Jakub Wojciechowski
Na Kujawach
Ostatnie lata przed drugą wojną światową były tak niekorzystne dla proletariatu, których historia nie pamiętała. Bezrobocie weszło do tego rozmiaru, że tysiące ojców licznych rodzin było zmuszonych łamać siódme boskie przykazanie, gdy chcieli utrzymać swoje rodziny przy życiu. W naszym Barcinie było tak wielu bezrobotnych, że w naszych torfowiskach zabrakło miejsca dla wędkarzy, aby mogli zarzucać wędkę i uchwycić rybkę, która miała okrasić obiad dla rodziny bezrobotnych. Nasza Noteć, która płynie przez Barcin, jest długa i szeroka, ale wara temu, który by się odważył zarzucić wędkę do Noteci, którą dzierżawił Niemiec R. Z. Dąbrowski.
A nasza ówczesna policja broniła więcej dzierżawcę, jak bezrobotnych. Na ulicy obok mego mieszkania walczy matka z córką, która płacze i mówi, bez chleba ja do szkoły nie pójdę, podczas przerwy inne dzieci jedzą chleb, a ja mam im się przyglądać? Daję matce parę groszy, kupcie tej małej chleba, niech idzie do szkoły. Na każdym kroku nie było możliwe usłyszeć innych słów prócz narzekań.
Gdy byłem przy pracy, mój majster Klaus, który ze mną rozmawiał tylko po niemiecku, mówi: – Jakub, od poniedziałku masz urlop, możesz znowu jechać do Warszawy. – Na razie nie mam zaproszenia. Dziękuję, panie majster! – Był to ostatni dzień czerwca. W powrotnej drodze do Barcina jadę wolno na swym rowerze i układam plan, jak ten 12-dniowy urlop wykorzystać.
Natrętna myśl mnie męczy i przypominają mi się słowa moich niejednych zacnych gości o wyjeździe w góry, do Zakopanego, do Włoch i do innych miejscowości. A dlaczego ty sobie nie możesz na to pozwolić? Gdy powróciłem od pracy, mówię do mojej żony, od poniedziałku mam urlop, chcę się pozbyć wszelkich narzekań, nabyć innych myśli i zobaczyć nasze Kujawy. Stanę się na kilka dni turystą, udam się tam, gdzie mnie nikt nie zna.
W niedzielę uszykowałem mój turystyczny ekwipunek, który się składał z parcianego plecaka, aluminiowej butelki, którą przywiozłem z pierwszej wojny światowej, koc, łyżka, nóż, widelec, ręcznik, mydło i cośkolwiek żywności, nie zapominając o igle i niciach. Moja żona wylicza mi na dzień 39 groszy. Tak jak Hitler wyznaczył byłemu ministrowi Scheidemannowi 39 fenigów dziennie renty starości.
W poniedziałek żegnam moją żonę i wszystkie troski domowe, udając się do dworca. Podpieram się kijem, który sprzedała mi siostra szpitalna w Gelsenkierchen, i przy pomocy tego kija opuściłem szpital i leczyłem się nadal w mieszkaniu. Ułożyłem sobie plan udać się koleją do Gniezna przez Mogilno, w którym miałem przesiadkę. Na dworcu w Mogilnie zamawia mnie matka dwojga dzieci: – Proszę pana, czy by pan nie chciał być tak łaskaw i podać mi walizy do wagonu, gdy nadejdzie pociąg? – Proszę bardzo. Pani zapewne jest wiadomo, że mężczyźni są taką słabą istotą i niewiaście nic odmówić nie mogą: – Mam przy się dwoje małych dzieci, a z nimi trudno podróżować. – Pociąg nadszedł, podaję walizę i dzieci. – Bardzo panu dziękuję. – Nie ma za co. Szczęśliwej podróży!
Za małą chwilę nadszedł pociąg, który mnie miał zawieźć do Gniezna. W pociągu stanąłem przy oknie, spoglądam na urodzajne gleby. Przed stacją Wylatowo widzę wędrujące rodziny, dwie z nich ciągną cały swój dobytek na ręcznych wózkach o dwóch kołach. Nie namyślając się długo postanowiłem wziąć udział w tej wędrówce.
Gdy pociąg stanął, opuszczam wagon. Z małego dworca udaję się na spotkanie. Widząc zbliżające się rodziny, siadam na rowie. Gdy się rodziny zbliżyły, udaję zmęczonego, ocieram pot z czoła. Towarzysze witają mnie międzynarodowym pozdrowieniem: serwus! serwus! Wstaję, podaję ręki jednemu i drugiemu mężczyźnie, jednej, drugiej i trzeciej pani, na ostatku ściskam dłoń małej córeczce. Ach mój kochany ślepku, już się uczysz wędrować w tak młodym wieku?
Towarzyszka A.: – I tak sam wędrujesz? – Tak, do tego czasu nie miałem innego szczęścia iść w towarzystwie. – Z nami będzie towarzysz miał więcej szczęścia. Nasza Magdusia została osierocona, ma ona córkę przy się, to już będzie kompletna rodzina.
Udajemy się w dalszą drogę, rozpoczynam rozmowę z towarzyszami. Opowiadali, że pracowali w Niemczech i we Francji. I przybyli do Polski w tej nadziei, że nie będą tułaczami. Towarzysz mówi: – Zaczęliśmy nauczać, żeby to całowanie tych Jaśnie Wielmożnych po rękach raz na zawdy ustało, byliśmy w każdym wypadku pierwszymi, stawaliśmy w obronie pokrzywdzonych. Znajdli oni paragrafy za podburzanie pracowników, wpakowali nas do więzienia. Dzięki interwencji naszego związku wydostaliśmy się z więzienia. Do pracy nas więcej nie wzięli, w końcu nas z mieszkań wyeksmitowali. Aby ratować życie, posprzedaliśmy stopniowo swój dobytek i staliśmy się nędzarzami.
Dochodzimy do zagajenia, wózki zostały zepchnięte do rowu. Towarzyszka B:. – Musimy pomyśleć o gotowaniu obiadu. Wy, mężczyźni zabierzcie garnki; wprawdzie były to duże puszki od niemieckich śledzi pieczonych. Przyniesiecie wody, a my uszykujemy palenisko i nazbieramy gałązków do zapalenia ognia.
