Fragmenty prozatorskie 2
przełożyła
Wioletta Perzanowska
Szukając Lane
Miasteczko X rozciągało się na sześciu lub siedmiu tarasach. Za nim wznosiły się wysokie, gęsto zalesione góry, u jego podnóża zaś leżała podmokła dolina, przez którą płynęła ciemnozielona rzeka. Szerokie drewniane schody z metalowymi poręczami łączyły poszczególne części miasta, ułatwiając mieszkańcom pokonywanie różnic wysokości. Najniższy taras zajmowały główne ulice, sklepy i największe budynki mieszkalne. Na trzecim, u wylotu jednej z ulic, niewielki wodospad spływał gwałtownie w dół. W pobliżu, w dużym domu, mieszkała panna Dora Sitwell wraz z siostrą Lane. Lane była młodsza od Dory, choć obie już dawno miały młodość za sobą. Dora była wysoka i szczupła, wręcz koścista. Gęste czarne włosy opadały prosto po obu stronach jej twarzy, sięgając policzków. Miała długi nos i przenikliwe spojrzenie. Lane zupełnie nie przypominała siostry. Była niższa i bardziej krępa, a jej włosy były jasne.
Pewnego jesiennego ranka Dora zajmowała się naprawą starych, ozdobnych miechów kominkowych. Lane, osłabiona grypą, leżała w łóżku. Po chwili odezwała się do siostry:
— Nadchodzi zima, a wilgoć z gór już zaczyna wdzierać się do domu. To zbocze jest stanowczo za blisko. Właściwie wszystko tutaj powinno zostać zburzone. Po co mieszkać w mieście wciśniętym między góry? Może lepiej wyjedźmy na Florydę?
— Lubię zmieniające się pory roku — odpowiedziała spokojnie Dora. — Przyjemnie jest obserwować, jak jedna po drugiej powoli następują po sobie…
— Jesteśmy już za stare, żeby co roku znosić zimno, upały i wiosenne chłody — zaprotestowała Lane. — Powinnyśmy przenieść się na Florydę i wreszcie trochę odpocząć.
— Wciąż mam tyle samo energii co dawniej — zauważyła Dora. — Poza tym lubię te ciągłe zmiany. Przecież ty też kiedyś czerpałaś z nich przyjemność.
— Nie, nigdy za nimi nie przepadałam — odparła Lane.
Dora odwiesiła miechy na haczyk, po czym podeszła do zacienionego kąta pokoju, gdzie piętrzyły się rozmaite przedmioty. Stał tam żółty gliniany dzban w kształcie dyni. Otworzyła go i nalała sobie odrobinę sherry.
Miała zwyczaj popijać sherry w ciągu dnia, ale nigdy nie zaniedbywała przez to szycia ani domowych obowiązków. Wręcz przeciwnie — uwijała się z pracą i była znacznie bardziej aktywna od Lane. Jej siostra, choć nie piła alkoholu, potrafiła godzinami siedzieć bez ruchu, pogrążona we własnych myślach i marzeniach. Dora wróciła na kanapę przykrytą dwoma indyjskimi kocami o różnych wzorach. Wszędzie wokół stały przedmioty przywiezione z Indii i Rosji.
Przez dłuższy czas obie milczały. Wreszcie Lane powiedziała:
— Nie przekonasz mnie, że naprawdę lubisz listopad.
— Nie mam nic przeciwko listopadowi — odparła Dora. — Niewykluczone nawet, że właśnie wtedy nabiorę nowych sił.
Lane z irytacją poruszyła nogami pod kołdrą.
— To przecież nienormalne, żeby ktoś był przez cały czas tak pogodny jak ty — powiedziała z wyrzutem. — Każda kobieta powinna czasem mieć swoje humory.
— Tylko że ja nie mam powodu, żeby się smucić.
— Przecież twój mąż nie żyje, prawda?
— Tak — przyznała Dora. — Ale on ma to szczęście, że jest teraz tam, gdzie jest. Z pewnością jest mu cudownie.
— Cóż — odparła złośliwie Lane — z tego ponurego, zagraconego drewnianego domu na pewno nie trafisz w takie miejsce.
— Nie rozumiesz religii, Lane. Nie pojmujesz, czym ona naprawdę jest. Nigdy nie rozumiałaś.
Twarz Lane nagle spochmurniała. Słowa siostry poruszyły sprawę, która od dawna wprawiała ją w zakłopotanie. Lane nie bała się Boga i w gruncie rzeczy nie była religijna.
Wstydziła się tego, dlatego udawała bogobojność i często mówiła, że rozmyśla o Bogu. Tak naprawdę nie lękała się również nocy, samotnych wędrówek po wzgórzach ani spotkań z nieznajomymi. Nie chciała jednak, żeby Dora poznała prawdę. Trudno przewidzieć, czego człowiek zacznie się wstydzić, kiedy wreszcie dorośnie. Lane nie darzyła sympatią kobiet, o których mówiło się, że są „nieustraszone”, a czasem nawet nazywano je „diablicami”. Nie wydawały jej się atrakcyjne. Bardziej niż czyjeś usposobienie zajmowały ją bowiem kwestie moralne, choć sama miała dość mgliste pojęcie o tym, czym właściwie jest moralność.
Bała się również, że pewnego dnia Dora odkryje jej największy sekret: Lane w rzeczywistości nie potrafiła przywiązać się do żadnej osoby ani miejsca. Nie czuła się związana z własnym domem, siostrą ani nawet z miasteczkiem, w którym przyszła na świat. Początkowo odkrycie to było dla niej jedynie przykre, z czasem jednak zaczęło kłaść się cieniem na wszystkim. Niemal bez przerwy towarzyszyło jej poczucie, że całe jej życie opiera się na jakimś fałszu. Podobnie jak dziecko może wierzyć, że za kilka minut wyrosną mu skrzydła i zacznie latać, Lane łudziła się, że pewnego dnia obudzi się i odkryje w sobie prawdziwą miłość do siostry i domu, a także głęboką bojaźń Bożą.
Choć nieustannie dokuczała Dorze, zarówno w dzień, jak i w nocy, nigdy nie miała z tego powodu wyrzutów sumienia.
Lane odwróciła głowę w stronę okna i spojrzała na zalesione wzgórze tuż za domem. Drzewa były już zupełnie nagie. Między nimi biegał biały pies, zanurzony po grzbiet w suchych, jesiennych liściach.
— Zastanawiam się, czy ten pies będzie tak biegał przez całą noc — powiedziała Lane.
— O jakim psie mówisz, kochanie?
— O tym białym. Biega tam, między drzewami.
— Może szuka susłów — odparła Dora. — Albo po prostu cieszy się świeżym powietrzem. Psy przecież lubią przebywać na dworze.
Lane skrzywiła się i pokręciła głową.
— Nie sądzę, żeby samo powietrze sprawiało im przyjemność. Psy lubią przede wszystkim jedzenie i różne zapachy…
— …i swoich właścicieli — dodała Dora. — Nie zapominaj o ich wierności ani o tym, jak bardzo przywiązują się do ludzi. Szkoda, że same nie mamy psa.
— Może tylko skraca sobie drogę przez las i zmierza do innego miasta — powiedziała Lane, nagle zaniepokojona.
— I cały swój dobytek nosi ze sobą: własny ogon zamiast sterty walizek — zażartowała Dora. — Ludzie nie potrafią wszystkiego zrozumieć. Zwierzęta radzą sobie o wiele łatwiej. Pomyśl tylko, ile zamieszania robi człowiek, kiedy wybiera się w podróż.
Słowo „podróż” boleśnie poruszyło Lane. Na moment zamknęła oczy, czując narastający wstyd i niepokój.
„Jesteś dokładnie jak ten pies” — podpowiedział jej wewnętrzny głos.
Odwróciła się od okna i ułożyła tak, by światło padało na nią od tyłu, pozostawiając twarz w cieniu. Dora ponownie podeszła do słabo oświetlonego kąta pokoju. Wiedziała jednak, że Lane po raz kolejny „pogrążyła się w ciemności” — tak właśnie określała w myślach chwile, kiedy siostra popadała w podobny nastrój. Nie próbowała dociekać, co go wywoływało. Nigdy też, ani słowem, ani gestem, nie dawała po sobie poznać, że widzi, iż coś dręczy Lane i że dzieje się z nią coś niedobrego.
Nastroje Lane sprawiały, że Dora nabierała pewnej powagi i dostojności, których być może w innych okolicznościach by jej brakowało. Tak bardzo kochała życie u boku siostry, że czasem, gdy w pełni uświadamiała sobie własne szczęście, musiała po prostu siedzieć bez ruchu na kanapie — radość była niemal obezwładniająca.
Była nawet zadowolona z tego, że jej rodzice i starsza siostra już nie żyją. Dzięki temu mogła sprzedać rodzinne gospodarstwo Sitwellów i przeznaczyć pieniądze na budowę drewnianego domu z bali, o którym od dawna marzyła. Od zawsze pragnęła również mieszkać w parterowym domu, tak by posiłki można było podawać w salonie przy małym stoliku do herbaty. Teraz każdego dnia jadała w ten sposób z Lane i niezmiennie ją to cieszyło. Dora uważała, że żyje przede wszystkim po to, by czerpać z życia przyjemność, przekonana, że podobne podejście mają artyści. Jej zdaniem zwłaszcza kobiety z natury skłonne są do zachwycania się samym słowem „artysta”, choć z czasem coraz częściej krył się za tym zwykły snobizm. Kiedy była w wyjątkowo dobrym humorze, żartobliwie nazywała artystką również siebie. Innym razem mówiła po prostu, że żyje podobnie jak oni. Pewnego popołudnia, już nieźle pijana, siedziała w hotelowym barze i z upodobaniem powtarzała, że jest „artystką mieszkającą w małym drewnianym domku”. Radosny blask w oczach Dory sprawiał, że sąsiadom trudno było pojąć, jak takie proste rzeczy mogą dawać jej tyle szczęścia.
