O niewygodnych ideałach. „Z Komborni w świat” Stanisława Pigonia czytane przez współczesną postchłopkę


 

Profesor i upiór 

Wieś. Od dawna, a na pewno od Smarzowskiego i wysypu chłopskich historii Polski nie kojarzy się sielsko-anielsko, a złowrogo. Być ze wsi i z niej się wydostać, to trochę jak uciec z koszmaru. Przydają się do tego supermoce. Niezwykłe talenty. 

W ostatnich scenach filmu „Ikar. Legenda Mietka Kosza” (2019, reż. M. Pieprzyca) główny bohater, niewidomy genialny pianista jazzowy, wraca na rodzinne Podlasie, bo umiera jego ojciec, z którym dawno zerwał kontakty. Tu – jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – jego supermoc przestaje działać. Tu jest tym, kim byłby, gdyby nie trafił do Warszawy. Kimś niepełnosprawnym, bezradnym. Swego czasu dogadał się z Billem Evansem, chociaż nie znał angielskiego. Z ojcem ani bratem wspólnego języka nie znajduje. Siedzi roztrzęsiony przed domem. Brat do niego dołącza. Żeby zagaić rozmowę, częstuje go śliwką z drzewa przy stodole, wreszcie pyta: „Co robisz w tej Warszawie?” – „Jestem pianistą jazzowym” – „Aha, to fajnie”. Obaj zaczynają się śmiać. Rozmowa się urywa. 

To bardzo charakterystyczny punkt widzenia dla współczesnych polskich okołowiejskich rozważań. Pytania o powód i cenę społecznego awansu. Cenę podaje się zazwyczaj wysoką: wyobcowanie, wewnętrzna samotność, której nie zabliźniają nawet najbardziej imponujące sukcesy, sabotaż tych sukcesów, a przede wszystkim tożsamościowe pęknięcie, nieusuwalna rysa. 

Trochę pod wpływem tego typu bolesnego odkrywania wiejskich korzeni wybrałam się na ich antypody i sięgnęłam po zapomniane już dziś wspomnienia Stanisława Pigonia „Z Komborni w świat”. Pigoń urodził się w kurnej chacie, a w wieku zaledwie 41 lat objął już funkcję rektora Uniwersytetu Wileńskiego. Jednak jego opowieść to nie tyle historia gwałtownego indywidualnego awansu, a raczej rodzaj rozbudowanego dydaktycznego wykładu o tym, jak chłopów włączyć w katolicko-narodowy projekt. Zaciekawiła mnie właśnie dlatego, że jest zanurzona w estetyce i duchowości dziś już niemodnej, a wręcz trudno akceptowalnej. Czytałam ją niczym rebus. Pigoń w początku lat 40-ych pisał w tonie relacjonowania rzeczy wiadomych to, co już w XXI wieku będzie odkrywane jako historyczno-społeczno-kulturowa sensacja (pańszczyzna, okrutne traktowanie chłopów, krwawe bunty chłopskie). Jego wspomnienia uchodzą za nudne. A „Chłopki” stały się bestsellerem. Skąd to przesunięcie znaczeń i zainteresowań? 

Obecny fenomen popularności rozmaitych ludowych historii polega w dużej mierze na wpisaniu ich w kulturę terapii. Chłopskie doświadczenie traktowane jest dziś często jak przemilczana tajemnica rodzimej wariacji na temat niewolnictwa lub zepchnięta pod dywan trauma. Ci, którzy ludowe historie czytają i przymierzają je do swoich historii prywatnych, a ja do nich należę, mogą się zastanawiać nad tym, kogo obejmuje a kogo wyklucza polskie „my”, mogą źródeł swoich niepewności czy kompleksów szukać w trudnych losach przodków. Nie lekceważyłabym takiego podejścia. Było dużo czasu upychania chłopskości w niewspólnej niepamięci. Niewspólnej, bo ta wspólna jest jawna, tworzą ją doświadczenia zrozumiałe dzięki temu, że to, co pojedyncze, staje się najpierw słyszalne, a potem włączone do zbiorowej historii. Niewspólna niepamięć to rodzaj upiora, który ani nie przynależy do życia, ani nie znika w zaświatach. Jest jakby go nie było i nęka do woli. Ci, których nawiedzał, przez długi czas uczyli się, że lepiej go ignorować. Kto chciałby się obnosić ze swoim wsiurstwem? 

