Kazuary


 

Napełnione brejami śniegu korytarze topią pamięć witryn, monotonnie brzęczą neony – ktoś pociął niebo brzytwą. Futro kałuży obnaża dwie trzecie własnego poczęcia. Niedotlenienie – ręce wypływają na powierzchnię, jak śnięte. Erozja ścian migoce teksturami traw. Łóżka pocą się. Twardnieje puder na zmarszczki. Po blacie ślizga się pająk. Cerata na stole zjełczała od mydła. Dzikie gruszki w cienkiej pidżamce. Ogryzki talerzy. Siano wegetuje w jelitach. Kwaśnieje słońce. Owłosione orzechy. Zamieć bandażuje okno – przyszywa je do dziurawej firanki zamiast guzika.

O czwartej nad ranem ekran śnieży. Na stołkach dygoce blask. Na suficie czerń trzcin. Żyrandol ma dużą czapkę z dżdżystej wełny. Z jarskich kiełków ciecze mleko. Maź. Fonia fermentuje, reguluje rozkład dnia. Bije w tamburyn. Butwieje na haku. Segregacja według odleżyn. Wycieków. Iłów starości. Brzydkim uchem nasłuchuję szmeru świetlików na sali.

Wchodzą pojedynczo, jeden za drugim. Trzeci wjeżdża na wózku. Mają zadyszkę, jakby przeskoczyli rów. Rozszerza się, to znów zwęża wokół nich powietrze, tworząc wokół wąskie odgałęzienia. Filują wyłupiastymi oczami, które we mgle, i ciemną nocą, widzą tak samo jak w dzień. Zauważyli mnie. Siedzę przy zardzewiałym, okrągłym piecyku, na którym matowieją flaszki, brudne słoiki, kwiaty z drutu, i wygięta w pałąk świeca. Rozkład, wegetacja, infekcje są procesem naturalnym, a nie upośledzonym.

Podobnie jak oni jestem antynormatywny. Stroję się w daną postać lub płeć dla igraszki, kokieterii; z perwersyjną emfazą lubuję się w tych krótkotrwałych egzemplarzach, które są luką kontraktu pomiędzy mną a światem. To przepoczwarzanie się nie doświadcza rozgoryczenia czy frustracji, wynikającej z przybrania takiej, a nie innej formy, ponieważ nie mam paradygmatu, za jakim mógłbym tęsknić. Przemieniam się we własne kopie, analogony, archiwa z prastarych czasów rodziny ludzkiej. W gruncie rzeczy niewiele mnie obchodzi, czy możliwa jest nicość i czy po mojej śmierci wszystko pozostanie tym, czym było, lub też zniknie.

Już sama fraza, „pozostanie tym, czym było”, okazuje się świetnym dowcipem naskórkowości wszelkiej wiedzy. A cóż dopiero tej pojedynczej, jednostkowej, nieweryfikowalnej. Żyję przecież z ciągłego odpisywania, dopisywania i wielokrotnego opowiadania. Wypowiadam się wyłącznie poprzez plagiat lub pastisz. Zramolały rutyniarz, pastwiący się nad sobą zbzikowaną inwencją karykatury, tańcem diabelskich straszydeł z obrazów Hieronima Boscha czy zapalczywością Szalonej Grety.

Lokują się wokół mnie: dwóch na taboretach, trzeci wierci się w wózku. Brakuje słów. Wielkie śmieciarki wywożą je poza miasto. Padlinożerne ptaki wydziobują z nich resztki znaczeń. Pozostaje sterta kwilących dźwięków. Kable, rynny, rury przepychają śluz, który oblepia cumulusy.

