Renata Bożek: Brutalność, przemoc i okrucieństwo to jest dla was to samo? Mnie wydaje się, że wespół z barbarzyństwem, bezwzględnością i dzikością stapiają się w jedną całość, mieniącą się różnymi odcieniami, ale zawsze obecną w człowieku i świecie jako popęd śmierci i destrukcji, Tanatos. 

Agnieszka Skolasińska Ciekawe, że wrzuciłaś w ten zestaw dzikość. Potraktowana jako coś nieujarzmionego brutalność brzmi mocno, dzikość tłumaczyłaby jej atrakcyjność. Lepiej być brutalnie szczerym, brutalnie bezkompromisowym niż łagodnie, skromniutko przegranym. Każdy kasowy film akcji musi mieć brutalne sceny. Publiczność to lubi. Publiczność lubi brutalne zdjęcia katastrof lub wojen. Ta moc tkwiąca w brutalności, ta przyjemność oburzania się: o nie, nie, na to się nie zgadzamy i szybkich – acz nieskutecznych – potępień. Tylko czy jest to instynkt? Instynktu nie da się stłumić, niebezpieczne są takie próby. A brutalność w relacjach międzyludzkich kojarzy mi się także z wyborem. 

Adam Wiedemann: Ten korowód synonimów, który zaprezentowała Renata, nieco rozmydla całą sprawę, okrucieństwo często (zwłaszcza w naszych czasach) obywa się bez brutalności, a barbarzyństwo (jako sposób zachowania ludów „cywilizacyjnie zacofanych”) wydaje się już w ogóle terminem przestarzałym, choć wciąż używanym jako inwektywa. Zajmijmy się więc może samą brutalnością, spróbujmy dotrzeć do jej sedna. Brutalność zasadniczo wymaga bezpośredniej konfrontacji dwóch lub więcej podmiotów i rzeczywiście najczęściej uciekamy się do tego słowa w kontekście „czynów karalnych” typu pobicie, morderstwo czy gwałt, wtedy z całą słusznością jest czymś godnym potępienia. Istnieje wszakże brutalność rozumiana metaforycznie, jako środek artystycznego wyrazu, i tej bym bronił, gdyż stanowiła skuteczny „odgromnik” dla negatywnych emocji, prywatnych czy też grupowych – wspomnijmy choćby brutalne akordy w „Święcie wiosny” Strawińskiego, pisanym w przededniu I wojny światowej (której się nikt nie spodziewał): są one w pewnym sensie „profetyczne”, wyrażają coś, co dopiero miało nastąpić, a ich brutalność budziła estetyczny opór tych, co później potulnie (ale i najzupełniej brutalnie) zabijali na froncie, a zwłaszcza na pewno tych, co nimi (już nie tak brutalnie) dowodzili. Brutalna była też poezja Witolda Wirpszy, któremu poświęciliśmy cały poprzedni numer Pola – tyle że jemu chodziło o odsłonięcie fałszywych przeświadczeń, jakimi karmiła się „oświecona większość”. Dziś żyjemy w czasach sztuki o maksymalnie wygładzonych kantach, artystom mnóstwa rzeczy „nie wolno” i jest to zjawisko nad wyraz niepokojące – czytał kto ostatnio brutalny wiersz? albo słyszał brutalną symfonię? Oczywiście, słusznie Skolas zauważył, że brutalność została skanalizowana w „kinie akcji” (skądinąd ciekawe to utożsamienie: akcja = mordobicie), ale wystarczy zerknąć na produkcje Netflixa, którymi karmi się teraz większość, by zauważyć, że brutalność (w tym swoim pozytywnym aspekcie) została z nich całkowicie wyrugowana. Negatywne emocje nie znajdują więc za bardzo ujścia, kumulują się, ewentualnie wybuchając w prywatnych konfliktach między artystami. Daleki jestem od bezkrytycznej afirmacji „dawnych czasów”, lecz jednak nasze czasy wydają mi się okropne i niebezpieczne, w sytuacji gdy wszyscy mają związane ręce i zatkane gęby przez cenzurę i autocenzurę, która rzecz jasna brutalna nie jest, ani też prymitywna, ani nawet okrutna. 

