaczyć, jak się w nim czuję. Zdjąłem buty i wszedłem do klatki. Mata była miękka, metalowa siatka giętka i wcale nie tak twarda jak się spodziewałem. Czułem się dobrze w tej klatce. Nie bałem się tego, co miało nadejść. Trochę poskakałem, deski prężyły się pod moim ciężarem. Wskoczyłem na barierkę nad siatką, tak jak planowałem zrobić po wygranej walce. Poćwiczyłem walkę z cieniem. Lewy, prawy, lewy, prawy, lock kick. Lewy, prawy, front. Wchodzi w nogi? To sprol. Padam na matę, jak na rzucającego mi się w nogi przeciwnika. Błyskawicznie wstaję. Jestem gotowy do walki. Jest dobrze. Nie mam się czego bać. Na koniec położyłem się na środku maty, żeby zrobić sobie selfie. Wszystko było w porządku. Czułem się jak u siebie. Cieszyłem się. Nie mogłem się doczekać jutrzejszego dnia. Jutrzejszego zwycięstwa.   

Ziemowit natomiast wydawał się jakiś przybity. Dochodziły mnie plotki, że wydarł się na ochroniarza i ojebał srogo panią sprzątającą. Było to zupełnie do niego niepodobne, gdyż zawsze starał się sprawiać dobre pierwsze wrażenie, a dopiero gdy mu się zaufało, okazywał się mendą. Domyślałem się, że zaczęło do niego docierać, co się wydarzy. Docierało do niego, że przegra. Zmarnował czas, który był mu dany. Nie poszedł na prawie żaden trening. Brazylijskie jiu-jitsu ćwiczył tylko z dziewczynami w pościeli. Nie wie, jak założyć technikę kończącą, ani jak sprawować kontrolę. Nie potrafi wyprowadzić ciosu, ani kopniaka. Nie ma szans. Zaczynał to rozumieć. Poznał mnie na tyle, aby wiedzieć, że się przykładałem, że uprawiam sport nie od wczoraj, że nie jestem pizdą, którą przestraszy machaniem łapami. Wiedział też, że nie ma odwrotu. Jeśli nie wyjdzie do walki, tak samo nie będzie miał życia, jak gdy ze mną przegra. Nie ma dobrego rozwiązania. Może tylko wygrać, a nie może wygrać, bo nie zrobił nic, żeby wiedzieć, jak wygrać. Dramat, masakra. Wstyd, hańba, kompromitacja, nie wracaj do kraju, nie wychodź z domu.  

Nie mogłem mu pomóc, bo musiałem pomóc sobie. Nie wszystkim można pomóc. Nie wszystkim warto pomagać. Niektórzy zasługują na to, co ich spotyka. Uważam, że Ziemowit był taką postacią.     

(…) 

Po pierwszej walce poczułem smak krwi. Krew ma słodki smak. Powinny być takie drinki. Oczywiście najlepiej z komórek macierzystych płodów. Czy może być smaczniejsza krew niż ludzka? Nie sądzę. Na pewno nie dla ludzi. Jakoś nie używamy przy transplantacjach krwi świńskiej, krowiej, czy roślinnej. Podobnie zresztą z mięsem. Aż dziwne, że jemy inne zwierzęta, skoro nie da się ukryć, że najlepszy skład aminokwasowy dla ludzi miałoby białko z homo sapiens. Rozumiem, że nie brzmi to dobrze. Brzmi jak ludobójstwo i ludożerstwo. Żyjemy wszak w XXI wieku i mięso komórkowe produkowane z in vitro nie jest czymś niezwykłym, a wręcz przeciwnie, powoli osiąga całkiem konkurencyjne ceny wobec pochodzącego ze zwierząt zabijanych, nierzadko w sposób okrutny, a hodowanych w warunkach jeszcze gorszych. Skoro możemy produkować tkanki bez powodowania cierpienia zwierząt, dlaczego nie robić by tego z ludzi? Czy ludzina nie byłaby najlepsza dla homo sapiens? Dla kolegi pytam i do protokołu, bo oczywiście wiem, co o tym powiedzą konserwatyści i religijni fanatycy.   