Dorę i Lane łączyła szczególna więź już od dzieciństwa. Pewnej nocy, gdy Lane miała pięć lat, a Dora jedenaście, rodzice wybierali się na przedstawienie i poprosili starszą córkę, żeby wykąpała siostrę. Dora nalała ciepłej wody do cynowej balii, kazała Lane zaczekać w kuchni i poszła po mydło. Kiedy jednak wróciła, nikogo tam nie było. Przez prawie trzy godziny przeszukiwała cały dom, lecz nigdzie nie znalazła Lane. W końcu, zmęczona i zdezorientowana, usiadła na podłodze w korytarzu i postanowiła zaczekać na powrót rodziców. Dopiero wtedy dotarło do niej, że kocha młodszą siostrę bardziej niż kogokolwiek na świecie.
— Lane — wyszeptała. — Mój mały aniołku… jesteś dla mnie ważniejsza nawet niż Dzieciątko Jezus.
W głębi duszy Dora zaczęła uważać zniknięcie Lane z kuchni za szczególny znak — jakby ucieczka siostry była wyznaniem miłości i przypieczętowaniem tajemnej więzi między nimi. Tymczasem samotne poszukiwania w ciemnych, chłodnych pokojach, z których część stała pusta i zakurzona, pozwoliły jej zrozumieć, że to właśnie Lane skupiała w sobie całe światło i ciepło świata.
„Lane jest jak piękna róża” — pomyślała Dora, przypominając sobie loki siostry opadające na jej krótką, pulchną szyję.
Później razem z rodzicami zaczęła szukać Lane w stajni. W końcu zobaczyli ją skuloną w saniach, owiniętą kilkoma brudnymi końskimi derkami. Dora pochyliła się nad siostrą i wzięła ją na ręce. Lane, jeszcze na wpół śpiąca, nagle ugryzła ją w podbródek, aż popłynęła krew. Matka zaczęła karcić Lane, lecz Dora nie zwracała na to uwagi. Przez dłuższą chwilę całowała siostrę, czule przyciskając jej głowę do swojej chudej piersi.
Pani Sitwell nagle straciła panowanie nad sobą. Rozdzieliła siostry i szarpnęła Dorę za włosy.
— Dlaczego ją całujesz, mała wariatko? Przecież przed chwilą cię ugryzła!
Dora tylko się uśmiechnęła.
— Dlaczego ją całujesz, skoro cię ugryzła? — powtórzyła pani Sitwell. — Naprawdę oszalałaś?
Dora przytaknęła.
— Nie będę tolerować takiego zachowania — odezwała się matka, usiłując nad sobą zapanować. — Powiedz jej, że jesteś na nią zła za to, że cię ugryzła.
Dora odmówiła, więc pani Sitwell wykręciła jej rękę.
— Powiedz jej, że jesteś na nią zła, bo cię ugryzła.
— Lane i ja obie jesteśmy szalone — wyszeptała Dora, wciąż się uśmiechając.
Wtedy pani Sitwell mocno uderzyła ją w twarz.
— Żadna z was nie jest szalona — odparła stanowczo. — Przez najbliższe dwa dni nie wolno ci odzywać się do Lane.
Po tych słowach pani Sitwell wybuchnęła płaczem.
Cała rodzina ruszyła przez trawnik w stronę domu. Pani Sitwell wciąż zanosiła się płaczem. Była bardzo nerwową kobietą, a tego wieczoru wypiła trochę za dużo. Początkowo alkohol wprawił ją w świetny, beztroski nastrój, z czasem jednak zrobiła się coraz bardziej kłótliwa i agresywna. Kiedy wszyscy znaleźli się w salonie, ciężko opadła na krzesło i przez łzy zaczęła przyglądać się Lane.
— Dziewczynki powinny już położyć się spać — odezwał się jej mąż.
— Lane w ogóle nie przypomina nikogo z naszej rodziny, ani z mojej, ani z twojej — zauważyła pani Sitwell. — Skąd u niej taka krótka szyja?
— Musiała ją odziedziczyć po którymś z przodków — odpowiedział pan Sitwell. — Może po jakiejś ciotce albo wujku.
— Nie mam już siły żyć — powiedziała pani Sitwell. — Wszystko jest dla mnie zbyt trudne.
Ukryła twarz w dłoniach. Dora i Lane po cichu wyszły z pokoju.
Z czasem Dora wymyśliła własną zabawę, którą nazwała „Szukaniem Lane”, i wciągnęła w nią siostrę. W gruncie rzeczy była to zwyczajna gra w chowanego, znana wszystkim dzieciom, lecz dla Dory miała wyjątkowe znaczenie i sprawiała jej więcej radości niż inne dziecięce rozrywki. Stopniowo przeniosła się poza dom i objęła całą okolicę, a Dora coraz śmielej dawała się ponosić wyobraźni. Pewnego razu pomyślała nawet, że mogłaby znaleźć ciało Lane zmiażdżone pod kołami pociągu. Ta wizja budziła w niej sprzeczne uczucia. Najważniejsze było jednak to, że ilekroć wyruszała na poszukiwanie siostry, zwyczajny świat przeobrażał się w jej oczach w tajemniczą, niemal magiczną krainę. Bywało też, że Lane wcale nie próbowała się chować, a Dora po wielu godzinach poszukiwań odnajdywała ją w dziecięcym pokoju. Ogarniał ją wtedy tak wielki smutek, że zupełnie traciła apetyt.
Lane nigdy nie wyjaśniała swojego zachowania. Była spokojnym, małomównym dzieckiem o dużych szarych oczach i okrągłej, pulchnej twarzy.
Gra niespodziewanie dobiegła końca, gdy Dora miała czternaście lat. Od tamtej pory już nigdy się w nią nie bawiła ani nawet o niej nie wspominała.
Za każdym razem, gdy Lane „pogrążała się w ciemności”, Dora reagowała w szczególny sposób — jakby nagle powracało do niej jakieś niezwykle przyjemne uczucie. W takich chwilach nie ogarniał jej ani niepokój, ani samotność. Życie u boku kogoś, kto bywa nieco szalony, może przecież rodzić dotkliwe poczucie izolacji, nawet jeśli nie budzi lęku. Dora jednak nie doświadczała niczego podobnego. Zdarzało się, że kiedy Lane znów popadała w jeden ze swoich mrocznych nastrojów, Dora po prostu dalej do niej mówiła.
— Załóżmy — odezwała się tego dnia — że już teraz zaplanujemy trasę na przyszłą wiosnę. Jest kilka gór, które bardzo chciałabym zobaczyć. Z wiekiem człowiek odkrywa coraz więcej rzeczy, które potrafią sprawić mu radość, choć wcześniej nawet ich nie dostrzegał. To trochę tak, jakby ktoś nagle odsunął ciężką, czarną zasłonę, za którą kryły się niezliczone skarby, czekające tylko, by po nie sięgnąć. Jesteśmy na tym świecie, żeby się nim cieszyć, choć niektórzy odnajdują przyjemność właśnie w wyrzeczeniach i poświęceniu. To po prostu inny sposób patrzenia na życie. Nie zamierzam jednak przejmować się tym, jak postępują inni — kiedy człowiek zanadto zajmuje się cudzymi sprawami, łatwo traci z oczu to, co naprawdę ważne. Ty z pewnością się ze mną zgodzisz, bo przecież żyjesz jak pustelniczka. Może zjemy kolację w hotelu?
Lane nic nie odpowiedziała. Znów spojrzała przez okno.
— Jeśli nadal wypatrujesz tego białego psa, Lane, to pewnie pobiegł już daleko w głąb lasu.
Jadąc do Massachusetts
Bozoe otarła łzy wierzchem dłoni.
— Daj spokój, Bozoe — próbowała ją uspokoić Janet. — Przecież nie wybierasz się aż na Biegun Północny.
Bozoe nerwowo szarpała rękaw wełnianego płaszcza, wyrywając z niego pojedyncze włókna.
— Zostaw ten płaszcz w spokoju — upomniała ją Janet.
— Nie pamiętam już, po co właściwie jadę do Massachusetts — westchnęła Bozoe. — Od początku wiedziałam, że tak będzie, kiedy tylko znajdę się na dworcu.
— Jeśli nie masz ochoty jechać do Massachusetts, wróć ze mną do domu — zaproponowała Janet. — Po drodze wstąpimy do Fanny. Chcę kupić te brązowe szklanki z bąbelkowego szkła.
Bozoe rozpłakała się już na dobre, wprawiając Janet w niemałe zakłopotanie. Janet wiedziała, że łatwo może zwrócić na siebie uwagę — prowadziła warsztat samochodowy i była znana nie tylko w East Clinton, lecz także w okolicznych miejscowościach.
„Wyglądamy teraz jak dwie Włoszki żegnające się ze sobą” — pomyślała. „Jeszcze ktoś weźmie nas za Włoszki.”
Nie potrafiła szczerze współczuć Bozoe. Miała za to nadmierne poczucie odpowiedzialności, choć brakowało jej serdeczności i ciepła.
— Nie musisz przecież płakać z powodu szklanek do whisky — powiedziała Janet. — Już dawno ci mówiłam, że chcę je kupić.
— Pasażerowie udający się autobusem numer dwadzieścia siedem w kierunku północnym…
— Nie płaczę z powodu szklanek do whisky — wykrztusiła Bozoe. — Chodzi o Massachusetts. Nie potrafię sobie przypomnieć, dlaczego właściwie tam jadę.
— Rockport, Rayville, Muriel…
— Powinnaś słuchać komunikatów, Bozoe. Przecież podają ważne informacje. Gdybyś zwracała większą uwagę na to, co dzieje się wokół ciebie, byłoby ci łatwiej. Za bardzo skupiasz się na własnych sprawach.
