Bowles


 

Jane Bowles w Meksyku, wczesne lata 40-te XX wieku.

Fot. autor nieustalony; reprodukcja za: “Out in the world. Selected letters od Jane Bowles 1935-1970” edited by Millicent Dillon, 1985. 

 

Wstęp do numeru Pola o Jane Bowles zacznę od cytatu ze wstępu Trumana Capote’a do jej „Collected works”, wydanych po raz pierwszy w 1966 roku w Stanach Zjednoczonych. Capote pisze tak: 

Kiedy pierwszy raz spotkałem panią Bowles (1944? 1945?) w naszym środowisku była już cenioną postacią: chociaż miała zaledwie dwadzieścia kilka lat, zdążyła opublikować niezwykle oryginalną i szeroko komentowaną powieść „Dwie poważne damy”; zamężna z uzdolnionym kompozytorem i pisarzem Paulem Bowlesem mieszkała z nim w szykownym pensjonacie na Brooklyn Hights, założonym przez nieżyjącego już George’a Davisa. Razem z nimi mieszkali tam Richard i Ellen Wright, W.H. Auden, Benjamin Britten, Oliver Smith, Carson McCullers, Gypsy Rose Lee i (o ile mnie pamięć nie myli) treser szympansów wraz z jedną ze swoich gwiazd. Jednakże, nawet w tak imponującym towarzystwie, pani Bowles – z racji talentu i kryjących się za nim osobliwych wizji, jak i z powodu osobowości łączącej rozkoszność małego szczeniaczka i kocie wyrafinowanie – przykuwała uwagę i wydawała się postacią pierwszoplanową. 

W tym samym roku co amerykańskie „Collected works”, w Londynie wyszły jej opowiadania pt. „Proste przyjemności”, równie entuzjastycznie przyjęte, co wydane tam rok wcześniej „Dwie poważne damy”.  

Dziewięć lat wcześniej, szóstego sierpnia 1957 roku czterdziestoletnia Jane Bowles została przyjęta do szpitala uniwersyteckiego Radcliff Infirmatory w Oksfordzie, jednego z najlepszych wówczas ośrodków leczenia urazów mózgu. Cztery miesiące po udarze zdolność mówienia powoli wracała, choć utrata wzroku wydawała się nieodwracalna. Zaburzenie fachowo zwane niedowidzeniem połowicznym jednoimiennym polega na tym, że nie widzi się prawej strony pola widzenia. Bowles utraciła ją w obu oczach, co objawiało się m.in. tym, że kiedy zaczynała czytać, nie widziała początku ani końca linijki, tekst skakał i nie dawał się składać w spójną całość, nie istniało dla niej jedzenie po prawej stronie talerza, nie mogła utrzymać równowagi, obijała się o sprzęty. Brzmi jak przygoda wyjęta z jej prozy, ale niestety, był to koszmar na żywo, większy nawet niż zwykłe, codzienne koszmary, których przecież i bez udaru miała bez liku. 

Z dokumentów lekarskich dowiadujemy się, jak wyglądał dzień Bowles w dniu udaru: nic nie jadła cały dzień, raczyła się koniakiem (jak to miała w zwyczaju – wypiła dużo), paliła haszysz, cóż, dzień jak co dzień, ale tym razem po powrocie do domu straciła przytomność. Kiedy się ocknęła, nie mogła mówić, ruszyć się i widziała wszystko jak w krzywym zwierciadle. Lekarz zapisał też, że od dziecka miała skłonność do ataków nerwowych, bała się przestrzeni zamkniętych, jak też tych otwartych (morza, krajobrazu rozciągniętego po horyzont), przerażała ją natura, w panikę wpędzały ulewy i wichury; miała skłonność do ryzyka i nieustannie pakowała się w niebezpieczne sytuacje. Czy chodziło o szwendanie się po spelunach w podejrzanym towarzystwie i picie na umór, mimo że od wczesnej młodości brała leki na nadciśnienie? Tego lekarz nie precyzuje. Zapisał jeszcze, że przez siedem lat przed udarem czuła zaciskające się wokół głowy stalowe obręcze. Wywnioskował, że było to związane z depresją, a właściwie serią epizodów depresyjnych towarzyszących jej przez całe życie. Nie dopisał, że latami cierpiała z powodu niemożności ukończenia kolejnej powieści i zaczętych opowiadań, tak jakby pisarski blok nigdy się nie kończył, że obsesyjnie bała się samotności i odrzucenia.  