Andrzej Babiński wyplątuje się z szumu, z plątaniny, ze skaczących głosek w krtani. Zwierza się:

– Na dworcach, placach, ulicach zawsze obejmowała mnie cerata światła. W marmoladzie gazety kolejne plenum KC PZPR wbijało w przyszłość gwoździe słów. Szukałem w petach lufki powietrza, a znajdowałem sęki blizn, czarny grzyb drzwi, gęsią skórkę izby. W płucach nosiłem spoiwa, kruszywo, kamienie, piasek. Dobre na wiersz. Na wapno gaszące wersów. Na ciężar, otępienie, zwiędłą szpachlę dłoni. Pod przeponą czułem suchy oset. Potargane nici śnienia. Dreszcz, jak deszcz po ciemnym igliwiu. Skarpetki zawsze miałem podarte, więc chwasty ściskały mi platfusy. Byłem głodomorem w skorupce ryżu. Nie dbałem o kaligrafie zapitych demonów. Wódkę mieszałem z wodą z miękkich wodorostów. Zeskrobywałem kapryfolium z gnijących futryn. Huśtałem się na jednym zawiasie marynarki. Oczy zwykle miałem zupełnie zamulone. Z pięt wyrastały mi krogulcze kolce, kiedy biegłem w kierunku kratki ściekowej, która w końcu zapadła się… A potem nastąpił ten rzut z mostu na beton…

Ślini się błyszczącym jadem, zaczyna taniec indiański dookoła piecyka, klepiąc spękane usta otwartą dłonią:

– Depresja, depresja, depresja, endogenna, egzogenna, psychasteników i histeryków, schizoidów i narcyzów, monomanów, fluidów i pneumatyków, jak wypukłe zwierciadła nie mieści się w głowie…

Janusz Żernicki robi kołami esy floresy na gumolicie w takt jego podskoków. Zziajany, ociera pot z czoła i peroruje:

– Latami drzemałem w małej, skrzypiącej skrzynce na kółkach. W kołysance z tui. Wsłuchiwałem się w rechot stawu, zastanawiając się, co by o tej fudze powiedział Bach. Usypiałem w szeleście atłasu puchowej sowy. Przenikał mnie na wskroś krzak gorejący i kosmiczna otchłań. Luli, luli, luli, la, zamiast pieluszki bandaż na uciętej nodze. Luli, luli, la, chrobot kości i szczękanie zębów. Dziwni ludzie z rąk do rąk podawali sobie wyzutą z sandała moją kończynę. Wyciskali z gąbki mydliny. Czułem się obnażony zupełnie, jak wytarta ława. Zapamiętałem fioletowy kłębek włosów. Wmotaną w żyłę watę. Gips tamujący szmer kołowrotków, niby młócenie słomy, ale igłą i nitką. Wszędzie buzowały neuryty, w wełnianym swetrze i strachu, w kołnierzu płaszcza, w korzeniach kieszeni, na włochatym od mchu balkonie, ssącym mleko Drogi Mlecznej. Przez rzeszoto konstelacji jambów i trochei czułem puls nadpływającej i odpływającej fali, porę linienia węży i porę linienia wierszy… Dom sparciał i zmurszał. Nikt się nie odzywał ze środka. W sucharach dachówek krzątały się wróble. Czasem wyłaził z dziurki od guzika jakiś bies, kiedy nocowałem w najdalszym kącie międzyplanetarnej szafy…

Udający wibrującą duszę Ryszard Milczewski-Bruno mruga do nas łobuzersko, wyjmując z kieszeni szlafroka flaszkę. Popija i podaje nam.

Doimy tę hucpę, aż miło, gdy on gada z coraz większym zapałem na sztywnych goleniach:

– Szwankowałem od zawsze. Siorbałem pianę peryferii. Byłem jak napastliwy gacek. Osełka głazu. Dźwigałem z plecakiem ramię nieba, w poszukiwaniu igły w stogu siana. Miałem kroki szybsze od podeszew. Od niuchania szlugów jeżyła się sierść galaktyk. Na dworcach zegar galopował, a nie brykał. Lubiłem krakanie katarynek i cmentarne dziwki, bo sól z ich warg nie rozpuszczała się, lecz przymarzała do dziąseł. Półlitrówki zawijałem w papier z wątrobą. Nasłuchiwałem huczenia boru. I filcowego knota świecy. Gryzłem śryż dnia i wersów twarde pędy. Przerzucany z pryczy na pryczę, z domu do domu, niby resztki monet, czułem się jak poukręcany ze szczotek. W zaułkach, na mokrych cegłach tynkowałem swoje frazy. Wołali za mną: Popapraniec. Dorobiłem się tylko dwóch dużych haków na ubrania, nocnika, garnuszka z kompotem, trzeszczenia wysychających parapetów… Najadłem się blekotu, wbiegając w toń jeziora rozgarniałem wewnętrzny szlam szelestem piasku. Chciałem, aby zamarł we mnie ten młyn, co miele spółgłoski, prastary zew pieśni, trawiący gorejącą sierść… gdyż mnie do życia powołała suka…