*
„Tak naprawdę, jestem zaledwie dwadzieścia pięć mil od domu, czego pewnie już się domyśliłaś. Zresztą trudno, żebyś tego nie wiedziała, skoro tak dobrze znasz Bar Larry’ego. Nie byłam w stanie dojechać do Massachusetts. W drodze do Muriel płakałam, ogarnięta panicznym lękiem, że autobus ominie przystanek i pojedzie dalej, gdzieś daleko, gdzie nie spotkam nikogo znajomego. Bałam się tak bardzo, że w końcu przestałam płakać i przez resztę drogi z trudem powstrzymywałam łzy. Kiedy wysiadłam w Muriel, miałam wrażenie, że jestem już zupełnie inną osobą. To brzmi jak kłamstwo, ale nim nie jest — sama wiesz, że nigdy nie kłamię. Niewielka to pociecha dla nas obu, prawda? Jestem pewna, że wolałabyś, żebym po prostu skłamała, zamiast dniami i nocami tłumaczyć ci, co się ze mną dzieje. Miałabyś wtedy więcej czasu, żeby zajmować się swoim warsztatem.”
— I co z tego? — zapytała Sis McEvoy, a w jej głosie zabrzmiała nieprzyjemna nuta.
Janet nie uznała jednak jej słów za nieżyczliwe. Sis z natury mówiła ostrym tonem i, podobnie jak ona, nie była szczególnie wyrozumiała dla innych. Janet uważała Sis za złą osobę i postanowiła ją uratować. Chciała jednak zrobić to dyskretnie, tak by tamta nie domyśliła się jej zamiarów. Zawsze wolała działać w ukryciu. Skrytość dawała jej poczucie satysfakcji i świadomość, że jest innym potrzebna.
— Dlaczego ona nie zajmie się dziećmi albo nie pójdzie do psychologa czy psychoanalityka, czy jak tam się ich nazywa? Gdybym miała zdrowe jajniki, sama miałabym dzieci. Przecież tego właśnie chce Bóg, prawda? Statki kosmiczne i tym podobne rzeczy — to żaden problem. Ale co z jej jajnikami i całą resztą?
Janet uśmiechnęła się tajemniczo.
— Bozoe nigdy nie chciała mieć dzieci — wyjaśniła. — Powiedziała mi, że się boi.
— Nie pogardzasz tchórzami? — zapytała Sis. — Jezu Chryste, mnie aż od nich odrzuca.
Janet zmarszczyła brwi.
— Bozoe mówi też, że nie znosi tłumów. Wśród ludzi czuje się tak źle, że niemal traci zmysły. Wszystko, co ją spotyka, odnosi do nieba i piekła. Myśli o tym obsesyjnie i przez to nie potrafi normalnie funkcjonować. Od lat powtarzam jej, żeby znalazła sobie jakieś zajęcie. Tłumaczę, że Bóg bardziej by ją cenił, gdyby robiła coś pożytecznego. Ona jednak uważa, że Boga to w ogóle nie obchodzi. Podejrzewam, że to przytyk do mnie i mojego warsztatu. Najwyraźniej nie pochwala tego, czym się zajmuję. Nie przeszkadza mi to, ale irytuje mnie, kiedy próbuje mi wmówić, że pracuję w warsztacie dlatego, że ona bez przerwy opowiada mi o swoich problemach. Jakbym prowadziła go wyłącznie po to, żeby zrobić jej na złość. Przecież jestem zwyczajną kobietą i cenię swoją pracę, jak większość współczesnych kobiet. Może mam mocniejszą budowę niż inne i z pewnością nie można mnie nazwać delikatną. Pewnie dlatego, że zawsze podziwiałam ojca. Matka za dużo piła. Jestem przysadzista, nie przepadam za eleganckimi sukienkami i lubię swoją pracę. Jest dla mnie prawie tak ważna jak Bóg. Nie twierdzę, że stawiam ją ponad Nim — raczej zaraz po Nim. Wydaje mi się nawet, że Bóg pochwala to, co robię, zwłaszcza że prowadzę warsztat samochodowy. Może zabrzmi to nieskromnie, ale po prostu taka jestem. Dzięki warsztatowi zyskałam szacunek i dobrą opinię. Jestem porządną, zwyczajną kobietą.
Na chwilę przerwała, żeby nalać whisky do dwóch szklanek.
— Podobają ci się moje szklanki do whisky? — zapytała.
Tego dnia była wyjątkowo ożywiona i rozmowna.
— Zazwyczaj nie mam czasu na bieganie po sklepach, ale przecież bez zakupów nie da się obejść. Bozoe natomiast przez całe życie właściwie niczego nie kupiła. Można powiedzieć, że jest dla mnie ciężarem. A do tego coraz bardziej tyje.
— Porządne szklanki — stwierdziła Sis McEvoy. — Sporo whisky się w nich mieści.
Na te słowa Janet lekko się zarumieniła. Wyjątkowo dobre samopoczucie i przypływ energii przypisywała temu, że tego dnia nie było przy niej Bozoe Flanner.
— Kiedy poznałam Bozoe, była bardzo szczupła — mówiła Janet. — Nic wtedy nie zapowiadało, że z czasem zacznie całymi dniami i nocami wynajdywać sobie problemy, zamartwiać się Bogiem i bez końca mnie o wszystko wypytywać. W tamtych czasach wcale taka nie była. Wydawała się spokojna i uległa, miała łagodne, sarnie spojrzenie. Być może już wtedy nosiła to wszystko w sobie i tylko czekała, aż będzie mogła zrzucić ten ciężar na mnie. Sama nie wiem. Nigdy nie przypuszczałam, że tak bardzo pogubi się we własnych myślach, ani że aż tak przybierze na wadze. Ale niech już będzie gruba, byleby tylko była szczęśliwa.
— Ja w ogóle nie mam kobiecych kształtów — powiedziała Sis McEvoy, jakby zupełnie nie słuchała Janet. — Wszyscy w mojej rodzinie jesteśmy szczupli, ale po rodzicach dziedziczymy ten przeklęty temperament. Oboje mieli naprawdę trudne charaktery.
— Nie miałabym nic przeciwko temu, żebyś dała upust swojemu temperamentowi w moim mieszkaniu — powiedziała Janet. — Możesz śmiało. Uważam, że każdy ma prawo wyrażać swoje emocje. Skoro taka już jesteś, powinnaś czasem pozwolić sobie na wyładowanie złości. Myślę, że lepiej byłoby dla ciebie rozbić tę glinianą dynię, niż tłumić gniew i udawać kogoś, kim nie jesteś. Mogę przecież kupić nową, a ty pewnie poczułabyś się lepiej. Tak mi się przynajmniej wydaje. Właściwie niewiele wiem o ludziach, bo nigdy nie poświęcałam im uwagi. Nie znam się na nich. Skoro jednak odziedziczyłaś taki charakter, nic na to nie poradzisz. Musisz tylko znaleźć jakiś sposób, żeby dać mu ujście.
Janet wyraźnie starała się pokazać, że Sis McEvoy zrobiła na niej wrażenie.
— Naprawdę dobrze się teraz bawię — powiedziała nagle. — Dawno nie czułam się tak swobodnie. Za dużo czasu spędzałam w warsztacie, a do tego dochodziły jeszcze kłopoty z Bozoe. Miałyśmy swoje zwyczaje — w niedziele późne śniadania z popoverami i domowym dżemem. Bozoe potrafiła zjeść nawet sześć takich bułeczek, nie tracąc przy tym swojej poważnej, uroczystej miny. Ja jestem dość tęga, ale jem niewiele. Mamy w domu gramofon i telewizor, ale nic nie jest w stanie sprawić, żeby Bozoe choć na chwilę przestała zajmować się sobą. Nie ma więc sensu kupować kolejnych rzeczy. Nie brakuje mi ani pieniędzy, ani dobrej woli, ale nic z tego nie wynika.
— Wygląda na to, że całkiem nieźle ci się wiedzie — powiedziała Sis McEvoy, mrużąc oczy. — Twoje zdrowie.
Podniosła szklankę do ust i wypiła whisky jednym haustem. Janet natychmiast nalała jej ponownie.
— Ależ przyjemnie spędzamy wieczór — powiedziała Janet. — Mam nadzieję, że tobie też jest miło. Oczywiście, nie zamierzam wtrącać się w twoje osobiste sprawy. Bozoe zawsze narzekała, że specjalnie tak długo zajmuję się rachunkami, żeby trzymać się od niej z daleka. Uważała, że w ten sposób próbuję się jej pozbyć. A ty co o tym sądzisz, Sis McEvoy?
Zapytała żartobliwie, z odrobiną kokieterii.
— Nie obchodzą mnie żadne kłótnie między kobietami — odpowiedziała bez namysłu Sis. — Liczy się tylko to, co dzieje się między kobietą a mężczyzną. Bo co właściwie jest poza tym? Cała reszta nie jest warta funta kłaków.
— Och, zgadzam się z tobą całkowicie — powiedziała Janet, wyraźnie uradowana tą odpowiedzią. — W stu procentach. Pamiętaj, że w warsztacie spędzam znacznie więcej czasu z mężczyznami niż z Bozoe Flanner.
— Właściwie to przez ten mój temperament nie mieszkam z mężem — powiedziała Sis. — Nie odpowiadają mi długotrwałe związki. Źle na mnie działają i prędzej czy później zaczynają mnie przygnębiać. Nie chcę, żeby ktoś na dobre zadomowił się w moim życiu. Na samą myśl przechodzą mnie dreszcze. Mężczyźni szaleją za mną. Lubię drinki i komplementy, ale po pewnym czasie zaczynają mnie nużyć i irytować.
— Jesteś naprawdę niezwykłą kobietą — powiedziała Janet Murphy z zadowoleniem, całkowicie tracąc czujność.
— Tak, z pewnością należę do interesujących kobiet. Nie wiem tylko, czy równie interesujące jest samo życie.