Lekarze z Radcliff Infirmatory sugerowali operację mózgu, która mogła poprawić widzenie. Ta perspektywa przeraziła jeszcze bardziej i tak przerażoną Jane, więc wybłagała męża, żeby zabrał ją z Oksfordu. Tak się też stało.  W szpitalu Świętej Marii w Londynie uznano, że operacja nic nie da i Bowles musi nauczyć się żyć z częściową utratą wzroku i czytaniem jak dziecko, które składa literki. Dla osoby, która niedawno zachwycała się pismami mistyczki Simone Weil i pisała powieść, był to koniec świata. Ale, jak wiemy, świat tak łatwo się nie kończy.

 

Tanger, wczesne lata 60-te XX wieku

Fot. autor nieustalony; reprodukcja za: M. Dillon, “A little Original Sin. The Life and |Work od Jane Bowles”, 1998.

 

Szesnastego października 2026 roku, czyli sześćdziesiąt dziewięć lat, dwa miesiące i dziesięć dni później siedziałam przed tym samym budynkiem przy Woodstock Road, w którym Jane spędziła dwa dni i patrzyłam na drzwi, przez które musiała tam wejść i którymi wyszła potykając się z powodu uszkodzenia mózgu. Szpital przeniesiono w 2007 roku, a budynki przejął Uniwersytet Oksfordzki. Siedziałam tam i dziwiłam się, że przez wiele lat bywałam nieopodal, mijałam to miejsce wiele razy w drodze do ulubionego muzeum (ulubionego też z powodu darmowego wejścia, bo zawsze mnie cieszy w Wielkiej Brytanii niewydawanie skromnych wschodnioeuropejskich zasobów na bilety do muzeów), więc siedziałam tam i dziwiłam się, że przez tyle lat nie miałam pojęcia, że moja ukochana pisarka leżała tam przerażona samotnością i dziwnym, jeszcze dziwniejszym niż zwykle, światem.  

Wydało mi się to osobliwe, ta wspólnota miejsca oraz słabo odczuwane, ale jednak odczuwane, doświadczenie współobecności, i przyszli mi do głowy pitagorejczycy (przypomniał mi o nich ostatnio bratanek – student I roku filozofii), a dokładnie: ich przekonanie, że „wszystko jest liczbą”. Zaraz potem pomyślałam, że słynna marokańska wieśniaczka Charifa chlubiła się swymi okultystycznymi talentami i podejrzewana była przez bliskich Jane, że podporządkowała ją sobie za pomocą magii i podejrzanych dekoktów. Nic więc dziwnego, że odezwał się we mnie przymus liczenia. Co z tego wynikło? Po sprowadzeniu do pojedynczej cyfry zarówno daty przyjęcia Bowles do szpitala, jak i dnia mojej wizyty w Radcliff Infirmatory wyszło, że w obu przypadkach to cyfra dziewięć. Ta sama, która oznacza numer Pola poświęconego Jane Bowles (numer 18). Co mogą znaczyć te powiązania miejsca i czasu? Jaki mają sens? Dla mnie jest jasne, że nic nie znaczą i sensu nie mają żadnego.  

Tak działa nasz umysł: porządkuje, kategoryzuje, szuka regularności w chaosie, kontroli w przypadkowości, przynależności i wspólnoty tam, gdzie ich wcale nie ma. Cieszy się, kiedy dostaje wizję spójności i wspólnego trwania wszystkich rzeczy pod osłoną nieba. To iluzja, dzięki której tak wiele osób kocha książki Olgi Tokarczuk i magiczne konstrukcje typu horoskopy, numerologia i karty tarota. Z jedynej biografii Jane Bowles, napisanej przez nowojorską pisarkę Millicent Dillon i wydanej po raz pierwszy w 1981 roku pod tytułem „Grzeszek pierworodny. Życie i twórczość Jane Bowles”, można wywnioskować, że autorka „Dwu poważnych dam” takich złudzeń nie miała. Podobno jedynie osoby w depresji widzą świat i swoje życie takimi, jakie są naprawdę: rozpaczliwie samotne, chaotyczne, pozbawione sensu i szans na zasypanie tej potwornej pustki, która – jak wiemy, jeśli nie z własnego doświadczenia, to od Freuda – zieje w środku każdego z nas. A na pewno ziała we wnętrzu Jane Bowles.  

