Wspomnienia

Spisała Renata Bożek


 

Portret z czasów służby wojskowej, wczesne lata 50-te XX wieku

 

Dziesięć lat wtedy miałem. Gdzieś o godzinie drugiej w nocy partyzanty przyjechały do Karpiówki. Jechały od strony Zamościa, prawdopodobnie miały zatrzymać się w Słodkowie Trzecim na odpoczynek, ale dojechali do Karpiówki i zatrzymali się tutaj. Skąd to Niemcy mogli wiedzieć? Podobno zabili dowódcę grupy koło Zamościa i przechwycili jego plany. Pociąg z Lublina przyjechał, stanął koło torów i zaczęli okrążać Karpiówkę. 

Spryszak spał u nas, bo moi rodzice i starszy brat byli na weselu w Blinowie.  O godzinie drugiej bije ktoś mocno w drzwi, Spryszak otworzył, weszło dwóch Ruskich. U nas było zimno, bo nie napaliłem w mieszkaniu, bo cały dzień się woziłem na sankach, to i mi się nie chciało napalić. I te partyzanty widzą, że zimno w mieszkaniu, ale zobaczyli, że Spryszak ma dobre buty, to wołali, żeby im dał. Sami byli w onucach, prawie bez butów. Ale Spryszak się sprzeciwił, że ma tylko jedne i dać nie chciał, to wyszli gdzieś do sąsiadów, do Świądra. Spać już nie spaliśmy i może koło czwartej wyszliśmy z domu. Słyszymy, że drogą leci jakiś chłop i krzyczy: „Partyzanty niech uciekają, bo Niemce wieś okrążają”. Jedne wierzyły, inne nie, były porozbierane, ale w końcu zaczęli uciekać w górę do lasu. Ale tam już czekali Niemcy i zaczęli strzelać, jednego Ruskiego zabili na Żabowym. Spryszak wyszedł na gościniec, ale w końcu wrócił do domu i potem uciec nie mógł, bo Niemce otoczyły wieś.  

Trochę się bałem, bo strzelały, ale w tym momencie przyszedł partyzant Polak, pytał, czy ktoś jest z ich, ale nie było, to poszedł w kierunku Żabowych Dołków i tam jego też zastrzeliły. W oknie stałem, strzałów było coraz więcej, to pomyślałem, że polecę do sąsiada Spryszaka. Wsadziłem drewniaki, na siebie wełnianą chustę i wyleciałem na ogród, ale z drogi Szwab krzyczy: „Halt” i macha ręką: „Komm”. No to poleciałem do niego, jak mi kopa zasunął, to ledwie się podniosłem. Koło Świądrów chmara ludzi stała, to dołączyłem do nich. Nie pamiętam, żeby było zimno. Gnali nas w koniec wsi. Gdy byliśmy koło Plichty, widać było Niemca, jak podpalał mieszkanie, ale nie chciało się palić, to przyniósł benzyny, chlusnął na strzechę, błysnęło i zaczęło się palić. Samolot krążył nad wsią.  

Dognały nas do Lenartowej sadzawki, zegnały wszystkich. I zaczęły wyczytywać nazwiska z listy, co przygotował im Romański. Romański to nie oskarżył, że tu są partyzanty, bo nie miał kiedy się dowiedzieć. On wydał tych, którzy z partyzantami mieli coś do czynienia: Koszałki, Krzysztoń Józek, Kawęckie. 

Szwab czyta, ale nikt się nie zgłasza. Najpierw wyczytał sołtysa – nie ma. Pomocnik sołtysa – wystąpił Czuliński, jeden z wygnańców. Rada sołecka – nikt nie wystąpił. Tylko pomocnik, to go zastrzelili. Nikogo z listy nie było, a nawet jak kto był, to nie wystąpił. Tylko Koszałki wystąpiły oboje, ale to było tak, że Niemiec czytał niewyraźnie: „Kosatka”, ale Zdyb poprawił: „Koszałka”, to oboje wystąpili i przesunęli ich na lewo. Niemcy zaczęli przebierać w ludziach, najpierw młodych chłopów. Który młody, to go na lewo, który starszy to go pałą i do tyłu. Mnie wujek Krzysztoń, brat mamy, trzymał za rękę, dostał wujek pałą i przeszliśmy na tył. 

