Jakub Wojciechowski
Synu, oszczędzaj!
Opowiadanie z „Raz kiedyś a obecnie” Jakuba Wojciechowskiego, Biblioteka Boya, Warszawa 1932
Miałem sposobność przez dłuższy czas przebywać na miejscu, w którym mieszkało dwóch braci. Jeden miał synka i dwie córki, drugi tak samo synka i dwie córki. Ten cokolwiek starszy brat kształcił swego synka, aby był dobrym dzieckiem, na pociechę rodziców a na chwałę bożą. Synka oddzielał, każdy grosz, co synek zarobił, to ojciec odebrał i nosił na kasę. Synek doczekał się już dojrzałości a nie pomyślał nawet, że i dla niego rośnie dziewczyna. Kiedy my wyszli zabawić się na salę taneczną, to jeno patrzał z daleka jakby to nie dla niego było. Żal mu było tego wstępnego zapłacić. Było tam dosyć dziewczyn, co by chętnie się zabawiły i tak samo i onego rozweseliły, ale nie dał się do tego namówić. Gdy my wyglądali oknem, przechodziły kanałem ze stolicy małe i wielkie okręta, bądź to z pasażerami, bądź to luksusowe. Były tam w tym czasie obyczaje, że gdy my oknami wyglądali, to na pozdrowienie wiewały te młode dziewczyny białymi chustkami, my im też wzajemnie dziękowali. Zdarzyło się też kilka razy, żem wyciągnął chustkę kolorową z kieszeni, na której już prawdziwego koloru by odnaleźć nie mógł, przytykali my też palce do ust i pokazywali miłość, tak samo i one nam jeszcze śmielej pokazywały całowanie swych palców.
Ile razy mówiłem:
– Czy i nam się nie przystoi też sobie wyjechać na przechadzkę?
Mój sąsiad mówi:
– Przecież to kosztuje pieniądze.
– A czy ty myślisz, że parowiec za darmo węgiel dostanie, i obsługa nie kosztuje? A czy ten parowiec będzie na wieki cały? On jest niepotrzebny, ale widzisz, że wciąż ludzie są na nim i nigdy próżno nie jedzie. A zobacz jeno te śliczne damy z tymi białymi trzewikami? Czy by się dzisiaj nam ze dwie nie przydały?
Znowu wiewanie chustków wzajemne i całowanie palców. Gdy parowiec minął i kapela ucichła:
– Co mówisz, czy chcemy wyjść do ogrodu? Po co?
– Czy nie widziałeś ślicznych i urodnych panien w bieli, ubranych jak łanie?
– A czy myślisz że ona z tobą pójdzie darmo? Darmo umarło, Zapłać nastało.
– A czy ty myślisz, że te panny to mąkę za darmo dostaną, i tę czerwoną farbę, co się pudrują, aby młodo wyglądały i się każdemu spodobały? No to dalej, przecieżeś jest pięć lat starszy ode mnie, uszparowałeś już taką wielką kupę pieniędzy, to możesz talara rezykować. Przecież te panny urodne jak lalki też chcą żyć. A człowiek do człowieczycy rośnie. A co masz z twego życia, jak sobie ani na dziewczynę nie pozwolisz? Czy chcesz pozostać zakonnikiem?
Niestety, za oknem, za firankami schowany, stojał jego ojciec. Nie mógł znieść naszej mowy, wziął mnie w obroty:
– Ty psiakrew smarkaczu, będziesz mi syna bałamucił? Naucz się pacierza i utrzyj sobie smark, a nie rozmawiaj o kurwach, co tu dampfrem przejeżdżają.
– A czy ja co źle mówię? Czy wyście inaczej robili? Jakżeście mieli te lata, co ja dzisiaj mam, to jużeście byli ojcem; a nam to zabronicie iść do dziewczyn, co one opłacają swoje podatki. To się trzeba ożenić; a zaś o takim czym mówić! A wy żeście dwa lata przed waszym weselem córkę mieli z waszą kochanką, co się później dopiero stała waszą żoną.