Udajemy się do pierwszej zagrody, która nie była opłotkowana. Zaczekajcie wy tu, a ja poproszę o pozwolenie. – Wchodzę do sieni, pukam do drzwi, ukazuje się gospodyni. – Dzień dobry pani! Mam prośbę do szanownej pani, mamy zamiar nabrać wody, chcemy ugotować cośkolwiek obiadu, mam nadzieję, że nam szanowna pani nie odmówi? —A u kogo chcecie obiad gotować? – Widzi szanowna pani, tam na końcu tego zagajnika są nasze żony i szykują palenisko. – A co chcecie gotować? – Nasze żony uprosiły cośkolwiek kaszy i soli, a okraszenie to musimy sobie umyśleć. Jest to bardzo smutnie, że prowadzimy takie życie, cygańskie, pracy nie możemy nigdzie dostać, a żyć trzeba. — Zaczekajcie chwilę.— Gosposia wynosi kawałek słoniny. – Tu macie za to, żeście przyszli grzecznie poprosić.— Dziękuję szanownej pani, może nadejdzie czas, że i ja się będę mógł pani wywdzięczyć za to tak dobre i litościwe serce.
Przychodzimy do naszego boiska. Tam A.: – Was dobrze po śmierć posłać czekamy tak długo, a was nie widać. – Nie na darmo my czekali, udało nam się zdobyć kawałek słoniny, tu weź, towarzyszko, i podzielcie się tak, aby nikt nie był pokrzywdzony. – No tak, każdy dba sam o siebie, a pan Bóg o was wszystkich. – Słoninę dzieli na trzy kawałki, każda swą część kraje w drobne kostki i kładzie do garnka.
Zwracam się do małej Marysi: – A do szkoły już chodzisz? – Do drugiej klasy. A po wakacjach będę chodziła do trzeciej klasy. A książki szkolne gdzieś zostawiła? – Musiałam je oddać, bo były pożyczone. – Pomyślałem, ach tyś jest tak szczęśliwa, jak ja byłem dawniej, dwa lata chodziłem do szkoły i nie miałem własnej książki. Nie chciałem przeszkadzać przy kuchni, zrobiłem małą przechadzkę do zagajnika, spotykam przymocowaną tablicę na szynie małej kolei. Czytam: ,,Przestroga, do lasu wstęp surowo wzbroniony”. Nie chciałem się przeciwiać przepisom, biegłem tylko nad lasem. Wracam z powrotem, moje towarzystwo było już po obiedzie. Zażartowałem, a obiadu dla mnie nie zostało? Tow. B.: – Kto późno chodzi, sam sobie szkodzi. – Oj, wyście są dobre, miłuj bliźniego jak siebie samego.
Mała Marysia rysuje na ścieżce. Czytam inne nazwisko, gdzie i kiedy się urodziła, nie pomijając powiatu i województwa. Pochwaliłem ją, że tak ślicznie umie pisać. Marysia: – Żebym miała ołówek i zeszyt, to bym jeszcze coś więcej napisała. – Z powodu, że tak ładnie umiesz pisać, gdy będzie okazja kupię ci książkę, zeszyt i ołówek. – Marysia zrobiła duże ,oczy, jak to było jej zwyczajem, zostawia mnie, przechodzi przez rów i powtarza moje słowa swej mamie. Towarzyszki wycierały swe garnki trawą, mężczyźni się pokładali na trawie, nikomu się nie spieszyło. Chodziło, aby odczekać te parę dni, aż się żniwa rozpoczną.
Nareszcie mężczyźni zaprzęgają się do swoich wózków i udajemy się do wioski G. Towarzyszki dzielą się zagrodami. Magdusi przypadła duża zagroda. Mówię do małej Marysi, tu mieszka duży gospodarz, ja wejdę z wami. Pies alarmuje swego pana, gospodarz wychodzi. – Dzień dobry panu! Tu takie wielkie wzorowe gospodarstwo jak jakie dobra szlacheckie, to nas pan zapewne do pracy przyjmie? – Gospodarz: – Ze mną musicie po niemiecku mówić!
– I tak dobrze, powtarzam te same słowa językiem niemieckim. Gospodarz, tak za dziesięć dni to będzie praca, ale na razie sam nie mam co robić. – Wyście musieli być długo w Niemczech, że tak płynnie mówicie po niemiecku? – Tak, byłem przeszło trzydzieści lat. – A w których stronach? – W Bawarii, Wirtembergii, Oldenburgu. – Gospodarz przerywa, moi rodzice pochodzili z Oldenburga. A ja znam Niemcy tylko tyle, jak służyłem w wojsku w Halle nad Salą. – No, to my oba służyli w jednej dywizji. Pułk, w którym wyście służyli, nazywał się Fizilier Regiment, a ja przy 26. Gospodarz, wy to lepiej pamiętacie jak ja ale nie było to czasów jak za Wilhelma II, liter wódki kosztował 60 fenigów, w żniwa za dwie godziny pracy mógł sobie kupić litr. Za tygodniówkę dobre ubranie, parę butów, dwa talary za dwa dni pracy.
Marysia opiera się o wóz, przychodzi mi na myśl zwrotka starej piosenki: ,,Nie chodź koło koła, nie trącaj się osi, nie daj chłopcu gęby, choć on ci się prosi”. Gospodarz nie mógł znaleźć granic pochwały dla rządów cesarskich: – Ale posłuchajcie, jeno w tych latach była wędrówka narodów za ocean, Polacy wędrowali przeważnie do Brazylii, a Niemcy do Argentyny. A gdy w roku 1910 południowa Ameryka zamkła bramę dla naszego wychodźstwa, to już rząd niemiecki nie wiedział, gdzie ma podziać dorastającą młodzież, utworzyli większą armię wojska, nieomal o 100 000 żołnierza razem z oficerami, musieli budować kasernie, magazyny, stajnie dla konnicy, a już w roku 1912 to robili na całą parę przygotowania wojenne, bo żeby nie to, byłaby w Niemczech większa bieda, jak jest u nas, i bezrobocie byłoby o wiele większe, ale przepraszam, bo żmudzicie sobie tylko czas przez nas.