— A pieniądze? Czy one cię obchodzą? — zapytała Janet. — Nie mam na myśli pieniędzy jako takich, tylko to, co można za nie kupić.
Sis milczała, a Janet zaczęła się zastanawiać, czy jej pytanie nie zabrzmiało zbyt nietaktownie.
— Nie chciałam cię urazić — wyjaśniła. — Przecież pieniądze są częścią życia każdego człowieka. Nawet księżne muszą czasem o nich rozmawiać. Ale dobrze, już nie będę do tego wracać. Zgoda?
Wyciągnęła dłoń do Sis McEvoy, lecz ta nie odpowiedziała na gest.
— Naprawdę mi przykro — ciągnęła Janet. — Jeżeli pomyślałaś, że chciałam cię obrazić albo że posunęłam się za daleko, zapewniam cię, że wcale nie miałam takiego zamiaru. Po prostu praca w warsztacie pochłaniała mnie do tego stopnia, że nie miałam czasu nabrać ogłady. Obiecuję, że już nigdy nie wspomnę o pieniądzach.
W głębi duszy Janet czuła, że poruszenie tego tematu w pewnym sensie sprawiło Sis przyjemność, choć ta nie była jeszcze gotowa się do tego przyznać. Męcząca praca w barze z przekąskami, gdzie się poznały, z pewnością nie dawała Sis poczucia bezpieczeństwa.
„Bozoe nie potrafi posługiwać się żadnymi kobiecymi sztuczkami” — pomyślała Janet. „Po dziesięciu latach prowadzenia własnego warsztatu chyba należy mi się coś od życia. Z Bozoe zabrnęłam w ślepą uliczkę, a Sis może mi pomóc znaleźć z niej wyjście”.
W tym momencie Janet była już naprawdę zła na Bozoe.
„Mam prawo trochę się zabawić. Przecież mężczyźni, którzy u mnie pracują, mają więcej rozrywki niż ja”.
— Jestem ci naprawdę wdzięczna, Sis — powiedziała, nie wyjaśniając, co dokładnie ma na myśli. — Bardzo mi pomogłaś. Czy mogę powiedzieć, że podziwiam twoją szczerość, nie ryzykując, że cię tym urażę?
Sis McEvoy zaczynała się zastanawiać, czy Janet nie jest kolejną wariatką pokroju Bozoe Flanner. Trochę ją to niepokoiło, ale była już zbyt pijana, by myśleć jasno. Komplementy sprawiały jej przyjemność, choć czuła się nieswojo, słysząc je z ust kobiety. Szczyciła się tym, że nigdy nie była ani zepsuta, ani nienormalna. Jednocześnie cieszyło ją, że jest po prostu złośliwa i kapryśna — do tego stopnia, że nie potrafiła wytrzymać z żadnym mężczyzną dłużej niż trzy miesiące. Tyle właśnie trwało jej małżeństwo.
— Przeczytam ci jeszcze jeden fragment listu od Bozoe — zaproponowała Janet.
— Wręcz nie mogę się doczekać — odpowiedziała Sis. — Chcę posłuchać, co się dzieje w głowie wariatki, i to z pierwszej ręki. Ten list jest taki pogodny i pokrzepiający. Czytaj, śmiało. Tylko najpierw nalej mi whisky, żebym mogła się skupić. Nie chcę przegapić ani jednego słowa. To byłaby dla mnie tragedia.
Janet wiedziała, że nie powinna czytać listu przyjaciółki komuś, kto tak otwarcie nią gardzi. Nie czuła jednak wobec Bozoe żadnej lojalności. Zależało jej przede wszystkim na tym, by uświadomić Sis, jak wiele musiała znieść z powodu Bozoe. Wierzyła, że dzięki temu jeszcze bardziej się do siebie zbliżą.
— No dobrze, zaczynam — powiedziała. — Przerwij mi, jeśli nie będziesz już chciała słuchać.
Wiem, że spodziewałaś się mojego powrotu. Nie wierzyłaś, że naprawdę odważę się zrobić to, co zamierzałam. Nadal chcę to zrobić, tylko jeszcze nie teraz. Coraz mocniej wierzę, że jedynym ratunkiem dla mnie jest samotność, dlatego powrót do warsztatu, zanim w ogóle dotarłam do Massachusetts, byłby ogromną porażką. Jestem pewna, że rozumiesz, co mam na myśli, choć zazwyczaj zachowujesz się tak, jakbyś nie miała o niczym pojęcia. Sądzę jednak, że doskonale wiesz, o co mi chodzi. Jeśli tylko udajesz, że nie pojmujesz mojego problemu, żeby móc spokojnie prowadzić warsztat, to w rzeczywistości oszukujesz samą siebie. Nie mogę Cię ocalić, ale mogę nadal zwracać Twoją uwagę na drobne, z pozoru nieistotne rzeczy. Oczywiście mam na myśli Twoją duszę, a nie sukces, który osiągnęłaś, ani twoją ambicję czy upór. W każdym razie podczas jazdy autobusem dotarło do mnie, że to nie był odpowiedni moment, by Cię zostawić. Wyjazd do Massachusetts wymagał ode mnie znacznie więcej odwagi i siły, niż sądziłam, że mam. Jednocześnie zdałam sobie sprawę, jak bardzo samolubnie postąpiłam. Myślałam wyłącznie o własnym ocaleniu, nie o Twoim. Cieszę się, że w końcu to pojęłam. Dlatego przestałam płakać i wysiadłam z autobusu. Wiem, że potępiłabyś mnie choćby za to, że zmarnowałam pieniądze na bilet, nawet gdyby nie było żadnego innego powodu. Chcesz, żebym zwracała uwagę właśnie na takie drobiazgi, prawda? Dzięki nim wydaję Ci się bardziej ludzka. Muszę jednak przyznać, że nigdy szczególnie nie zależało mi na byciu człowiekiem. Chcę być podobna do Boga. Na razie nie zrobiłam nawet pierwszego kroku. Najpierw muszę pojechać do Massachusetts i przez jakiś czas pobyć sama. Wysiadłam więc z autobusu, marnując pieniądze wydane na bilet. Domyślam się, że właśnie ten szczegół, jak zwykle, wyda Ci się najważniejszy. Chcę jednak, abyś zrozumiała, że nie tylko strach sprawił, iż zrezygnowałam z wyjazdu do Massachusetts. Nie mogę pozwolić, abyś całkowicie pogrążyła się w samozadowoleniu i obsesji na punkcie swojego interesu. Czuję się w obowiązku Cię przed tym chronić, tak samo jak próbuję ustrzec przed tym samą siebie. Nie byłoby wobec Ciebie uczciwe, gdybym odeszła, zanim naprawdę zrozumiesz mój stosunek do Boga i do własnego przeznaczenia. Jestem przekonana, że nasze drogi połączyły się nie bez powodu, nawet jeśli ostatecznie miałyby się znów rozejść. Na to jednak jeszcze nie pora. Oczywiście, psychiatrzy od razu uznaliby, że kieruje mną jakiś wewnętrzny przymus. Jestem zdecydowaną przeciwniczką psychiatrii, a właściwie także szczęścia. Oczywiście szczęście uwielbiam — choć pewnie trudno Ci w to uwierzyć. Najdroższa, naprawdę Cię kocham i martwię się, że jeśli wkrótce nie doświadczysz cierpienia, Bóg może Cię surowo ukarać. Powinnaś raczej zdobyć się na jakieś poświęcenie. Nie wolno Ci stawiać bezpieczeństwa, pieniędzy ani wygodnego życia na pierwszym miejscu. Nie powinnaś też tak bardzo przejmować się rozgłosem, jaki przynosi Ci warsztat. Sama sława nie jest niczym złym, ale pragnienie jej jest Ciebie niegodne. Janet, kochana, nie oczekuję, że staniesz się równie ponura i fanatycznie religijna jak ja. Nie sądzę, żeby Bóg przeznaczył Ci równie trudny los, pełen tylu przeciwności co mój. Nie mówię tego, żeby Cię zranić. Właściwie powinnaś być wdzięczna za wszystko, co otrzymałaś. Sama chciałabym prowadzić zwyczajne, spokojne życie: zajmować się codziennymi obowiązkami, a wieczorami oglądać telewizję, słuchać muzyki albo grać w karty. Mnie jednak nie jest dane odnaleźć spokój i sądzę, że Ty również nie powinnaś go zaznać — przynajmniej dopóki w pełni nie zrozumiesz mojego wewnętrznego rozdarcia. Musisz przestać mnie lekceważyć i traktować pracę w warsztacie tak, jakby była czymś niemal świętym, ważniejszym niż próba zrozumienia tego, z czym się zmagam. Wydaje mi się zresztą, że rozumiesz znacznie więcej, niż chcesz przyznać. Być może masz w sobie pewną zawziętość, która obraca się przeciwko Tobie, choć sama możesz tego nie dostrzegać. Uparcie wybierasz to, co powierzchowne, zamiast spojrzeć głębiej. Powtarzam: nie oczekuję, że będziesz równie głęboka jak ja. Ale świadome hołdowanie najbardziej powierzchownej stronie własnej natury, z czystego uporu i tylko dlatego, że przyjemniej jest być powierzchownym, z pewnością jest grzechem. A swoją drogą, Sis McEvoy pomoże Ci wydobyć z siebie właśnie tę część. To będzie jak zjazd na sankach.”
Janet nagle przerwała, przerażona, że przeczytała na głos ostatni fragment. Nie spodziewała się, że Bozoe w ogóle wspomni o Sis.
— Ojej — powiedziała. — Rany! Ale ona tu namieszała! Strasznie mi przykro.
Sis McEvoy podniosła się i chwiejnym krokiem ruszyła w stronę telewizora. Po drodze wylała trochę alkoholu na dywan. Potem odwróciła się i wściekle spojrzała na Janet.