We wspomnieniach Pigonia o żadnych upiorach mowy być nie może. Choć „Z Komborni w świat” napisał specjalista od literatury romantycznej, opowiadając o swojej drodze ze wsi pod Jasłem na uniwersyteckie katedry posługuje się przede wszystkim szkiełkiem i okiem, dyskretnie omijając kwestie czucia. Jeśli pisze o pańszczyźnie, o buntach chłopskich, to w tonie relacjonowania faktów, między informacjami geograficznymi czy danymi statystycznymi (ilu w Komborni było kmieci, ilu małorolnych i zagrodników, jakiej wielkości były ich gospodarstwa i w jakim wymiarze musieli odrabiać pańszczyznę), obok etnograficznych zapisów detali chłopskiego stroju czy urządzenia wnętrza chaty. 

Można uznać, że reprezentuje taką kulturową formację, w której nadmierne epatowanie własnymi bolączkami uchodziłoby za nietakt. Warto jednak pamiętać, że te wspomnienia powstawały w czasie okupacji. Pigoń zaczął je spisywać po wyjściu z obozu Sachsenhausen (w 1940-ym roku). Choć więc mówią o relacjach między chłopami i inteligencją, ramą dla nich jest zagrożenie wojenne całej polskiej kultury. Tym samym zarówno ludowe tradycje, jak i klasyka polskiej literatury (Pigoń w tych wspomnieniach zwraca uwagę przede wszystkim na jej duchowy aspekt) potraktowane zostają jako cywilizacyjna wspólnota, na którą napierają nowi barbarzyńcy. , 

Wiejskie dzieciństwo staje się przykładem nie tyle – a na pewno nie przede wszystkim – trudnych warunków życia, a bezmiaru doznanej przyjemności (ZK, 116-117). Gdy Pigoń z autoironią przywołuje jedną ze swoich pierwszych prób literackich, obrazek realistyczny, (Mea culpa! Zepsułem sporo papieru) – biedę wspomina lekko: Nie za Hamsunem, którego jeszcze nie znałem, ale operując własnym kapitałem przeżycia – usiłowałem oddać „psychologicznie” udręki głodu (ZŚ159)Udręki głodu, w tym fragmencie napomknięte z półuśmiechem, w całych wspomnieniach są traktowane jako przeszkoda do pokonania. Celem podróży z Komborni w świat literatury nie jest dostatek, a zbudowanie tożsamości zdolnej włączyć chłopskość w wyższe idee. 

A sięgając w przeszłość autor szuka w niej schronienia na czas okupacji: pewnego gruntu jasno określonych wartości. 

Powrót do własnych dawnych przeżyć – jak Pigoń zaznacza we Wstępie – zastępuje mu pracę akademicką, uniemożliwioną przez wojnę: Cóż, kiedy myśl nie może róść w górę, wraca ku korzeniom, ku podwalinom (KŚ, 15). Traktuje więc to, co prywatne, jako przykład, ilustrację pewnego zjawiska społecznego, charakterystycznego dla naszych czasów i stosunków: zjawiska osmozy fizycznej i duchowej między wsią a inteligencją. (…) Jestem spośród tych, których miejsce w pierwszych niemal przejawach tego procesu (ZK, 17). 

Przykład szczególny, bo szczególna była jego kariera. Pisze o niej jako o przecieraniu szlaków. Opowiada, że gdy w 1939-ym roku znalazł się w gestapowskim więzieniu wraz dużą grupą innych naukowców z Uniwersytetu Jagiellońskiego: w zestawieniu ze świeżo poznanymi moja droga do świątyni była bądź co bądź niezbyt utarta (…). W tamtym, wcale nieszczupłym gronie kolegów współwięźniów byłem, zdaje się, jedynym, który wyszedł ze wsi (ZK, 17). 