Przebrali wszystkich, w dwójki ustawili, przeliczyli i jeszcze dobrali, mojego wuja też zabrali. Taki młody chłopaczek był, Pikuła Janek, miał niecałe 16 lat, to jego też wzięli. Kania Bronek, co teraz jest Kowalik, był w chustce zawity. Jak już po spaleniu ludzi, a my cały czas staliśmy koło sadzawki, wrócili i wybrali dwóch starszych chłopów, żeby zajęli się pochowaniem zabitych. Ale Kania nie słyszał i chustkę sobie ściągnął z głowy, Niemiec go zauważył, wyciągnął na bok. Zabrali go i przepadł.   

No i jeszcze ominąłem, najważniejsza sprawę ominąłem, ale to nic. Dopowiem teraz: jak już wyczytali z tej listy, to jeszcze wybrali sześć panienek i siódmą kobietę z małym dzieckiem na rękach, najładniejszych ze wsi. Pognali je na koniec wsi, tam gdzie ten Niemiec był zabity.  

Partyzanty chciały iść do lasu, nasze chłopy też z nimi uciekały, ale Niemce strzelały. Podbiegło dwóch Ruskich, młodych chłopaczków z karabinami, zapytali: „Szto, Gierman?” Niemce były za sokorami, to jeden partyzant strzelał, drugi podczołgał się na brzuchu przez dwa ogrody, zaszedł jednego z tyłu i go zastrzelił, drugi uciekł i wtenczas otwarta była droga do lasu. Ale były takie, co się wróciły i poginęły. 

A te dziewczyny pognały do mieszkania, do Balwendrowej chałupy, nie pamiętam, ale chwilę czasu to trwało. Potem gnali ich nagusieńkich po śniegu, ubrania niosły w rękach, tak były ze sto metrów od ludzi,  trochę dalej od twoich dziadków chałupy [do końca pierwszej dekady XXI wieku między cmentarzem, czyli miejscem kaźni mieszkańców Karpiówki a gospodarstwem moich dziadków Królów nie było żadnych zabudowań, tylko trzy pola uprawne – przyp. R.B.]. A potem zagnali je do obory, były już ubrane, to musi Szwaby kazały im się ubrać, i wtenczas przyszli do ludzi chłopów wybierać.  

Wzdłuż drogi było mieszkanie Balawendrzychy, a z tyłu była obora. Jak zagnały ludzi do obory, ustawiły cekaemy naprzeciw i popaliły oborę. Ludzie śpiewały, modliły się, jakoś wyważyły drzwi i zaczęły wyskakiwać, a już się dobrze paliło, a wtedy Niemce strzelały z broni maszynowej, jak śledzie padały na siebie. Koszołczyno wyskoczyła, dwie kule dostała w ramię, śnieg na nią spadł, a potem nieboszczyki. Pamiętam, jak Niemce odjechały, to ona wstała i szła trzymając się za ramię, do ludzi. Mrozów Maniek jęczał okropnie, bo dostał serię, jeszcze parę godzin żył. 

Akcja skończyła się, jak słońce zachodziło. Pamiętam takie czerwone słońce. I samolot krążył and wsią, tak od rana. A na koniec rakietę wystrzelili do góry i samolot odleciał.  

 

Jak podpalali,  to wyganiali konie i krowy, świń ani psów nie.  

Spryszak to był cały poopalany. Jak odjechały Niemce, to każdy zabierał swoich nieboszczyków do domu. Koło nas to po kolei zginęło po dwoje, troje z domu. 

 

Z kolegami ze wsi, początek 50-tych XX wieku, Aleksander stoi w środku

 

Pół roku później, lipiec, gdy szedł front, to u nas się wszystko spaliło. U nas było trzy motory Niemców, a u sąsiada stała kuchnia. Samoloty rosyjskie zauważyły tę kuchnię i zrzuciły bombę, to się zapaliło u nas, u Świądra, Wtykły, Nowaka. Pamiętam, że ja byłem w lesie w tym momencie, dużo było ludzi, to zaczęły z samolotów strzelać, aż liście leciały, pewnie myślały, że wojsko się ukrywa. Ja już byłem przy polu, patrzę, a się tam pali. Polecieliśmy do domu, ale nic się nie dało uratować, wszystko się spaliło. 

