Żaden augustynek

Wojciech Zamysłowski [1995-2026]


 

Rankiem w dniu jego pogrzebu na Starych Powązkach dotarło do mnie, że zostanie pogrzebany w dniu świętego Augustyna. To dobrze, na pewno zasługuje na takie bóstwo opiekuńcze, ponadto, po pewnym namyśle dochodzę do wniosku, że jego wiersze posiadają jakiś kryptoaugustyński potencjał, analogiczne płomień i kierunek poszukiwania, w wersji sacrum i w wersji profanum tak samo ostre oraz jednoznaczne. Ale nie nazwałbym go Augustynkiem, padło już pod jego adresem tyle zdrobnień i spieszczeń, że jedno więcej z powodzeniem może doprowadzić do tego, że przestaniemy w nim dostrzegać świadomego uczestnika własnego losu. Zamysłowski nie był dzieckiem, choć tak jest dzisiaj niekiedy przedstawiany w swojej poetyckiej konfraterni, co świadczy tylko o nas i małości naszej wyobraźni. Był materiałem na tytana. Widziałem jego nieustający wysiłek twórczy, byłem również świadkiem odysei jego świadomości, nie mających wiele wspólnego ze zwykłym, literackim rzemieślnictwem. Dlatego, uważam, „wielki” augustynizm do niego tak dobrze pasuje, w moich oczach na ten augustynizm (ale nie na „augustynkowość”) sobie w pełni zasłużył. Któregoś dnia, dla przykładu – przywiózł mi reklamówki pełne dawnych wydań Stanisława Lema, wiedział, jak bardzo potrzebuję Lema do pracy nad powieściami, często przybywał na zajęcia i przysłuchiwał się stale, rok po roku, kursom literatury romantyzmu, długo chciał pisać rozprawę doktorską o Marii Komornickiej, zresztą, myśli o doktoracie na Uniwersytecie Warszawskim nigdy nie zarzucił. Latami pracował nad drugą częścią „Fausta”, podsunąłem mu ją w nadziei, że taki temat magisterium pomoże mu w jego osobistych poszukiwaniach siebie i swojej twórczej tożsamości i prywatności (bo trzeba umieć także przeżywać prywatność twórcy). 

Był franciszkański, porozumiewawczy, kochał ptaki, króliki, na lewej ręce miał wytatuowany zapis ważnego nazwiska „Norwid” z rękopisów, pamiętam okres, w którym pracował w sklepie zoologicznym, prawdopodobnie z powodu miłości do jazzu nie bał się wzniosłości, zabierał się do niej z powalającą śmiałością, choćby w takich wierszach, jak „Manifest z płonącej ziemi”, który otwierał tom „W szkle”. Tytuł był tu, oczywiście, głęboko nieprzypadkowy: Wojtek urodził się dzięki metodzie in vitro, jego twarz była wiele razy przywoływana w kampaniach społecznych broniących tej metody urodzeń w 2017 roku – właśnie na fali tych działań, gdy stał się właściwie żywą tarczą i chorągwią, skonstruował pięćdziesięciosiedmiostronicowy tom wierszy, który następnie nadesłał na Bierezina, a ja próbowałem przedstawić w redakcji Wydawnictw Uniwersytetu Warszawskiego. Gdy pytał mnie o temat swojego magisterium, zaproponowałem mu recepcję drugiej części „Fausta” w literaturze polskiego romantyzmu: chociaż dogrzebywać się tutaj miał „Króla-Ducha” bądź „Przedświtu”, sprawa była jasna, dlaczego Wojtek ma się tym zająć. Chodziło o człowieka z probówki, Homunkulusa, twór Wagnera, przeciwstawionego Euforionowi, czyli – „tworowi synowskiemu” Fausta: Zamysłowski odnalazł się w tych figurach, miał więc w 2018 roku dwadzieścia trzy lata, niewydany tom „W szkle” i odrobioną lekcję „Fausta” (część drugą – to ważne, nie pierwszą). Szukał na swoje wydanie pieniędzy i pamiętam, że liczył w tamtym czasie na pomoc środowisk in vitro, niestety, perspektywy dla tak wzniosłej, a zarazem hermetycznej poezji, pozostawały w tamtym czasie ograniczone. Byłem szczęśliwy, kiedy opublikował debiutancki „Birdy peak experience” u Pawła Nowakowskiego. Był rok 2023. Następnie wydał u Agnieszki Herman „Aury pienińskie”. Był rok 2026. Operował wieloma skalami wypowiedzenia, okazywał się epicki, awangardowy, auratyczny, formalny, kiedy należało i kiedy było trzeba, transgresyjny w najlepszym tego słowa znaczeniu. Ktoś powiedziałby, że uprawiał literacką kondotierkę, po 2025 roku zaczął jednakże wymieniać szarże na precyzję, a performatykę na świadomość. Długo dojrzewał. Pięć lat od napisania pierwszej wersji debiutu („W szkle”, 2018) do faktycznego wydania („Birdy peak experience”, 2023) stało się dla niego bezcenną lekcją determinacji. Ważnym punktem potwierdzenia ukształtowanej formy stał się dojrzały wiersz „patchwork in progress”, który wydrukował na łamach eleWatora w 2021 roku. Po „manifeście z płonącej ziemi” był to kolejny „kamień milowy” na drodze do ostatecznej artykulacji jego twórczej indywidualności. I też jeden z pierwszych sukcesów publikacyjnych, bo przecież czasopisma o Wojtka się nie upominały, stawały po jego stronie Pole i Tlen Literacki, upominała się o niego FORMA, był blogerem wydawnictwa, gdzie prowadził dziennik „Sylwa o smaku litu”, a w ostatnim czasie odnalazł swoje miejsce w ISSA Books Agnieszki Herman. 