Gospodarz: – Zaczekajcie chwilę, próżno nie możecie ode mnie odejść. Przynosi kawałek wędzony szynki, około 1,5 kila, i kawał chleba swego pieczywa. – Proszę, weźcie to. – Dziękuję, może się jeszcze raz spotkamy. – Gospodarz: – Cieszy mnie, że mogłem wypowiedzieć się w macierzyńskiej mowie. – Chleb i słoninę daje małej Marysi. – Daj mamie, niech schowa. – Na pożegnanie uściśliśmy sobie dłoń i opuściliśmy zagrodę Niemca.
Za bramą mówię, nasi towarzysze już na nas czekają. Wolnym krokiem udajemy się do wioski T. Słońce zaszło, trzeba pomyśleć o nocy, udajemy się do sołtysa, prosimy, żeby nam przekazał nocleg. Sołtys, dość was jest? – Siedmiu – jedna i druga rodzina pokazuje swe książki rodzinne. Pisze świstek, kładzie pieczęć: – Pójdziecie do gospodarza R. – Energicznymi słowy zapytuje się Marysi: – Jest to twój tata? – Marysia zrobiła duże oczy i milczeniem odpowiada. Sołtys wypisuje kartkę dla mnie. – Wy pójdziecie do gospodarza D., ostatnie gospodarstwo, a wy obie przenocujecie się u mnie w stodole. – Dziękuję, dobranoc! – Ale czasami nie zapalcie nam wsi. – O to niech pan sołtys obawy nie ma.
Wchodzę do zagrody. – Dobry wieczór, turysta ma zamiar się u państwa przenocować – oddaję kartkę od sołtysa. – Dobrze, możecie się przespać w stodole. Zwracam się do gospodyni: – Mogłaby mi pani sprzedać pół litra mleka przegotowan go? – Możecie dostać, ogień się jeszcze pali. – Pani pozwoli, że usiądę tu na ławce? – Proszę, niech pan siada bez obawy.
Wyciągam swój notatnik, notuję sobie parę słów. Gospodarz: – Mleko gotowane, proszę do stołu. – Wyciągam bułeczki z plecaka i smacznie zjadam. – A może pani jutro rano tak ugotować mleka jak dziś? – To mogę zrobić. – A ile jestem pani winien? – To jutro rano razem pan zapłaci. – Dobranoc – udaję się do stodoły. Gospodarz biegnie za mną. – Możecie się przespać w sąsieku, albo wziąć słomy na bojewicę. – Dziękuję, prześpię się w sąsieku. – Położyłem się na słomie, przykryłem kocem i smacznie zasnąłem.
Obudziły mnie świergocące wróble, które były panami tej z drzewa zbudowanej stodoły. Wychodzę, udaję się do studni, myję się po wojskowemu. Mała Marysia przechodząc poznała mnie i mówi dzień dobry. – Dzień dobry! A śniadanie jadłyście? – Marysia: – A kto by je nam dał? – Chodźcie tu. Zwracam się do gospodyni, aby jeszcze jeden litr mleka przygotowała, bo moje towarzyszki śniadania nie jadły, chleb mamy własny. Po śniadaniu reguluję rachunek i opuszczamy zagrodę.
Udajemy się na umówione miejsce, po małej chwili czekania nasi towarzysze zbliżyli się, żalili się, że zaledwie czarnej kawy z cykorii mogli uprosić. Biegniemy do wioski P. Niewiasty nie pominęli żadnej zagrody. My mężczyźni obserwujemy bieg naszych towarzyszków i równolegle idziemy przez wioskę, która stała na górze, stąd widzieliśmy jezioro, nad nim ruch ożywiony, mówimy, jakieś stowarzyszenia powywieszały swoje sztandary. Zbliżamy się do jeziora, zawiodły nasze spostrzeżenia, tu kilka wędrownych rodzin założyło wielkie pranie i kąpie się. Nasze towarzyszki nie chcą pozostać wstecz, rozpoczynają pranie; zwleczą ze się bieliznę i pranie rozpoczyło się na dobre. Dzień był bardzo śliczny i bielizna schła szybko.
Tow. A.: – A wy, towarzyszu, jak długo nosisz koszulę na siebie? Jak jest brudna, to dawaj ją do prania. – Dziękuję, mam ją na sobie dopiero trzeci dzień. – Nie chciałem być świadkiem, jak się pranie i kąpanie odbywało, porozumiałem się z towarzyszami i udałem się do wioski Sz. Była to wioska dość duża, znajdował się w niej kościół, szkoła, restauracja i skład galanteryjny. Aby spełnić życzenia małej Marysi, kupuję zeszyt, ołówek, z książką było gorzej. Udaję się do nauczyciela, który bardzo chętnie sprzedał mi książkę do trzeciej klasy. Kupiłem cośkolwiek od rzeźnika i piekarza i udaję się do moich towarzyszek, które pranie miały na ukończeniu, mężczyźni czekali, aż im koszule uschną. Naprawdę było to żałośnie i zarazem wesoło. Dzieci się bawiły na brzegu jeziora, jedno drugie wodą opryskiwało. Zdawało się, że są oni z jednej wioski albo, kto wie, od jakiego czasu się poznały. Tego dnia ciepłego obiadu nie dało z powodu wielkiego prania. Tak obiad, jak i kolację jadł każdy ze swoich własnych zapasów. Nad jeziorem zabawiliśmy się aż do zachodu słońca.
Nocleg był dla nas wszystkich zapewniony w polnej stodole na barłogu. Do tej stodoły zgromadziło się dość rodzin wędrownych. Noc była ciepła i widna, księżyc świecił tak bystro, że byłoby można zdjęcie zrobić. Położyłem się przy brzegu, naodziałem się kocem. Przybyła jeszcze liczna rodzina, która szukała wolnego miejsca, jeden mężczyzna, którego nadepnięto, zakrzyknął, jeno ostrożnie, moja pani, żeby czasem omyłka nie zaszła z naszymi nogami.
Gdy my byli pogrążeni w pierwszym śnie, jedna niewiasta zaczyna głośno płakać. Ach lepiej, żeby mnie moja matka była w pierwszej kąpieli utopiła, niż mnie na taki ciężki los życia skazała. Mężczyzna, który leżąc obok mnie odzywa się, po co użalasz się na twoją niewinną matkę, która jest Bogu ducha winna, a może już w niebie spoczywa. Jesteś samodzielna, Bóg ci dał rozum i wolną wolę, rozporządzasz swoją własną osobą. Jezioro niedaleko, skocz do niego, pozbędziesz się wszystkiego, co ci tu na ziemi jest niedogodne, a wiesz, że niebo jest dla wszystkich otwarte. Niewiasta przez krótki czas szlochała, w końcu się uspokoiła. Zasnąłem tak smacznie, gdy się zbudziłem, nasi dalsi towarzysze już się wyprowadzili.