 

Zabawa kostiumowa u brytyjskiego arystokraty Davida Herberta, Tanger, 1949. Od lewej: hrabina della Faille, Jay Haselwood i Jane Bowles

Fot. autor nieustalony; reprodukcja za: M. Dillon, “A little Original Sin. The Life and |Work od Jane Bowles”, 1998. 

 

Na nic zdało się zalewanie jej alkoholem, zadymianie haszyszem, imprezowanie, miłości (z których największą, o dziwo, wydaje mi się Paul Bowles, choć przecież każdy słyszał o jej miłosnym oczadzeniu Cherfifą, a kochanek mniej lub bardziej nieprzelotnych miała na pęczki) i miłostki, szlajanie się po barach i hotelikach, podróżowanie i pisanie. Życie tej jedynaczki z zamożnego, niereligijnego żydowskiego domu, rozpieszczanej przez matkę, uwielbianej przez przyjaciół z nowojorskiej bohemy (och, te zachwyty Trumana Capota, Tennesee Williamsa, Johna Ashbery’ego), błyskotliwej, uroczej, zabawnej, inteligentnej, lekko utykającej po gruźlicy kolana (leczonej m.in. w drogich szwajcarskich klinikach), kochanej z wzajemnością przez męża i spełnionej w ich lawendowym małżeństwie, diabelnie utalentowanej, więc to godne pozazdroszczenia życie, życie Jane Bowles było stworzonym z lęków i paniki piekłem. Trzeba jednak przyznać, że było to piekło sto razy przyjemniejsze od tego, które przychodzi doświadczać nam, prekariuszom z Europy Wschodniej, imigrantom ze wsi do miasta, uciekinierom z prowincji do warszawskiej bohemy oraz innym osobom warszawsko-wielkomiejskim, które muszą sprzątać po sobie i zarabiać na życie. 

Jane nigdy tego nie musiała. Od sprzątania były pokojówki, a jak ich nie było, sprzątał po niej mąż lub żyła w brudzie. Lubiła gotować, ale robiła to z rzadka, stołowała się na mieście lub u przyjaciół, w Tangerze miała kucharkę. Jak mówiła amerykańskiej przyjaciółce: za piętnaście dolarów miesięcznie możesz mieć tu kogoś, kto z tobą mieszka i się tobą zajmuje. Czy chodziło o płatne kochanki, czy kurtyzany takie jak Cherifa, czy „zwykłe” służące? Tego nie wiem, ale na pewno chodziło o komfort i przyjemność, te codzienne małe przyjemności, na które Jane mogła sobie pozwolić.

 

Cherifa, Jane Bowles i Paul Bowles, Maroko, ok. 1956

Fot. autor nieustalony; reprodukcja za: “Out in the world. Selected letters od Jane Bowles 1935-1970” edited by Millicent Dillon, 1985.

 

Owszem, w dorosłym życiu, czyli po ślubie, wiecznie brakowało jej pieniędzy. Były to jednak kłopoty kogoś, kto czekając na przelew mieszka tygodniami w hotelu Villa de France w Tangerze lub w rezydencjach przyjaciół, jada w restauracjach, podróżuje na prywatną wysepkę męża na Cejlonie (teraz Sri Lanka) w wygodnej kajucie, nie żałuje na bary, alkohol i dziewczyny, nie hańbi się pracą zarobkową, chyba że jest to zaliczka na sztukę teatralną lub bezzwrotne stypendium na pisanie powieści. Innymi słowy: Jane Bowles prowadziła styl życia „angielskiego dżentelmena”, któremu udaje się żyć na niezbędnym poziomie bez konieczności zrywania się rano do roboty, a przy tym uwielbianego za talent, błyskotliwe poczucie humoru i urok psotnego elfa.  