Okoliczności jego debiutu zdawały mi się małym cudem, gdyby w 2023 roku nie opublikował w FORMIE swojej pierwszej książki, nigdy, jak mi się zdaje, nie otrzymałby swojej literackiej szansy. Uprawiał życiopisanie, umiał pisać w sposób klarowny, a także awangardowy, te dwie ścieżki – pisania aur oraz tworzenia skomplikowanych poematów o joyce’owsko-norwidowskiej głębi – coraz silniej dawały o sobie znać, odkąd znalazł się w Pieninach, w których odnalazł swą tymczasową przystań – to zresztą czyni „Aury pienińskie”, stworzone w tym okresie życia, fenomenem literackiego wyrazu, czytelnym właściwie dla każdego (stąd nie mam dużych wątpliwości, że dla większości swoich czytelników Wojtek pozostanie przede wszystkim autorem aur, istotnie, niesamowitego gatunku autorskiego o klimacie nie do podrobienia, gatunku będącego, moim zdaniem – faktycznym dokumentem duchowej przemiany Wojtka przechodzącego swój „okres burzy i naporu” – stającego się, powoli, kimś nowym, kimś lozańskim, człowiekiem nowego typu). 

Ale Wojtek to dużo więcej – to także ucieleśniona synteza sztuk i nauk. Jazz i fizyka kwantowa, atonalne smyczki i Konfucjusz, przewroty akordów i metempsychoza, jednak pamiętam, że bardzo nie lubił Słowackiego genezyjskiego – uważał to, po prostu, za zbyt sprytną mieszankę wszystkich systemów religijnych, dla niego przede wszystkim, pachnącą Wschodem. „Genezis z ducha” Słowackiego go irytowała. Sam był ucieleśnieniem człowieka synkretycznego, pasażowego, kochał filozofię procesów Alfreda Northa Whiteheada, taki człowiek potrzebuje specjalnych zatrudnień, konkretnych zajęć, czytał uważnie, pomagając sobie, przynajmniej w ostatnich miesiącach, a może od czasu Pienin, fajką i kolorowym mazakiem, właśnie tak czytał moje „Autodafe”. Uważam, że Norwid pociągał go z dokładnie identycznych powodów, z których przyciągał go do siebie Miles Davis. Nie zdziwiłbym się specjalnie, gdyby Wojtek uważał Norwida za Davisa poezji polskiej. Odwiedził mnie w czterdzieste urodziny i wtedy po raz ostatni widziałem go żywego – podarował mi dialogi konfucjańskie: widziałem, że wierzył w Konfucjusza i dając ten prezent, dzieli się ze mną najzupełniej osobistym odkryciem.  

