Wrażenia z Sycylii


 

II.

Superekspresem Wenecja-Rzym ruszyliśmy parę minut spóźnieni i z duszą na ramieniu, co też nas czeka. Mówię superekspresem, bo sam pociąg to duma i szczyty włoskich kolei, frecciarossa, treno a grande velocità, wysokiej prędkości, obsługujący  włoską sieć „pendolino”, rozwijający do 300 km/h., choć przeważnie jadący z prędkością 200 lub 250. Jazda takim zaawansowanym pudłem to mogłaby być frajda, zwłaszcza że wewnątrz komfortowo i relatywnie pusto. No, ale wiszący nade mną miecz strajku maszynistów odbiera mi tę frajdę z jazdy, która skądinąd odbywa się bardzo sprawnie i zgodnie z rozkładem co do kilku minut (tu nie ma już austriackich norm punktualności, dla Włocha kilka minut to nie jest spóźnienie): hop i Padwa, hop i Ferrara, hop i Bolonia. Przejeżdża się nad potężnymi rzekami, najpierw nad Adygą, a zaraz potem Padem, szerokim mniej więcej jak Wisła w Warszawie na moście Poniatowskiego.  

Cały czas równina, zachód słońca industrialny, magazyny, hale, trzcina, topole. Za Bolonią kończy się Padania i zaczynają Apeniny – i tu niespodzianka, kto liczyłby na podziwianie górzystego krajobrazu Toskanii, byłby zawiedziony, bo pociąg prawie cały czas mknie prostym tunelem; zdecydowana większość odcinka Bolonia-Florencja odbywa się pod ziemią. Widać, że zdecydowali się tutaj ponieść większy koszt, aby ocalić legendarny krajobraz toskański, który faktycznie, przecięty linią wysokiej prędkości, raczej by nie zyskał. To kolejne znamię tutejszej cywilizacji, swoją drogą, pozwolili sobie na znaczny wydatek wyłącznie w imię zachowania wartości samej przestrzeni, żeby „nie zepsuć widoków”. Wiadomo, że na dłuższą metę to się opłaciło, bo wartość ziemi w Toskanii jest niczym wartość złota, nie do utracenia – chyba że, hm, zmiany klimatyczne zmienią ją w pustynię?  

Tymczasem wraz ze zbliżaniem się godziny 21-ej rósł we mnie niepokój. Oczywiście dowiedzieć nic konkretnego zawczasu nie można się było. Jednak wraz z jej nadejściem nic nie zakłóciło przebiegu podróży i na koniec dnia, dosłownie, dojechaliśmy do Rzymu o rozkładowej godzinie, pół godziny przed planowym odjazdem nocnego pociągu do Taorminy, zadowoleni, że dotarliśmy tak już daleko w tej wyprawie, a jednocześnie nie hołubiąc nadziei, że dalej przebiegnie ona bez żadnych zakłóceń. Po prostu realizm nakazywał porzucić wszelką nadzieję, strajk maszynistów to nie są żarty, to nie jest zrządzenie losu, z którym się da dealować; trzeba było pogodzić się z tym, że nic w życiu nie odbywa się doskonale zgodnie z planem, itd., itd., tym bardziej że na ogromnej tablicy odjazdów na stacji Roma Termini praktycznie wszystkie najbliższe pociągi widniały z adnotacją „cancellato”.  