Na ten cały reibach nadszedł jego rodzony brat i braciniec. Ten braciniec był mój dobry przyjaciel, nie chodziło mu o trzy marki jak jego bracińcowi. Tymczasem się oboje bracia wzieni za czuprynę, zaćpowali sobie sprawy osobiste, ten uczciwy syn nie umiał się umawiać, my trzech ojca jego przegłosili, aż nareszcie musiał sam ustąpić.
Kiedy brat tego dobrego ojca zaczął mu przepowiadać, że chłop który ma 26 lat, nie potrzebował być żołnierzem, to już to samo ze się przychodzi, że w tych latach mu jest potrzebna niewiasta.
– A ten twój syn oszczędzał i będzie dalej oszczędzał, już siedemset talarów uszparował, a jak będzie ciebie słuchał, to zostanie zakonnikiem do śmierci. Mogłeś go dać do klasztoru; po co żeś go tu ze sobą przywiózł, kiedy nie ma użyć świata podjak służą lata?
Przerwa. Znowu przejeżdża parowiec, kapela gra „Bei der schöner Meisterin”. Dziewczyny i niewiasty wiewają białymi chustkami, krzyczą, cieszą się, my im wiewamy chustkami, całujemy palce, tymczasem ślad za nimi ginie, tylko wałująca woda za nimi znaki pokazuje.
Przy najlepszej chęci i zachęcaniu, nie mogli my tego naszego kolegi nakłonić, aby go wydostać na jakąkolwiek zabawę, gdzie kosztowało parę groszy. Był on dość silny i bardzo szykownej budowy, dziewczyny w sąsiednich domach (co ich tam nie brak było) bardzo wiele razy mówiły do mnie: Jakub, bringt dein Kolege mit. Były tam dziewczyny śmiałe, pragnące miłości, oświaty do miłości miały aż za wiele, ale smutnie nie mogłem mego kolegi dostać, aby też raz zobaczyć go z jakąkolwiek kochanką. Zawdy miał obawę, że, kiedy się zapozna z dziewczyną, trzeba by z nią iść na kino, tam trzeba za się i za nią zapłacić, trzeba by jej też kupić tabliczkę czekolady, a to kosztuje. A kiedy mu przepowiadałem, że jak pójdzie na St. G., to kosztuje jeszcze więcej, bo trzeba zapłacić talara za małą chwilę, przy najlepszej chwili i sposobności nie udało mi się go z pokoju wyprowadzić. Miał on dobre zdrowie i rozum, wiedział on że są dziewczyny dla chłopców, ale nigdy nie chciał stracić grosza, pomimo tego że miał pracę dość dobrą i nie ciężką, pracował on szczerze i rzetelnie, w pracy miał bardzo dobre zaufanie u swoich przełożonych.
Ale nieszczęście nie chodzi po ziemi, jeno po ludziach. Ranka pewnego, gdy my rano poszli do pracy, którą my rozpoczynali dwie godziny prędzej zaczem cała załoga zaczyna, przy rozpoczęciu pracy przeważnie ja śpiewałem; zwykle: kędy chłopaku po- jedziesz, zieloną dróżką czy przez wieś, albo: dort tief im Bömerwald, albo jedno ziele w ogródeczku, drugie w Warszawie, albo też tego walca pomaluśku: Ich weiss ein einsam Plätzchen auf der Welt. Ale tego ranka ja nie śpiewałem, bo ostatniego wieczora byłem u kochanki, zabawiłem się dość kawał w noc, byłem coś niewyspany.
Ale mój kolega w to miejsce był za mnie wesoły. Kiedy rano my zaczęni naszą pracę, każdy przy swojej lokomotiwie, to mój kolega zaczął śpiewać z wielką wesołością: Byś ty Marynia, raz przy niedzieli, swoje czarne nogi umyła… Kiedy skończył, to mówię:
– Śpiewaj dzisiaj za mnie też.
– A ty nie chcesz śpiewać?
– Dzisiaj nie mam lustu do śpiewania.
– Pewnie żeś wczoraj znowu u kurwów był?
– Tak jest.
Mój kolega zaczął śpiewać nową piosenkę: Kazała mi moja mama zakonnicą być. Ja mu przerwał i mówię:
– To jest piosenka dla dziewczyny.