Niemce co u nas były, swoje wszystkie rzeczy zabrały, ale się wróciły, żeby ratować. Przez okno wyrzucały, co się dało: pierzyny, garnki, stołki. Wiem, że macocha płakała, a oni powtarzali: „Rus, Rus”, że to Ruskie zrobiły. 

Były dobre Niemce, bo Mazur Władek, mój brat Edek, Piechnik Janek u Mazura w ogródku wykopały sobie schron, posadziły groch tyczkowy nad tym, jak weszły, to ktoś ich nakrywał. I wtenczas, gdy Niemcy przyjechali w lipcu, też się tam schowali. Od Wtykła był lufcik zrobiony, żeby miały na powietrze. Na drugi dzień, jak Niemce były, poszedłem tam ja z jedzeniem dla nich. Niemce nasmażyły jajecznicy, było w garnkach u nas, macocha dała garnuszek tej jajecznicy, parę pajd chleba i trochę herbaty i mówi: zanieść im. 

Podszedłem do lufcika, rozejrzałem się: nikogo nie było, spuściłem im napój, potem jajecznice, wstaję, a Niemiec stoi za mną i patrzy, co ja robię. Struchlałem, bo myślę: rzuci granata, a on spojrzał na mnie, uśmiechnął się, nachylił się, spojrzał w luft, pokręcił głową i poszedł sobie. Ja do nich mowie: wyłaźcie, bo Niemiec widział was, jeszcze granata wrzuci i was wybije. Ale nie wyszli, a on nic nikomu nie powiedział. 

Pamiętam, byłem u Wtykła i portrety tych wymordowanych wisiały na ścianie. Niemiec pyta się, gdzie oni są. A ona mówi, że Niemcy wystrzelali ich, wybili, na to zatrwożył się, pokręcił głową, i zaczął pokazywać, że on też ma dzieci. Te frontowe to były inne Niemce.  

 

Zdjęcie ślubne, 1955

 

Robiły wódkę: wiadro czyste wzięły, nalały wody, z torebek jakąś mąkę sypały, wymieszały, jaj nabiły, żółtek, cukru nasypały, na ogień postawiły, jak zrobiło się takie żółte, ponalewały w butelki, a resztę dały mi, żeby spróbować jeść. Poczułem, że to wóda była, zjadłem jedną łyżkę, drugą, śmiały się, odstawiłem i więcej nie jadłem. A one postawiły sobie na stole, otworzyły konserwy, śmiały się. Ich było sześciu u nas. 

 

W czasie wojny często przyjeżdżały, a to dlatego, że tu był Plichta, bandyta, co go szukały.  Ale jak on był na wsi to złodziejom-partyzantom nie pozwalał buszować po wsi, zabierać świń czy jedzenia. On był sam, w grupie nie był, sam się obijał, może tam kogo miał do pomocy, ale w organizacji to chyba nie był żadnej. Żonę tu miał, dzieci, w lesie miał dwie ziemianki, do domu przychodził nocą.  

Najpierw on siedział na zamku w Lublinie, ale jakoś wydłubali dziurę w cegle, podarły kalesony, koszule i uciekli. To znaczy Leon Plichta uciekł, bo ten drugi się zabił. Bo jeszcze Plichta nie doszedł do ziemi, a ten drugi z Blinowa już chciał schodzić i sznur się urwał. Plichta go doniósł na łąki, ale tam już umarł.  Niemce go ścigały, pamiętam, jak przyjeżdżali. Braci miał dwóch i jego brat Jasiek Plichta skarżył na Leona do Niemców, to był taki szpicel rodzinny, leciał do Niemców, że Leon przyjdzie w nocy albo że ma w nowym miejscu ziemiankę w lesie. Pamiętam, jak do naszego ojca przychodził ten Plichta, to opowiadał, jakie te Niemce dobre, kamasze mu dały, ubranie mu dały. No i pewnego razu  doniósł Niemcom, że dzisiaj Leon na pewno będzie w nocy. Niemce mu powiedziały, że jutro rano przyjadą. I przyjechali skoro świt. Pamiętam strzały. Zabrały ojca na podwórko, jeszcze tego, co skarżył i jeszcze jednego brata, i ich rozstrzelali. A Leona nie było. 