Coraz częściej myślę o niej „Jane”. To wpływ czytanej biografii i listów (też zebranych i wydanych przez Millicent Dillon). Jednak zakochałam się w Bowles i jej dwu poważnych damach w przekładzie Andrzeja Sosnowskiego. Miłość od pierwszego wejrzenia dopadła mnie wobec tej, która: 

już w bardzo wczesnym dzieciństwie prowadząc aktywne życie wewnętrzne, które do tego stopnia udaremniało obserwację otaczającego ją świata, że nie ulegała żadnym modnym fanaberiom i w wieku dziesięciu lat, zdaniem innych dziewczynek, była staroświecka […]. Christina okropnie przeżywała idee, jakie nigdy nie przyszłyby do głowy jej koleżankom, biorąc też za oczywistość swoją szkolną pozycję społeczną, która dla każdego innego dziecka byłaby nie do wytrzymania. Niekiedy ta czy inna koleżanka miłosiernie próbowała spędzić z nią trochę czasu, jednak Christina nie poczuwała się do żadnej wdzięczności i za każdym razem robiła wszystko, by nawrócić nowa przyjaciółkę na kult czegokolwiek bądź, w co akurat zdarzyło się jej wierzyć.  

Pamiętam, jak z Agatą Bogacką, również wielbicielką Bowles, zachwycałyśmy się ową słynną odpowiedzią Christiny na zaproszenie świeżo poznanego imprezowicza, który proponuje jej nocleg u siebie w domu: – Chyba właśnie tak zrobię – powiedziała panna Goering – aczkolwiek jest to całkowicie wbrew moim zasadom, chociaż z drugiej strony nawet jeszcze nie zaczęłam ich praktykować, skądinąd wszystko już osądzając podług nich. 

Kto nie chciałby być jak panna Goering lub co najmniej żyć tak, jak ona? Wiem, że to  ryzykowne pytanie i jeszcze bardziej ryzykowne pragnienie: żyć tak, bójcie się tego słowa wy, którzy chcecie nam narzucić swoje mieszczańskie współrzędne, więc żyć tak szampańsko, jak tylko żyć mógł ktoś, czyim ojciec był amerykański fabrykant niemieckiego pochodzenia, a matka – nowojorską damą ze znakomitej rodziny; ktoś, kto spędził pierwszą część życia w bardzo pięknym domu pod miastem, który odziedziczyło się po matce; ktoś, kto sprzedaje piękną, rodzinną posiadłość, bo jej z nią nie po drodze; ktoś, kto idzie przez życie jak czołg, zmiatając wszystko, co stoi na przeszkodzie.  

Zgadzam się z Karoliny Felberg krytycznym czytaniem „Dwu poważnych dam” i pragnień panny Goering (esej Felberg w tym numerze Pola), ale i tak ta uparta dziewczynka we mnie tupie i wrzeszczy: chcę być jak panna Goering, nie obchodzi mnie, że to bogata, egoistyczna, pozbawiona empatii paniusia realizująca męskie fantazje o niezależności i poświęcaniu innych dla swoich celów! Wychowana w etyce opiekuńczości i poświęcania się dla innych, wciąż chcę być jak Christina Goering, której obce są obie te rzeczy.  

Czy Jane Bowles też chciała być jak panna Goering? A może nią była? Alice Toklas, zachwycona „Dwiema poważnymi damami” po spotkaniu z pisarką pisała do przyjaciół: Pani Bowles spędza tutaj zimę, co będzie bardzo przyjemne, bo jest – nic dziwnego – jak jej powieść… 

Powieść tę – jedyną ukończoną i opublikowaną – Bowles zaczęła pisać w podróży poślubnej, miała wtedy dwadzieścia jeden lat. Ukończyła ją trzy lata później, w 1941 roku. Paul był pierwszym czytelnikiem i redaktorem. Żeby utrzymać spójność i zwartość książki, doradził wyrzucić trzecią poważną damę, czyli senioritę Cordobę, której marzeniem było wyrwać się z gwatemalskiej prowincji i założyć sklep z sukniami w Paryżu.  

„Dwie poważne damy” to powieść autobiograficzna, ale nie w znaczeniu konfesyjnym – pisze Millicent Dillon w „Małym grzeszku pierworodnym”. Jest autobiograficzna w tym sensie, że Jane jest obecna w każdej z jej powieściowych postaci. Wykorzystuje strach, który dobrze zna, znane sobie pogubienie i swoje własne podłostki. Wykorzystuje argumenty, które słyszała i czułość, którą czuła. Postaci to nie Jane, ale jest w każdej z nich, tworząc je i tworząc siebie.   