Jakież więc było moje zdumienie, gdy nagle okazało się, na samym dole listy, że „intercity notte” do Syrakuz/Palermo odjechać ma planowo? Jakimże niezwykłym i tajemniczym zrządzeniom zawdzięczałem, że akurat mój pociąg na tym wielkim padole odwołań i rozczarowań i łez nie figurował, do dziś nie wiem, ale chwała niech będzie Hermesowi, że ocalił mnie od konieczności poszukiwania noclegu w Rzymie po północy i z kyno-kompanią. Zaiste, oczom mym uwierzyć nie mogłem, ale skład ów w rzeczy samej stał przy oznaczonym peronie, a obsługa sypialnych wagonów prowadziła odprawę, jakby strajki im nie były straszne, jakby mieli jakiś swój pakt ze związkowymi diabłami. Zabordowaliśmy się więc z moją dzielną suką w jednoosobowej kabinie sypialnej, jednym z największych luksusów oferowanych przez Trenitalia, gdzie już czekały na nas pierwsze przywileje, jak kuszetka i poduszka, a kolejne były jeszcze sukcesywnie donoszone przez grubego konduktora-stewarda o wyglądzie Pavarottiego, wraz z innymi drobiazgami typu woda czy biscotti; wraz z małą umywaleczką dostępną w środku i świeżą pościelą, był to mikropokoik na kołach, który upolowałem jeszcze zimą na promocji dla earlybirds i nie można było nie rozmościć się w nim z dość leniwą i samozadowoloną satysfakcją. Niestety, palenie było tu ściśle wzbronione.  

Ruszyliśmy kwadrans po rozkładowej  porze, ale należy zauważyć, że pociąg nocny nie kieruje się logiką punktualności, gdyż zasadniczo ma on całą noc na dojazd – nie ma sensu, żeby zatrzymywał się gdzieś, czy zwłaszcza dojeżdżał na miejsce o zbyt wczesnej godzinie, pociąg nocny generalnie nie spieszy się, bo ma dojechać rankiem oraz, teoretycznie, zapewnić spokojny sen podróżującym. Oczywiście, spokojny sen nie jest możliwy przy tym poziomie drgań i hałasów z zewnątrz, ale tak czy owak hotel na kółkach to jeden z najwspanialszych wynalazków nowoczesności. Z przyjemnością leżeliśmy sobie z psem w półśnie na kuszetce, ja nawet posunąłem się do przywdziania ulubionej piżamy, póki niedługo po świcie nie wyrwała nas z niego ostatnia, ale największa z atrakcji tej podróży, czyli przeprawa przez cieśninę messyńską z kontynentu na wyspę. Wczesnym rankiem oto pociąg dojeżdża do stacji Villa San Giovanni, gdzie okrętowany jest na specjalny prom kolejowy, zaopatrzony w ładowni w cztery równoległe tory, na których po kolei, po rozmontowaniu (na pewno istnieje na to bardziej fachowe słowo w języku kolejarzy) całego składu, wtaczane są jego fragmenty, z pasażerami w środku, i tak, jako ładunek, transportowane na drugą stronę morza, pomiędzy Scyllą (ściślej mówiąc, trochę fantazjuję, bo Scilla jest jakieś 3 kilometry przed Villą) a Charybdą, gdzie, na wyspie, zostaną wytoczone i z powrotem złożone w dwa odrębne składy –  jeden do Syrakuz, drugi do Palermo –  na stacji Messina Marittima.  

Rozwiązanie to – tj. przewożenie całego pociągu promem na wyspę, zamiast przeganiania pasażerów piechotą na prom i do nowych składów po drugiej stronie –  może wydawać się ekstrawaganckie, i zaiste jest takie, bowiem zgodnie z moją najlepszą wiedzą nie występuje ono na tę skalę nigdzie indziej na świecie; jest to kolejny luksus, ekscentryczny choć kosztowny obyczaj raczej niż „ekonomicznie efektywne” rozwiązanie transportu kolejowego pomiędzy kontynentem a Sycylią.  