Po pierwszej walce czułem się morderczą bestią, pozbawioną strachu i gotową przerabiać kolejnych faszystów na mięso armatnie. I najwyraźniej było to widać, bo jakoś nikt nie chciał się ze mną bić. 

Miałem prawie czterdzieści lat, ważyłem niewiele ponad sześćdziesiąt kilo, nie było tajemnicą, że ostatnią dekadę spędziłem na chlaniu i ćpaniu, a jednak jakoś nikt nie chciał się ze mną bić. Nie żebym nie miał pomysłów na przeciwników. W sferze medialnej istnieje niestety wiele osób, z którymi chętnie zmierzyłbym rękawice w oktagonie. Czy raczej, z przyjemnością obiłbym ich głupie ryje. Choćby taki Łukasz Sakowski, który nominował mnie do Nagrody Biologicznej Bzdury Roku. Niestety nie odpowiadał na moje zaczepki. Trudno mu się zresztą dziwić, bo jest taką cipą, że miałbym go w dosiadzie w trzydzieści sekund. Chciałbym też pobić Krzysztofa Bosaka, Samuela Pereirę, Oskara Szafarowicza, Janka Śpiewaka, Jacka Międlara. Nie chciałem się za to bić z niejakim Bagietą, co proponowała mi federacja.  

Okazało się, że bardzo ciężko mi znaleźć rywala do oktagonu, a tym bardziej takiego, co byłby w mniej więcej mojej wadze. Ot, paradoks. Tak wiele osób w internecie mi wygraża i chce mi urwać łeb, ale jak przychodzi co do czego, to nie ma komu wejść do klatki, żeby się ze mną zmierzyć. Oczywiście pisały do mnie setki dzieciaków na Insta, że chciałyby mi wpierdolić i mają mnie na strzała i żebym nie obsrał zbroi, tylko odpisał i dał im zarobić. Niestety ani federacja nie potrzebowała takich no name’ów, ani ja nie zamierzałem tracić czasu, życia i zdrowia na spełnianie fantazji agresywnych i odklejonych nastolatków.  

Jakkolwiek rozumiem, że bycie freak fighterem jest pożądaną ścieżką kariery wśród młodzieży, której nie chce się pracować, to najwyraźniej oni nie rozumieli, że nie wystarczy zwyzywać w internecie kogoś znanego, żeby zdobyć pieniądze i sławę. Co się dzieje z tym społeczeństwem, że dzieciaki naprawdę myślą, że to możliwe? Ktoś ich oszukał, a oni w to wierzą.  

(…) 

Życie w gruncie rzeczy jest bardzo proste. Wystarczy robić rzeczy, które się lubi, i unikać tych, których się nie lubi. Za dużo nie oczekiwać, zbyt wiele od siebie nie wymagać. Przyjmować małe radości z wdzięcznością. Być swoim najlepszym przyjacielem. Łatwo powiedzieć. Trudniej zrobić. 

Mój przyjaciel, poeta Szczepan Kopyt powiedział mi kiedyś, że przemoc jest nieredukowalna. Ciężko mi było się z nim nie zgodzić. Krzywdzimy innych nawet gdy tego nie chcemy. Jednocześnie to on sprawił, że zostałem weganinem. Nie miałem dobrych, etycznych powodów, żeby nim nie być. Co mi uświadomił w prostych, komunistycznych słowach.  

Ale skoro przemoc jest nieredukowalna i zawsze będzie, to czy nasze starania, żeby jej nie używać ani nie wspierać, mają sens?  

Oczywiście, że tak.  

Jednocześnie są sytuacje, że przemoc jest jednym rozwiązaniem. Zrozumiałem to walcząc z pomrowami, tymi czarnymi ślimakami bez muszel, których plaga zaatakowała moje starannie pielęgnowane grządki. Przeczytałem wszystkie ekologiczne porady z internetu i próbowałem każdej humanitarnej metody, ale żadne fusy z kawy, skorupki z jajek. 