Wracam do dziennika, który, na szczęście, prowadziłem przez ostatnie pół roku, by przypomnieć sobie Wojciecha Zamysłowskiego w zbliżeniu. 10 kwietnia 2026 roku miał miejsce wieczór promocyjny mojego poematu „Cairo Declaration”, który Wojtek prowadził, będąc od lat moderatorem większości moich spotkań, zwłaszcza – prowadząc rok po roku kolejne części „Autodafe”. Jechaliśmy z Warszawy do Ostrołęki, pociągiem i autobusem na przemian, Wojciech i Daria Wiśniewska, ja i Łukasz Szymański. W rozmowy wdaje się ton żartu, mówię o postawieniu fontanny z Orfeuszem, z którego spływać będzie czekolada, a Wojtek, który wówczas naczytuje się „Cairo, rzuca, że zdecydowanie lepsza jest fontanna z Maryją, z której spływać będzie mleko. W ostatnich miesiącach stawałem się dla niego surowszy, bo czułem, że jest w stanie znieść coraz więcej konfrontacji, przypierałem go do muru, pozbawiałem retorycznego tlenu, a wtedy z przyjemnością obserwowałem, z jakim niezależnym wdziękiem się broni, nigdy bez uprzejmości wobec mnie, jakbym nie był w stanie… wyprowadzić go z równowagi. Ogromną wskazówką do mówienia o Wojtku jest upubliczniona przez FORMĘ „Sylwa o smaku litu”. Do jej prowadzenia namówiłem go w kwietniu 2025 roku podczas odwiedzin w mieszkaniu jego rodziców na Grochowskiej – i pamiętam, że był to Wielki Tydzień, pierwszy wpis zaś na blogu FORMY pojawił się już drugiego maja 2025 roku: „Córka Byrona marzy o AI” – ostatecznie Wojtek zdołał „wydać” osiemnaście wpisów, do ich pisania zawsze go namawiałem, gdy zauważałem, że zapał w Zamysłowskim stygł. Miałem wrażenie, że nie wszyscy pojmowali do końca tę surową grę, którą zaczęliśmy w ostatnich miesiącach uprawiać. Chyba z tego powodu nie wszystkim – premiera „Aur pienińskich”, która miała miejsce 3 lipca, przypadła do gustu – wieczór był przesłuchaniem, ale taki był mój cel – Wojtek miał zyskiwać, a ja miałem w tym samym momencie tracić, coraz bardziej upodabniając się do inkwizytora – werbalnie oskarżałem Zamysłowskiego o beatnikowszczyznę, po cichu cieszyłem się zaś z jego niezależności, bo wreszcie był genialnie nastrojony, był ustawiony twórczym frontem do wszystkich retoryk, które spotykał na swojej drodze. Z ostatniego wpisu na blogu FORMY można było choćby wyczytać, że poznaje „Ajasa” Sofoklesa i ten wczesny Sofoklesowy „Ajaks” (wczesna, dosyć nieuformowana jeszcze tragedia Sofoklesa) odgrywa kluczową rolę w powieści, którą w tej chwili pisze. Dlatego – jestem przekonany, że największe rzeczy literackie, które miał do napisania, zostały w jego umyśle, ale zalążkowały – przechodził wielkie metamorfozy, te zalążkowały już literaturą, z pewnością najdojrzalszym projektem, do którego post mortem otrzymamy dostęp, będzie „Pro anima” i „Aury łomżyńskie” – dwa projekty Wojtka, które ukończył, nie wspominając tutaj o jego twórczości dramatycznej i dramacie „Wąs profesora”, któremu również zdołał nadać ostateczny kształt. 

Skoro mówimy o „Pro anima”, jest w niej coś, co określiłbym mianem metaliryki w specyficznym tego słowa znaczeniu – to liryka metafizycznej bezpośredniości, czy wręcz familiarności, z tym jego słynnym „renderuj, Duszo”, co musiał brać od mistyków, skoro – „Birdy peak experience” to również określenie mistycznej ekstazy. Duszo, Duszeńko, tak zwracał się Zamysłowski do swojego modelowego czytelnika, manifestacyjnie przecież – spirytualizując ten kontakt, wciąż jednak z iście zabawowym wdziękiem. Myślę, że – tak franciszkanizm, jak i augustynizm – są tu na miejscu. Im dalej od awangardowych, a więc norwidowskich okoliczności debiutu, Zamysłowski stawał się coraz bardziej staffowski. O sobie mówił, że jest leśmianowski, ale mi się wydaje, że osiągał jakiś staffowski poziom jedności – i była ona, zwłaszcza w aurach, całkowita i absolutna. Zwierzyłem mu się, gdy ostatni raz się widzieliśmy, że tej strony Leśmiana w nim nie chwytam, bowiem względem Leśmiana zawsze utrzymywałem dystans. Dla mnie, ale może tylko dla mnie – stawał się Staffem – w całkiem dobrym stylu. Dlatego jedną z istotnych próśb, jaką chciałbym tutaj sformułować, jest prośba, by nie robić z niego meteoru i kaskadera, tym bardziej, by nie przykładać nadmiernej wagi do tego, na co tutaj kładę nacisk – rozmowa o beatnikowaniu, przykładowo, była jedną z tysięcy rozmów, jakie przeprowadziliśmy – nie można w niej zawrzeć całej istoty Wojciecha, jego zasady egzystencjalnej i twórczej. Te zaś przechodziły gruntowną przemianę w ostatnich latach – było to i życie, i literatura w przebudowie – był niepokorny, był materiałem na poetę wielkiego gniewu, żalu, a także – na wielką atonalną lirykę, ale stał się pokorny, tonalny, raczej spokojnie wyrażający niewyrażalność, aniżeli – boleśnie niewyrażalny. Wyciszył, lub przynajmniej spokojnie określił swą rapsodyczność.  Gdyby utrzymywał się w tym tonie dalej, nazwałbym jego tom wierszy zebranych „Aury i aureole”. W jednym punkcie twórczym rodziła się więc liryka tonalna, a w drugim – liryka atonalna Zamysłowskiego. Radykalista i franciszkanista przemawiali w nim równocześnie, myślę, że tworzyło to niepowtarzalny rodzaj wielogłosowości. Nie dowiemy się już, czy ciemność wylewająca się z jego „Dyptyku o synu” była autentycznym przejęciem własnym mrokiem (dużo w niej Dostojewskiego), czy tylko ćwiczeniem stylistycznym. Wojtek był bowiem zdolny i do jądra ciemności, i do jądra jasności – z równą wprawą rozpalał obydwa ośrodki w sobie, na chwałę, na zgubę, tak ad maiorem Dei gloriam, jak i ad minorem Dei gloriam. W obydwu wydaniach był olśniewający. Miał charyzmę i wiedział, a przynajmniej mądrze się domyślał, gdzie są do niej „literackie klucze” (nie wszystko można przecież w swojej sprawie wiedzieć w wieku 31 lat, ale jeżeli mogę tak się wyrazić – Wojtek posiadał „talent do samego siebie”, „talent autokartograficzny”). 