Pomiędzy śniadaniem a obiadem przepełzają minuty. Torby, walizki, reklamówki jak góry lodowe tarasują korytarz. Ja wychodzę! Ty wychodzisz! On wychodzi! Czapy śniegu w oknach wciskają się do środka. Pingwiny posykują w metalowych szafkach. Cały kosz kredy został wyjedzony do ostatka. Zewsząd kapie brunatna woda. Kałuże zamarzają w ślizgawkę. Przechadzający się lekarz z foliałem dyżurów pod pachą, z gęstą czarną brodą i kolorową czapeczką na kosmatej głowie, wydzierganą z włóczki, wyglądający wypisz wymaluj niby Święty Serpico, pyta mnie:

– A ty co tutaj robisz, hm…?

– Jestem na obserwacji.

– Ach tak… to ty zrobiłeś sobie pętlę z drutu – stwierdza i sadza mnie na nieoheblowanej ławie. – Pogadajmy, hm, powiedz mi, ale czemu?… Po co tak okrutnie?… Nawet nie sznurem tylko drutem…

Machinalnie drapię się pod pachą. Zegar wahadłowy i zapomniana klepsydra znaczą godziny abstrakcyjne, nie posiadające oblicza. Dlatego takie wymiary czasowe są nieskończone – nie widzi się końca czasu teraźniejszego. Podobnie jak w głuchą, ciemną noc nie sposób określić odległości. Przyszłości nie ma, jest tylko czarna ściana. Pustka. Bez-stan. Jedynym wówczas wyjściem jest samobójstwo. Na głos jednak paplę. Skargę?… Albo urojenie?…

– Kiedy płakałem, rodzice wkładali mnie w kartonowe pudło, następnie zamykali w szafie. Pierzaste płaszcze, rękawy wysysały wątłe nitki widzialności schowane pod powiekami. Dookoła były tylko głosy, które na dobre zadomowiły się w mojej głowie… moje ucho przerosło przez ciało, jak listek, i zakończyło się lepką trąbką… Gorzej, o wiele gorzej, było z kocem, który narzucali na mnie z grymasem znużenia. To tak, jakby dopadło cię zwierzę, gryzące każdym kawałkiem, zwierzę spod którego nie sposób się wydostać. Szarpałem tę ciemność, ale ona zawijała mnie w sobie coraz głębiej, aż po szum padających kawek, bose kwiaty wiśni, rechot żab, lekkie muśliny fruwających okiennic, wielopalczasty pręcik snu. Później tyle szkła wynoszono z moich włosów, że wiatr płuca w ptakach porozcinał… Pozostały tylko same nieloty, tylko kazuary…

Serpico klepie mnie przyjaźnie po ramieniu:

– Kazuary, hm, powiadasz, uspokój się, wszystko będzie dobrze… Życie i tak przynosi ze sobą zawężenia, a choć pewnego ograniczenia nie da się całkiem uniknąć, to jednak można je powstrzymać i przeciwdziałać mu, rozpoczynając od możliwie szerokiego pola działania… Zaufaj mi, już ja coś na to poradzę… Znowu uruchomią się podziemne połączenia… Przestaniesz być wysepką z febrą migocących świateł…

Odchodzi. Jego głos działa na mnie jak katharsis i wyzwala z paraliżu. Intensywnie wdycham księżyc ze świstem lotek, a moje myśli są coraz bardziej onomatopeiczne.

 

Bogdan Nowicki


 

CZYTAJ TEŻ