Po części wynika ono z wielkiego braku, jaki definiuje tożsamość sycylijską od dekad, nie tylko jej infrastrukturę – mowa o braku mostu łączącego ją na stałe z Italią. Nie jest tak, że mimo technicznych wyzwań nie da się zbudować tego mostu, jest on wykonalny, a nawet bodajże zaprojektowany, ale tajemnicze fatum wisi nad nim od wielu lat, sprawiając, że wciąż nie może powstać – i wydaje się, że to nie przypadek, na Sycylii jest wielu takich, a może i większość, którzy wcale nie chcą, by ich wyspa, z tego czy innego powodu, została połączona z kontynentem. Co prawda ambitny prawicowy rzymski rząd Giorgii Meloni, chcąc okazać swoją męską sprawczość, powrócił ponoć do planu budowy mostu w cieśninie, ale, jak zapewne powiedziałby Sycylijczyk, pożyjemy, zobaczymy, a jaja Meloni mogą okazać się nie dość twarde na to, by połączyć Scyllę z Charybdą. Na razie zapowiedziano na 2027 rok pierwsze wywłaszczenia pod tę inwestycję. 

Owszem, brak mostu nie jest tutaj zwykłym brakiem, ale częścią tożsamości, mentalności, odwiecznej organizacji, a nawet i moralności, honoru, tzw. sicilitudine, sycylienacji itd., wprost trudno sobie wyobrazić, jakie zmiany musiałyby zajść, gdyby po 30 wiekach funkcjonowania jako wyspa Sycylia stała się częścią lądu, Europą! Wszystko musiałoby się zmienić, a przecież lud tutejszy od wieków znany jest, także samemu sobie w autostereotypie, z niechęci do jakichkolwiek zmian. Co prawda separatyzm, choć miewał tu swoje odsłony, nie jest obecnie na wyspie wpływową ideą polityczną, ale sam region już od lat 50 stanowi najbardziej autonomiczny, nieomal „federalny” obszar Włoch, z własnym sądem najwyższym władnym obalać prawa uchwalone w Rzymie! Skądinąd istnieje też opinia, że ta daleko posunięta autonomia jest jednym ze źródeł strukturalnego zapóźnienia tego regionu. Jednak to zapóźnienie nie przekłada się na jakąś biedę, żyje się tutaj skromnie, ale względnie stabilnie, a niepowodzenie modernizacji oznacza, że życie na Sycylii posiada szarm wiecznej i powolnie się toczącej teraźniejszości. Toteż, ostatecznie – nie łączcie nam Sycylii z Europą! Niech ostanie z Bogiem, niech pozostanie sobą, po co na siłę jej to dawać, skoro woli być sama, odseparowana choćby tym wąskim, ale głębokim i zdradliwym przesmykiem; po co jej to na stare lata? Sycylia jest bowiem staruchą, zmęczoną, nieufną, pamiętającą o swej świetności, zostawcie ją w spokoju, niech śpi i wspomina, jak była awangardą Zachodu – parafrazuję tu chyba, nawiasem mówiąc, fragmenty z „Lamparta” Lampedusy, bodaj najsłynniejszej powieści sycylijskiej. 

Zwłaszcza że dzięki temu brakowi można napawać się podróżą promem kolejowym. Tak sobie myślę, pijąc poranne espresso na pokładzie spacerowym promu, którym przemierzamy wąskie gardło między Włochami a wyspą Empedoklesa, i zmagając się z silnym wiatrem próbuję palić skręta w „palarni” urządzonej w jego części nawietrznej. Przeprawa nie trwa zbyt długo, o wiele więcej czasu zabiera zmontowanie pociągu do stanu powtórnej operacyjności, ale w końcu, po jakichś trzech godzinach od wjazdu do Villi San Giovanni, mój intercity-notte rusza w finalny odcinek trasy, teraz już nie zwlekając i w niecałą godzinę dowożąc mnie do mej stacji przeznaczenia: Taorminy – Giardini Naxos – i co najśmieszniejsze, zajeżdża na nią dokładnie o oznaczonej porze. 