Celem tej para-akademickiej rozprawki umoralniającej jest opisanie pożytków, jakie z awansu społecznego powinien odnieść sam awansujący (rozrost umysłowości, a co ważniejsze charakteru [ZK, 19]). i wykazanie, że takie przesunięcia to proces naturalny i bardzo w kulturze potrzebny. 

Odwołam się do jeszcze jednego filmu. W „Kosie” (2023, reż. P. Maślona) czarnoskóry adiutant Tadeusza Kościuszki i polski chłop pokazują sobie blizny po razach. Niewolnictwo tym samym zostaje zrównane z pańszczyzną. A wręcz pańszczyzna wydaje się bardziej paraliżująca mentalnie. Były niewolnik umie krytycznie spojrzeć na system, który narzucił mu kondycję podczłowieka. Ze złością wypowiada się o plantatorach zbijających fortuny dzięki darmowej pracy. Polski chłop trzyma się jedynie złudnej nadziei wejścia w posiadanie ziemi i w stan szlachecki. To czarnoskóry znajomy uczy go, jak trzymać się prosto, żeby samą postawą nie zdradzać mizerii swojego społecznego statusu. Twórcy tego filmu odrobili lekcję. Odwracają dotychczasowe hierarchie: to nie niewolnik powinien się wstydzić, ale właściciele niewolników. Nie chłopi pańszczyźniani, a wyzyskująca ich szlachta. Zainteresowanie historią widzianą z perspektywy warstw dotąd pomijanych staje się rodzajem zachęty do wewnętrznego podnoszenia głowy dla tych, którzy ze wsi się wywodzą. 

Pigoń w swoich wspomnieniach stoi od razu wyprostowany, nawet jeśli wychował się w kurnej chacie, gdzie podczas palenia, z powodu zbierającego się dymu, można było stać czy chodzić (…) tylko nisko się chyląc (ZK, 45). Jego dumna postawa – inaczej niż w przypadku bohatera „Kosa” – nie wymaga zanegowania systemu, który narzucił chłopom rolę wyrobników, nie wiąże się z odrzuceniem języka, który uczył chłopem pogardzać. Pigoń próbuje w ramach tej hierarchii, tym językiem opowiedzieć chłopskie doświadczenie tak, by wymusić na czytelnikach szacunek. 

 

PraPolacy kontra dostojeństwo próżniactwa i Bóg Honor Ojczyzna 

Jak zbudować most nad społeczną przepaścią? „Z Komborni w świat” podsuwa gotowe, znalezione w literaturze, rozwiązania, czyli koncepcję, zgodnie z którą kultura ludowa to praźródło narodowej tożsamości. Słynne przekonanie, że chłop ma coś z Piasta, coś z tych królów Piastów – wiele!, wpisane (ironicznie) w „Wesele”, i (bez ironii) w „Na przełęczy” Stanisława Witkiewicza. 

Skoro chłop to PraPolak dlaczego tak nim pogardzano? Pigoń tłumaczy to prosto i bardzo dobitnie: pogarda dla ludzi wsi, to pogarda dla ciężkiej pracy. Pisze ostro o dostojeństwie próżniactwa: Kolega Mickiewicza, Stanisław Morawski wspomina, że dla szlachty było hańbą, jeśli ktoś pracował i za pracę swoją brał pieniądze (ZK, 71). 