 

Wojtek Zamysłowski, fot. Daria Wiśniewska

 

Chciałbym przy tej okazji wrócić do naszej ostatniej twórczej różnicy zdań, kiedy, właśnie w dniu moich urodzin, 3 sierpnia 2026, serdecznie posprzeczaliśmy się o pojęcia zabawy i gry. Wojtek chciał zabawy w literaturze, podejrzewałem, o jakie niedosłowności chodzi mu, kiedy o zabawie mi mówi – pisząc o swojej powieści, parafrazował przecież Dostojewskiego i mówił, że chciałby stworzyć swoje „wspomnienia z domu żywych”, więc wiedziałem, że jego ludyzm jest wyrafinowany. Nie dowiemy się już, w co się przeobrażał, może w „polskiego Romain Rollanda”, bezdyskusyjne jest wszak, że stając się prozaikiem, poeta rodzi się niejako na nowo. Wojtek stawał się prozaikiem, choć na razie pielęgnował kameleonowość, która dawała mu cudowne poczucie literackiej wszechstronności, więc nie chciał chociażby pojęcia gry, które natarczywie mu wtedy podsuwałem, twierdził, że to Wittgensteinowskie, jak gdyby Wittgenstein w jego oczach całe to pojęcie zaprzepaszczał, monetyzował, powiedzielibyśmy dzisiaj – robił z gry kapitał. Wojtek nie szukał kapitału. Wiele mówiły za niego też aury. Moim zdaniem, stawał się rollandowski. Mówiąc językiem filozofów literatury, właśnie rodziła się nowa literacka intencjonalność Zamysłowskiego, a jeżeli cokolwiek jest w stanie zmienić indywidualną koncepcję własnego dzieła, to nowa intencjonalność, która przeważnie nie wchodzi po cichu – „wyłamuje drzwi”, serwuje przewrót kopernikański. Wojtek był takim przewrotowym materiałem, a aury zdawały się przystankiem, nieco bezpieczniejszym od innych, w którym jego intencja twórcza mogła doklarować się do formy ostatecznego wyrażenia. Tak, w ostatecznym rozrachunku, moim zdaniem, chodziło o coś więcej niż aury, dlatego jego tom tekstów zebranych określiłbym właśnie tak, nie w żaden inny sposób: „Aury i aureole”. Czyli aury i coś ponad nimi, co było progiem jego artykulacyjnego wygłosu: być może proza, szukająca w zabawie jakiejś głębi niezwykle sprawnego narzędzia, głębokiego, więc działającego sprawniej niż cokolwiek. Wierzę mu i uznaję jego widzenie, skoro widział w zabawie coś głęboko duchowego, tam powinno to być – i myślę, że Wojtek uczyniłby to wypowiadalnym. Być może wówczas, 3 sierpnia, usiłował mi wypowiedzieć swoje kiełkujące ars poetica. Mam na myśli pierwsze niezależne poetica. To możliwe… Ja w wieku, w którym – umarł on, zaczynałem spisywać „Autodafe” 