O co im poszło, to nie wiem. Ale mieszkało ich tam dużo, to się i kłócili. Ojciec mieszkał, brat żonaty mieszkał w jednej chałupinie.  

Leon dłuższy czas żył. Zabiły go w lecie. Przychodził do żony, spali w stodole i ktoś dał znać, że Niemce przyjechały do wsi, a on podobno powiedział: „Dosyć mam tej ucieczki”. Adela, jego żona poszła do domu, a gdy on wyszedł, Niemce już za stodołą leżały. Wyszedł  z bronią, ale nie strzelały do niego. Gdy uciekał w stronę Gryty, tam był taki płot, przechodził przez ten płot i wtedy zaczęły strzelać, podziurawiły go i zginął. Potem zapanowało tutaj bezkrólewie, pamiętam, że różni partyzanci przychodzili kraść świnie.  

Bronek Winiarczyk, co u Pudła był żonaty, to też był partyzant, on był w PPR, on był rusznikarz, fachowiec, po wyzwoleniu sami swoi go zabili. Pod gościńcem na swojej drodze go zastrzelili partyzanci czy złodzieje, ale czego go zastrzelili, to nie wiem. 

 

Romański to był szpicel niemiecki, wiedzieli, że przekazuje Niemcom. Dla zysku robił, bo za każdą osobę otrzymywał, tak w piosence było, sto złotych. Jak pojechał Janek Koszałka, ten, którego ojciec zginał podczas Akcji, a matka jedna się uratowała,  do młyna w Stróży, miał 18 lat, i ten Romański go tam wypatrzył, poszedł do browaru, tam gdzie teraz sklepy, gdzie Niemcy przyjeżdżały na piwo i powiedział, że bandyta Koszałka jest we młynie. Przyszły, zabrały go i przepadł. To było niedługo po Akcji. Został młodszy Kazik, 17, 16 lat, on się ukrywał, bo był na liście, on postanowił się pomścić za brata, za ojca. Miał kolegę Spryszaka ze Słodkowa Trzeciego, poszli do Stróży, bo ten Romański tam często z Niemcami przesiadywał, i wtedy też był. Czekali na niego, jak wyszedł, capnęli go, wzięli pod pachę, podprowadzili na most, strzelili, za łeb, za nogi, do rzeki wrzucili. Potem taka piosenkę ktoś ułożył: „I taki pogrzeb mu sprawili, że po śmierci do rzeki rzucili”, to długa piosenka była. Uciekli i choć Niemcy ich gonili, to nie złapali. 

 

W Stróży było dużo Żydów, Szmule, Joski były. Pamiętam, ojciec ze Szmulami dobrze żył, to jak Niemce zganiały ich do Kraśnika, przyjechał do nas na furmance, pamiętam, że tam była Hafci, taka była dziewczyna, taka piękna, taka ładna, choć ja mały byłem, to napatrzeć się nie mogłem. Szmul chciał, żeby ojciec go przechował, ojciec się bał, rozmów szczegółowych nie pamiętam, ale ojciec powiedział, że nie przechowa ich, bo nie ma warunków na przechowanie. Chałupa jedna stała, bez piwnicy, bez jakiejś kryjówki. Pojechali i zostali wybici przez Niemców. To był strach, gdyby Niemcy się dowiedzieli albo kto doniósł, to by nas wszystkich na miejscu rozstrzelali. Pod Kraśnikiem to trzymali Żydów, ale mieli warunki.  

 

Plichta przechowywał i zabił. Były zabite pod lasem ordynackim, ale Plichta to chyba nie [zabił ich – przyp. R.B], bo szybko go Niemce zabrały na zamek, potem sam się musiał ukrywać.  