Czy można powiedzieć coś bardziej banalnego o relacji autorka – postać? Na szczęście Dillon sięga też po konkrety. Hotel de la Palmas, w którym mieszka Pacifica to w 1938 roku stary hotel w Old Quarter in Cristobal; stroma ulica, którą wspina się panna Goering po zejściu z promu i speluny na końcu ulicy przypominają to, co Jane widziała w Perth Amboy. Fizycznym prototypem Arnolda był John LaTouche (to on poznał ją z Paulem). Ojciec Arnolda wzorowany jest na ekscentrycznym – zdaniem Jane – ojcu Paula. Gangster Ben ma cechy niebezpiecznych mężczyzn spotykanych w barach i być może tego, który pomylił ją z prostytutką i przed którym uciekała w stolicy Gwatemali; pan Copperfield to odbicie Paula Bowlesa, a pani Copperfield i panna Goering – Jane.   

W realnym życiu państwo młodzi Bowles oraz ich bagaż, czyli dwadzieścia siedem walizek, dwa kufry, maszyna do pisania i gramofon, z Puerto Barrios w Gwatemali popłynęli niemieckim transatlantyckim liniowcem do Hawru, a stamtąd udali się do Paryża.  We Francji zabawili cztery miesiące. We wrześniu 1938 roku wrócili, rzecz jasna razem ze swoimi tobołami, do Nowego Jorku.

 

Jane i Paul Bowles w Nowym Jorku, 1944

Fot. autor nieustalony; reprodukcja za: “Out in the world. Selected letters od Jane Bowles 1935-1970” edited by Millicent Dillon, 1985.

 

Bowlesowie żyli tak, jak większość z nas chciałaby żyć: pensjonat w Nowym Jorku, domy w Tangerze, prywatna wysepka na Cejlonie, własny kierowca, własne pokoje w rezydencjach przyjaciół, życie między Nowym Jorkiem, Paryżem, Tangerem i Londynem (żeby wymienić te najważniejsze), zgodne małżeństwo i miłosne przygody, sukcesy literackie, kultowe książki. Oczywiście zwijam się z zażenowania, kiedy piszę o tym tak bezwstydnie, ale przecież nie ja jedna chciałabym mieć możliwość w razie udaru leczyć się w najlepszych światowych klinikach i do tego kaprysić, że mi się nie podoba Oksford, chcę do Londynu, a jak mi się przestanie podobać Londyn, chcę do Tangeru, a jak w Tangerze poczuję chęć powrotu do Oksfordu, wsiadam bez problemu na statek (w tamtych czasach podróżowało się statkami) i idę do wybitnego lekarza, który stoi w kolejce po Nobla z medycyny. A to wszystko w towarzystwie kochającego męża (w przypadku Jane Bowles: oczywiście kochającego inaczej, ale po dwudziestu latach razem to nie jest wielka przeszkoda, Bowlesowie to doskonałe małżeństwo), otoczona przyjaciółmi i troską, które przydają się zawsze, a zwłaszcza w koszmarze choroby. 

 

Rejs z Cejlonu do Tangeru, początek 1956 rok, John Goodwin i Jane Bowles

Fot. autor nieustalony; reprodukcja za: M. Dillon, “A little Original Sin. The Life and |Work od Jane Bowles”, 1998

 

Jane chciała umrzeć niedługo po pierwszym udarze. Wiedziała, co ją czeka. Jednak nie potrafiła się zabić. Zawsze uparta i stawiająca na swoim, w tej kwestii zdawała się na innych. Błagała o truciznę. Millicent Dillon uważa, że to silna wola życia. Paul Bowles powiedział biografce: Gdybyśmy byli na bezludnej wyspie, pewnie pomógłbym jej umrzeć. Nie byli, więc był z nią: pijaną, nagle obsesyjnie skąpą (choć w 1953 roku dostała spadek po ciotce w wysokości 35 tysięcy dolarów, obecnie byłoby to około 440 tys. dolarów), po kilku miesiącach równie nagle rozdającą dolary i czeki na prawo i lewo, awanturującą się w barach, leżącą w stuporze na podłodze u Paula w mieszkaniu, nieprzytomną od leków popijanych whisky, a po przebudzeniu agresywną i wybuchową, wyjącą z bólu po nieudanej operacji hemoroidów, przez ostatnie trzy lata życia ślepą, niemą i bezwładną, zbyt przytłaczającą dla przyjaciół i znajomych, zdaną na pielęgniarki i męża kursującego między Tangerem a Malagą.  