W ten sposób z jednej strony omija szerokim łukiem problem relacji władzy i podległości. Dla tych, którzy mają władzę – narkotycznie uzależniających, dla podległych – paraliżująco bolesnych. Z drugiej strony jednak niepostrzeżenie proponuje punkt widzenia niewygodny – choć z różnych powodów – i dla czcicieli szlacheckich tradycji, i współczesnych zwolenników politycznej poprawności. Mam na myśli docenienie, a może wręcz kult ludzkich wysiłków, zmagań z losem, nieomal obowiązek rozwoju, które dla Pigonia stanowią sam rdzeń humanizmu. I koncepcja nie podlegającej dyskusji nierówności (zrównanie polskiej kultury z kulturą szlachecką), i uświęcenie równości (współczesna poprawność polityczna) takie przekonanie lubią uznać za zamach na podstawowe wartości. Pigoń nie ma żadnych zastrzeżeń co do użyteczności hierarchii społecznej. Jednak to, jakie kto zajmuje w niej miejsce, nie wiąże się dla niego z urodzeniem, nie jest dane raz na zawsze. Niestety, kierunek rozwoju wskazują w jego wspomnieniach ideały bogoojczyźniane. Niestety, bo przyjęcie tak tradycyjnej optyki, uniemożliwia śmielsze dekonstruowanie dostojeństwa próżniactwa. 

Tym samym kultura ludowa, praźródło polskości, bezpośredni zapis doświadczeń ludzi przez wieki pracujących na zaspokojenie – przede wszystkim cudzych – podstawowych potrzeb, we wspomnieniach Pigonia ląduje na paradoksalnym marginesie: jest zaledwie swojską egzotyką. Zjawiskiem ciekawym, wartym badań i zachowania, ale nie językiem, który byłby zdolny wejść w spór z językiem dominującym. Pigoń ubolewa: kultura chłopska ginie, bo chłopi nie chcą być postrzegani jako chłopi i narażać się na powszechną pogardę. (ZK, 65-66) Ale nie w tej kulturze szuka bliskiego mu emocjonalnie krajobrazu, a w Mickiewiczu („Pan Tadeusz” wyuczony na pamięć), Sienkiewiczu („Ogniem i mieczem”), Żeromskim (ze szczególnym sentymentem zostają przywołani „Ludzie bezdomni”), w „Weselu” i „Na przełęczy”. W poezjach Kasprowicza i utworach Orkana.   

Kombornia znajdowała się przed 1918-ym w Galicji. Tu narodził się polityczny ruch ludowy, który już w II Rzeczpospolitej urósł w istotną siłę polityczną. Pigoń przypomina działaczy tego ruchu: ks. Stojałowskiego (Stojałowszczyzna nie miała tu [w Komborni] szerszego oddźwięku) i Jana Stapińskiego (Bywał on tu często na wiecach, interweniował na korzyść tutejszych chłopów, spowinowacony zresztą z niektórymi rodzinami we wsi [ZK, 60]). 

To ciekawe postacie, których działalność rozbija sztywne rozróżnienia na konserwatywne i odważnie postępowe poglądy. Stanisław Stojałowski ze starego szlacheckiego rodu, był nacjonalistą, zagorzałym katolikiem, zdeklarowanym antysemitą. A jednocześnie na łamach wykupionych przez siebie czasopism pisał ostro o okrucieństwie relacji społecznych we wsiach ówczesnej Galicji. Wspierał na wsiach oświatę. W 1896-ym roku za swoją działalność na rzecz poprawy losu chłopów został wyklęty przez Watykan. 

Jan Stapiński, jak i Pigoń, chłopski syn, m.in. współzakładał Stronnictwo Ludowe, prowadził pismo Przyjaciel Ludu, zasiadał w austriackim parlamencie. Wchodził w sojusze z konserwatystami. Był oskarżany o dbanie przede wszystkim o własne finansowe korzyści. Po rozłamie stronnictwa (od Stapińskiego odsunął się wtedy m.in. Wincenty Witos) stanął na czele Polskiego Stronnictwa Ludowego – Lewicy, antyklerykalnego i propagującego socjalizm agrarny. W 1926 r. poparł przewrót majowy. 

Pigonia jednak nie interesują dyskusje światopoglądowe w obrębie ruchu ludowego. Stwierdza kategorycznie, że Kombornia nie angażując się w politykę uniknęła zetknięcia z objawem, który chłopski ruch polityczny wlecze za sobą jak złowrogie przekleństwoz deprawacją, z uginaniem się charakterów, z nadużywaniem mandatów dla osobistych pożytków (ZK, 61). 