RB: Cóż, mogę na to odpowiedzieć powiedzeniem z czasów młodości: „Life is brutal”. Komentowaliśmy tak, zwykle ze śmiechem, cudze pretensje o zbyt obcesowe opinie, spóźnienie się na autobus czy upadek kanapki na podłogę, oczywiście masłem do dołu. Czyż nie przemawiała przez nas odwieczna mądrość, że nasz świat jest zorganizowany wokół brutalnej walki o przeżycie? To podstawowy instynkt, biologiczna siła, z którą się rodzi każda żywa istota, a jeśli podeszlibyśmy do pojęcia „życie” mniej antropologicznie, jest to energia obecna w istnieniu jako takim. Gwałtowne i brutalne są też powodzie, pożary, fale tsunami zmiatające wszystko na swojej drodze. Historia cywilizacji to historia podporządkowywania sobie natury, zaś kultura rodzi się z podporządkowania ludzkiego popędu agresji i destrukcji. I o ile Adam ma rację, że brutalności i okrucieństwa nie można utożsamiać ze sobą, to jestem przekonana, że okrucieństwo nie mogłoby istnieć bez paliwa, jakim jest pierwotny, destrukcyjny popęd. 

Bliskie jest mi podejście psychoanalityczne, nic lepiej nie tłumaczy, dlaczego ludzie są tak potworni dla siebie i innych, a życie to nic innego jak piekło na ziemi. Jeśli – jak chce Agnieszka, i ja też bym tak chciała, choć nie liczę na spełnienie tego pragnienia – „brutalność w relacji jest wyborem”, to skąd tak dużo między ludźmi bezwzględności i przemocy, aktywnej i biernej? 

Freud twierdził, że cywilizacja powstała po to, by okiełznać tę pierwotną, brutalną siłę jednostki i podporządkować ją (tak siłę, jak i jednostkę) grupie, społeczności. Kiedyś metodą było m.in.  łamanie kołem, palenie na stosie, chłosta, obcinanie języka, wyrzynanie w pień zdobytych miast, jak to pokazuje Andrzej Łuczeńczyk w „Księciu”, jednej z najbrutalniejszych i najpiękniejszych próz polskich. 

Teraz, przynajmniej u nas, w Europie, czyli na tzw. Zachodzie metody są subtelniejsze, brutalne inaczej. W białych rękawiczkach, za pomocą wyspecjalizowanych agend: ideologii, mediów, specjalistów od moralności, psychiki i zdrowia władza niewielu kolonizuje ciała i umysły większości; kieruje agresję na siebie lub sobie podobnych, nigdy tych, którzy pociągają za sznurki, rozpoczynają wojny, grabią morza i oceany, niszczą nasz świat. 

Czy jest jeszcze ratunek? Może warto odkryć brutalność na nowo? Nie tylko w sztuce, w której – uważam inaczej niż Adam – jest jej pełno. Tylko czy np. wczesne filmy Jorgosa Lantimosa („Kieł”, „Alpy”) lub ucięte głowy i tryskająca z ran krew w chociażby znakomitej (choć netlixowej) kreskówce „Samuraj o niebieskich oczach” nie są jedynie eskapizmem i sposobem na wypuszczenie pary z gotującej się w środku wściekłości? 

AS: Należałoby może rozróżnić brutalność wpisaną w biologiczne życie od brutalnych relacji międzyludzkich i tych prywatnych, i społecznych. 

Współczesna europejska kultura kipi od paradoksów. Brutalność ruguje się z szeroko pojętego języka publicznego, sprowadza ją się do roli nieszkodliwej atrakcji, zabawki. I tu zgadzam się z Adamem: to niebezpieczna tendencja zagłaskiwania konfliktów, która w gruncie rzeczy blokuje dyskusje o społecznym status quo. Weźmy choćby drugą część filmu „Diabeł ubiera się u Prady”. Pierwsza część mówiła o brutalnych zasadach panujących w świecie mody. W drugiej części nawet takie łagodne, bo obliczone na publiczność kinowych przebojów, pokazanie okrucieństwa ubranego w zasadę: zapracuj na swój sukces, okazało się przesadą. Tu już wszyscy mają swoje racje, a diaboliczna szefowa zmienia się w nieugiętą kobietę z klasą. A to oznacza, że nie ma z czym się spierać, nie ma powodu podważać samej kategorii klasy, nie ma sensu pytać o kult robienia kariery za wszelką cenę, o relacje między wielkim sukcesem a podstawową etyką. 

Może brutalność staje się więc tematem dla wtajemniczonych? 