— Nikt nie ma prawa mówić o mnie w taki sposób. Nigdy! Absolutnie nigdy!
Oparła się o telewizor i chwyciła go obiema rękami, próbując utrzymać równowagę.
— Do końca życia będę robiła kanapki — powiedziała. — Mieszkam w pięciopiętrowym budynku należącym do towarzystwa ubezpieczeniowego i jestem tam jedyną kobietą. Mężczyźni mogą przychodzić do mnie, kiedy tylko zechcą. Niczym się nie przejmuję. Nie jestem zbudowana jak inne kobiety, więc nie muszę zawracać sobie głowy aborcją ani żadnymi tego rodzaju sprawami. A telewizję i tak mam gdzieś.
„Jednak zależy jej na tym telewizorze” — pomyślała Janet, czując, że odzyskuje pewność siebie.
— Bozoe i ja wcale nie mamy takich samych poglądów — odparła. — W niczym się nie zgadzamy.
— I co z tego? Przecież mieszkacie razem, prawda? Od dziesięciu lat żyjecie pod jednym dachem. Tylko to się liczy.
Uderzyła pięścią w drewnianą obudowę odbiornika. Robiła się coraz bardziej agresywna.
— Czyj właściwie jest ten telewizor?
— Mój. To mój telewizor.
Janet powiedziała to głośniej, żeby Sis na pewno ją usłyszała.
— A co mnie to, do cholery, obchodzi? — wrzasnęła Sis. — Mieszkam na najwyższym piętrze budynku należącego do firmy ubezpieczeniowej i pracuję w barze. A teraz czytaj dalej ten list.
— Nie wydaje mi się, żebyś naprawdę chciała słuchać tych bzdur Bozoe — powiedziała spokojnie Janet. — To tylko psuje nam wieczór. Nie musimy przecież tego słuchać. Po co się tym przejmować? Może przygotuję coś do jedzenia? Tylko nie kanapki, bo pewnie masz ich już dosyć.
— To, co jem, to moja sprawa — odparła ostro Sis.
— Oczywiście — przyznała Janet. — Pomyślałam tylko, że może masz ochotę na coś ciepłego, na przykład jajka z bekonem. Z dobrze wysmażonym, chrupiącym bekonem.
Miała nadzieję, że w ten sposób odwróci uwagę Sis od listu.
— Nie przepadam za jedzeniem — powiedziała Sis. — Nawet wykwintne potrawy dla milionerów mnie nie kuszą, więc nie zawracaj sobie tym głowy.
— Ja też jem niewiele — odpowiedziała Janet.
Odłożyła list Bozoe, zamierzając wrócić do niego dopiero wtedy, gdy Sis straci nim zainteresowanie.
— Oczywiście, prowadząc warsztat, muszę coś jeść. Tyle że teraz zajmuję się głównie pracą umysłową, a nie fizyczną. Kierowanie firmą jest przecież bardzo wyczerpujące.
Sis spojrzała na Janet.
— Twój rozum wcale mnie nie zachwyca. Warsztat zresztą też nie. Lubię ludzi, o których piszą gazety, takich, którzy są najlepsi w tym, co robią. Na przykład mistrzów boksu. Poznałam ich wielu i zawsze do mnie lgnęli. Wszyscy się we mnie zakochują. Nie chciałabym jednak, żeby któryś z nich dowiedział się, że znam kogoś takiego jak Bozoe. Od razu straciliby do mnie szacunek.
— Ja też nie przedstawiłabym Bozoe żadnemu bokserowi ani nikomu, kto interesuje się sportem — odparła Janet. — Jestem pewna, że zanudziłaby ich na śmierć.
Na chwilę zapadła cisza.
— Jesteś naprawdę miła i bardzo inteligentna. Potrafisz zrozumieć ludzi, a to duża zaleta.
— Wróćmy do Bozoe i jej telewizora.
— To mój telewizor, Sis. Może usiądziesz na kanapie?
— To wasze wspólne mieszkanie i wspólny telewizor. Wiem, co was łączy. Cały świat o tym wie. Gdybym tylko chciała, mogłabym wsadzić was obie do więzienia. Ciebie i tę twoją Bozoe.
Chwiejnym krokiem podeszła do kanapy i usiadła.
— Whisky — zażądała. — Świat uwielbia pijaków, ale potępia zboczeńców. Sportowcy i bokserzy piją, kiedy nie trenują. W gruncie rzeczy piją bez przerwy.
Janet podeszła do niej i podała jej whisky z kilkoma kostkami lodu. „Oby tylko zasnęła” — pomyślała. Nie sądziła, żeby Sis zdołała wejść po schodach na najwyższe piętro budynku firmy ubezpieczeniowej, gdzie miała swój pokój. Zresztą wcale nie chciała, żeby wychodziła.
„Przy niej dopiero widzę, jakim ciężarem jest Bozoe. Sis jest energiczna, szczera i pełna temperamentu. Z praktycznego punktu widzenia znacznie bardziej mi odpowiada”.
Uznała jednak, że rozsądniej będzie zachować pewien dystans. Ostrożnie nalała Sis kolejnego drinka i wróciła na swoje miejsce. Chętnie usiadłaby bliżej, mimo tego, co Sis powiedziała o więzieniu, ale bała się, że ta ją uderzy.
„To wszystko przez Bozoe” — pomyślała. „Sama sobie jest winna. Naprawdę uwierzyła, że jest Bogiem. Jej wzniosłe słowa potrafią zatruć nawet najspokojniejszą atmosferę — i to z odległości dwudziestu pięciu mil”.
— Kocham swój kraj — powiedziała nagle Sis. — Kocham go całym sercem!
— Oczywiście, kochanie. Jakżeby inaczej? — odparła Janet. — Mogłabym zabić Bozoe za to, że tymi swoimi szalonymi historiami doprowadziła cię do takiego stanu. Przecież jeszcze przed chwilą byłaś zupełnie spokojna.
— Przeczytaj mi, co jest dalej — poprosiła Sis. Po chwili odezwała się znowu, jakby nieobecna:
— Czytaj dalej.
Janet nie wiedziała, co robić. Najwyraźniej jedzeniem nie dało się odciągnąć uwagi Sis od listu, a jedyne, co zostało w kuchni, to kotleciki z dorsza Gorton’s, których nie śmiała jej podać.
„Dopiero byłaby awantura” — pomyślała. „Telewizor też tylko pogorszyłby sprawę. Nie ma mowy ani o telewizji, ani o kotlecikach z dorsza, dopóki się nie uspokoi. W końcu praca w barze musi być wyczerpująca”.
Nie miała więc wyboru: musiała ulec Sis i wrócić do listu, licząc, że ta wkrótce zaśnie.
— Niech diabli wezmą tę Bozoe — mruknęła Janet pod nosem.
— Nie udawaj — odezwała się Sis, która najwyraźniej zachowała jeszcze całkiem trzeźwy umysł. — Nie znoszę kłamstwa i od razu wiem, kiedy ktoś próbuje mnie oszukać, choć sama nie studiowałam w college’u. Zresztą nie mam najlepszego zdania o całym tym wykształceniu.
— Ja też nie — zaczęła Janet, licząc, że uda jej się skierować rozmowę na inny temat. — Skończyłam szkołę handlową.
— Zamknij się, do cholery! Tylko ty potrafisz zrobić ze szkoły handlowej temat do rozmowy. Nikt inny! Jesteś naprawdę stuknięta. Czytaj ten list.
— Już, już — odpowiedziała Janet, zdając sobie sprawę, że nic więcej nie wskóra. — Daj mi tylko założyć okulary i znaleźć miejsce, w którym przerwałam. Lata spędzone nad rachunkami w warsztacie bardzo pogorszyły mi wzrok. Kiedyś widziałam doskonale.
Ostatnie słowa wypowiedziała cicho, nie spodziewając się po Sis ani współczucia, ani nawet zainteresowania. Ta w ogóle nie zareagowała.
— No dobrze — powiedziała Janet pojednawczo. — Wróćmy do listu. Zobaczmy, co jest dalej.
Nalała sobie czystej whisky, licząc, że alkohol doda jej odwagi.