Był wygnaniec u Ciulińskiego [Czulińskiego], on był w partyzantce, jego szukali Niemcy, często wpadali i on przeżył, po wojnie generałem był w Warszawie, Wyderkowski. Pamiętam, że tu przyjeżdżał i trochę pomagał, emerytury czy coś. Pamiętam, że ci hitlerowcy przyjeżdżali, co w Akcję wybierali ludzi, uciekałem, bo tak się ich bałem. W tych czapach przyjeżdżali.  

Partyzantki prawdziwy to u nas nie było. Złodzieje były. Pamiętam, że do nas też przyszli złodzieje właśnie, ojca zlali trochę i mówili, żeby oddał broń, ale broni nie miał, to żeby oddał buty i broń, nie oddał, ale go zlali. To były trudne czasy, Niemcy zabierali świnie i zboże, u nas w stodole była ziemianka wykopana i tam się je trzymało. Bo jak Niemcy jakąś znaleźli w oborze, to od razu kolczykowali, zapisywali i trzeba było oddać. Z drugiej strony, zabierali partyzanci. 

Po Akcji jak zobaczyłem Szwaba, to bałem się jak nie wiem czego. Jak mi teraz Tusk gada, to ja wyłączam telewizor, bo to też Szwab. Jego dziadek to był Wermacht i tak sobie myślę: a może ten dziadek tu był na Akcji i mnie wtedy kopnął, bo ten Szwab to po polsku do mnie powiedział. 

 

Z żoną Leokadią, synem Wiesławem, ks. Dwornickim i córeczką znajomych

 

Po spaleniu u nas na ogrodzie się spało. A w nocy Ruskie szły, bo strzelały z armat, jak pocisk się rozerwał, to nas przysypało ziemią. Do Świądra do piwnicy żeśmy uciekli i przesiedzieli noc. A rano już Ruskie lecą, całują się i krzyczą: „Giermana niet”.  

Pod lasem czołg niemiecki został, to my chłopaki polecieliśmy tam, a już Ruskie jechały, wygoniły nas i powiedziały, że mina wybuchnie, żeby uciekać, i ten czołg rzeczywiście był podminowany. Potem go wysadziły, aż sosny były ponacinane. Ta armia to biedota była, karabiny to na sznurkach miały, to nie kpiny, jak się pasek zerwał, to na sznurek zawiązał, bo nie miał na co. Po wyzwoleniu to się dobrze zachowywali, pamiętam, że jeden taki Ruski był, nazywaliśmy go Ślepa Kaśka, na jedno oko widział, jak trzeba było coś furmanką przewieźć, to on się rzucał, jak ludzie nie chciały jechać. Ale reszta to spokojna była, w rowie stały  samochody, gotowały se w wiaderkach kaszę jaglaną na wodzie, czym krasiły, to nie wiem, bo nie widziałem. Kije zabiły nad ogniskiem, wiadro powiesiły i gotowały sobie, grzeczne były. 

 

Ojciec to lubił jeździć po świecie, to [odbudowaniem chałupy] zajął się Edek, starszy brat. Na torze Niemce podwieźli dużo podkładów, bale i mój brat z dwoma kolegami tych podkładów nanieśli najpierw na Przymiarki, a potem na wieś. Trochę drzew ze swojego lasu mieli, potem przyszedł taki chłop z Blinowa i chałupę wybudował. Była kuchenka wykończona, a drugie mieszkanie i trochę mniejsze było niewykończone. Potem macocha chciała wziąć dla siebie wszystko, a to przecież Edek wybudował. Chcieliśmy dać jej morgę pola, bo pieniędzy żeśmy nie mieli, ale ona nie chciała się ugodzić. W końcu tatusiowa siostra mówi z wujem: „przyjedziemy, połowę oderżniemy i koniec”. Przyjechały i tak zrobiły, Edek zabrał do Pyzika, tam był żonaty. Ale macocha poszła do sądu, sprawę zrobiła i sąd nakazał jej oddać. Przyjechał komornik, milicja, ale myśmy wcześniej wiedzieli, bo przyszło zawiadomienia. I wywieźliśmy to wszystkie drzewo do Brodoskiego, złożyli. Milicjantom powiedzieliśmy, że drzewo sprzedaliśmy, potem zabraliśmy to ze Słodowa i mieszkanie postawił sobie Edek w Pniakach. 