My jako ostatni opuszczamy tę tak wygodną bezpłatną kwaterę i udajemy się w kierunek południowy. Idziemy z tow. A. na ostatku. Mówię: – Ta nasza Magdusia chodzi, jakby jej coś brakowało, nie ma w sobie żadnego życia, a o jakimś humorze to nie ma co pomyśleć. – Towarzyszka A.: – Ma ona się o co kłopotać, prowadzała się ze swym narzeczonym, który przyrzekł, że się obojga pobiorą, a on ją zostawił, a teraz Magdusia może szukać za nim wiatru w polu. – Tak to jest, szanowna towarzyszko, ta nieszczęśliwa miłość tych narzeczonych. Bywa to przeważnie tak, jak ona zachodzi, to on odchodzi. – Biegliśmy wolnym krokiem, z dala widzimy przed nami gromady ludzi. Ta parafia obchodziła swoje doroczne święto. Mówiliśmy, robi to złe wrażenie tak na nas, jak i na tych, którzy nas mijają. Uradziliśmy udać się polną drogą, która prowadziła do piaskowni. Uszliśmy ze 400 kroków, wchodzimy do dość głębokiej długoletniej piaskowni. Naprzeciw nam wychodzi, jak się okazało, eksmitowany działacz i obrońca proletariatu, który został z całym swym dobytkiem, żoną i dwojgiem dzieci wywieziony. Dochodzi do nas, wita nas serdecznie, pokazuje swój pałac wykopany w ziemi, dach pokryty trawą. Wychodzi jego jeszcze młoda żona i dwa dzieci około lat 3 i 4, wita nas i każe siadać na ławie. Właściciel domu w piaskowni zaczyna mówić: – Zobaczcie, te całe pole należą do Jaśnie Wielmożnego, z którym proces przegrałem i kazał mnie tu wywieźć, za to, że byłem w komitecie strajkowym, uznali mnie za podżegacza robotników, a w sądzie wygrywa ten, który dobrze płaci. Wkrótce nastąpią żniwa, namłócę sobie tyle, że mi na cały rok starczy. A wara temu, który usiłuje mi przeszkodzić, zrobię z nim to samo, co zrobił Drzymała z pruskim żandarmem.
Przy tej mowie się tak zdenerwował i mówił coraz to głośniej, aż mu pot na czoło występował. Nasze towarzyszki gotowały kawy z cykorii. Tow. A. mówi do mnie: – Daj swój garneczek, naleję ci kawy ciepłej. Przy śniadaniu zdradziłem, że dziś mam urodziny i mówię do tow. A.: – Dziś w moje urodziny daje mi towarzyszka czarną i gorzką kawę do śniadania? – A czy ja mogę wiedzieć, że towarzysz ma dziś urodziny? My Polacy święcimy imieniny, nie urodziny. – Mówię do moich towarzyszy, dziś mam dzień dubeltowo pamiętny, zostaniemy tu na miejscu. Omawiam, ile będzie kosztował obiad na 11 osób z naszą właścicielką, która proponuje 2,5 kg wieprzowiny i 2 kila makaronu. Ja daję 1/2 litra czystej i butelkę wina i torebkę cukierków dla dzieci. Żona zawołała swego męża i posłała go do wsi, mąż siada na rower i wnet wraca z powrotem. Nie wiem, skąd się mała Marysia dowiedziała, że mam dla niej tę obiecankę. Przychodzi do mnie. – Pan był wczoraj we wsi, kupił mi to, co mi obiecał? – Tak, kupiłem. – A kiedy ja dostanę? Zaraz gdy dojdziemy do naszych bagaży. – Marysia nie mogła znaleźć granic radości, gdy otrzymała książkę, zeszyt i ołówek. Zaraz pobiegła na osobne miejsce i z wielkim zapałem zabrała się do czytania. Za jakie dwie godziny napisała kilka wyrazów w zeszycie i przyszła mi pokazać, pochwaliłem ją za to, że tak ślicznie pisze.
Daj jeno ten zeszyt i ja ci coś napiszę. – Napisałem swoje adresa i mówię, raz później do mnie napiszesz. – A czy pan nie będzie stale z nami chodził? – Nie, kochana córko, jak przyjdą żniwa, wszyscy dostaniemy pracę i się rozejdziemy, przestaniemy wędrować i będzie każdy z nas mieszkał tam, gdzie będzie pracował. – My mężczyźni siadamy na ławie, obserwujemy obywateli jadących i idących z kościoła. Starszy obywatel, który miał zapewne krótszą nogę, opiera się swym kijem, spogląda na przejeżdżające powózki, ociera pot z czoła. Przyszło mi na myśl pismo, które czytałem w języku niemieckim. Módl się we własnej komórce, milcz nad twymi grzechami, bo ty sam sobie nie wierzysz.
Te myśli przerywa mi tow. B.: – Mówiąc naprawdę, nie ma sprawiedliwości na ziemi, oto taki kulawy popycha się swym kijem, spogląda, czy go jaki łaskawy obywatel nie weźmie na swoją powózkę, a tu znowu widziem, do takiej powózki są zaprzęgnięte cztery konie, jak malowane, ciągną jedną osobę. A przecież wracają z kościoła wszyscy, modlili się do jednego Boga, który za dobre wynagradza, a za złe karze. Zapewne my już nie doczekamy w tym obecnym ustroju, żeby raz sprawiedliwość nastąpiła.