Tak to się złożyło, że od jakichś paru lat spędzam w tej okolicy, a dokładnie w wiosce Letojanni przyklejonej od północy do gminy Taormina, ale stanowiącej odrębną comune, miesiące letnich wakacji, korzystając z nich jako możliwości podreperowania zdrowia i oddania się aktywnościom na powietrzu, które jest tutaj świeże, morskie, bardzo dobre przeważnie dla płuc i regenerujące w porównaniu z warszawskim. Mieszkam na wzgórzu, na którym w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku postawiono brutalistyczne i brutalnie porastające zbocza pato-osiedle domków wielorodzinnych dla letników; pomimo że nieukończone, wygląda ono na zbudowane na dość solidnych fundamentach na tej stromiźnie, nie sprawiających wrażenia, jakby łatwo mogły się osunąć; sztuka budowania domów na stokach jest w tym kraju zresztą raczej dobrze rozeznana. Niemniej całość jest dość stłoczona, czuć w niej tchnienie liberalno-hurraoptymistycznych lat dziewięćdziesiątych. Przed bańką dotkomów, domków wielorodzinnych postawiono wtedy, ile wlazło, i całość z daleka nasuwa na myśl znane nam dobrze dyskursy i przestrzenie patodeweloperki. Polakowi jednak, jak wiadomo, takie drobiazgi nie mogą przeszkodzić w spełnianiu marzeń o domku z widokiem, a wręcz mu je ułatwiają, wpływając na rynkową cenę położonych tak lokali. Tak to historia gospodarcza naszej trudnej ojczyzny potoczyła się ostatnio względnie szczęśliwe, i dziś zwykły drobnomieszczanin z Warszawy może sobie pozwolić na coś, co dla jakiegoś Iwaszkiewicza jeszcze było marzeniem absolutnie niespełnialnym, nawet jeśli cieszył się on w swoim czasie, w ludowej Polsce lat pięćdziesiątych, niebywałym przywilejem podróżowania na Sycylię. 

O, wzgórze me, wzgórze! Góry we Włoszech potrafią naprawdę stromo schodzić do morza, ba, potrafią schodzić doń pionowo; i moja góra, collina, nazwana przez miejscowych w tłumaczeniu na nasze „Andrzejową” to właśnie kolejny przykład spotkania całkiem pokaźnych grzbietów z morzem, to pierwsze wzgórze od brzegu, a sięga około 400 metrów wysokości, co czyni ten obszar jednym z bardziej górzystych na Sycylii, która jest generalnie raczej pagórkowata i wzgórkowata. Wejście do domu to 150 m ostrej wspinaczki pieszej, częściowo po schodach, które malowniczo prowadzą pod wiaduktem autostrady Katania-Messyna. Droga, w samej dolnej partii stanowiąca pato-parking, szybko robi się wiejska i raczej nieuczęszczana, więcej na niej serpentyn, niż ludzi; idzie się przez pejzaż polowy, częściowo dziki. Dzięki temu stromemu podejściu przez dzicz powstaje wspaniałe wrażenie odosobnienia i samotności. 

W sierpniu, gdy psia gwiazda oset nawet wysusza, kwitną przy drodze na górę bugenwille, purpurowe i białe, hibiskusy o odcieniu pomarańczowej czerwieni, różowe i białe oleandry, dojrzewa oliwka i figa robi się fioletowa, nade wszystko zaś na wielkich łapach opuncji pomarańczowieją obwarzany jej kolczastych owoców –   nie ośmielajcie się tylko zrywać ich „na dziko”, bo pożałujecie gorzko tego romantyzmu, pokłuje was zdradziecko mikroigiełkami; lepiej kupić w supermarkecie, jeśli ktoś chce spróbować, acz moim skromnym zdaniem nie trzeba, wystarczy nasycić się samą ideą ich mdławej miąższości; za to figami można na dziko raczyć się do woli i bez obaw, ale dopiero za jakiś czas będą naprawdę słodkie i rozpadające się w dłoniach niczym nasze późne śliwki, tylko o grubszej skórze i z tą ziarnistością charakterystyczną dla swojej konsystencji.  

