Zasady umierają w tańcu

przełożył
Tomasz Ososiński


 

(Preludium orkiestrowe, krótki zarys wydarzeń, suchy i rzeczowy, potem pogrzeb, mowa pogrzebowa, wszystko bardzo krótkie, krótka przerwa, po czym za sceną uderzanie w dzwon na wieży, które z czasem staje się coraz głośniejsze i szybsze, by stopniowo przejść we wściekłe bicie.) 

 

Dwanaście uderzeń – – – trzynaście! czternaście – – – piętnaście! – – – Oho! Co to znaczy? Szesnaście, siedemnaście! – Czy północ dziś nadejdzie dwa razy? A może więcej? Północ nad północami? Najczarniejsza? Najciemniejsza północ? – – – (Dzwony milkną.) 

 

(Pauza.) 

 

Najciemniejsza noc – – – jakby nigdy nie było światła. Ciemność jest wieczna; była, jest i będzie. Na początku była ciemność, zawsze była i będzie zawsze – – – to nieskończoność, coś niewyobrażalnego, bo nie widać jej na żadnym tle: za ciemnością znowu jest ciemność. A to dalekie nie jest ciemniejsze od bliskiego. Wszystko w jednym kolorze! Bez odcieni. – – – 

 

(Pauza.) 

 

Czy coś tam żyje? – – – 

 

(Pauza.) 

 

Nic! – – – 

 

(Pauza.) 

 

Jednak – – – coś – – – słychać – – – wszystko – – – wszystko słychać – – – za dużo, za dużo; zbyt wiele naraz. –  

Wszystko żyje; wszystko, co martwe, żyje; 

pędzi, szaleje, burzy się, huczy; 

kłuje, pali, boli,  

niesie radość i ból, 

jest obojętne i ekscytujące, 

prawdziwe i fałszywe, – – –  

żyje! 

Za dużo – – – to nie do zniesienia jak nieskończone światło.  

Słychać za dużo! 

 

Teraz słychać wyraźniej. Jeden głos jest głośniejszy. Wszystko inne bardzo ciche. Prawie niesłyszalne. Ten jeden narasta: 

 

(Cichy śmiech.) 

 

Ha, ha, ha, – – – (coraz głośniej). 

Ha, ha, ha, – – – (przechodzi w szyderczy rechot). 

Ha, ha, ha…  

To głos radości!          (gromki śmiech). 

Ha, ha, ha… 

Jakie to ciepłe i słoneczne, jakie urocze, śliczne i figlarne; (parodiując) jakie skończone i ostateczne. Zaułek uważa, że jest światem i myśli, że coś znaczy. I czuje się! Czucie to sama radość. Lecz co ze światem? Kto go czuje? Gdy tylko zaczynamy odróżniać, przestajemy widzieć. Niewidomi czują się i umieją się cieszyć. 

Ciemność staje się widoczna – – –! 

Czyżby radość miała rację? 

Ciemność jest właściwie dość jasna – a tam z tyłu jeszcze jaśniej! 

A może to raczej bladość – –. 

Jałowość? 

Nie można już odróżnić wzroku od dotyku i smaku. Za dużo odróżniania.  

Bladość potrafi też ukłuć – i krzyczeć i cuchnąć. 

Och! Umie też kłamać – – – 

Och; i wygląda jak prawda – – – (z ironicznym patosem; pouczająco). 

Widać, że jest żywa; po jej bladości i jałowości; po bogactwie niejasnych detali; po niejawności sensu; po silnym bólu i rozkoszy. (prześlizgując się) Po tym, że bladość i jałowość rozpuszczają się teraz w kolorach i formach; nazywamy to: łączeniem się… (opisowo) Coraz bardziej się rozpada i jest w ruchu. (z wiarą) Tak wiele jest rzeczy i każda wydaje się ważna… (cieplej) Teraz śpiewa; każdy śpiewa coś innego, lecz sądzi, że śpiewa to samo i rzeczywiście brzmi to po jednej stronie jednogłosowo, (ze zdziwieniem) po drugiej wielogłosowo. Po trzeciej i czwartej brzmi to jeszcze inaczej, ale nie da się tego wyrazić słowami. Są tu w ogóle niezliczone strony i każda z nich jest wyczuwalna. (Wznosząco) I wszystkie gubią się gdzieś, gdzie można by je znaleźć. Łatwo byłoby za nimi podążyć, ponieważ teraz ma się zdanie… 

Rośnie; a właściwie: obraca się. Ale to przecież to samo. Ponieważ rosnąc, nie powiększa się, a obracając się, zdaje się pokazywać zawsze tę samą stronę. 

Właściwie należałoby to uchwycić, bo ma się teraz zdanie! 

To tylko jeden ton! Bez żadnej różnicy. 

Jeden ton? A może to nie ton? Może to wiele tonów? Wszystkie? Czy to nieskończoność, czy nicość? 

Niemożliwe!   

Wcześniejsza wielość była łatwiejsza do uchwycenia niż obecna jedność. To przytłaczające. To jest wspaniałe, bo jest przytłaczające. Każdy śpiewa coś innego, sądzi, że śpiewa to samo, i rzeczywiście brzmi to wielogłosowo, pięcio-, sześcio- lub tylko trzygłosowo. A może jest tego więcej? (prześlizgując się) Albo właśnie mniej? Albo w ogóle? – – – Właściwie to śmieszne! – – –  

Widać przecież nitki! Wszystko działa gładko. I dziwne – – nigdy nie wychodzą tam, gdzie powinny. Najczęściej pod spodem. Kilka wychodzi na górze, ale to też bez sensu. Strasznie dużo w tym porządku. I tyle samo nieładu. Jeśli ktoś pyta o sens. Wszystko jest jednocześnie porządkiem i nieładem. Nie da się tego rozróżnić ani tym bardziej poróżnić. 