– Szanowny towarzyszu, ja już przed piętnastu latami powiedziałem, że nie ma czego innego. Gdy pracowałem w kopalni węgla kamiennego w Gelsenkierchen, zaznałem kolegę Polaka, nazywał się Zaremba, miał on z pierwszą żoną siedem dzieci, ożenił się z drugą, było także siedem dzieci. Po tej pierwszej zmarłej żonie dzieci były wzięte do Zakładu, gdy to najmłodsze miało trzy lata, zmarła im matka, za kilka tygodni zmarł i ojciec od tych czternastu dzieci, którego nosiłem na swym ramieniu do grobu. Gdy trumnę ojca spuszczali do grobu, ten najmłodszy synek krzyczał na głos: ,,ach mój papa”, powtarzając kilka razy te słowa. Oderwał się od braci i sióstr i chciał skoczyć za ojcem do grobu, tylko moja prawa ręka przytrzymała tego małego chłopca od jego zamiaru. Sam cośkolwiek zdenerwowany, powiedziałem: ,,Gdyby był naprawdę Bóg w niebie, jak nas święta religia uczy, nie dopuściłby do tego, żeby ojciec tych niewinnych dzieci zeszedł z tego świata”. Ksiądz na mnie spojrzał jak na ciężkiego grzesznika. Co ja chciałem powiedzieć, to zapewne się domyślicie.
Tow. A.: – Pracowałem w Niemczech, Belgii, we Francji, z wielką nadzieją powróciłem do swej ukochanej ojczyzny, która była 145 lat w niewoli, okupowana przez trzech potężnych zaborców i się spodziewałem że będę mógł w polskiego robotnika wpajać innego ducha, żeby zaczął myśleć, że nie Jaśnie Wielmożni są bogami tego świata, tylko że udział w rządzeniu, tu na ziemi, nam wszystkim się należy. I oto za tę moją naukę otrzymałem taką zapłatę, że dziś po utraceniu moich dobytków stałem się żebrakiem, najpodlejszą istotą pod słońcem. Gdy nie przyjdzie jaka wojna albo się ustrój nie zmieni, to będziemy gorzej traktowani jak te psy polowe, które mają śledzić zające. – Nasz gospodarz:
– Towarzyszu, wiecie, jak mówi międzynarodowe słowo, jeden za wszystkich a wszyscy za jednego. Ale zastanówmy się bardzo poważnie, czy to jest możliwe? Dajmy na to, za mną wstawiłaby się cała załoga zatrudniona w tym majątku. Obszarnik pomści się, da wszystkim terminatkę, wstawi ich na czarną listę, pracy nigdzie nie osiągną i z biegiem czasu będą wszyscy mieszkać tu, gdzie ja dziś mieszkam, to niech ja cierpię sam z moją rodziną, jakby mieli cierpieć wszystkie rodziny. A wiem, że o pracowników nietrudno, na jednego czeka dziesięciu. Dziś mam to przekonanie, kto szuka sprawiedliwości w sądach, ten jest zgubiony. Mam to doświadczenie, jak mi powiedzieli, zostaliście przepisowo zwolnieni, a takiej ustawy nie ma, żeby można pracodawcę zmusić, że was ma zatrudnić.
Nasze kucharki wołają nas do obiadu, który na stole był przygotowany; stół był udekorowany, dwa wazony polnych kwiatów widniały między talerzami. Po najedzeniu, towarzyszki opróżniły stół. Gospodyni przyniosła dwie butelki i dwa kieliszki. Teraz wypijmy na urodziny naszego towarzysza Jakuba, kieliszki wędrują od jednego do drugiego.
Zabieram głos: – Szanowni towarzysze i towarzyszki, dzisiejszy dzień 3 lipca ma dla mnie dwie doniosłe pamiątki, 3 lipca jest dniem mego urodzenia i 3 lipca jest dzień pamiętny, w którym padł mój dziadek w walce pod Königsgratz z Austriakami. Mój dziadek służył w polskiej dywizji, którą dowodził niemiecki generał v. Steinmetz i ten generał powiedział w dniu 3 lipca 1866 roku na polu. bitwy: ,,Jeszcze Polska nie zginęła”. Kazał zagrać hymn Polski, przemówił do Polaków i pchnął ich przeciw Austriakom. Polacy walczyli jak wilki. Austriacy musieli się poddać, w tej bitwie padło kilkaset Polaków i między nimi mój dziadek. Polacy walczyli z zapałem w tej myśli, że zdobędą swoją ojczyznę. Ale niestety, nagroda była ta, że Polacy zostali wcieleni między Niemców, a w końcu było im zakazane mówić ojczystym językiem. – Gospodarz: Towarzysz skończył? – Tak. – Gospodarz: – Nasz jubilat niech nam żyje, trzy razy niech żyje! – Kolejno podawają mi rękę, składają życzenia, każdy na swój styl. Mała Marysia zdobyła się na krótki, ale tak treściwy wiersz, że mi łzy radości w oczach stanęły. Przy tych butelkach zapomnieliśmy o troskach i kłopotach. Pogawędziliśmy do wieczora.
Spotykam się w cztery oczy z naszą gospodynią, która zadaje mi pytanie: – Czy ta towarzyszka z tą córką, jest waszą żoną? – Nie, szanowna towarzyszko, się przyłączyłem do tych towarzyszy, a prawdę mówiąc, z tą towarzyszką jeszcze w cztery oczy nie rozmawiałem. – Ta towarzyszka wam coś zazdrości, nazwała was idiotą. Mówiła do mnie, ten idiota pieniądze potraci, a jak mu się nie uda coś uprosić, to będzie musiał zębami od głodu dzwonić. – Udałem sztuczny śmiech. Niech ona się o mnie nie kłopocze, ja wiem, co robię. Wieczór się zbliżył, słońce miało się ku zachodowi. Nasz gospodarz mówi: – Niewiasty niech się tu u mnie prześpią, a ja idę z wami, przenocujemy się tu u tego pierwszego gospodarza, jest to dusza człowiek, żeby miał, jak nie ma, to by każdego poratował. Jest u niego gromada dzieci, a wszyscy chcą jeść, a w dodatku komornik sądowy jest u niego bardzo częstym gościem. – Dziękujemy naszej gospodyni za tak miłe przyjęcie. Tow. A.: – Jutro się spotkamy na krzyżówce, tam koło bożej męki, widzicie ją? No, to dobranoc!
Nasz gospodarz melduje nas, z nim wychodzi właściciel, skazuje nam miejsce do spania w stodole, kładziemy się na resztkach słomy, zaczęliśmy gawędzić, w końcu jeden drugiego nie rozumiał i zasnęliśmy smacznie, nie przebudzamy się. Nas towarzysze wołają, no, dalej, wstawajcie, wy leniuchy. Słońce było już dość wysoko, wstajemy i nie pozwalamy na się zbyt długo czekać. Dziękujemy gospodarzowi za nocleg, małej córeczce daję złotówkę na cukierka, żegnamy naszego gospodarza z piaskowni i ruszamy z miejsca. Nasze towarzyszki żalą się, że miały taką ciasną sypialkę i przez całą noc nie mogły nóg wyciągnąć.