Nie systemowe zmiany, a Bóg, Honor i Ojczyzna wskazane w tej opowieści zostają jako gwarancja indywidualnego, jak też klasowego rozwoju. 

 

Aniołami jesteśmy 

I nic dziwnego, skoro inteligencka tożsamość przyszłego profesora kształtowała się w dużej mierze w ezoterycznym Stowarzyszeniu Eleusis. Tę organizację założył filozof Wincenty Lutosławski, żeby kształcić przyszłe narodowe elity. Przygotowując plan wymagających treningów czerpał inspiracje z platonizmu i filozofii indyjskiej. Lutosławski wierzył np. w reinkarnację, dzięki której dusza się rozwija. Pigoń po pewnym czasie stanął na czele wileńskiej sekcji stowarzyszenia. 

W swoich wspomnieniach o Eleusis pisze dużo, jednak podkreśla nie łączenie różnych tradycji duchowych, nie koncepcje obyczajowej wolności (ta zgodnie z myślą Lutosławskiego powinna stać się udziałem dusz bardzo już rozwiniętych), a dyscyplinę i nie budzące żadnych kontrowersji patriotyczne idee. 

Przyjmuje za oczywisty podział na chłopów surowy i oporny materiał (ZK, 59), i inteligencję, która materiał ten powinna kształtować. Stwierdza co prawda, że Kombornia rozwój cywilizacyjny zawdzięczała fali emigracji do Ameryki, a nie działaniom na rzecz wsi klas zamożniejszych i lepiej wykształconych, ale potem cytuje Lutosławskiego: 

Aniołami jesteśmy i jako tacy w najgłębszych istotach dusz naszych równi jesteśmy, równi sobie i równi aniołom. Tylko że tu na ziemi jeden duch pracą swoją wyżej poszedł, drugi pozostał w tyle. (…)Kursa robotnicze to właśnie mają za cel, tym się różnią od dotychczasowych szkół, że rozwijają ducha i zbroją go w coraz nowe, zdobywane zdolności (ZK, 205) 

Czyli, jak to później, à propos całkiem odmiennych społecznych ideałów, ujmie Orwell, jesteśmy równi, ale niektórzy (nieliczni) są równiejsi. Działania edukacyjne, o których mowa w tym cytacie, utrzymane były w duchu narodowo-katolickim. Na Śląsku brał w nich udział Pigoń już w roli nauczyciela. Nie notuje żadnych refleksji na temat ówczesnego życia robotników. Jest za to pod wrażeniem ich głębokiej religijności i patriotyzmu. 

Projekt wypracowywania w sobie i innych anielstwa w imię jednorodnej etnicznie i religijnie wspólnoty brzmi współcześnie – delikatnie rzecz ujmując – niepokojąco. Grzegorz Wołowiec zwracał uwagę, że nie tylko wyrażane wprost poglądy, ale i prace filologiczne Pigonia służyły uzasadnianiu i wzmacnianiu nacjonalizmu. 

Wzniosłe ideały tym większą budzą wątpliwość, że we wspomnieniach „Z Komborni w świat” gdzieś w ich cieniu szybko zostaje naszkicowane to, co mąciło ich jasność. Pigoń podkreśla, że to matka wspierała go w niełatwym procesie edukacji. Była orędowniczką wysłania go do szkoły, potem dowoziła mu do Jasła paczki z domu. A jednocześnie: dziewcząt wiejskich po gimnazjach nie uświadczyłbyś jeszcze naówczas w ogóle. (ZK, 183) Kobiety więc pozostawały jedynie cichymi entuzjastkami nauki z tylnych rzędów. 