Choć mnie bardziej interesuje połączenie tej – czasem paradoksalnie siłą forsowanej – delikatności i panempatii z brutalizacją rzeczywistości we wciąż i tak w miarę bezpiecznej części świata określanej jako strefa wpływów cywilizacji zachodnioeuropejskiej. Rozmaite kryzysy sprawiają, że białe rękawiczki, o których wspominała Renata, stają się coraz mniej serio traktowanym rekwizytem. Rośnie liczba osób, jeszcze niedawno żyjących wygodnym życiem tzw. klasy średniej, które muszą walczyć o przetrwanie. To temat choćby „Nomadlandu” Jessiki Bruder. 

W dodatku wojny toczą się coraz bliżej. Ja się wychowałam na deheroizujących obrazach walki, na brutalności literackiej, o której mówi Adam, uderzającej w patos, w oczywistość figury bohatera. Na Borowskim, Różewiczu, Krall, Aleksiejewicz. Jednak wystarczy zajrzeć do publikowanej w tym numerze Pola rozmowy Adama z ukraińską poetką Marianną Kijanowską, żeby sobie uświadomić, jak duży wpływ na nasze poglądy ma sytuacja, z której je wygłaszamy. Wobec trwającego konfliktu, jak w przypadku wojny w Ukrainie potrzebna jest brutalność, powiedzmy, piętnująca (świadectwa) i stojący w opozycji do niej święty gniew. 

Być może trudność polega więc na tym, że nie da się utrzymać podziału, o którym mówił Adam. Nie da się zbudować kultury ostro odcinającej się od brutalności w znaczeniu „czynów karalnych” i jednocześnie skutecznie sublimującej tę brutalność, choćby w sztuce. Jeśli z kolei brutalność– jak chce Renata – potraktować w kategoriach instynktu, nie da się zabronić sobie kulturowo kontaktu z tym instynktem, zachowując zdolność metaforycznego panowania nad nim. Czasem wydaje mi się, że wylądowaliśmy w antyutopii, przypominającej fikcyjną rzeczywistość „Powrotu z gwiazd” Stanisława Lema. Co byłoby o tyle zabawne, że w swoją powieść Lem wplótł aluzje do ideologii państw obozu komunistycznego, a w Polsce ostatecznie zwyciężyły jako moralnie słuszne mechanizmy kapitalistyczne. 

RB: Proponuję też czytać Fantona „Wyklęty lud ziemi”, książkę z 1961 roku, która wydana półlegalnie (żeby nie została skonfiskowana zaraz po wyjściu z drukarni), natychmiast trafiła na listę publikacji zakazanych jako „zagrożenie dla bezpieczeństwa wewnętrznego państwa” (dowiedziałam się o tym z przedmowy Alice Cherki do wydania z 2002 roku, od której zaczęłam to czytać) oraz posłowie Sartre’a, z którego zacytuję: „Prawda ta, jak sądzę, była nam znana, ale o niej zapomnieliśmy, ślady przemocy może zatrzeć jedynie przemoc”.   

Poza tym chcę zaznaczyć, że wedle mojego przekonania („Taka jest moja opinia, a jak się państwu, towarzyszom czy obywatelom nie podoba, to mam też inną” – jak głoszą wspaniali bracia Marks i się z nimi absolutnie zgadzam) brutalność i szaleństwo to jedno, nie ma jednego bez drugiego, pierwszego i drugiego, to wstęga Moebiusa, po której z brutalności wpadamy w słodycz i tak w nieskończoność, bez początku i końca. Chyba że pożeglujemy po brutalnych wodach oceanu w poszukiwaniu wysp szczęścia. 