Przychodzim do wioski Ł. Nasze towarzyszki odwiedzają zagrody. Ja mówię: — Ja wstąpię i poproszę o filiżankę choć czarnej kawy, tak mi w gębie uschło. – Wchodzę do zagrody. — Dzień dobry! Proszę panią, czy mogłaby mi pani sprzedać szklankę mleka albo kawy? – Gospodyni, która zapewne była w złym humorze, moich słów nie zrozumiała albo zrozumieć nie chciała. Odpowiada: – Gdzie ja bym zaszła, gdy każdemu łazędze miałabym to dawać, co on sobie życzy, to by mi już dawno moją gospodarkę roznieśli. – Przepraszam szanowną panią, nie prosiłem pani o żadną łaskawiznę, tylko chciałem kupić. Gdyby się gospoda w tej wiosce znajdowała, zapewne nie przyszedłbym w prośbę do pani, a nie jestem żadnym łazęgą, tylko turystą. A gdy pani do każdego się tak odniesie jak do mnie, to zapewne pani gospodarki łazęgi nie rozniosą. Bardzo żałuję, że przekroczyłem pani progi i przepraszam – i opuściłem mieszkanie tej tak złośliwej gospodyni.
Idziem do wioski R. Na wrotkach wywieszony wielki awis, zobaczymy, może na żniwa robotników szukają? Niestety, dochodzimy do wrót, czytamy. Wielka licytacja: stoły, krzesła, szafy można nabyć. To nic dla nas, idziemy dalej, przed wójtem wyprzedaż, sądowy komornik krzyczy po pierwsze i drugie, nikt złotówki nie zaproponował.
Tow. A.: – Tu musi być biedna wioska, że obywatele dobytek wyprzedawają. – Udajemy się do wioski K., idziemy pod górę, gdy my osięgli wierzch, mogliśmy obserwować wieżę katedry w Gnieźnie.
Z boku drogi wyjeżdża policjant na koniu, na linie ma uwięzionego aresztanta ze związanymi ręcami. Mówię do towarzyszy, kto nie szanuje prawa, nie wart jest wolności. Co on by takiego mógł zrobić? Na zbrodniarza on wcale nie wygląda. Gdy nas mijają, towarzysz B. mówi: – To jest przecież fornal, ma obuwie ubrudzone gnojem końskim. – Ten widok zepsuł nam humor i ochotę w dalszą drogę. Mówię do moich towarzyszy: – We wierszu Marii Konopnickiej jest napisane: Naród dręczony w każdym dniu i godzinie wierzy, że wolność osobista nigdy nie zginie. Tow. A.: – Nic nie mamy do stracenia, na lewo marsz, dowiemy się, co on takiego zbroił. – Zaledwie uszliśmy kilkaset kroków, mija nas jedna pani, która nas zamawia. Tam do wsi nie idźcie, bo was tam i tak nie wpuszczą. Wioska jest obstawiona policją. – Proszę szanownej pani, mogłaby nam powiedzieć, co się tam takiego stało w tej wiosce? – No to wam powiem, w tej wiosce ludzie, którzy pracują w majątku, złożyli pracę, bo na pierwszego nie dostali wszystkiego, co im się należało, a tego, coście zauważyli, którego prowadził policjant, wybrali za delegata do Jaśnie Wielmożnego i pomiędzy nimi powstała sprzeczka. Jaśnie W. uznał go za wywrotowca i podżegacza do strajku. Miał on powiedzieć do J.W., że nadejdzie czas, że wasze panowanie się skończy. Bo już w świętym piśmie jest napisane, Bóg pogardzi bogatymi i porówna ich z biednymi. Wprawdzie ja tego od niego nie słyszałam, tylko od ludzi, którzy strajkują. – A jego koledzy już zaczęli pracować? – Na razie nie, ale będą musieli zacząć, bo nie będzie robił jeden, to przyjdzie drugi, a sami widzicie, ile się na drogach poniewiera i szukają pracy, chętnie by chcieli pracować, a pracy znaleźć nie mogą. – Dziękujemy pani, że nas tak poinformowała o zajściach w tej wsi.
Robimy w tył zwrot, udaliśmy się do wioski J., w której nie udało się wiele zdobyć naszym towarzyszkom, tego dnia obiad był zimny, a nocleg w opuszczonej, na boku stojącej chacie, której groziło zawalenie się. Nocleg nie był za wygodny, ale te parę godzin przespaliśmy.
Dnia następnego mieliśmy się sposobność umyć, wiadro przymocowane do łańcucha wpuszczone do wody wyciągamy z wody, kolejnie się myjemy, nie żałujemy mydła. Widzę, że w okolicy tak dość kur chodzi, mówię do towarzyszy, zaczekajcie, ja idę do czworaków, może mi się uda zdobyć kilka jaj, a choć po jednym dla każdego. Tow. A.: – A nie daj się czasami wyprosić z mieszkania. – No, zobaczymy, co się da zrobić. – Tow. A: – No, to szczęśliwej podróży. – Wchodzę do czworaków, które mogłem porównać z czworakami J. W. Stablewskiego w Tuzgmierkach, o których pisałem w pierwszej mojej książce. – Dzień dobry pani, mam małą prośbę, czy nie mogła by mi pani sprzedać mendla jaj? – No, zobaczę, czy będzie tyle. Tak, może pan dostać. – Widzę, że pani ma ogień, czy by pani nie mogła ich na miękko ugotować? -Przecież pan nie zjesz mendla jaj? – Szanowna pani, nas jest do jedzenia siedem ludzi. – A gdzie oni są, idźcie ich zawołać, ugotuję trochę kawy, choć czarnej i gorzkiej, bo krowa nie daje, a cukru nam zabrakło. – Ile to będzie kosztować? – Wychodzę i wołam moich towarzyszy, siadamy do wspólnego śniadania. Zjadamy jajka, chleb, przepijamy ciepłą kawą z cykorii.