W kilku zdaniach zapisane zostały problemy wynikające z wielonarodowościowego polskiego społeczeństwa międzywojnia. Pigoń jeszcze w gimnazjum uczył się z Rusinami, przeważnie z chłopskich środowisk Łemkowszczyzny: 

Nie było między nami przez długi czas żadnych rozróżnień. (…) Stan rzeczy około r. 1905 zaczął się gwałtownie zmieniać. (…) Coraz częściej występowali wobec nas z rekryminacjami na Polskę za przeszłość i za teraźniejszość. (…) Ukraiński ruch nacjonalistyczny ogarnął szybko młodzież i w niedużym jasielskim skupisku. (ZK, 167) 

Przyszły rektor walczył w wojnie polsko-ukraińskiej (1918-19) i w bardziej pamiętanej wojnie polsko-bolszewickiej (1919-21). Może dlatego dążenia niepodległościowe Ukrainy, choć nie wprost, zrównuje z zagrożeniem komunizmem? Krótko i niechętnie wspomina też o pojawieniu się w jego szkolnych czasach idei socjalistycznych (ZK, 168). 

Nie najlepiej się ta książka zestarzała. Przypomina jednak pewną formację duchową, która rozpadała się już wtedy, kiedy Pigoń spisywał swoje wspomnienia. Dla poetów młodszych od niego o pokolenie, nawet tych z kręgu „Sztuki i Narodu”, szkolna wizja szlachetnej miłości ojczyzny nie wytrzymywała próby wojennej rzeczywistości. A już w latach 70-ych Różewicz w „Do piachu” gorzko podsumuje osmozę między wsią a inteligencją. 

 

Bób Humus Włoszczyzna 

Współcześnie skłonni jesteśmy redefiniować pojęcia chłopstwa, tęsknimy nie za chłopem przełom duchowy przeżywającym przy lekturze „Pana Tadeusza”, a za świeżością spojrzenia Wojciechowskiego, za polskimi odpowiednikami bystrego i zadziornego czarnoskórego adiutanta Kościuszki z filmu Maślony. Jeśli nucimy pieśni ludowe, to szukamy w nich już nie swojskiej egzotyki, nie etnograficznych ciekawostek, a niezależności myślenia, szukamy buntu wobec sztywnych bogoojczyźnianych tradycji. Choćby tak jak w „Biczysku” wyśpiewanym przez dziewczyny z grupy Same Suki: 

 

Com zarobiła, tom zarobiła 
to mój Franek przepił, 
żebym mu nic nie mówiła, 
to by mnie był nie bił 
 
Nie szczekaj pyskiem 
nie dostaniesz biczyskiem 
(…) 
rozgniewała się żona na męża 
wziena pieniążki poszła do księdza 
o mój dobrodzieju porad mi temu 
co ja uczynnię mężowi swoje 
(…) 
wyparz mu oczy 
połam mu nogi 
i go przewleczesz przez cztery progi 
 
przez cztery progi 
przez cztery kije 
napatrz się mężu jak żona bije

 

Piszę uparcie w liczbie mnogiej, bo przecież nie chodzi o moje indywidualne światopoglądowe preferencje, a o stosunkowo nowe kulturowe my. My Boga Honor Ojczyznę ironicznie zmieniamy w Bób Humus Włoszczyznę. Przechodzimy na wegetarianizm. Chodzimy na terapię i na jogę. I jeśli zajrzymy do Pigonia, to możemy odetchnąć z ulgą, że jego bezpieczna ścieżka nie jest już ścieżką jedyną. 

Jednak pewne fragmenty „Z Komborni w świat” brzmią dla mnie wciąż zaskakująco żywo. To włączone do wspomnień zapisy ze studenckiego dziennika Pigonia. W nich chłopski syn na kilka stron ucieka spod kurateli profesora, którym się stał, może sobie pozwolić na niepewność co do swojego miejsca w kulturze. Wciąż ma poczucie swojej odrębności i wynikającej zeń siły, z której „nabierając ogłady” będzie musiał zrezygnować. Jest w nich też miejsce na osobiste rozterki: poczucie zagubienia, osamotnienie. Można między wersami tych notatek dostrzec inne wytłumaczenie próby pogodzenia chłopskości z dominującym nurtem polskiej kultury niż znalezione w literaturze wzniosłe koncepcje. To lęk przed własną słabością: 

Są stanowczo na ziemi dwa światy, różnym rządzące się prawem, różną estetyką: świat silnych i słabych, zwycięzców i zwyciężanych. (…) My jako naród należymy do tego drugiego świata: z naszej słabości, z naszego niedołęstwa zrobiliśmy zasadę, znaleźliśmy w niej chlubę. Kanonizowaliśmy niedołęstwo. Ja sam też nie należę do zdobywców (…); przebojem iść przez życie nie umiem. (…) Pytałem się kiedyś, jaki jest mój stosunek do małych, słabych tego świata. Dziś wiem, że to marna litość, (…) to litość niedołęgi ku niedołęgom (ZkwŚ, 241). 