– A co mam zaśpiewać?
– Zaśpiewaj lepiej: Gdy mi się przypomni o mej młodości, hulałem, bujałem, wszystko z wesołości.
Mój kolega zaczął śpiewać z taką wesołością, jak jeszcze nigdy.
Prace my ukończyli, przewlekli my się do pracy dziennej. Już kiedy na obiad mój kolega przyszedł, mówi do mnie:
– Mi jest tak byle jak, zimno mi jest. Taki niespokojny jestem, tak mnie strach ogarnia.
Ale kto w tych latach myślał o śmierci! Kiedy wieczorem czuł się chory, zatelefonowali po lekarza; gdy lekarz przybył i zbadał jego chorobę, natychmiast kazał go odwieźć do szpitala i już następnego dnia około piątej wieczorem przyszło zawiadomienie przez telefon, że M. F. już nie żyje.
Na całej kwaterze zrobił się smutek. Jego ojciec już nieomal omglał. Po przepisowym czasie, my go zaprowadzili na miejsce spoczynku. Duchowny wygłosił mowę bardzo treścitą, wspominał o jego dobrym i moralnym życiu, że on to już przeczuwał w sobie, że nie zawiązał ciężaru nikomu tu na ziemi, und ist er heim gegangen trotz seine blühende Jahre.
Jak zwykle znowu ten nieszczęśliwy pieniądz! Kiedy my zakropili skórkę, ale dość doskonale, już w tej restauracji dał rozumieć rodzony brat bratu, że jego syn był samotny i nie zrobił testamentu, to prawnie się coś będzie należeć i kuzynom. Ale ojciec tego zmarłego ze zagniewanym sercem odparł jego żądanie, zaś syn (czyli kuzyn) prychnął na ojca swego, że tu w knajpie się takie co nie mówi, a w ogóle gdzie są cudzy ludzie.
Tymczasem była flaszka i kieliszek wypróżniony, idziemy do stacji parowca. Po drodze kuzyn zaczął wujowi zaznaczać, iż tylko on ponosi winę, że jego syn dostał zapalenia mózgu, bo go pieniądzem oddzielał jak chłopca smarkatego. Naturalnie nie brakło tam słów nieprzyzwoitych.
– Trzymaj pysk, smarkaty. Żeby ja twoim ojcem był, to byś musiał inaczej skakać.
– Tak żeście swego syna wychowali, żeby nie umarł, to by poszedł zaś do domu obłąkanych. W szpitalu już mi powiedzieli, onemu było trzeba niewiasty, ale żeście go pocieszali, że on się ożeni z gospodarską córką na pięćset mórg, jak uszpara tysiąc talarów, a on szparował aż miał chrosty na pysku (które my tam nazywali zachciankami).
Tymczasem przybliżyli my się do stacji R., na której stawał parowiec, który przychodził ze strony zachodniej. Ja mówię:
– Mamy jeszcze siedemnaście minut czasu.
Nadchodzi parowiec, wiewa się sztandar jakiegoś towarzystwa, kapela gra marsza weselnego, przyglądamy się temu wesołemu towarzystwu. Przy ostatku wychodzą cztery dziewczyny, które były oznakowane swoimi ubiorami żałobnymi. Nieśmiało się oglądają w tę i ową stronę. Już kuzyn tego zmarłego mówi:
– Ach, to moje siostry i kuzynki.
Stanąłem na boku, przyglądam im się. Po przywitaniu swego ojca, mówi najstarsza córka:
– Nie mogli żeście przysłać depeszy?
– Na depeszę szkoda pieniędzy, ja myślałem, że list zajdzie na czas.
– A my się tak spieszyły, a o której będzie pogrzeb?
– Już pochowany, z pogrzebu już jedziem.
Ale siostrom się markotno zrobiło, pomimo woli jednak zaczęły płakać, i kuzynki im cokolwiek pomagały. Brat mówi do siostrów:
– Nie róbcie sobie wstydu, bo w tych stronach to jeno na cmentarzu płaczą, a jak już są za cmentarzem, to już nikt nie płacze.
Ojciec tych kuzynków się cokolwiek poprawił i mówi:
– I, co będziecie buczeć, on tak już więcej nie wstanie..