Gdy po raz kolejny jebane pomrowskie kurwy zeżarły mi świeżo wyrośnięte uprawy, przestałem być prawdziwym weganinem. Wybrałem przemoc. One albo ja. One albo moje grządki. Jakkolwiek potrafiłem docenić sukces ewolucyjny tych pasożytów jebanych, to nie zamierzałem się ugiąć. Nie na mojej działce, nie na moich grządkach. Idźcie sobie podbijać świat gdzieś indziej, a najlepiej kosmos, skoro takie jesteście zajebiście, kurwa, na wszystko odporne, kurwy. Broń biologiczna i rzeź. Siekiera i sekator. Niczego nie zawahałem się użyć do mordu.  

(…) 

Nie popieram przemocy. Co może dziwić, bo przecież biorę udział w semizawodowych walkach MMA, a do tego uważam się za weganina, gdyż brutalnością się brzydzę, nie tylko w stosunku do ludzi, ale również wszystkich innych osób nieludzkich, a nawet bytów uznawanych powszechnie za nieożywione jak powietrze, woda, ziemia, czy skały. (Nie licząc pomrowów.) Węgiel powinien zostać w ziemi, ropa naftowa również wystarczająco zdegenerowała planetę i stosunki społeczne, aby zaprzestać jej dalszego wydobywania i spalania.  

Łatwo powiedzieć, ale trudniej zrobić. No ale uważać mogę sobie, co chcę. I tak właśnie uważam. Co oczywiście nie przeszkadza mi korzystać z dobrobytu cywilizacji opartej na paliwach kopalnych i powszechnym wyzysku ziemi i zwierząt. 

(…) 

Ponieważ, jak wspomniałem, znajomi mi donieśli, że mnie obraża jakiś pajac, a ja już byłem podpity, bo się nudziłem i stresowałem, to musiałem zareagować. Stresujące są te konferencje, bo trzeba się kłócić, a ja jestem na takim etapie, że chcę dawać światu miłość, a nie gniew.  

Ale jestem też na takim etapie, że uczę się akceptować swój gniew i dawać mu upust, kiedy trzeba, bo nie jest dobrze gniew tłumić i nie pozwalać mu się wydostać, bo potem się jest całym poskręcanym od tego gniewu. Lepiej od razu komuś w gębę dać, gdy zasłuży, więc jak słyszę, że jakiś gnój raperek mnie wyzywa od kobiet, bo najwyraźniej dla niektórych patusów nazwanie faceta kobietą jest obraźliwe, bo najwyraźniej bycie kobietą jest poniżające, to mi się krew w żyłach gotuje. No i raperek gada, że jest taki Jasiu albo Małgosia Kapela i ja mu nie pasuję z tego względu, że mam inne poglądy niż on i że obraziłem Jana Pawła II…, to już wiem, że zaraz do niego zejdę i coś mu zrobię.  

Tymczasem nie ma żadnych dowodów, żebym obraził naszego papieża ojca świętego, a dla tego, kto udowodni, że Karola Wojtyłę obraziłem jest nagroda pół miliona funtów. Dla każdego człowieka, który wskaże cień dowodu, że ja, Jaś Kapela obraziłem Jana Pawła II. Ja tylko papieża pomówiłem, że gwałcił małe dzieci, a przecież powszechnie wiadomo, że tego nie robił, a jedynie przyzwalał na gwałcenie dzieci swoim podwładnym i łatwo to sprawdzić w internecie, więc nie jest to zniesławienie, tylko pomówienie, a nie można pomówić osoby nieżyjącej, co mi wytłumaczył mój prawnik, więc jestem niewinny i nikt mi nic nie udowodni. Jednak takie patusy jak Kaczor, dla których papież jest autorytetem, oczywiście nie rozumieją takich prawniczych niuansów i dalej będę gadać głupoty i powielać fałszywe informacje, a wręcz pomówienia, jakobym papieża obraził, a nawet jakobym miał skłonności pedofilskie i powinienem dostać po piździe już dawno. I prędzej czy później przyjdzie taki czas, że on mnie rozpierdoli, czy w kiblu, czy na ringu, czy gdzieś na podwórku. Dorwie mnie na sto procent, bo – rzecze Kaczor: „Jak Jan Paweł II jeździł, kurwa, po Afryce, po różnych kurwa kontynentach świata, może was to nie interesuje, może to macie w chuju całkowicie, ale mnie to interesuje. Słuchajcie, co wam chcę powiedzieć”.  