Nasza gospodyni lubiła dość mówić, opowiadała o swym złym i dobrym przeżyciu. Byli oni także raz z mieszkania eksmitowani, dobytki mieli w starej szopie. Dodaje, może wcale nie wiecie, jaki ujemny wpływ robi to bezrobocie na pracowników zatrudnionych w majątkach. Nasz. J. W. pan zamknął bramę i uwiązał psa przy bramie, żeby się żaden bezrobotny nie dostał na jego podwórze. Czy my się jeszcze doczekamy jakiej zmiany, to ja w to bardzo wątpię. Naprawdę ten robotnik dziś nie ma żadnego znaczenia. – Nie będziemy pani przeszkadzać, dziękujemy za przyjęcie.
Udajemy się w kierunku Gniezna. Za rowem wyrywają chwasty z buraków, mąż jeszcze z młodą żoną. – Szczęść Boże! – Jeszcze lepiej, jak pomoże! – Jesteśmy gotowi w każdej chwili do pomocy. Przeszedłem przez rów. – Państwo się tak sami męczą, a nas siedem ludzi łazikuje i pracy znaleźć nigdzie nie może. A chętnie każdy chce pracować, to łazikowanie każdemu się uprzykrzyło.
Młoda gospodyni, która się lada dzień potomstwa spodziewała, mówi: – Bo ja wiem, co teraz na dzień płacą? – Co się pani będzie kłopotać o zapłatę, da nam obiad, kolację, przenocuje nas, a ręczę, że robota będzie do wieczora skończona. – Młody gospodarz: – No, jak tak, to zacznijcie.
Wózki powędrowały z drogi. Zabieramy się do pracy, nawet mała Marysia prowadzi swoją redlinę. Pracujemy jak na akord. Gospodarz: – Co dziewięciu, to nie dwóch.
Odzywam się: – O, szanowny gospodarzu, tu nie miejsce na pogadankę, tylko do pracy. – Nikt się więcej nie odezwał.
Gospodarz mówi do swojej żony, idź Kasia gotować obiad. Nasza gospodyni się cośkolwiek z obiadem opóźniła. Kościelny dzwon w sąsiedniej wiosce już dawno ustał dzwonić. Z biegiem czasu gospodyni woła nas na obiad, który był bardzo smaczny, kluski i kapusta, skierków nasza gospodyni nie żałowała.
Gospodarz widząc, że do wieczora nie będziemy mieć co robić, mówi do nas, mam jeszcze dwa wozy siana do zwiezienia, może byście mi pomogli, a niewiasty tę resztę do wieczora skończą.
– Dobrze, jedziemy z panem. – Gospodarz zaprzęga konie, pożycza woza od sąsiada, siadamy na wóz, udajemy się na łąkę. Gospodarz, który miał dobre oko, mówi do nas, aby tam widzę, że już ktoś zaczął siano na kopkę zgarniać. Gdy dojeżdżamy do łąki, idzie nam młody mężczyzna naprzeciw, zdenerwowany, że ledwie mógł mówić. Prosi, żeby dopomóc jego żonie, która się znajduje w bólach porodowych i ani kroka dalej iść nie może. Naradzamy się, co my mężczyźni możemy pana żonie pomóc? Nie namyślając się długo, kładziemy siano w grabie, zabieramy żonę bezrobotnego szukającego pracy, kładziemy na siano w grabiach, w asyście męża odwozi ją nasz gospodarz do następnej wioski, w której zamieszkuje akuszerka. My się zabrali do grabienia siana. Za małe dwie godziny nasz gospodarz wraca i mówi, nasza Polska jest o jednego obywatela bogatsza.
Nasz gospodarz pomimo swego młodego wieku mówi do nas, już naprawdę kara Boga dla tych wędrownych rodzin. Kładziemy siano na wóz, jak tam będzie mówione na dwie ręce, dwóch podaje i dwóch układa na wozie. Nasz gospodarz się cośkolwiek zdenerwował, nie umiał zakończyć swych opowiadań, mówię, zaledwie akuszerka ręce umyła i wzięła się do pracy, już nowo urodzony syn zaczął krzyczeć.
Siano udało się nam na dwa wozy zebrać, a ja z towarzyszem siadamy na drugi wóz. Droga, którą my jechali, była obsadzona drzewami owocowymi. Jabłka nam się o głowy odbijały.
Wjeżdżamy na podwórze, nasze towarzyszki, które prędzej od nas pracę zakończyły, posiadały na staroletnim dębie, porżniętym na deski. Pozwoliłem sobie zażartować i zaśpiewałem zwrotkę starożytnej piosenki. ,,Oj siano, siano, siano zielone, przewróć się dziewczę na drugą stronę”.
Gospodyni mówi, kolacja jest gotowa. Ja mówię, najprzód skończymy pracę, a potem będziemy myśleć o kolacji. Gospodarz, dobrze i dla mnie; siano ulokowaliśmy na chlew. Gospodarz uradowany, że ma siano pod dachem. Nasza gospodyni nakrajała chleba swego pieczenia, postawiła garnek ze smalcem i dzban kawy z mlekiem, jedzcie, co się najecie, chleb sami sobie smarujcie. Przy kolacji było wesoło, każdy umiał coś powiedzieć. Nasza mała Marysia była tak strudzona, że się przy stole zdrzemała, byłaby spadła z krzesła.
Gospodarz: – Wy, kobiety, możecie się położyć w sieczkarni na słomie, a wy, mężczyźni, możecie wleźć na chlew, tam jest jeszcze słoma owsiana, to będzie wam miękko spać. – Rozchodzimy się. Dobranoc!
Na drugi dzień myjemy się przy pompie. Zauważyłem, że mała Marysia się myje bez mydła. Daję jej moje, i podaj mamie, umyjcie się ładnie i domyjcie ręce od tej wczorajszej roboty. Nasza gospodyni naszykowała na śniadanie tyle jedzenia jak na wczorajszą kolację i mówi, co nie zjecie, to zabierzecie ze sobą. Jaki rozkaz, takie wykonanie. Tow. B.: – A ty, towarzyszu, nic nie kładziesz do plecaka? – Nie chciałem się zdradzić, że dziś ostatni dzień jestem w ich towarzystwie, mówię, mam jeszcze chleb w plecaku, to mi na razie starczy.