Oprócz tego kuzyna było nas tam czterech młodzianków, co my towarzyszyli temu zmarłemu ze szpitala na miejsce spoczynku. Gdy w dalszej rozmowie się zabawiali owe siostry i kuzynki, ojciec jeden i drugi w rozmowie, a my, aby im ulżyć i aby im cokolwiek smutku odebrać, już oko w oko jeden drugiej wejrzał, przywitali my je kolejnie, jak tam obyczaje skazywały.
Tymczasem nadchodzi parowiec, choć on miał cokolwiek spóźnienia. Już znowu jak zwykle jedzie klub młodzieży ze swoimi mandolinami. Byli to już przeważnie dorośli, siedzieli każdy obok swej narzeczonej. Gdy parowiec przystanął, my bierzem każdą siostrę i kuzynkę lekko pod rękę, czuły się one jakby były zhipnozowane. Zabrali my miejsce na wewnątrz, bo wierzch był zajęty przez ten klub młodzieży.
Kiedy my miejsce zajęli, to mówię:
– Tu jest taki obyczaj, gdyby żeście same siedziały, toby na was z pogardą patrzeli, że we was żaden chłopak nie ma zamiłowania..
– A my same siedziały na banie (dworcu) tak daleko, i nikt się na nas nie przyglądał.
– W pociągu jest co innego, a parowcami też co innego.
Pomimo że z nas miłości żaden pragnący tak wiele nie był, ale zawdy każdy z nas miłość pokazywał jak najchętniejszą, chociaż każdy z nas wiedział, że do prawdziwej miłości nie dojdzie. Tymczasem woła: Kalkberge, alles aussteigen. Jak klub młodzieży się uformował po opuszczeniu parowca, zaczekali my małą chwilkę. Naczelny klubu dał znak, mandoliny zaświergotały, marsza tempo zapewne 120. A dla nas to tempo było za prędkie. Ci dwaj bracia i kuzyn szli coś przed nami, mijają tę naszą starodawną restaurację, jakby nie mieli zamiaru do niej wstąpić. Ale my dali znak że woda nas wyciągła i musimy co zjeść i wypić, jedno Berlinerweissbier mit, z himbierem, co znaczy z malinowym sokiem. Były to w tym czasie szklanki wielkie, a szumowin na kołnierz niemieckiego leutnanta.
Było to w dzień dość gorący, to chętnie, tak jak i my, tak i nasze towarzyszki się piwem słodkim uraczyły i cokolwiek przekąski też nie zaszkodziło, bo te nasze towarzyszki przybyły z dalekiej podróży, to zapewno nie miały śmiałości mówić, że chętnie by coś zjadły, ale wnątrzności to zapewno wołały ratunku. Ale my mieli to uczucie, co komu dolega, byli my w doma, a nasze towarzyszki na gościnie, postępowali my z nimi według tamtejszych obyczai. Z biegiem czasu przyszli my na nasze kwatery, ustąpili my im na jakiś czas pokoi aby mogły one ze swoimi rodzicami sprawy rodzinne pomówić i swobodnie odpocząć.
Następnego dnia była niedziela. Aby je tam rozweselić i im trochę oświaty pokazać, której one we swym życiu nie widziały, porozumieli my się wzajemnie, że jutro będą wykłady u P. N. na sali, które będzie miał dr Swider, wstęp 1 markę dla każdej osoby. Już około drugiej po obiedzie wzięli my nasze towarzyszki ze sobą, zaprosili my je już na to wymienione piwo, potem udali my się na salą, gdzie się miały odbyć wykłady. Myślały te nasze towarzyszki, że to będzie tam kosztować wstępne 10 fenigów; ale kiedy my przy kasie płacili po marce za osobę, to myślały że zbankretują. Kazali my im schować jeich skarby, a my za nie zapłacili przy kasie. Gdy my na salę weszli, była to sala wielka, z wielką liczbą ludzi.