Jak chyba już Ci wspominałam, zeszłam do baru i wzięłam stamtąd drinka. To była kolejna porażka. Zresztą takie rzeczy przytrafiają mi się codziennie, więc zapewne nie powinnam nawet o nich wspominać. Jednak nie potrafiłabym znieść myśli, że zabrakło mi odwagi, by dotrzeć do celu. Pamiętaj, że nie tylko dlatego zawróciłam. Przeczytaj uważnie ten fragment, żebyś nie czuła do mnie wyłącznie pogardy. Chodzi mi przede wszystkim o tę część, w której piszę o poczuciu odpowiedzialności za ciebie. Pokój, który zajmuję nad barem Larry’ego, jest ponury i przygnębiający. To jeden z kilku pokoi wynajmowanych przez jego siostrę, którą poznałam rok temu, kiedy zatrzymałyśmy się tutaj, żeby coś zjeść. Na pewno pamiętasz. To było tego dnia, kiedy zabrałaś Stretcha na przejażdżkę i wypuściłaś go z samochodu, żeby pobiegał po lesie. Mam na myśli ten skrawek lasu, który odkryłaś o zachodzie słońca, kiedy zbierałaś gałęzie oblepione mokrymi liśćmi i ziemią.…
Dziennik Emmy Moore
Są dni, kiedy sama już nie pamiętam, po co właściwie tutaj przyjechałam. Dzisiaj znów napisałam do męża, próbując uporządkować sobie wszystko w głowie i przypomnieć, co mnie do tego skłoniło. Ilekroć zaczynałam wątpić, przekonywał mnie, żebym została. Uważał, że najgorsze, co mogłabym zrobić, to tkwić w zawieszeniu, nie wiedząc, czego właściwie chcę. Jeszcze raz próbowałam mu wytłumaczyć swoją decyzję o zamieszkaniu w Hotelu Henry. To już ósmy list, w którym do tego wracam, a jednak z każdym kolejnym coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że postąpiłam słusznie. Przytaczam go tutaj, żeby wszystko było jasne i nie budziło żadnych wątpliwości. Piszę ten dziennik z myślą o publikacji. Zależy mi zarówno na zdobyciu rozgłosu, jak i na tym, by pomóc innym kobietom. List jest skierowany do mojego męża, Paula Moore’a. Jesteśmy małżeństwem od szesnastu lat i nie mamy dzieci. Paul pochodzi z Irlandii Północnej i jest szanowanym prawnikiem. Ceni samotność i życie blisko natury. Doskonale zna się na grzybach i drzewach, interesuje się też geologią. Mimo tych licznych zainteresowań, nadal zajmuję ważne miejsce w jego życiu. Jest dla mnie dobry i wyrozumiały. Zależy mu na moim szczęściu i martwi się, kiedy widzi, że coś mnie trapi. Zna mnie bardzo dobrze i wie o mnie niemal wszystko, także o mojej niechęci do tego, by postrzegano mnie jako typową kobietę. Paradoksalnie, sama jestem bardzo kobieca, szczególnie jak na Amerykankę o anglosaskich korzeniach. Urodziłam się w Bostonie. Czasami mam wrażenie, że jestem niemal „tureckim typem”. Nie chodzi jednak o mój wygląd, a przynajmniej niezupełnie. Jestem tęga, mam rumiane, szkockie policzki i okrągłe oczy, ani skośne, ani migdałowe. Mimo to, czasem sądzę, że jest we mnie coś z tureckich kobiet. Ilekroć nachodzi mnie ta myśl, zaczynam gardzić sama sobą. Kobiety z mojego kraju postrzegam jako niezwykle silne, niezależne i niemal męskie. Wydają mi się zdolne do dowodzenia całymi pułkami, a nawet do tego, by przetrwać samotnie na bezludnej wyspie, gdyby zaszła taka potrzeba. Wiem, że nie są to najlepsze przykłady, ale dobrze oddają to, co mam na myśli. Dla mnie już sam przyjazd do Hotelu Henry i samotne jadanie tam obiadów i kolacji jest ważnym doświadczeniem. Chciałabym, jeśli będzie mi to dane, przed śmiercią stać się bardziej samodzielna i choć trochę mniej „turecka” niż jestem. Zanim przejdę dalej, muszę wyraźnie zaznaczyć, że nie zamierzam obrażać tureckich kobiet. Być może one same zmagają się z cechą, z którą ja próbuję walczyć. Choć odbiega to nieco od tematu, wiele z nich jest przecież bardzo pięknych. Mam też wrażenie, że przestały zasłaniać twarze. Każda inna Amerykanka zapewne potrafiłaby powiedzieć, czy rzeczywiście zrezygnowały z zasłon. Ja jednak nie mam o tym pojęcia. Przypuszczam jedynie, że tak właśnie się stało, choć mogę się mylić. Nie wiem też, kiedy do tego doszło — wiele lat temu, czy może całkiem niedawno.
Poniżej przytaczam list do mojego męża, Paula Moore’a, w którym dokładniej opisuję swoje przemyślenia na temat tureckich kobiet. Ponieważ prowadzę ten dziennik z myślą o publikacji, nie powinnam się zanadto rozpisywać. Żaden wydawca nie zaryzykuje wydania obszernego dziennika nieznanej kobiety. Nawet ja, choć nie mam żadnego doświadczenia w interesach, zdaję sobie z tego sprawę. Istnieje jednak szansa, że krótsza wersja wzbudzi zainteresowanie.
Oto list, który napisałam wczoraj, dzień po tym, jak podczas zakrapianego wieczoru w sali Blue Bonnet zaczepiłam pewnego przedstawiciela handlowego:
Najdroższy Paulu,
Nie potrafię kontynuować mojego eksperymentu w Hotelu Henry bez regularnego pisania do Ciebie. Wciąż czuję potrzebę wyjaśniania, a czasem także uzasadniania, dlaczego zdecydowałam się tu zostać. Namawiałeś mnie, żebym pisała, ilekroć zechcę uporządkować własne myśli. Jednocześnie zapewniałeś, że nie muszę tłumaczyć się ze swoich decyzji. Mimo to wciąż nie potrafię przestać tego robić i jestem przekonana, że nie uwolnię się od tej potrzeby, dopóki nie dokona się we mnie upragniona przemiana. Och, wiem, co byś teraz powiedział: żebym nie oczekiwała zbyt wiele. Dlatego zamiast mówić o „przemianie”, nazwę to raczej „wymarzonym udoskonaleniem”. Zanim ono nastąpi, nie przestanę usprawiedliwiać przed Tobą swoich działań. Niewykluczone więc, że będę pisała do Ciebie codziennie. Czasami chęć pisania narasta we mnie niczym krzyk, który więźnie w gardle i w końcu musi znaleźć ujście.
A teraz przejdę wreszcie do tego, co nazywam moim tureckim problemem. Chcę, żebyś wiedział, że ogromnie podziwiam zachodnią cywilizację, a zwłaszcza kobiety Zachodu. Jednocześnie mam poczucie, że sama nie bardzo do niej pasuję. Bywa, że wydaje mi się wręcz, że przez jakiś niefortunny zbieg okoliczności nie urodziłam się w Turcji, choć to właśnie tam powinnam była przyjść na świat. Nie znam się na tym na tyle, by dokładnie określić, które państwa należą do cywilizacji zachodniej. Wydaje mi się jednak, że Turcja znajduje się gdzieś pomiędzy Wschodem a Zachodem, prawda? Pewne wyobrażenie o tamtejszych kobietach dały mi lektury o Turcji i obrazy, które widziałam. Jeśli chodzi o kobiety Wschodu, nie budzą we mnie niepokoju ani nie stają się przedmiotem mojej obsesji. Mam na myśli przede wszystkim Chinki, Japonki czy Hinduski. Zresztą interesują mnie znacznie mniej, bo nie obawiam się, że mogłabym mieć z nimi coś wspólnego. Z Turczynkami jest inaczej. Wydają mi się na tyle bliskie, że dostrzegam między nami pewne podobieństwo. Kobiety żyjące po drugiej stronie świata równie dobrze mogą być silne, niezależne i stanowcze — tak jak kobiety Zachodu. Te zaś, które żyją gdzieś pomiędzy Wschodem a Zachodem, muszą być delikatne i kobiece. Oczywiście, wcale w to nie wierzę. O kobietach Orientu wiem jednak tak niewiele, że mogę wyobrażać je sobie właściwie dowolnie. Zresztą bez względu na to, jakie są naprawdę, nie ma to dla mnie większego znaczenia, bo za bardzo się ode mnie różnią. Z Turczynkami natomiast jest inaczej, a ich sylwetki, niestety, przypominają moją.
Przejdę teraz do najważniejszej kwestii. Zdaję sobie sprawę, że to, co napisałam wcześniej, możesz uznać za żart. Jeśli jednak potraktujesz moje słowa poważnie, zapewne zirytuje Cię, jak bardzo wszystko upraszczam. Z pewnością zauważysz, że mój obraz świata niewiele ma wspólnego z rzeczywistością. Takie postrzeganie kobiet — zachodnich, wschodnich i tych znajdujących się pomiędzy nimi — jest, rzecz jasna, naiwne i niedojrzałe, a nawet zwyczajnie głupie. Zapewniam Cię jednak, że właśnie tak widzę wszystko, kiedy przestaję się kontrolować i pozwalam myślom swobodnie płynąć. Na szczęście mam pewien talent do naśladownictwa i kiedy tylko zechcę, potrafię rozumować jak osoba wykształcona. Skoro zdecydowałam się tak szczerze opisać samą siebie, mogę również przyznać, że moje wyobrażenie o świecie jest bardzo uproszczone. Zupełnie pomijam w nim kraje łacińskie takie jak Francja, Włochy czy Hiszpania. W mojej wyobraźni kraje anglosaskie niemal bezpośrednio graniczą z tymi częściowo orientalnymi, jak gdyby pomiędzy nimi nie istniały żadne inne kraje ani kultury. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że kraje łacińskie istnieją — w dwóch z nich nawet mieszkałam. Mimo to właściwie nie biorę ich pod uwagę, kiedy myślę o podziale kobiet. Rzadko o nich myślę, tak samo jak nie zaprzątam sobie głowy Chinkami, Jawajkami czy Japonkami, choć w tym przypadku znacznie trudniej mi wyjaśnić, dlaczego. Powód jest chyba dla Ciebie oczywisty, więc nie muszę go tłumaczyć.
Wiem, że Francuzki są dziś bardziej aktywne i częściej uprawiają sport niż dawniej. Być może upodobniły się już do kobiet anglosaskich do tego stopnia, że niewiele je od nich różni. Dawno jednak nie byłam we Francji, więc nie mogę mieć co do tego pewności. Tak czy inaczej, kobiety z krajów łacińskich nie mieszczą się w moim obrazie kobiet na świecie. Może powinnam więc powiedzieć, że choć zupełnie zapomniałam o ich istnieniu, niczego to właściwie nie zmieniło. Trudno może w to uwierzyć, ale nawet kiedy przypominam sobie o krajach łacińskich, łącznie z Ameryką Południową, nadal widzę wszystko dokładnie tak samo. Chcę, żebyś znał mnie naprawdę dobrze i żeby nie było między nami żadnych tajemnic. Nie myśl jednak, że gdyby mi na tym zależało, nie potrafiłabym ukryć przed Tobą swojej niewiedzy. Jestem na tyle przebiegła i kobieca, że mogłabym spędzić z Tobą całe życie, wciąż wymyślając nowe sposoby, żeby Cię zwodzić. Nie zamierzam jednak uciekać się do takich kobiecych sztuczek. Doskonale wiem, ile czasu i energii pochłaniają. Wiele kobiet świadomie i z przyjemnością tka swoje misterne sieci. Daje im to poczucie, że wciąż do czegoś zmierzają. Być może rzeczywiście posuwają się w ten sposób naprzód, ale tylko tak długo, dopóki mają obok siebie mężczyznę, którego mogą wprowadzać w błąd. Kobieta pozostawiona sama ze swoimi sztuczkami budzi natomiast jedynie współczucie. To przecież oczywiste.