Dziękujemy naszym tak łaskawym chlebodawcom i opuszczamy zagrodę. Wychodzę jako ostatni, nasz gospodarz zatrzymuje mnie i mówi, powiedzcie mi prawdę, czyście wy są prawdziwym bezrobotnym, my o was z moją żoną mówili i przyszli my do przekonania, że wy robicie jakieś doświadczenia, wynika to już z waszej tak śmiałej mowy. – Bardzo dobrze, gospodarzu, żeście mnie osądzili. Zajmuję się cośkolwiek literaturą i robię małe doświadczenia.
Towarzysze biegną wolnym krokiem, oglądają się za mną. Tow. A.: – No, co on chciał jeszcze od was? Nie żalił się, że my mu za mało zrobili, a za dość zjedli? – Nie, tego nie mówił, tylko się pytał, czy już mamy zapewnioną pracę podczas żniw.
Mała Marysia, jakby miała jakie przeczucie, że się dziś pożegnamy, schwyciła mnie za rękę, wpatruje się w słońce, które się nagle zaczerwieniło, wstawia mi pytanie, mówiąc: – W szkole my się uczyli, ziemia stoi w miejscu, a słońce się obraca. – Nie, kochana, toś źle zrozumiała, słońce stoi w miejscu, a ziemia się obraca. – Ach prawda, źle mi się wymówiło. – A co by było, jakby teraz od razu nasza ziemia stanęła? – To mieliby my tylko dzień i nie mogłabyś się wyspać. – Marysia: – A tam, na drugiej półkuli ziemskiej, to by mieli tylko noc. – Tak jest, tamci ludzie nie mogliby żyć, bo gdzie słońce nie świeci, tam nic nie urośnie i ci ludzie by musieli z głodu umrzeć, albo się przeprowadzić tam, gdzie słońce świeci. – Około godziny 10 słońce skryło się za chmury. Tow. A.: – To my się pośpieszmy, bo nas jeszcze deszcz w drodze spotka. – Więc nogi na ramiona, przybyliśmy do wioski w ostatniej chwili, udało nam się schronić w nowo wybudowanym domu, jeszcze w stanie surowym. Zaledwie weszliśmy do wnętrza, uderzył piorun, tak blisko nas, że w nogach odczuliśmy elektryczność. Towarzyszki zaczęły się żegnać mówiąc: – A słowo stało się ciałem i mieszkało między nami. – Pocieszam towarzyszy, mówię: – Po każdej burzy nastąpi pogoda. Deszcz był bardzo raptowny, ale krótkotrwały. Słońce powtórnie wesoło zaświeciło, wiatr ustał. I nastąpiła najśliczniejsza pogoda.
We wsi odzywa się dzwon kościelny, godzina dwunasta. Trzeba zajrzeć, czy jest jeszcze co na obiad, mówi tow. A. Ze swych skrętków wyciągają ofiarowany chleb, cośkolwiek słoniny zawiniętej w płótnie, przez które by słońce nie prześwieciło. Dzielą się ze swymi mężami i smacznie zjadają. Otwieram puszkę wieprzowiny, dzielę się z małą Marysią i jej mamą. Gdy jedzenie się skończyło, towarzysz B. mówi, teraz możemy iść dalej. – Zaczekajcie jeszcze małą chwilę, chcę się tu w tym mieszkaniu z wami pożegnać.
Oparłem się o ścianę, jeszcze nie otynkowaną i mówię. – Szanowne towarzyszki i towarzysze, z boleniem serca muszę wam powiedzeć, że moja wędrówka dobiegła końca, na dalszą wędrówkę z wami czas mi nie pozwala. Muszę wam zdradzić, że na razie nie jestem bezrobotny, pracuję jako maszynista w zakładach kamieniołomów w Wapiennie, a mieszkam w Barcinie przy ulicy Kościelnej, mój adres wpisałem tej naszej małej córce do zeszytu, ta miejscowość leży między Bydgoszczą i Inowrocławiem. Poza moją pracą zawodową zajmuję się od czasu do czasu literaturą. Chciałem zdobyć nowych natchnień dla moich utworów, które mam zamiar w przyszłości napisać. Wprawdzie macie bardzo ciężki los życia, przed sobą, ale nie zapominajcie o tym, że nic złego na świecie nie było, aby na dobre nie wyszło. Ręczę wam, że raz kiedyś wspomnicie moje słowa. Nastąpi czas, że nasz proletariat znajdzie sobie prawdziwego kierownika, który pokieruje nami i nas pchnie przeciw tym, którzy nas dziś gnębią. Kochani towarzysze i towarzyszki, jestem wam bardzo wdzięczny, że zostałem przyjęty do waszego grona i miałem sposobność się po-dzielić ze wszystkimi troskami i waszą niedolą i mogliśmy wymienić między sobą niejedne wrażenia. – Mała Marysia zaczęła płakać. – Nie płacz, kochana córko, że już w tak młodym wieku cię taki nieszczęśliwy los spotkał, to w tym nie twoja wina, ta twoja krzywda czy rychlej czy później będzie ci wynagrodzona. Nasz pierwszy literat w Polsce, pan dr Boy-Żeleński, pisze w swych pismach: Gdy jedno niewinne dziecko ma być pokrzywdzone, to niech lepiej cały świat zginie. Kochana córko, jestem zapewniony, że twoja krzywda będzie wynagrodzona, twoja niezwykła uroda już zapewne pchnie cię na szczęśliwą drogę twego życia, A raz później mi napiszesz, jak ci się powodzi, choć tylko na pocztówce. Teraz, kochani towarzysze i towarzyszki, żegnam was i życzę wam wszystkiego najlepszego, a przede wszystkim zdrowia, które jest największym skarbem człowieka.
Podaję wszystkim ręki na pożegnanie i na pamiątkę każdemu srebrną monetę z wizerunkiem Józefa Piłsudskiego. Przekraczam kamienny próg tego niewykonanego domu. Do widzenia. Szczęśliwej podróży!
Mała Marysia: – Ja kawałek pana odprowadzę. – No, dobrze. Mała Marysia: – Mam jeszcze do pana prośbę. A to jest, niech mi pan zostawi swoje mydło i lusterko, bo my żadnego nie mamy. To możesz dostać. – Tego panu nigdy nie zapomnę. Do widzenia.
Jakub Wojciechowski
CZYTAJ TEŻ