Figi, ach, gdy się je mija, osnuwają nas odurzająco słodkim zapachem, wielkie czasem drzewa figowe, czasem wyrastające spośród murów skłębienia krzewiasto-drzewiaste; figa potrafi w rzeczy samej przybrać różne formy, a sycylijski Leśmian opiewałby ją jak nasz maliny, miałby on zresztą co tutaj opiewać, bo Sycylia jest –  zwłaszcza na północy – całkiem zielona i zarośnięta wielorakością i różnorakością flory głównie ciernistej i sukulentnej, wszelako przebogatej; krzaczastość i krzewiastość, opuncyjność, wyschłość, ziołowość składają się na tajemnicze skłębienia i gęstwy tutejszych chruśniaków, do których nie wejdziesz – a najbardziej zdumiewa, jak w tym upale i braku opadów, prócz śladowych, nawet nie mżawek, to wszystko żyje i wręcz kwitnie, albowiem prócz wymienionych jest też wiele innych jeszcze kwiatków i kwiatuszków za nic mających sobie panującą suszę. Pachnie ostro rozmaryn i oregano, można je zbierać na dziko, jak chwasty, czasem widać dąb, taki w śródziemnomorskiej wersji, a czasem aloes, który przypomina roślinną wersję ośmiornicy, czasem zaś rozłożystego fikusa; słychać beczenie owiec i szczekanie psów, nade wszystko jednak rozlega się oszołamiające rzechotanie cykad. Krótko mówiąc, okoliczności naturalne spotykają się z marzeniem o nich, dosięgając miary własnego mitu. 

Letojanni, choć samo w sobie nieszczególnie imponujące i przycupnięte nieśmiało, a nawet trochę pasożytniczo, w cieniu przesławnej Taorminy, to miejscowość o starożytnych korzeniach i tysiącach lat historii typowej dla osad na uboczu, ale nie całkiem pozbawionych własnych zasobów – w jej przypadku stanowi je szeroka plaża i głęboka zatoka tworząca naturalną przystań dla łodzi rybackich, i Letojanni przez wieki wieków było rybacką głównie wioską – do dziś zresztą w pewnym stopniu i w sposób „ukraftowiony” nią pozostaje. Założono je jakieś pokolenie po powstaniu pierwszej greckiej kolonii na Sycyli –  Sykulii, jak ją Grecy zwali –  w Naxos, obecnie Giardini-Naxos, gdzie zaczęła się grecka historia Sycylii bodajże w roku 756 p.n.e.  

Wyobrażam sobie, choć nie mam żadnej wiedzy w tej sprawie, że po kilkudziesięciu latach budowy Naxos pojawili się pierwsi tacy, którzy mieli ochotę zacząć od zera gdzieś nieopodal – część poszła w górę i założyła bodajże Taormenium, a druga część postanowiła zostać nad morzem i zagospodarować obiecującą przestrzeń po drugiej stronie taormińskiego czwórzęba, cztery kilometry na północ – i tak powstało Janni, na rzeczonej obszernej plaży u stóp stromych wzgórz i u ujścia niewielkiego strumienia. 

Miasteczko to jednak nigdy nie osiągnęło rozmiarów i statusu jakiegoś ważnego gracza, w przeciwieństwie do sąsiadów z Taorminy, zadowalało się swoim drugorzędnym, subsydiarnym położeniem, ale i potrafiło z niego wydobyć pewną trwałość, jakąś substancję – aktywność ludzka, odkąd się tu zaczęła, nigdy nie ustała, nie zamarła, trwając ciągle do dziś. Wciąż jego racją bytu jest wspaniała plaża i zatoka, ale jak wiele rybackich wiosek przekształciła się z biegiem modernizacji drugiej połowy XX wieku w wioskę turystyczno-kąpieliskową.  

Wszakże ci pierwsi założyciele w VIII w. p.n.e. dobrze wybrali miejsce również pod turystykę – morze jest tu niezwykle czyste, bardzo głębokie i turkusowe, plaża kamienista, nieco szarawa, a więc może nie pierwszej klasy plażowego uroku, bo pozbawiona pewnej złocistej krystaliczności w swej substancji, a przy tym niesamowicie rozgrzana w słońcu, tak że nie da się chodzić na bosaka, tylko trzeba od imigranckich sprzedawców kupić pilnie papcie plażowe – wszelako narzekać na niedociągnięcia tego kąpieliska byłoby małostkowością i arogancją.  

