ŻYCIE ABSURDEM, DZIEŁO ZNAKIEM

Robert Sosnowski,
"Połączenia",
Wydawnictwo: Biuro Podróży i Reklamy, Warszawa 2025, 212 stron


 

 

Najpierw przeczytałem powieść z pliku elektronicznego, niebawem otrzymałem wydanie książkowe; dopiero tam, na czwartej stronie okładki, mogłem się zapoznać z odautorskim przesłaniem, z którego się dowiaduję, dla kogo m.in. jest ta książka: Dla zdziadziałych, nihilistycznych, europejskich i posteuropejskich elit na manowcach rezygnacji lub medytacji, zmęczonych podróżowaniem i doglądanie swoich degradujących się majątków 

Nie dla mnie więc jest przeznaczona ta powieść. Chociaż, gdyby się tak zastanowić, może jednak, skoro: A jeszcze bardziej dla tych nie mających nic, którzy właśnie wrócili z pogrzebu swojej nadziei (…).  W cytowanym przesłaniu wiele jeszcze smaczków, szyderczych dedykacji, skreślonych piórem inteligentnego autora, artysty plastyka, który – co wyznaje – pisaniem pierwszej i na razie jedynej książki łagodził skutki stresu w przeciągającym się czasie rozpadu małżeństwa. 

Mam o „Połączeniach” własne zdanie, zachowałem notatki z lektury czynione zanim jeszcze sprawdziłem, co o tej książce piszą inni w rozmaitych internetowych rubrykach. Te głosy skupiają się głównie na poinformowaniu, że tematem są przygody grupy przyjaciół mieszkających w starym domu z ogrodem. Ambitniejsi napomykają o specyficznej konstrukcji utworu, nawiązując do rodzaju sztuki z kręgu performance, uprawianej m.in. przez autora. Wymieniane są skrzętnie imiona postaci zaludniającej powieść. Główne osoby utworu mają właściwie skrawki imion, jednosylabowe, jak gdyby celowo słabo dźwięczące. Są młodymi artystami, intelektualistami, początkowo nie dającymi się łatwo scharakteryzować. Ich domeną jest młodość, siłą – życie w grupie. Najczęściej wspólnie przygotowują posiłki, wspólnie jedzą, wspólnie konfrontują się z rodzicami, z tymi odwiedzającymi ich czasem oraz z innymi: cieniami zapamiętanymi z najważniejszych momentów z dzieciństwa. 

Nie dość tego – wspólnie tworzą. Na oczach świadków, w rozległym ogrodzie. Można odnieść wrażenie, że praca twórcza w skupieniu jest poza ich wyobrażeniem. Czują się pewnie, gdy w czasie procesu tworzenia mają kontakt z odbiorcą. 

Owszem, pragną zaistnieć. Zdają sobie jednak sprawę z bastionu, który otacza sale wystawowe, media i rynek sztuki. Że ograniczenie ruchu dotyczy każdego, kto się wyłamie, kto się nie dostosuje do „obowiązujących” trendów. Za mało czasu na kształtowanie własnej postawy twórczej, wszystko wokół toczy się błyskawicznie, trzeba więc albo doszlusować, albo wyskoczyć z czymś, co zaskoczy! Ażeby jednak była możliwa realizacja mocnego przedsięwzięcia, niezbędne są środki. I to niemałe. Jeden z bohaterów „Połączeń”zajmujący szczególną pozycję wśród podopiecznych autora, absolwent Akademii, zarabia na życie (swoje i grupy przyjaciół) produkcją sprężyn, zawiasów i metalowych części do plastikowych toalet toi-toi. Pracuje na przedwojennej machinie, którą odkrył, zarzuconą, na tyłach ogrodu. Dopiero z tej roboty, wykonywanej obok pracy artystycznej, można wyżyć; można przyrządzać potrawy jarskie, pić niezłe wino, palić to i owo, oglądać klasykę światowego kina w kameralnym kinie domowym, korzystać z uroków tego w miarę wolnego życia. 

Jakieś uczucia ukrywane są głęboko. Zdaje się, że wzajemna sympatia, łącząca młode kobiety i młodych mężczyzn otacza barierą ochronną wyrywne serca, może nie uniemożliwiając, ale spowalniając takie zbliżenia, których konsekwencją byłyby zobowiązania. O tym za chwilę. Tymczasem co z twórczością uprawianą najchętniej w plenerze, na ludzkich oczach? 

Pau maluje obrazy na prace zaliczeniowe w Akademii. Zdaje się zapominać o tym, że kontemplacja to w pracy artystycznej ważny warunek stworzenia czegoś, co będzie miało co najmniej cechy indywidualne. Dlaczego tak? Bo przecież trzeba coś wymyślić. Najlepiej jakbym przyniosła swoje obrazy ze strzałą wystającą spod żeber. A jeszcze lepiej, żeby to były postacie narysowane za pomocą moich wnętrzności. 

Pracę dyplomową, wykoncypowaną przez Pau, członkowie grupy zrealizują wspólnie i z narażeniem życia. Nocą, na starym murze, w doglądanym przez strażników newralgicznym punkcie stolicy namalują wyszukanym liternictwem hasło „Zanim umrzesz, upewnij się, że nie żyjesz”. 

Dramatyczny opis akcji jest świetnie naszkicowaną sceną. Zwłaszcza że jego niejako trzon stanowi zetknięcie się fizyczne ciał Alla i Pau w momencie, kiedy udają zakochanych w uścisku, aby odwrócić uwagę przechodzących strażników od przestępczego uczynku i dowodów w postaci utensyliów malarskich rozstawionych pod murem. Tu już przestają obowiązywać normy narzucone przez reguły życia we wspólnocie: solidarność, ale bez romantycznych uniesień, nie na miejscu i przecież bez przyszłości. 