Ja mieszkałem u cioci, mamusiny siostry na Kolonii, aż się ożeniłem. Macocha to był drań okropny. Pamiętam, jak byliśmy jeszcze razem, choć osobno, gotowaliśmy sobie jeść, bo ona mówiła, że nie będzie na nas prać, gotować, ani nic robić, to podsłuchałem, jak mówiła ojcu: „weź tego starego skurwysyna zabij, to będziemy mieli spokój”. Znaczy się dziadka. Bo on miał trzy morgi pola i zapisywał i odbierał. Tu przyszedł i najpierw zapisał na macochę, a potem chciał odejść i jej zabrać. I ojciec jego zabił. I myśmy musieli odejść, bo i z nami by to samo zrobiła. Ona miała syna swojego. 

Jak mamusia umarła, to ja miałem trzy lata. Pamiętam, jak mamusia przyszła do mnie, ludzie nie wierzą, ale ja to wiem. Wiem, że już macocha była, ile to było po pogrzebie, to nie wiem, w nocy spaliśmy z bratem na łóżku, ojciec z macochą po jednej stronie, a my po drugiej. I w nocy się obudziłem i patrzę, i tak mamusia przyszła, jak chodziła na co dzień, chusteczkę miała zawiązaną, i nade mną stała, twarzą na mnie patrzała. Przykryłem się pierzyną, bo się bałem, duszno mi się zrobiło, wychyliłem się, patrzę: nie ma, patrzę: jest przy drzwiach. Wołam: „Tato, tato, mama do mnie przyszła”. A ona szła powolutku w stronę drzwi. Więcej już nie przychodziła. Ludzie mówią: „A zwidy miałeś”. Ale to mi się nie zwidziało. A macocha na początku, jak byliśmy małe takie, to jako tako się opiekowała: prała, gotowała, skłamać nie mogę. Ale jak żeśmy dorośli, to już było gorzej. W Kraśniku chodziłem do roboty do Sowy, nie miałem jeszcze 18 lat, zarobiłem na ćwiartkę świni i dałem ojcu, ale jak wróciłem z roboty, to nie było w domu nic do jedzenia, szukałem, to chleb był schowany na łóżku. Jednego razu przyszedłem, chleba i słoniny sobie ukroiłem, siedzę i jem, a ojciec jak wpadł, szczęście, że Bolek Nowak był, bo tak to nie wiem, co by mi zrobił, wyrwał mi słoninę z ręki, a ja uciekłem z domu.  

Niedługo potem poszliśmy z Edkiem na osobne, mieliśmy swoją chałupę, to znaczy pokój w chałupie, po drugiej stronie mieszkała macocha z ojcem i swoim synem. Ja zacząłem jeździć do Lublina do roboty, hydraulikiem byłem, a Edek konia miał i jeździł nim po polach zarobkowo. Jak się ożeniłem, to też pracowałem w Lublinie, potem przeniosłem się do Kraśnika, ale niedługo, bo zachorowałem na żołądek, operacja jedna, druga i przeszedłem na rentę. Jak doszedłem trochę do siebie, poszedłem prywatnie pracować.  

 

Po tem wszystkim Roman, brat przyrodni wyjechał na zachód  i ona z nim. Sprzedała połowę mieszkania i stodołę. Teraz to ona już nie żyje, a Roman jest w Chodzieży i często przyjeżdża do mnie. Jak Roman już się ożenił na Zachodzie, Pniaki  zapisane macosze przez dziadka kupił od niego Edek, a tu na Karpiówce odkupiłem ja.  

 

Z synami Wiesławem i Jerzym oraz córką Bożeną. Spotkanie rodzinne po pogrzebie żony Leokadii, 2022

 

Mój ślub  odbył się w 1955 roku. Wesela wtedy były przeważnie bimbrowe, świnie biły, piekły kapustę i sosy robiły, kaszę gryczaną z sosem, i placek był drożdżowy, wędlina była i jakieś napoje, oranżada. Takie były wesela.  

