Algorytmy nowego animizmu
Achille Mbembe,
"Brutalizm",
Wydawnictwo Karakter, Kraków 2026, 364 stron

Anthropic potrzebował tekstu – dużej ilości dobrej jakości tekstu, na którym mógłby trenować i udoskonalać swoje modele. Najlepiej, jeśli będzie to tekst sprzed 2022 r., bez ryzyka zanieczyszczenia twórczością LLM-ów – tekst, który można porównać do stali o niskim promieniowaniu tła. Oczywistym źródłem takiego tekstu są książki, ale z książkami jest problem – mają one autorów, którym przysługują prawa autorskie. Ich zakup kosztowałby nie tylko sporo pieniędzy inwestorów, ale i czasu, który w rywalizacji laboratoriów AI jest bezcenny. Dlatego Anthropic postanowił pójść inną drogą. Anthropic postanowił książki kupić… i zniszczyć.
Projekt Panama, by zacytować jednego z pracowników firmy, był „wysiłkiem na rzecz destrukcyjnego zeskanowania wszystkich książek świata”. Pracownicy firmy masowo kupowali książki, których grzbiet był następnie rozcinany, strony – przycinane, a pozostałość skanowana na potrzeby danych do treningu sztucznej inteligencji. Porównanie do stali nie było z mojej strony przypadkowe – prywatna firma potraktowała książki jak surowiec, który należy obrobić i przekształcić w dobro konsumenckie. Równocześnie poprzez ich zniszczenie i włączenie do swojego modelu zawładnęła ich treścią, zwiększając wartość swojego produktu. Zasób, który na rynku był dostępny dla każdego i który zdaniem wielu powinien być dobrem wspólnym, stał się surowcem, użytym do wytworzenia konkurencyjnego źródła wiedzy w interesie inwestorów i właścicieli firmy. Słowa zostały przekształcone w algorytm.
Achille Mbembe w swoim głośnym eseju, wydanym przez krakowski Karakter w 2024 r., nazywa tę formę kapitalizmu „brutalizmem”. Dwa lata w świecie technologii i polityki to cała epoka, dlatego tym bardziej należy podkreślić, że esej Mbembego nadal jest aktualny. Projekt Panama jest pod wieloma względami idealną ilustracją koncepcji afrykańskiego filozofa, bo dość bezpieczną i mało kontrowersyjną – sam Mbembe stosuje ją w znacznie szerszym zakresie i wykazuje na niwie teoretycznej, jak w procesie destrukcyjnego przekształcania różnego rodzaju zasobów (zadaniem współczesnej władzy jest, bardziej niż kiedykolwiek, umożliwienie wydobycia) w celu koncentracji władzy i rozszerzania jej pola dotyczy także przestrzeni publicznej, środowiska czy wreszcie – ludzi. Jesteśmy minerałem, za którego wydobycie odpowiedzialne są nasze przedmioty. Te obiekty działają wraz z nami, zmuszają nas do działania, a przede wszystkim ożywiają nas, pisze Mbembe.
Miłośników architektury mogę uspokoić, że filozof spłaca swój dług leksykalny już w pierwszych słowach książki rozbudowanym porównaniem architektury i polityki. „Brutalizm” w swojej analizie posługuje się szerokim wachlarzem źródeł, koncepcji i teorii, począwszy od postkolonializmu, pierwszych opisów dzielnic robotniczych i maszyn epoki przemysłowej, aż po posthumanizm, psychoanalizę i przede wszystkim – myśl oraz tradycję afrykańską. Rozpiętość bibliografii imponuje i być może dzięki temu właśnie siła wywodu Mbembego może porywać. Język tej książki, jak na esej filozofa, jest bardzo charyzmatyczny i literacki, co stanowi siłę tej książki, ale i słabość – o czym za chwilę. Mbembe pisze wartkim nurtem twierdzeń, obserwacji i wniosków, które zachowują dyscyplinę słowa. Można powiedzieć, że „Brutalizm” to naszpikowana odwołaniami gawęda, która jednak nie jest przegadana.