Wkrótce opowiem Ci również, jak wojna wpłynęła na moje życie i sposób myślenia. Wspominałam już o tym, ale odniosłam wrażenie, że nie potraktowałeś tego poważnie. Jeśli otwarcie napiszę o swoich uczuciach, możesz zmienić zdanie o mnie, a nawet postanowić mnie opuścić. Jestem jednak gotowa podjąć to ryzyko, bo przyjeżdżając do Hotelu Henry, od początku liczyłam się z tym, że mogę stracić coś, na czym mi zależy. Przedwczoraj wieczorem się upiłam. Aż trudno uwierzyć, że mam już czterdzieści siedem lat, prawda?
Twoja kochająca
Emmy
Teraz, kiedy przepisałam ten list do dziennika — wcześniej zapomniałam zrobić jego kopię — zamierzam wyjść na spacer. Początkowo planowałam spędzić kilka tygodni sama w Hotelu Henry, zanim podejmę jakiekolwiek konkretne działania. Nie sądziłam też, że tak szybko zacznę prowadzić dziennik. Chciałam przede wszystkim zatrzymać się, uporządkować myśli i stopniowo uwolnić się od dawnych przyzwyczajeń. Jednak już po tygodniu pobytu, a dokładnie przedwczoraj w nocy, ogarnęło mnie przejmujące poczucie samotności i oderwania od dotychczasowego życia. Właśnie wtedy postanowiłam zacząć wszystko zapisywać.
Pierwszą interesującą osobę poznałam tutaj w Blue Bonnet. Był to przedstawiciel handlowy, o którym jeszcze przed przyjazdem słyszałam od rodziny mojego męża. Kiedy wspomniałam Lawrence’owi Moore’owi, jednemu z jego kuzynów, że zamierzam zatrzymać się w Hotelu Henry, powiedział:
— Zajrzyj do domu towarowego Grey & Bottle. W dziale tkanin pracuje pewien mężczyzna o szczupłej, zaczerwienionej twarzy i rudawych włosach. Ma własne dochody i jest spokrewniony z Hewittem Molainem, więc właściwie nie musi zarabiać na życie. Kiedyś należał do mojego bractwa, ale pewnego dnia po prostu zniknął. Dopiero po jakimś czasie dowiedziałem się, że zatrudnił się w Grey & Bottle. Poszedłem tam później, żeby się z nim zobaczyć. Jak na człowieka uchodzącego za dziwaka, wydał mi się całkiem sympatyczny i przyzwoity. Moglibyście wybrać się razem na drinka. Mam wrażenie, że można z nim zupełnie normalnie porozmawiać.
Nie powiedziałam sprzedawcy, którego spotkałam w Blue Bonnet, że słyszałam o nim od Lawrence’a Moore’a. Pomyślałam, że mógłby to źle przyjąć. Zamiast tego skłamałam, że jestem tutaj od kilku miesięcy, choć w rzeczywistości dopiero zaczynam drugi tydzień pobytu w Hotelu Henry.
Z jakiegoś powodu zależy mi, żeby inni wierzyli, iż jestem tu znacznie dłużej. Nie chodzi przecież o to, by zrobić na kimkolwiek wrażenie. Trudno uznać kilkumiesięczny pobyt w takim miejscu za szczególne osiągnięcie. Już sam fakt, że przywiązuję do tego jakąkolwiek wagę, powinien zaniepokoić każdego rozsądnego człowieka. A jednak tak jest. Gdzieś w głębi serca naprawdę wierzę, że długi pobyt w Hotelu Henry jest czymś godnym podziwu. Łatwo zrozumieć, skąd bierze się we mnie takie przekonanie. Nic dziwnego, że sama uważam to, co tutaj robię, za coś szczególnego. Nie ma jednak powodu, by inni również tak sądzili — zwłaszcza ludzie, którzy w ogóle mnie nie znają. Może po prostu lubię mówić takie rzeczy. Oby tylko o to chodziło. Jutro dopiszę jeszcze kilka słów, ale teraz muszę wyjść. Chcę kupić kakao, bo kiedy jestem trzeźwa, zwykle wypijam filiżankę przed snem.
Nie mogła już dłużej wytrzymać w dusznym, przegrzanym pokoju. Z trudem otworzyła okno, wpuszczając do środka chłodne powietrze. Kilka luźnych kartek leżących na biurku sfrunęło na podłogę i zatrzymało się przy regale z książkami. Kiedy zamykała okno, na podłogę opadły kolejne. Powiew świeżego powietrza odmienił jej nastrój. Spojrzała na rozsypane kartki i zorientowała się, że to strony listu, który przed chwilą przepisała do dziennika. Podniosła je.
Wciąż mam wrażenie, że nie wyjaśniłam wszystkiego tak, jak powinnam, i nie usprawiedliwiłam się wystarczająco — przeczytała.
Zamknęła oczy i pokręciła głową. Przepisywanie listu sprawiało jej ogromną przyjemność, ale widok kartek rozrzuconych po podłodze nagle ostudził jej entuzjazm.
„Właściwie niczego nie powiedziałam. Nadal nie wiadomo, dlaczego przyjechałam do Hotelu Henry. Nie podałam żadnego uzasadnienia”.
Rozejrzała się po pokoju, jakby czegoś szukała. Przy komodzie dostrzegła butelkę whisky. Podeszła, podniosła ją z podłogi i usiadła w swoim ulubionym wiklinowym fotelu.
Lila i Frank
Frank z impetem otworzył drzwi wejściowe, aż szyba zadrżała w futrynie. Siostra nigdy nie wychodziła mu naprzeciw — jakby instynktownie szanowała jego skrytą naturę.
Zdjął płaszcz, powiesił go w przedpokoju i wszedł do salonu. Był niemal pewien, że zastanie tam siostrę, i rzeczywiście siedziała jak zwykle w swoim fotelu. Tuż obok stał masywny, okrągły stół, tak wysoki, że właściwie nie nadawał się ani do jedzenia, ani do pisania. Nawet o poranku Lila wyglądała elegancko. Miała na sobie jedwabną suknię, pończochy i starannie wypastowane buty. O każdej porze dnia sprawiała wrażenie gotowej do wyjścia, choć prawie nigdy nie opuszczała domu. Włosy nie zawsze miała idealnie ułożone, ale o pomalowaniu ust nigdy nie zapominała.
— I jak dzisiaj faceci w Coffee Pot? — zapytała, kiedy Frank wszedł do pokoju.
Jej głos pozostawał spokojny. Podobnie jak brat, Lila nie próbowała wpływać na rozmówcę tonem ani sposobem mówienia. Frank usiadł i przez chwilę odpoczywał w milczeniu.
— No więc, co powiesz o tych facetach z Coffee Pot? — ponowiła pytanie z obojętną miną.
— Tacy jak zwykle.
— Czyli jak zwykle: żarłoczni i hałaśliwi.
Z tonu jej głosu trudno było wywnioskować, czy Lila osądza mężczyzn bywających w Coffee Pot, czy też zwyczajnie jest ciekawa ich zachowania. Pytała o nich brata już wiele razy, a jego odpowiedzi zmieniały się zależnie od nastroju. Tego wieczoru Frank nie miał jednak ochoty na rozmowę.
— Przychodzą do Coffee Pot, żeby coś zjeść — odparł.
Spojrzała na niego. W jej ciemnych oczach nie było ani ciepła, ani łagodności.
— Dużo było tam ludzi? — zapytała.
Przez chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią, a ona uważnie mu się przyglądała. Siedział tuż przy lampie. Policzki miał zaczerwienione, a padające na nie światło jeszcze bardziej podkreślało ich rumieniec.
— Tak, było tłoczno.
— W takim razie musiało być głośno.
Pod koniec zdania jej głos wyraźnie przycichł, tak że ktoś postronny mógłby pomyśleć, że rozmowa dobiegła końca. Frank jednak dobrze znał siostrę i wiedział, że jeszcze nie skończyła. Nie zdziwił się więc, kiedy po chwili znów się odezwała:
— Rozmawiałeś z kimś?
— Nie.
Frank wstał z krzesła i podszedł do szklanej biblioteczki w rogu pokoju.
— Przecież zazwyczaj z nikim nie rozmawiam, prawda?
— To nie znaczy, że pewnego dnia nie zaczniesz — odpowiedziała spokojnie.
— Nie zmieniłbym tak po prostu swoich przyzwyczajeń — odparł. — To, że chodzę do Coffee Pot, nie oznacza, że nagle zacznę zachowywać się inaczej.
— A dlaczego nie?
— Bo chyba nie leży to w ludzkiej naturze, prawda?
— Nic nie wiem o ludzkiej naturze — odparła. — Ty zresztą też niewiele o niej wiesz, więc nie rozumiem, dlaczego w ogóle się na nią powołujesz. A jednak mam wrażenie, że to właśnie ja mogłabym któregoś dnia zupełnie się zmienić.
Mówiła bez większych emocji, jakby wcale nie odnosiła tych słów do siebie.
— To przeczucie zawsze gdzieś we mnie tkwi… właśnie tutaj.
Dotknęła dłonią piersi.
Frank przez chwilę chodził po pokoju, jakby rozmowa przestała go interesować. Lila jednak doskonale wiedziała, że tylko udaje obojętność.