Na wieczorze „Aur pienińskich” dobitnie i usilnie podkreślał wpływ, jaki wywarła na niego „Filozofia Leśmiana” Artura Sandauera, mówił, że ma dość definiowania rytmu, teraz przede wszystkim ma iść o to, by rytmu doświadczać. Odbierałem go wówczas, być może niesprawiedliwie, jako człowieka nieco rozczarowanego wcześniejszymi, konceptualnymi eksperymentami. Ewidentnie wchodził w etap jakiejś wielkiej bądź małej pauzy – wyznał również, że denerwuje go u siebie wiersz stychiczny, ale myślę, że powiedziałby mocniej, między nami, nie publicznie – że nie może wiersza stychicznego znieść. W stychiczności, podejrzewam, było dlań coś nie do zniesienia, co przyprawiało go o szaleństwo, pracę nad wierszem stychicznym uważał za jałową; niemożność wprowadzenia pauzy, ciszy, w tym przemilczenia i metryczności – uważał za coś nie do przyjęcia, jak wręczenie mu wilczego biletu, bez mała – a w czymś takim nie chciał i nie mógł uczestniczyć, chociaż, naturalnie, cudze wiersze stychiczne cenił, chociażby respektował „stychię poetycką” Miłosza. Wiem dokładnie, że było to podejście poetyckiego jazzmana, ucieszył się zresztą, gdy nazwałem stworzone przez niego aury jazzem poetyckim – strofy uważał za bezcenne, były „wyspami wokół ciszy” – cisza była dlań niewymiernością jazzu i ostatecznym testem kompetencji piszącego, przywołuję jego słowa, o „niewymierności ciszy” mówił mi par excellence – w czasie wieczoru literackiego „Aur” 3 lipca. Może więc to, co ja dziś odbieram jako zwrot w kierunku Rollanda, był otwarciem tam dla jazzu – może jego literatura została w ostatnich miesiącach życia zalana tym właśnie – Leśmianem i jazzem (to, myślę, nieuchronnie się wiązało z oddalaniem Norwida, ale takie oddalanie Norwida czasami oznacza wyostrzanie wzroku i słuchu, i tak było w tym przypadku, Wojtek otwierał się na publiczność, to znaczy ustawiał swoją publiczną stroną, jasnym rewersem, a jego czytelnicy zaczynali go kochać, zaczynał uwodzić – uwodził i siebie, i innych: wspaniała metamorfoza, na naszych oczach rodził się „leśmianowski jazz”, wiem dobrze, że z takiego określenia byłby najbardziej – zadowolony, franciszkanista w nim zwyciężał nad radykalistą, i bardzo dobrze…). Cisza, wbrew wszelkim przesądom na jej temat, nie jest zapisem zerowym, podkreślał, i tego uczy timing. Myślę, że Wojciech Zamysłowski budował własną koncepcję czasu w literaturze, zaczynał kształtować jej zręby, był gotów wstępnie już o tym mówić, a „Aury pienińskie” – pozostawały tylko pierwszym wyznacznikiem jego odkryć i osiągnięć. Z pewnością – był wrażliwy na coś, co filozofowie nazwaliby ontologią czasu w literaturze, poznaliśmy się, zresztą, w Instytucie Filozofii UW, jeżeli dobrze pamiętam, zobaczyłem go jako młodego studenta pierwszego roku na seminariach „Znak – Język – Rzeczywistość” – jeszcze wtedy jednak nie wiedziałem, że był młodym polonistą. Rok później – przyszedł do mnie na kurs historii literatury romantyzmu, z którego dostał… jedynie dobry. Nie musiał mieć jednakże talentu do romantyzmu, by być romantykiem, miał za to talent do epistemologii, przy tym rewelacyjne zakorzenienie w tradycji literackiej i literaturoznawstwie: to dawało mu zaś bezcenny metapogląd na twórczość, tak, metapogląd, coś ponad zwykły pogląd na sprawę, dlaczego i po co się tworzy… 