Drugi udar, przestała wtedy widzieć, mówić, ruszać się i rozpoznawać ludzi, nastąpił wiosną 1970 roku (rok moich urodzin). Trzeci – pięć dni przed śmiercią 4 maja 1973 roku. Miała pięćdziesiąt sześć lat. Tyle co ja teraz. Czy to ma znaczenie? Oczywiście, że nie. Co więc się liczy? 

Bezwzględna wierność swojemu pragnieniu. Tak jak jest mu wierna Christina Goering. Możliwe, że Frieda Copperfield też, ale ona nigdy mnie nie obchodziła, dla mnie zawsze – w przeciwieństwie do Agaty Pyzik, która pięknie pisze o „Dwu poważnych damach” – liczyła się jedynie Christina Goering. Kobieta, dla której ważna jest tylko ona sama i to coś, co każe jej… No właśnie, co jej każe? Szukać siebie i nie znajdować, i nie zniechęcać się, i szukać dalej? Iść przez życie bez wahania, choć przecież z niemałym lękiem, a nawet paniką? Być odmieńcem i sobie na to pozwolić?  

Kiedy czytam biografię Bowles, coraz bardziej myślę, że Christina Goering jest nie tylko moim, ale i Jane ideałem ja, kobietą niepowstrzymywaną przez uczucia, przez lęki, których przecież ma niemało, niepowstrzymywaną przez potrzebę bliskości, obawę przed odrzuceniem, poczucie bezdennej samotności. Nie wystarczy powiedzieć, że utożsamiam/y się z panną Goering, bo chciałybyśmy/chcielibyśmy żyć jak ona. Co to, to jednak nie (choć nie będę się zapierać, nie pogardziłabym jej majątkiem). Ważniejsze wydaje mi się to, że w Goering otwarcie jest też to coś, co Freud nazywa Rzeczą (das Ding), czyli przedmiotem naszych pragnień w jego męczącej intensywności i zagadkowości.  

Inny [Panna Goering – R.B.] nie tylko zwraca się do mnie ze swoim zagadkowym pragnieniem, ale konfrontuje mnie również z tym, że sam nie wiem, czego naprawdę pragnę, z zagadką mojego własnego pragnienia. Dla Lacana, który podąża tu śladem Freuda, ten otchłanny wymiar innej ludzkiej istoty – otchłań drugiej osobowości, jej absolutna nieprzeniknioność – po raz pierwszy znalazł swój pełny wyraz w judaizmie, z jego przykazaniem miłowania bliźniego jak siebie samego. Dla Freuda – jak również dla Lacana – przykazanie to jest bardzo problematyczne, ponieważ zaciemnia fakt, że pod wizerunkiem bliźniego jako mojego lustrzanego odbicia, osoby, która przypomina mnie samego i z którą mogę odczuwać empatię, zawsze czai się niezgłębiona otchłań radykalnej inności kogoś, o kim ostatecznie nie wiem nic  

– pisze Slavoj Zizek w książce pt. „Lacan” (wyd. Krytyki Politycznej, 2008) tak jakby pisał o Jane Bowles i pannie Goering. 

Zagadkę prozy Bowles, mesmeryczny urok zdań, opisów i dialogów, urok wyborów i wybryków bohaterek/bohaterów próbują rozgryźć rzesze jej wielbicieli, odkąd „Dwie poważne damy” ukazały się w 1943 roku. I my próbujemy w tym numerze Pola. Czy dochodzimy do jakichś wniosków? Oczywiście, do wielu. Jedni umacniają się w swojej miłości do Jane Bowles, inni – rozprawiają z młodzieńczym zaczadzeniem przygodami panny Goering i pani Copperfield. Należę do tych pierwszych. I cieszę się, że po dwudziestu latach wciąż uważam jedyną powieść Bowles za dzieło genialne. Czytam po raz kolejny i zachwycam się. Nie obchodzi mnie ani gatunek, ani styl, wszystko mi jedno, czy to kamp czy co innego, to jest po prostu doskonałe. Zabawne, szalone, okrutne. Niesamowite. Takie, jaka powinna być wielka literatura.  

 

Pierwsze wydanie „Dwu poważnych dam”, 1943, Stany Zjednoczone

 

Renata Bożek


 

CZYTAJ TEŻ