Z wielu ciekawych, niebanalnych obserwacji chcę wyróżnić analizę relacji człowieka współczesnego z technologią, nazwaną przez Mbembego „neoanimizmem”. W obliczu coraz większej automatyzacji, rozwoju technologii i zapośredniczenia doświadczenia i tożsamości przez ekran, wszyscy stajemy się animistami. Czyż nie żyjemy w epoce maszyn mówiących, myślących i tworzących? Przypisywanie „ducha” tworom ludzkich rąk przychodzi nam już odruchowo, jeśli posłuchać użytkowników LLM-ów. Maszyna mówiąca operuje słowem, które miało być wyłącznie ludzkim przywilejem. Różnica między człowiekiem i maszyną zaciera się, co Mbembe nazywa jednym z fundamentów brutalizmu. Zwraca też uwagę, że neoanimizm, w przeciwieństwie do wierzeń afrykańskich, rozdrabnia wspólnotowość i tożsamość, przez co człowiek współczesny jest animistą czczącym samego siebie, reprodukowanego przez posłuszne mu maszyny.
Mbembe jest najciekawszy, gdy wchodzi w trzewia „brutalizmu”. Sam raczej unika konkretnych przykładów z rzeczywistości, takich jak Projekt Panama, preferując delikatny dystans do opisywanego zjawiska i posługiwanie się szerszymi figurami uchodźcy/migranta/cudzoziemca czy „murzyna”, którego rozszerza na wszystkich uciskanych i wyzyskiwanych przez kapitał ludzi. Niemniej jednak jego rozważania na temat współczesnej manii zawłaszczania tego, co niezawłaszczalne, pasują zarówno do urojeń technokratów i akceleracjonistów z San Francisco, marzących o zastąpieniu pracy ludzkiej pracą (autonomicznej) maszyny, jak i do polityki ChRL wobec Ujgurów. W tym sensie, choć nazwa jest wyjątkowo anonimowa, „brutalizm” może funkcjonować jako desygnat pewnego zjawiska technopolitycznego.
Przy wszystkich zaletach i smaczkach tego eseju ma on też poważne wady, co piszę jako osoba zainteresowana stykiem technologii, polityki i ekonomii. Postkolonialna granica (zainteresowań? wiedzy? teoretycznego sztafażu?) „Brutalizmu” mocno ogranicza zakres rozważań i wpisuje je w wytartą oraz coraz mniej przydatną opozycję globalnej Północy i Południa. Paradoksalnie Mbembe, błyskotliwie wychwytujący i analizujący przemiany kapitalizmu XXI w., bardzo mocno tkwi w kliszach dwudziestowiecznych.
Tak jak intelektualiści ruchu Négritude za symbol afrykańskiej cywilizacji przyjęli egipskie piramidy (ze względu na ich popularność w ówczesnej Europie) zamiast murów Beninu, Mbembe trzyma się perspektywy, w której uprzywilejowanym i jedynym aktorem jest człowiek zachodni. Miałem wręcz osobiście wrażenie, że Mbembe jest zbyt przejęty dialogiem ze światem współczesnej humanistyki zachodniej, przez co niektóre jego odwołania i wywody brzmią mi bardzo wsobnie. Nie jest też oryginalny w swojej diagnozie – jego brutalizm jest bardzo podobny w swojej definicji do koncepcji „kapitalizmu terroru” Darrena Bylera, lecz w książce nie znajdziemy żadnych odwołań do Chin i Xinjiangu, który obok Gazy stanowi najlepszy i najjaskrawszy przykład brutalizmu we współczesnym świecie. W tym sensie jest ona dość jednowymiarowa.
Na dodatek „Brutalizm” jest książką niezwykle i frustrująco nierówną. Obok filozoficznej i psychoanalitycznej wiwisekcji rozpadu tożsamości czy zacierania różnicy między życiem a techniką, znajdziemy tutaj całe akapity abstrakcyjnych, swobodnych rozważań o przyszłości „planetarnej demokracji”, w których nawet jego poetycki język zaczyna zawodzić i nużyć, a postulaty trącić banałem i posthumanistyczną wersją pobożnych życzeń. Co może oznaczać demokracja rozszerzona na wszystkie istoty żywe? Najwięcej ten esej traci właśnie w przejściu z diagnozy do rekomendacji, co jednak nie unieważnia jej wartości.
„Brutalizm” jest bardzo ciekawą propozycją dla wszystkich, którzy poszukują języka do opisu współczesnej technopolityki i jej niepokojących, antyludzkich tendencji. By użyć truizmu, mapa nie jest oczywiście terytorium. „Brutalizm” jest bardzo dobrą mapą poszczególnych jego regionów, nawet jeśli mapą zamkniętą w teoretycznym uniwersum współczesnej humanistyki. Poza jej obrębem pozostają jednak całe jego połacie – a szkoda.
Seweryn Górczak
CZYTAJ TEŻ