Chyba najbardziej porywa mnie w nim to, że był literackim ryzykantem, ale nie uzależnił się od ryzyka jak od narkotyku i kiedy nadarzyła się okazja, by je porzucić i pisać aury, to – przynajmniej na jakiś czas – pożegnał się z nim, jak należało… To daje do myślenia. W literaturze to on panował nad ryzykiem, a nie ryzyko panowało nad nim… W końcu, przyparty do muru, uznał 3 lipca, że „Aury” to kompozycja chóralna z wieśniakami w głównych rolach, bo mędrzec dla niego to wieśniak, a „Aury pienińskie” to śpiewany przez kolejne osoby chór wieśniaczego jazzu – powiedział, co uważam dzisiaj za wyznanie i odkrywcze, i olśniewające. Bronił naturalności i mimowolności swojego procesu – jasno zaprzeczał, ażeby pisał w ten sposób coś epifanicznego, „Aury mimowolne”, użył wręcz w pewnym momencie takiego określenia, nawiązując (co sam zresztą przyznał) – do „Pieśni mimowolnych” Leśmiana. Przystaliśmy na to, że jazz jest myśleniem i może być myśleniem według miar poetyckich; do tego Wojtek jeszcze podkreślił, że wiąże się to z koniecznością posiadania zaplecza, a jednocześnie upłynniania go, ewidentnie ta perspektywa go tu bardzo porywała, upłynnianie zaplecza – upłynnianie wiedzy oraz jej doświadczenia w praktyce twórczej. Zachwycało go to, co wtedy powstaje, podkreślał, że jest intuicyjne, przemyślane, karkołomne, że sprawia wrażenie, jakby już, już miało się zawalić, ale się – nie zawala. Wyznawał, że kiedy zakochał się w jazzie, zakochał się w innej teorii muzyki, w innym też typie relacji, jakie muzyka może tworzyć ze światem, najprościej rzecz biorąc, można by określić je zbiorczym mianem – atonalnych. Podawał przykład śpiewu ptaków… Kładł nacisk na to, że to, co wywołuje w nim naszą estetyczną przyjemność, jest z perspektywy twardej teorii muzyki całkowicie kuriozalne i bezsensowne. Niech taka będzie poezja, jak gdyby ją ptak śpiewał, wytłumaczył mi się w końcu autor „Birdy peak experience” – i, jak zliczam to z zegara zapisanego na dyktafonie, była (mniej więcej) 21:28, 3 lipca – trwała właśnie trzecia godzina naszej rozmowy o „Aurach pienińskich”. Sprowokowałem go wtedy słowami, że może w ten sposób wypowiada wojnę antropocentryzmowi i w skrytości może chciałby, byśmy pisali książki jak zwierzęta lub jak rośliny produkują tlen… W pewnym sensie, na pewno. (…) Czy to tęsknota za pozaludzkim? Czy nienawiść do ludzkiego?. (…) Mam dość wszelkiej maści znormatywizowania sztuki, odpowiedział Wojtek. Bardzo się bronił, podkreślał, że nie chce formułować żadnych wypowiedzi programowych, a na pytanie, czy chciałby całej literatury takiej, jak jazz – stwierdził, że nie zniósłby takiej w całości. Bronił swego pola i kładł nacisk na to, że nie widzi sensu czytania jego wierszy przez kogoś, kto postanawia nie przyjmować jego intencji twórczej. Nie był apodyktyczny, chociaż to mu w czasie naszej dyskusji zarzuciłem. Był raczej wysmakowanym wrażliwcem, który nie chciał dopuścić do swojego „źródła wysoko w górach”, parafrazując tu Tadeusza Micińskiego – czyichś brudnych, arbitralnych rąk. Podkreślał, że kiedy będzie tworzył własną muzykę, wszystko opracuje na niższych tonach, pracować będzie o dwa tony w dół, bo tu się rodzi przyjemność jego słuchu. Myślę, że odkrył własną jouissance i chciał ją przekazywać następnym, dalej, dzielić się nią, chociaż wiedział, że nie odda już tej samej przyjemności, której doznawał – nie wierzę w zwrotnik przedmiotowy, ale wierzę w porozumienie. Na spotkaniu przyznał się do swojej awersji do Fryderyka Nietzschego, a gdy zapytałem, jak zwykle, zaczepnie: Jazz tworzą ludzie? Czy bogowie?, odparował od razu: A jaka jest różnica? – wierzę, że nie dopytywał mnie wtedy, nie prosił o doprecyzowanie, że była to ironiczna odpowiedź, dokładnie taka, na jaką zasłużyłem. 