Zaiste, plaża w Letojanni ma swoją „błękitną flagę” nie na pokaz, jest ona skarbem, kapitałem założycielskim tej osady. Poza nią nie ma tu właściwie atrakcji, wszystko żyje przy niej i dla niej. Gdy w styczniu tego roku wioskę dewastował cyklon stulecia nazwany „Harrym”, cała plaża zniknęła w spiętrzonych dziesięciometrowych falach: duża głębokość wody w zatoce sprawia, że wypiętrzają się one tutaj potężnie tuż przy samym brzegu i jakby wyskakują z morza wbijając się we frontony budynków w pierwszej linii zabudowy nabrzeżnej. Bałem się, że plaża została dramatycznie podmyta i „zjedzona” przez morze, tak przytłaczająco to wyglądało na filmach; gdyby istotnie znikła, byłby to koniec Letojanni. Stosy kamyków zbierano nawet na uliczkach w głębi wioski, ale oto okazuje się, że plaża jest cała, nienaruszona, doskonale taka sama, jak była; jej odporność okazała się nie mniej wielka niż żywioł. 

Nie licząc klęsk żywiołowych, życie w Letojanni toczy się swoim sennym, choć w szczycie sezonu rozgorączkowanym, rytmem, nie dostarczając w zasadzie żadnych wydarzeń. Oczywiście, mówiąc „żadnych” nie liczę wielu iwentów, jakie odbywają się tu nieomal co drugi dzień w ramach „Letniego festiwalu muzycznego”, ściągając gwiazdy formatu zarówno lokalnego, regionalnego, jak i, w końcu, ogólnowłoskiego. Nie jest to wszelako estrada szczególnie awangardowa czy poszukująca, w repertuarze dominują szlagiery i covery, i w rzeczy samej słyszy się często czy to „O sole mio” czy to „Volare, cantare”. Nie sposób tego nie lubić. Poza tym jest tu wszystko, co jest wszędzie we Włoszech i za co tak je kochają wszyscy, pizza, spaghetti, aperol-spritz, vespa, mamma mia. Tego właśnie należałoby się spodziewać i te spodzianki to jest jedna z atrakcji tego miejsca. Jest kilka historyzujących modernistyczno-orientalnych palazzi w całkiem przyzwoitym stylu taormińskim, ale poza tym zabudowa pochodzi z drugiej połowy XX wieku, przeważnie brutalistyczna i chaotyczna prezentacja sycylijskich fantazji o połączeniu tradycji z alt-komfortem i nowoczesnością, nigdy jednak nie zdaje się ona wprost przekraczać granic dobrego smaku; choć może najmniej ze wszystkich regionów zafascynowana dizajnem, Sycylia wciąż przecież stanowi część odwiecznej włoskiej tradycji dizajnu i dobrego budownictwa. 

Bezpretensjonalne i prostoduszne Letojanni graniczy bezpośrednio, wzdłuż ulicy, z Mazzeo, które stanowi „frazione di Taormina” – idąc promenadą wzdłuż morza przechodzi się tam niepostrzeżenie, ale klimat o tyle się zmienia, że częściej przy plażach widać tu bary oferujące łoża z poduchami i z firankami – na niektórych z nich zdają się nawet leżeć jakieś piękne ciała, ale może to być złudzenie wytworzone przez te baldachimy – i obsługą w „śnieżnobiałych” koszulach oraz ambientową muzykę do „chillowania”, tudzież sushi; w niektórych jest nawet przyplażowy basen; cena aperol-spritza również niepostrzeżenie i chillująco się podnosi – dla Letojanni takie sztosy byłyby jednak zbyt fikuśne, tu preferuje się karaoke i spaghetti pommodoro.

 

 

Maks Wolski


 

CZYTAJ TEŻ