Każde z nich na swój sposób unikało mówienia drugiemu prawdy, dlatego ich rozmowom często towarzyszyły napięcie i niedopowiedzenia.
— Powiedz mi — zaczęła. — Skoro nie spodziewasz się tam niczego nowego, to dlaczego wciąż chodzisz do Coffee Pot?
To pytanie padało między nimi już wiele razy w ciągu ostatnich tygodni, lecz powracanie do tych samych tematów nie przynosiło ulgi. Przeciwnie — tylko pogarszało sytuację.
— Nie przepadam za rozmowami, ale lubię wychodzić z domu — wyjaśnił. — Być może nie lubię ludzi, ale lubię świat.
— W takim razie zamiast przesiadywać w Coffee Pot powinieneś spacerować po lesie. Słyszałam, że ludzie, którzy stronią od towarzystwa, wolą przebywać na łonie natury.
— Natura jakoś szczególnie mnie nie interesuje. Pod tym względem nie różnię się od innych.
Przez jakiś czas oboje milczeli. W końcu Lila odezwała się ponownie.
— Nie przeszkadza ci, że być może jesteś jedynym mężczyzną w Coffee Pot, który czuje się tam tak obco?
Frank usiadł przy oknie. Na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu.
— Nie — odpowiedział. — Chyba właśnie to mi odpowiada.
— Dlaczego?
— Bo przynajmniej zdaję sobie sprawę z własnego wyobcowania. Pozostali nawet go nie dostrzegają.
Frank mówił jej to już wiele razy. Oboje jednak tak bardzo cenili szczególny nastrój swoich rozmów, że nawet powtarzane po wielokroć słowa nigdy nie traciły dla nich znaczenia ani nie brzmiały pusto.
— Do sekretów też podchodzimy inaczej — stwierdziła. — Mnie nie pociąga trzymanie czegokolwiek w tajemnicy. Nie umiałabym nawet wyjaśnić, co jest w tym przyjemnego. Wiem tylko, że zupełnie tego nie potrzebuję.
— Dobranoc — powiedział Frank.
Chciał już zostać sam. Nie zdziwiło jej to — zwykle nie rozmawiał dłużej niż kilkanaście minut.
Lila jednak była zbyt poruszona, by tej nocy zasnąć.
Ucisk, który czuła w piersi, był jej doskonale znany. Przypominał uczucie, jakiego doświadcza się tuż przed podróżą. Towarzyszył jej przez całe życie — czasem sprawiał przyjemność, czasem przynosił cierpienie. Było w nim coś zarówno bolesnego, jak i przyjemnego, a przy tym nierozerwalnie łączył się z kłamstwami Franka. W ostatnich tygodniach dotyczyły one głównie Coffee Pot, lecz ich treść nie miała większego znaczenia. Frank kłamał przecież od zawsze, odkąd sięgała pamięcią. Niepokój Lili brał się z tego, że jednocześnie wierzyła w jego kłamstwa i je odrzucała. Przypominało to stan człowieka pogrążonego we śnie, który znalazł się na granicy przebudzenia. Wie, że świat snu może w każdej chwili zniknąć, a mimo to nie potrafi sobie przypomnieć, że istnieje rzeczywisty pokój, do którego mógłby powrócić. Lila żyła więc w osobliwym świecie kłamstw brata, choć miała świadomość, że gdzieś za nimi kryje się trudna do uchwycenia rzeczywistość. Pod tym względem Lila nie zmieniła się od dzieciństwa. Już wtedy trudno było jej uwierzyć, że brat mógł powiedzieć coś nieprawdziwego — wydawało jej się to równie niewyobrażalne, jak dla wielu dzieci zakwestionowanie istnienia Boga. Jej uczucia wobec Franka z pewnością nie były całkiem zdrowe ani jednoznaczne, lecz łączyła ich niezwykle silna więź. Dawało się ją wyczuć w spokojnym głosie Lili i w całym jej zachowaniu.
Żelazny stolik
Siedzieli w słońcu, patrząc na szeroki, świeżo wytyczony bulwar, który ciągnął się przed nimi. Kelner przyniósł stary metalowy stolik i ustawił go na betonowym placyku obok pustej rabaty. Teren hotelu oddzielał od chodnika jedynie sznurek rozciągnięty między wbitymi w ziemię palikami. Niewielu hotelowych gości wychodziło na słońce. Miasteczko nie było kurortem, więc rzadko zaglądali tu przybysze mówiący po angielsku. Wśród zatrzymujących się przeważali Hiszpanie.
— Cywilizacja chyli się ku upadkowi — powiedział.
— Tak, wiem — odparła ze smutkiem.
Coraz trudniej było jej przewidzieć własną reakcję na jego niekończące się wywody o tym, że Zachód zniszczył i wypaczył kulturę muzułmańską. Tego dnia wydał jej się wyjątkowo rozdrażniony, jakby umyślnie szukał pretekstu do sprzeczki, więc odruchowo przyznała mu rację.
— I wszystko to dzieje się w zastraszającym tempie — dodała ponurym tonem.
Spojrzał na nią. W jego niebieskich oczach nie było ani śladu zainteresowania.
— Są jeszcze miejsca, gdzie kultura przetrwała niemal niezmieniona — odezwał się, jakby dopiero teraz przyszło mu to do głowy. — Moglibyśmy pojechać na pustynię. Tam nie musiałabyś oglądać tego wszystkiego. Chciałabyś?
Była to swego rodzaju kara za to, że tak łatwo się z nim zgodziła. Wiedział, że ona nie ma najmniejszej ochoty jechać na pustynię, a przy tym nie wierzy, by można było dłużej chronić się przed skutkami rewolucji przemysłowej. Sam, nie do końca świadomie, sprowokował sprzeczkę, której w gruncie rzeczy od początku pragnął.
— Po co pytasz, czy chcę jechać na pustynię, skoro doskonale wiesz, że wcale mnie tam nie ciągnie? Przecież rozmawialiśmy o tym już wiele razy. A mimo to co kilka dni wracamy do tego samego.
Choć słońce prażyło tak mocno, że miała wrażenie, iż cała płonie, gdzieś w głębi nadal czuła chłód, jakby tuż obok jej serca przepływała struga lodowatej wody.
— Ale przecież — odpowiedział — zdarza ci się zmieniać zdanie. Czasem sama mówisz, że chciałabyś pojechać na pustynię.
I rzeczywiście, niekiedy patrzyła na to inaczej. Bywały chwile, kiedy podbiegała do niego z rozjaśnionymi oczami.
— Jedźmy — powtarzała. — Naprawdę, jedźmy na pustynię.
Nigdy jednak nie mówiła tego na trzeźwo.
W jego głosie zabrzmiała nuta tęsknoty. Musiała sobie przypomnieć, że powinna być zirytowana, zamiast pogrążać się w smutku.
— Czasami rzeczywiście mam ochotę tam pojechać — odpowiedziała. — Ale tylko po alkoholu. Kiedy jestem trzeźwa, po prostu się boję.
Odwróciła się ku niemu. Na jej twarzy pojawił się dobrze mu znany wyraz cierpienia i niepokoju.
— Myślisz, że powinnam tam pojechać? — zapytała.
— Gdzie?
— Na pustynię. Zamieszkać w oazie.
Mówiła bez pośpiechu.
— Może powinnam tak zrobić, skoro jestem twoją żoną.
— Rób to, czego sama pragniesz — odpowiedział.
Od dwunastu lat próbował jej to uświadomić.
— To, czego pragnę… No cóż, może gdybym miała pewność, że będziesz szczęśliwy w oazie, sama chciałabym tam pojechać.
Mówiła z wahaniem, jakby nie wiedziała, czy naprawdę wierzy we własne słowa.
— Co takiego?
Otrząsnął się, jakby poczuł na twarzy pajęczynę.
— Co właściwie masz na myśli?
— Chciałam powiedzieć, że jeśli byłbyś szczęśliwy w oazie, mnie również byłoby tam dobrze. Żony przecież czerpią satysfakcję z uszczęśliwiania swoich mężów. Naprawdę tak uważam, niezależnie od tego, czy to jest moralnie słuszne.
Nie uśmiechnął się. Był zbyt zirytowany.
— Pojechałabyś do oazy, żeby schronić się przed zachodnią cywilizacją.
— Ani ja, ani moi przyjaciele nie sądzimy, żeby można było przed nią uciec. Nie ma nic ciekawego w ciągłym rozprawianiu o industrializacji.
— O kim mówisz?
Lubił myśleć, że niewiele ją z nimi łączy.
— O naszych przyjaciołach.
Większości z nich nie widziała od lat. Nagle odwróciła się ku niemu.
— Mam wrażenie, że przyjeżdżasz do tych krajów tylko po to, żeby narzekać. Dość już tego gadania o „cywilizacji”. To słowo przestało dla mnie cokolwiek znaczyć. Już nawet nie pamiętam, jak je kiedyś rozumiałam.
Chwila, w której mogli okazać sobie czułość, właśnie bezpowrotnie minęła. Przyniosło im to nawet pewną ulgę, choć wcale tego nie chcieli. Ponieważ nadal milczał, ciągnęła:
— Nie widzę w tym nic interesującego. Patrzenie, jak znikają kolejne tradycyjne stroje, jest po prostu nudne. Nawet rozmowy na ten temat mnie nie zajmują.
— To nie są żadne kostiumy — odpowiedział stanowczo. — To zwyczajne ubrania, które ludzie noszą na co dzień.
Podobnie jak on, była rozczarowana i pełna goryczy z powodu zachodzących zmian, ale nie chciała, by łączył ich ten sam smutek. Wiedziała, że prędzej czy później nadejdzie moment, gdy głęboki żal pogrąży ich oboje w milczeniu i położy kres sporowi, a wspólne cierpienie nie pozwoli im spojrzeć sobie w oczy. Dopóki mogła, starała się odwlec to, co nieuchronne.
Jane Bowles
CZYTAJ TEŻ