Nie mogę zapomnieć widoku jego krwi, kiedy któregoś dnia przyjął mnie kiedyś na Grochowskiej i zaciął się nożem przy krojeniu sałatki, obficie krwawił, pamiętam ręcznik kuchenny i sałatkę, krew i jej składniki, gdy myślę o Wojtku jako naczyniu, figura pisarza-naczynia jest zresztą dla mnie ważna od lat, myślę o tej krwi i tej sałacie. Pamiętam jego konflikty z ludźmi z Pienin, koc, który umieszczał mi na ramieniu, aby papuga, którą mi podsuwał, nie wpijała się w ramię. To, co najbardziej boli, to właśnie sam nagi fakt, że odnajdywał już swoją życiową oraz literackią jouissance… Mógł – również ku mojemu zdumieniu – stać się pisarzem, który pojęcie tzw. muzyki literatury, muzyczności słowa, symbolizacji ciszy wzniósłby na nowy poziom. Byłem skonsternowany, by nie powiedzieć, strapiony metamorfozą, którą przechodził – było w nim coraz mniej Norwida i Joyce’a – a więcej Leśmiana i Staffa. Arystokracja ducha przestała go bawić – może i słusznie, dzięki ostrości swoich wyborów odkrywał za to wielki, choć niepozorny na pierwszy rzut oka, „wieśniaczy jazz”. Tak wiele poświęcam mu uwagi, bo uważam, że w ten sposób Wojtek docierał do jądra swojej dojrzałej filozofii tworzenia – ten „wieśniaczy jazz” miał szansę powrócić w bardziej awangardowych realizacjach – już o wiele bardziej kojarzących się z Norwidem, chociaż na razie współtworzył aury. Niestety, moment, w którym radykalista i franciszkanista w nim połączyliby się, już nie nadejdzie – myślę, że stałoby się to szybko, możliwe, że w przeciągu pięciu, może dziesięciu lat, które nadchodziły – więc do własnej czterdziestki Wojciech Zamysłowski stworzyłby coś monumentalnego i imponującego. Śpiewałem Staffa „Zwycięzcę” z największym namaszczeniem i takie było życie – w taki sposób Wojtek opowiadał o swoim samoudręczeniu, a Leopold Staff – nabierał u niego charakteru dość piekielnej symboliki. Ale było dwóch Staffów, ciemny i jasny – i było również dwóch Zamysłowskich, ciemny i jasny. Jasny Zamysłowski – w swoich ostatnich miesiącach – z całych sił przemawiał… I nie było to uczciwe ukrywać, że jest to – właśnie staffowskie. Jest wielkość, która tkwi w rozdwojeniu, mimo tego, że wierzy w swoją pojedynczość, w to, co Derek Attridge nazywał „jednostkowością istnienia”. 

Od wczoraj jestem tymczasowym posiadaczem jego laptopa. Przeglądam materiały, które mogłyby zostać upublicznione w Polu. Natykam się na model fajki, którą palił w ostatnich latach, była to fajka Jean Claude no. 3, przeglądam również printscreeny, które zapisywał w pamięci dysku. Zaczynał od fascynacji Charlesem Bukowskim, jednak w ostatnim okresie bawił go Kochanowski, znajduję fraszkę „Na ucztę”, której z uśmiechem się przyglądam. Spodobały mu się renesansowe narzekania na opłatę za wypróżnienie. Drożej sram, niźli jadam; złe to obyczaje, może więc zbierał się w nim ton romainrollandowski? Wydawał mi się materiałem na Colasa Breugnona. Wszystko, co mu podsuwałem, jest na dysku, aż do dzisiaj – po lekturze jego opowiadań podsuwałem mu „Pożegnanie z mistrzem” Wacława Bojarskiego i oczywiście – Bojarski jest. Skoro zaś w ostatnim wpisie na blogu zachwalał „Ajasa” Sofoklesa, „Ajas” jest tu również, w dobrym krytycznym opracowaniu skany papierowego wydania. Pewnym odkryciem jest dla mnie Rabindranath Tagore, którego dość intensywnie czytać musiał, znajduję na laptopie „Pieśni ofiarne” w historycznym przekładzie Józefa Jankowskiego oraz „Głodne kamienie” w wykonaniu Mirandoli oraz Bandrowskiego. Wiele zdjęć fajki Jean Claude no. 3, przedłużenia Wojtkowej osobowości. 