Być może jest to przytłaczające, ale nie widać obrazu. Widać go tylko wtedy, gdy zniknie wszystko wokół ramki. 

Teraz znikają kolory. 

Kształty ustępują w równym szyku – przynajmniej tu jest porządek; choć bezsensowny. –  Precz z tym; to jałowe. Nie, to nie jałowość, to uduchowienie. 

Ale to też bez sensu, bo wygląda tak, jakby stało ponad całością; a przecież pod nim nic nie ma. Mimo to nie unosi się, lecz przylega do czegoś, czego nie ma. 

Powiększa się – od środka! Jak to się nadyma – teraz wypełnia swą pustką całą przestrzeń – niedługo pęknie! 

Nie, nie pęknie! 

Wydaje się, że nie ma w nim ciśnienia – może dlatego jest stabilne. 

A jednak nie – w końcu pęka! 

Jednak jest nadal, mimo że pękło. 

I nie było nic słychać ani widać, jak pękło; żadnego ciśnienia, ruchu, zmiany. 

Być może jest to przytłaczające, ponieważ nie tworzy obrazu. W żadnym wypadku nie jest to atrakcyjne. 

(przemądrzale) Jest to również zupełnie niezrozumiałe; niespójne: świat duchowy całkiem bez powodu załamuje się; lub pęka. Najwyraźniej bez żadnego powodu. Są pewne przyczyny; ale powody? Wydarzenie nie jest powodem. Wydarzeń jest dużo. Nawet bardzo miłych; można powiedzieć, że „wystarczających”. Wystarczająco dużo, aby zniszczyć świat uczuć. Ale wydaje się, że dla dobra świata duchowego trzeba wielkodusznie ignorować świat uczuć. Ale dlaczego świat duchowy pękł? 

A najśmieszniejsze jest to, że znów istnieje. Chociaż może to coś innego? 

Coś nowego?  

Trzeba się przyjrzeć! 

Nie! To jest to samo, tylko w innej formie: świat uczuć w formie świata duchowego. (Pouczająco) Widać, że wszystko, co duchowe, wywodzi się z uczuć. 

I znów odradza się dawny czar. 

Tamto wcześniej było jednak zabawniejsze. Bo to domaga się innej powagi niż tamto; to wymaga duchowego oddania! (Z uniesieniem, ekscytacją; niechętnie się broniąc.) Tym jedynie jesteśmy, prawdopodobnie, bo nie mamy pewności. 

(Energicznie, mocno) Tego nie można oddać! Za żadną cenę! 

Zostaw! Oddaj wolność, niezależność!  

Obojętność! Śmiech! 

(Duże uniesienie) Nic nie będziesz miał, nic. Ty chciwy; ty nienasycony! 

Ach! Och! Jak mnie to rani, kłuje, dręczy, uwiera! 

(Zaczynając od nowa) Bez litości. – Z jego moralnością, jego etyką, jego przepisami i zasadami. 

„Nie będziesz” – ale ja nie chcę. Nie muszę!  

Do diabła z tym – to najobrzydliwsze ze wszystkiego; bo uporczywe! (Coraz głośniej) Wnika w ciało jak smród w nozdrza. Tego się nie da odepchnąć. – A potem tryska z porów jak pot – tak jakby to sam człowiek wytwarzał. Niesłychane! 

Czy ta obrzydliwość jest w nas? 

W takim razie jest też poza nami! Jest naszą wewnętrzną i zewnętrzną istotą. 

Prabłotem, którego jesteśmy częścią! 

 

(Długa pauza.) 

 

Wystarczy! To nie do zniesienia… 

 

(Orkiestra całkowicie cichnie.) 

 

– – – – – – – – 

 

Wszystko zniknęło! 

 

(Wybija trzynasta.) 

 

Trzynaście. – Nie dwanaście wprawdzie, lecz zawsze to jakaś granica w tej pustce! Żal zostaje: Ale niczego nie wyjaśnia, bo nie podaje powodu. Nie brak mu skruchy, a jednak nie ma widocznego obrazu. Duchowe oko jest na niego ślepe, a wola nie jest skłonna do złożenia mu ofiar. 

Nie potrafi skłonić nawet do najmniejszej rezygnacji. 

Wszystko, co mogłoby być jego powodem, kusi nas do innych rzeczy: bo on jest bez obrazu. 

 

(Intermezzo.) 

 

Pusta nadzieja: człowiek właśnie się zbudził, ma za sobą sny pogodne lub obojętne – nie ma w tym prawdziwej nadziei; tylko: beznadzieja zostaje na chwilę zapomniana; tylko zapomniana. Mimo to odświeża i wzmacnia: człowiek lubi żyć i lubi wierzyć. Wystarcza mu złudzenie lub zapomnienie; ślepota! 

Ciemność ustępuje! – – – 

Ale słońce jest bez siły. 

 

[„Totentanz der Prinzipien”, w: „Texte”, 1926]

 

Arnold Schönberg


 

CZYTAJ TEŻ