Było tam jakie sto figurów gipsowych za szkłem, każde choroby, które człowieka mogły spotkać. Zrazu udawały nasze towarzyszki coś wstydu, ale gdy widziały, że tam masowo panie, panowie, dziewczyny od figury do figury się przechodzą, czytają podpisy, więc się cokolwiek ośmieliły i z biegiem czasu to tylko podziwiały. A gdy my przyszli do jednej figury, która przedstawiała jeszcze nieużywaną dziewice, a druga która była już używana, to mówię:
– To zobacz, jak dostaniesz coś rafinowanego chłopaka, to go nie oszukasz, jak przed nim powiesz, żeś jest jeszcze prawiczką!
– A ten ta na to będzie patrzał!
A gdy my przyszli do części męskich, to mówi do mnie:
– No to mi pokaż, jak można poznać chłopaka który jeszcze nie był u dziewczyny.
– To ty musisz sama poznać..
Przy dalszym szkle, znowu się zastanawia i mówi ona:
– Co on ma tam te gumę wciągniętą?
– Na to, aby ci dziecka nie zrobił.
Przechodzimy dalej, jedno szkło za drugim. Tymczasem mówi pan doktor:
– Posłali my nasze towarzyszki, aby się przypatrzały Bitte, meine Damen. Wykład tylko dla panien i przysłuchały, jaka oświata będzie dawana. Mężczyźni poszli przez ten czas na piwo, a niewiasty dostawały oświatę. Po ukończeniu referatu, zaprosili my nasze panie na piwo, zaś przeszli my z niemi śliczny ogród i był czas aby je odprowadzać na dworzec.
W drodze się użalały, że gdy będą się spowiadały że się dały namówić od nas i weszły do takiego domu grzesznego i ksiądz im rozgrzeszenia nie da, to my ten grzech będziemy musieli odcierpieć.
– Przyjedźcie tu jeszcze raz, to my wam wasze grzechy odpuszczemy.
Przyrzekli my im, że im będziemy pisać i one nam, ale przez krótki czas jeno te obietnice trwały.
Tymczasem pociąg nadszedł i pożegnali my nasze towarzyszki. Już my ich więcej nie oglądali, pomimo tego że my im wierność przyrzekali.
Po niejakim czasie skarżył jeden brat drugiego o ten oszczędzony pieniądz. Ojciec tego zmarłego syna stojał na tym stanowisku, że to było jego dziecko, to mają tylko jego dzieci prawo do tych pieniędzy.
Drugi brat stał na tym stanowisku, że jego syn nie zrobił testamentu, to się braciom ciotecznym też część majątku należy. Oboje wzięli sobie adwokatów, oni ich pocieszali. Obrońca tego pociesza że on wygra, drugiego pocieszał że mu się prawnie coś należy. Udali się na sąd z tą sprawą, która nie przyniosła żadnego rezultatu. Mieli się pogodzić; ten nie ustąpił od swego, tamten stał na swoim, termina się odbywały jeden po drugim, adwokaci przysyłali rachunki za odbyte termina. Na naszej kwaterze była niezgoda pomiędzy tymi braćmi, zarzucali sobie rzeczy nie do opisania. Wyniku tego ostatecznego sądu w jeich. sprawie niemożliwe mi jest opisać, bo z biegiem czasu opuściłem te okolice.
Czy się tamten w grobie nie przewracał, jak ta jego praca była taką lichą pociechą dla jego ojca, siostrów i jego matki? Nie byłoby to lepiej, gdyby ten niewinny młodzieniec żył według natury i wiedział że jest człowiekiem? Czy nie miał on też prawa sobie na to pozwolić, co inni zdrowi, rozumni chłopaki, kiedy sobie wyszli na przechadzkę ze swymi kochankami i sobie używali świata? Widzę go jeszcze, kiedy raz rozmawiał z jedną dziewczyną, która by za nim do wody skoczyła. Na jego życzenie by mu się całkowicie ofiarowała, poszedł ojciec jego, wyzwał tę dziewczynę żeby pies od niej kawałka chleba nie wziął, bo się bojał, że jego synek straciłby parę groszy dla swej uciechy. Ale dla sądu, to nie żałował. „Oszczędzaj, dziecko, bo drudzy też oszczędzają”, były to słowa tego ojca.
Jakub Wojciechowski
CZYTAJ TEŻ