A więc nie lubił Nietzschego, tak w każdym razie deklarował 3 lipca, ale mimo tego przywołał w motcie wiersza idiosynkrazje fragment Staffowskiego wiersza pt. „Kowal” – Bo wykonać mi trzeba dzieło wielkie, pilne, a każdy polonista – i studiujący, i z dyplomem – dobrze wie, „emanacją” jakiego modelu heroicznego jest „Kowal”. Spokój odnajdywał w medytacjach – ćwiczył praktyki Osho, wielkim wyzwaniem ostatnich miesięcy była dlań zresztą praca edukatora trudnej młodzieży (imponowało mi to, miał determinację, a także powołanie). Pracował w Środowiskowym Ognisku Wychowawczym Towarzystwa Przyjaciół Dzieci na Grochowskiej. W związku z muzyką, gitarą, rytmem – interesowała go teoria dźwięków, atomów i strun – widać to w zapisywanych na laptopie printscreenach, gdzie porównywał wielkości strun – i dźwięków po obu granicach słyszalności – nadmieniam to ze szczególnym nacisku, ponieważ jestem przekonany, że posiadało to głęboki związek z wizją muzyczności dzieła literackiego Zamysłowskiego. W rzucie nieokreślonej intuicji przeglądam przed odesłaniem tego eseju niezapisane lub tylko automatycznie (maszynowo) zapisane dokumenty Word należące do Wojtka. Gdzie może znaleźć się na nie miejsce, jeżeli nie w czyimś wspomnieniu, trudno mi wyobrazić sobie większy z nich pożytek (a są wartościowe): My – nauczeni zaczynać od tego, co było. Tak, zaczynać od tego, co było (ta fraza nawet już nie dziwi, nie kłuje chyba w uszy). Zacząć od tego, co było, jak rozpocząć lekcje dodawania przybliżeniem działań na odejmowanie. To jak powiedzieć Jasiowi „Biegnij, Jasiu”, doskonale wiedząc, że Jasio nie dobiegnie. W prozie, którą zatytułował „Sesilu” (a więc „drzewo popiołu”), czytamy w pierwszym akapicie bardzo namacalny autoportret, mi osobiście przypominający autonaturalizm Janusza Żernickiego: 

 

A-ta-ki: opuchnięta para dnia bucha we mnie, lub ze mnie, to jednak żadna różnica. Ten osłabiający moment, który co rano oznajmia mi, że jestem. Przez moment nie wiem, kim jestem i słabiej widzę. Nie uniosę świata, choćby nie wiem, co mi w tej chwili zrobić. Wszystko jest spuchnięte. Nieprzyjemne. Niezachęcające do współpracy, jak kandydat na budowlańca, który nie strzelił sety czystej przed dniem próbnym. 

 

Pozostając tu w klimacie biografii poety z Ciechocinka, Warszawę można by chyba nazwać „Tężniopolis” Wojtka, zaś Pieniny, do których trafił – ucieczką z warszawskiego „Tężniopolis”. Wiersze Wojtka były „tężniopolskie” i bardzo wiele owego „tężniopolstwa” zabrakło, gdy 3 lipca promował „Aury pienińskie” – wydawał się z doświadczenia tej „tężni” zwolniony. Wolny. Kocham zapach burleya o świcie, pisał w „Gawędzie o wolności”, rzecz jasna, niedokończonej. I dodawał Na moje leki musi być posiłek – przed, w trakcie albo potem. Byle nie zamiast swojej z życia godziny. Ona jest krzepkim trzonem, wiatrem dla liści, ziemią, gdy korzonek nośnikiem – jak na moje.  Coś trzeba zrobić, poczciwy Atlasie, żeby to jednak unieść. By nie zmiażdżyło Cię niebo życia. I jeszcze gdzie indziej, wyłącznie pięć pozostawionych linijek: Nie tak miało być. Nie tak, kurwa, miało być. Miałem poświęcić kilka miesięcy życia po to, żeby było mi potem łatwiej, żeby mieć jakiś realny oręż, żebym był permanentnie przekonany. A teraz klęczę z rękami na głowie i tak wygląda moja walka. Jest to walka na kolanach. Nie mówili, że będą działy się takie rzeczy? Prawda, przestrzegali, przed potęgą, ale nie był to miarodajny obraz. Oj, nie był. Co jeszcze na tym dysku do podawania dalej? Koło kwintowo-kwartowe, choćby, skan jakiegoś ozdobnego papieru wyglądającego chyba na czerpany, z wierszem „Scenariusz Plancka” z 2 czerwca 2025 roku: 

 


 
tylko puch i chwyt. 
ach! Delikatność ich piór –  
lot – ani dźwięku – – 
 
II 
 
piękna to śmierć – zbyt 
krótka, by stworzyć scenę, 
pod zmysł przewiewna – – – 

 

Dopisek pod tekstem głosi zaczepnie, że to z podań pienińskich małych zwierząt futerkowych. Jest jeszcze „Dym”, cztery rozdziały powieści, którą Wojtek zaczął stopniowo rozpisywać… I żeby jeszcze w jednym względzie była tu jasność nad jasnościami: nie ma mowy tutaj, i nie będzie – o tym, by akceptować jakąkolwiek chorobę – pisze Wojtek w pierwszym rozdziale „Dymu”, zatytułowanym „Homo inventus” – w jednym z ostatnich zdań, a słowo „chorobę” jest dodatkowo podkreślone. 

 

Warszawa, 28 VIII – 3 IX 2026 r. 

 

 

Karol Samsel


 

CZYTAJ TEŻ