A wtedy prowadzący konferencję Michał Rogoziński spytał Kaczora, czy wie która jest godzina, a ten nie wiedział, choć zbliżała się godzina papieska. Każde dziecko przecież wie, że papież umarł o godzinie 21.37. Ale Kaczor generalnie nie bardzo wiedział, co się dzieje, ani o co ktoś go pyta, bo był zaaferowany tłumaczeniem bohaterstwa naszego ojca świętego. Nawet na pytanie, z kim się będzie bił, odpowiadał, że trenuje w Manchesterze, więc kontynuował: 

„Dwie minuty, daj mi minutę, minuta, słuchaj, jedzie Jan Paweł II np. do Afryki, nie? Ciebie to pierdoli, ale mnie to nie pierdoli. Słuchaj, o co chodzi, bo taki ładny uśmiech zrobiłeś, jakby cię to pierdoliło, ale jeśli ciebie to nie pierdoli, to przepraszam, może się pomyliłem. Słuchaj. Są chore chłopaki, np. dżuma, jakieś tam różne śmiertelne choroby, masakra ogólna, nie? Lekarze mówią do Jana Pawła II: słuchaj, nie wpuścimy cię do tych izolatek, nie ma takiej możliwości, musisz sobie ubrać te kombinezony ochronne, kurwa, bo nie wpuścimy cię tam. Bo to są śmiertelne choroby. Zaraz to poroznosisz, jeździsz po tym całym świecie, będzie kapota, nie? On mówi w żadnym wypadku nie ubiorę tych kombinezonów. Ni chuja. Nie przeklinał oczywiście, wiadomo, nie? Nie, nie ubiorę tego i nie ubrał tych kombinezonów i poszedł w te izolatki. Brał te dzieci na ręce, całował je po czołach, kurwa. Jeździł po całym świecie, walczył z komunizmem. Nie wiem, jakie wy macie tam teraz poglądy, ale kurwa, jeżeli gościu chore dzieciaki, które śmiertelnie w piórnik waliły jeden za drugim – za przeproszeniem, że takie słowo użyłem – i on nie ubierał nawet żadnych ochronnych rzeczy i poświęcał swoje własne życie, żeby komuś ratować życie, to moim zdaniem zasługuje na jakąś przynajmniej pochwałę kurwa, nie? A pacjent sobie wali tatuaż jebać Jana Pawła II. No to mu wpierdolić do dupy bolca i zobaczymy, kurwa, i tyle. Dziękuję. Do widzenia”. 

Ja tam siedzę na górze i słucham, i myślę sobie: „Nie mogę pozwolić, żeby jakiś przygłup tak mnie obrażał i oczerniał. W życiu bym nie powiedział, że jebać Jana Pawła II, bo to by było niemiłe i niesympatyczne. Jebać to można PiS albo nawet wszystko, ale papież nie żyje, więc jebanie go to by była nekrofilia, a ja jestem po stronie życia, a nie śmierci, i choć nie pochwalam przemocy, przemocą się wręcz brzydzę, to czasami nie da się jej uniknąć, bo do niektórych nic innego nie dociera niż czysta siła”. Na myśleniu jednak nie poprzestaję i schodzę tam z mojej antresoli wygodnej, na której sobie siedziałem bez nadmiernego kontaktu z patusiarnią. Idę na dół do studia, gdzie odbywa się konferencja i pod nosem mruczę „jebany śmieć” albo coś innego motywującego, bo to nigdy nie jest dla mnie łatwe, żeby kogoś walnąć, ale czasem trzeba. Dochodzę spokojnie do krzesła, gdzie siedzi Kaczor i choć nawet prowadzący już mu zwrócił uwagę, że idę, to tego też debil nie usłyszał, więc odwrócił się dopiero, gdy dostał od mnie edukacyjnego plaskacza w policzek.  

Nie jestem takim chamem, żeby bić kogoś pięściami podczas dyskusji. Właściwie to wcale nie jestem chamem, więc biję tylko po dżentelmeńsku otwartą dłonią. Ewentualnie mogę udusić. Duszenie jest humanitarne i eleganckie.

 

 

Fragment prozy autobiograficznej
 „Zawsze będziesz szedł sam”

 

 

Jaś Kapela


 

CZYTAJ TEŻ