Czworokąt złożony z młodych: Jan i Pau, Ma i All. Deformują się jego kąty; kwadrat na oczach czytelników zamienia się raz w trapez, raz w romb. I tak by to trwało, akcja powieści stawałaby się monotonna, bliska zatracania się sensu, gdyby nie postać Profesora. Starszego artysty, który nie śmierdzi ani starością, ani kwaśnym odorem trawionego alkoholu, ubranego a to ekstrawagancko, choć z klasą, a to jakoś jakby w stronę dziadostwa, przyprowadziła Ma, mistrzyni szachów. Zawarła z nim znajomość, kiedy ją niespodziewanie dla wszystkich ograł, na poczekaniu zaimprowizował dobry wiersz, poczęstował ją jarzębiakiem, a przy blancie, którym się zrewanżowała, w ripoście na słowa podziwu Ma na temat jego talentów, przedstawił się: „Akademia Sztuk Pięknych, wydział rzeźby”. I już wiedziała, że on to ten sławny. 

Świetnie sportretowany przez Roberta Sosnowskiego Profesor okaże się szczupakiem wpuszczonym do stawu karpi; ożywi towarzystwo, rozszerzy horyzonty młodych, dotychczas ograniczanych niemożnością wyjścia poza schematy, będzie gościem oczekiwanym, przez pewien czas nawet domownikiem (we własnoręcznie skonstruowanym szałasie) i towarzyszem wspólnej pracy twórczej. 

Co nie znaczy, że nie przywłaszczy sobie pomysłu jednego z członków grupy (nie podaję jego imienia, bo to akurat nie dotyczy sprawy, ponieważ nie ma mowy o dochodzeniu praw do autorstwa), zrealizuje go i własnymi kanałami wystawi w Bazylei, a wpływami przecież będzie się jakoś tak naturalnie dzielił z gromadką młodych. Wprowadzi ich także w szerszy świat, urządzając podróż do Sopotu, gdzie towarzystwo ugości przyjaciel Profesora, szara eminencja Mikołaj Ziemiański vel Ziemiński, gwiazda salonów, bywalec ekskluzywnych programów telewizyjnych. W jednym ładnym zdaniu przedstawia autor fizyczny portret Mikołaja: Zmarszczki na całkiem jeszcze przystojnej twarzy były w większości śladami zdarzeń i przeżyć, których sam sobie życzył. 

Spędzą bogate w używki, ekscentryczne, tyleż upojne, ile męczące noce i dnie w letnim domu Mikołaja w Juracie. 

Życie się toczy, Ma, zaproszona na prestiżowy konkurs szachowy do Nowego Jorku, wygra mistrzostwa i zgarnie sporą sumę dolarów, z których trzy czwarte przeleje na konto warszawskich przyjaciół. Solidarny ten gest paradoksalnie doprowadzi do osłabienia więzi między pozostałymi; jeden cichaczem wyciągnął z tej puli trochę więcej niż powinien itp. 

All się odsunął od grupy i na całą zimę zaszył się w samotni. Żył jak mnich. Raz tylko go odwiedził Profesor. O czym mówili, nikt poza nimi nie wie. Wiosną, z własną częścią pieniędzy, ruszył w świat. Podróżował, działał już całkiem sam, na własny rachunek. Pracował dorywczo, sypiał w historycznych ruinach i w eleganckich hotelach; jego wyobraźnia nie próżnowała. Po powrocie przez dwa miesiące intensywnie pracował twórczo, rzeźbiąc w kamiennej bryle kolosalną czaszkę hominina. 

Sensacyjna informacja, którą podały wszystkie środki masowego przekazu, po kolei docierała do każdego z byłych przyjaciół, zastając ich w różnych miejscach i okolicznościach: w wykopaliskach archeologicznych na wyspie Chrząszczewskiej koło Kamienia Pomorskiego odkryto czaszkę boga. Odkrycia dokonało dwóch archeologów. 

Zdjęcia odkrywców, które następnie obiegły publikatory, wywołały jeżeli nie szok, to konsternację wśród członków dawnej grupy. Oto na fotografiach widnieli All i Profesor. 

Niebawem ci sami archeolodzy ujawnili, że odkrycie było fałszerstwem, ale też i częścią eksperymentu socjologicznego. All we fragmencie rozmowy w TV: 

– Dziewięćdziesiat sześć procent ankietowanych uważa, że kluczową wartością nowego porządku spirytualnego powinno być dobro, a osiemdziesiąt dwa procent wskazało na pokój. 

A żeby w patosie pięknych humanitarnych stwierdzeń nie było śladów sztuczności przynależnej do li tylko eksperymentu, otrzymujemy odautorskie zapewnienie, że All – za sprawą wpływów, przenikania, fascynacji, może miłości – doświadcza tego, czego przez wiele lat doznawała Ma. Na jawie zobaczył dwa punkty, jeden nieskończenie mały i drugi nieskończenie duży, które zaczęły powoli zamieniać się wielkościami. Z taką wizją można przystąpić do zmieniania świata. Tego, którego rytm zakłóca jakiś sztuczny narrator, który – może nie tylko w tej powieści – wnika w wolną wolę swym pozornie racjonalnym rozumieniem biegu wypadków. 

 

 

 Marek Sołtysik


 

CZYTAJ TEŻ