AW: Och, trudno mi do tego nawiązać, bo nie wiem, o czym pisał ów Fanton. Osobiście brutalność znam raczej z książek i filmów niż z życia, byłem dzieckiem „wychuchanym” i nie brakowało mi nigdy ptasiego mleczka, zresztą i później, jako młodzieniec i początkujący pisarz doznawałem od ludzi raczej dobra, jedynym problemem były moje potrzeby seksualne, z którymi sobie nie radziłem, bo nie należę do ludzi szczególnie odważnych, więc nie zostałem nigdy „bohaterem LGBT”, choć jednak potem w końcu napisałem jednak pierwszą w Polsce książkę poetycką o życiu w pedalskim stadle, która zresztą przeszła bez wielkiego echa, bo wtedy nie było to już aktem wielkiej odwagi. Dopiero teraz, po 50-tce doświadczam dotkliwie tzw „brutalności życia”, która wszak nie jest spektakularna, tylko szara, przytłaczająca, zwyczajnie po prostu nieprzyjemna, więc może ten aspekt brutalności też powinniśmy poruszyć, chodzi mi o praktyczną niemożność wypowiedzenia się w sytuacji gdy język polski został wykastrowany, ludzie wykropkowują lub wygwiazdkowują swoje własne wypowiedzi, bo się boją, że im algorytm zwinie posta. Jest to zabawnie absurdalne, ale też przygnębiające, stąd pewien nawet mój entuzjazm budzą różne przejawy brutalności, które zapewne wcześniej uznałbym za głupie, byłem np. ostatnio na filmie Refna (człowiek w moim wieku, Duńczyk, ale działający w USA) „Jej piekło”, nie jest to „film akcji”, wręcz przeciwnie, nic się w nim zasadniczo nie dzieje, ale zawiera też scenę, w której „nasz” bohater (oczywiście Amerykanin) zabija brutalnie chyba ze sześciu Japończyków, niby że w obronie jakiejś prostytutki, ale ma to charakter pretekstowy, chodzi zasadniczo o to, że biały człowiek ma prawo a nawet obowiązek mordować ludzi innej rasy, przy czym rzecz jasna nie jest to rasa czarna (gdyż wtedy pojawiłyby się kontrowersje), lecz żółta, o którą nikt w tej chwili nie dba, niech dba o siebie sama. I tu pojawia się we mnie zgrzyt, bo oglądając kino artystyczne czuję się otwarty na wszystkie języki, w tym i język rasizmu, czemu nie. Lecz z drugiej strony widzę tu usłużność reżysera wobec panującej ideologii, bo czemu niby tymi złymi sutenerami są właśnie Japończycy, a nie np. Murzyni? Widzę tu analogię z sytuacją produkcji „Taksówkarza” Scorsesego, gdzie sutenera zagrał „biały” Harvey Keitel, mimo iż wtedy cały ten „przemysł” trzymali w rękach Murzyni. Dziś przemoc wobec postaci rasy czarnej byłaby źle postrzegana, ale Japończyków można spokojnie wybijać do nogi, jest na to przyzwolenie społeczne i ekonomiczne, jak też moralne. Stąd moje mieszane uczucia, bo z jednej strony film „artystyczny”, zasadniczo nudny i ciągnący się jak flaki z olejem (co mi się zasadniczo podoba), a z drugiej zawierający jedną niedługą scenę walki o charakterze zdecydowanie rasistowskim, lecz nie w tym znaczeniu „rasizmu”, jaki jest obecnie promowany. Zamierzałem o tym nawet napisać na fejsiuniu, ale tam przecież słowo „Murzyn” by nie przeszło, więc zrezygnowałem. 

AS: Wydaje mi się symptomatyczne, że nawet w tej rozmowie nie możemy znaleźć wspólnego kanonu. Każde z nas ma inne kulturowe skojarzenia. Może to szerszy problem, może wyczerpał się już pewien język mówienia o rzeczywistości i wpisane w niego dychotomie, może – tu znów nawiązuję do wypowiedzi Kijanowskiej – potrzebujemy powrotu do archetypów, ożywienia starych mitów, stworzenia nowych. 

A jeśli chodzi o „szarą, przytłaczającą brutalność życia”, to sądzę, że ona się łączy z brutalnością gwałtowną, z porażającymi spektaklami ludzkiego okrucieństwa. Chęć wpisania się w trendy, rozmaite autocenzury, w momencie gdy wynikają tylko z wyrachowania, ustawiłabym w jednym szeregu z pomniejszymi świństwami typu domowe wojny o władzę czy odbijanie się od czyichś pleców, żeby nie wypaść z obiegu. I w jednym i w drugim przypadku dostrzegam podobny mechanizm: zła upatruje się w siłach zewnętrznych, odmawiając zauważenia go w samym sobie czy samej sobie. Łatwiej więc poczuć, że padło się ofiarą brutalności, niż rozpoznać płynący przez każdego z nas, przez wszelkie ludzkie społeczności jej dziki nurt. Łatwiej coś potępić, niż zajrzeć we własny cień i twórczo go spożytkować. 

RB: Powróżmy sobie, to przecież tradycja redakcyjna, z książki Achille’a Mbembego pt. „Brutalizm”! 

AS: Strona 70 wers siódmy od góry:

RB: tak szybko, jak to możliwe, tak skutecznie, jak to możliwe,

 

 

Renata Bożek \ Agnieszka Skolasińska \ Adam Wiedemann


 

CZYTAJ TEŻ