Edek był żonaty i od Pyzika odprawę mi zrobił, tam orkiestra przyszła, parę zaproszonych osób rano, bo to rano się zaczynało, i z orkiestrą przez całą Karpiówkę przeszliśmy do końca. A wesele było przy stodole, a tańce były gdzie teraz są Pochwałki, takie było wesele, ale wesoło było. Orkiestra grała, do ślubu do Kraśnika jechało się furmankami. Na poprawiny goście sami przynosili a to ser, a to pieróg, po pół litra wódki, to były wspólne poprawiny. Czasami orkiestra grała i na poprawinach. Czasami tylko za marszowe, bo jak ktoś sobie marsza zamówił, to sam płacił orkiestrantom.  

Goście same przychodziły, zwykle chłopaki, które były nieproszone, to na wieczór szły na wesele. Jak ktoś im jakaś uwagę zwrócił, to się rwali do bitki. Pamiętam, jak Jasiek Winiarczyk się żenił, grała orkiestra dęta z Blinowa, ładnie, pięknie, pojechaliśmy na Słodków, u Plichty [ w domu panny młodej – przyp. R. B.] ładnie było, a od ślubu przyjechali na Karpiówkę. Ze Słodkowa Sobutki i Plichta Edek miały jakieś zatargi z orkiestrą i dawaj bić muzykantów, i pobiły ich trochę. Myśmy się wtrącili: dlaczego, jak mieliście ich u siebie, to żeście nie bili, ale u nas rwiecie się do bójki? Trochę tym Słodkowiokom daliśmy wcirów i pogoniliśmy ich na Słodków. U Puzonia to pamiętam, jak Puzońka się żeniła, to też biły się na weselu, napiły się bimbru i się biły.  

Nie można było bimbru robić, wpadała milicja i zabierała wszystko. Mojego ojca też złapali. Była taka sprawa, że sołtysem był Brzezina, miał znajomości, poprosił milicję, żeby przymknęły oko i pozwoliły wylać bimber z wiader. Nie było dowodów, to i po sprawie.  

Jak się żenił Bryczek u Brzeziny, to chłopaki co w Lublinie żeśmy robili, byliśmy proszeni na wesele. Było nas trochę, Reszka Olek, ja, Winiarczyk, Kasperek Józek, Władek Stachyra to już był żonaty, pojechaliśmy rano do roboty, potem przyjechaliśmy na pierwszą i poszliśmy na to wesele. To Brzezina nieboszczyk czajnikiem nam w szklanki nalewał bimbru, to żeśmy sobie wypili, a my mieliśmy trochę zatarg ze Słodowiakami, to Puzoń, co się ożenił u Brzeziny, śrubokręta wyrwał i Koszałkę Zygmunta ojca dźgnął. Nawet ja poszedłem i mówię: „Ty gówniarzu, na starego chłopa ze śrubokrętem idziesz. Wstydziłbyś się”. To on doleciał do mnie i mnie w łeb. Widziały to nasze chłopaki i jak mu manto sprawiliśmy, ale potem się pogodziliśmy.  

Na weselach się pobiło, a potem człowiek rozmawiał jeden z drugim, bo co było, to było. 

 

Aleksander Januszczak na tarasie domu w Karpiówce, koniec lat 90-tych XX wieku

 

 

Karpiówka, listopad, 2013
Aleksander Januszczak

 

 

Aleksander Januszczak (1932-2023) – urodził się na Karpiówce i mieszkał tam całe życie. Z zawodu hydraulik i rolnik. W 1955 roku ożenił się z pochodzącą z tej samej wsi Leokadią Krzysztoń. Razem z żoną gospodarował na 4-hektarowym gospodarstwie i wychował trójkę dzieci: Wiesława, Jerzego i Bożenę. Na emeryturze, przez wiele lat działał społecznie w radzie parafialnej kościoła w Stróży. Doczekał się siedmioro wnuków i  piętnaścioro  prawnuków. 

 

 

 

 


 

CZYTAJ TEŻ