Jeśli nie czytać tego passusu tylko jako wyrazu typowej dla Młodej Polski tęsknoty za nietzscheańską mocą, to spomiędzy jego wersów wyjrzy uwewnętrzniona pogarda dla „niedołęstwa” ludzi z definicji komuś podporządkowanych. Być może więc wzniosły projekt narodowy wpisany we wspomnienia Pigonia to efekt heroicznego wysiłku przekucia tej słabości w nie podlegający dyskusji autorytet. Przekucia w autorytet czy w autorytecie ukrycia? Nie wiem. Zamiast szukać odpowiedzi na to pytanie, wystarczy nim rozszczelnić sztywne ramy moralizatorskiej przypowieści. Pigoń-student pisze tak, jakby wciąż nie zrzucił chłopskiej skóry. Pisze o naiwnym głodzie wiedzy: 

Oświatowcy dzisiejsi (…) są to zazwyczaj inteligenci, którzy już przejedli się wiedzą. (…) Traktują wiedzę jako źródło dobrobytu, jako zawód. (…) [Chłop] pragnie wiedzy, jak płuca powietrza, (…) instynktownie. Istnieje w człowieku przyrodzona ciekawość, bezinteresowny głód wiedzy. Kiedy ode mnie coś ciekawego chciano się na wsi dowiedzieć, zawsze pytano o sprawy z dziedziny astronomii, geografii, zoologii egzotycznej, fizyki czy tp., a nigdy o sprawy, z których by można mieć zysk (ZK 245). 

Profesor Pigoń, układając antologię „Wybór pisarzy ludowych” z „Życiorysu robotnika” Wojciechowskiego wybierze fragment o namiętności do książek, do nauki przyszłego pisarza i o germanizacji w szkole. Czyli to, co pasuje do wizji wpisanej i we wspomnienia „Z Komborni w świat”: chłopów jako (cennego?) materiału do obrobienia. Choć przecież Wojciechowski przyjął zupełnie inną strategię bycia w kulturze niż Pigoń. 

Chłopski brak wygładzenia i obycia dla Pigonia studenta wciąż jest częścią tożsamości, a kultura rodzajem opresji: 

Ludzi, świata nie dotykam się bezpośrednio (…), ale zawsze przez jakiś omam, (…) jakieś namuły literackie. (…) W każdym razie nie bezpośrednio, nie gołymi własnymi palcami.(…) Znaczy to bodaj, że jestem już w „szponach kultury”, straciłem chłopską szczerość, spontaniczność, odruchową bezpośredniość czucia i sądu. Jestem jakby okradziony czy okaleczony (ZK, 246). 

Nawet wiara okazuje się odróżniać chłopa od jego bardziej wyrafinowanych kolegów: 

Usłyszałem, żem zanadto chłopem, za mało we mnie jakiejś wrodzonej kultury, delikatności percepcyjnej. (…) Przed Bogiem nie potrzebuję podpórek w rodzaju zachwycenia artystycznego (…). Po prostu mam na tyle do omówienia z Bogiem, że nastroje są mi zbyteczne. (…) Rozmowa ta dała mi do rozpoznania, w czym jestem różny od nich, przepojonych kulturą rozestetyzowanych. I nie wstydzę się tej inności swojej. (ZK, 244) 

Grzegorz Wołowiec dowodząc nacjonalistycznego światopoglądu wpisanego i w pracę historyczno-literacką Pigonia, i w jego wspomnienia, na wstępie wspomina o szacunku, jakim cieszy się w świecie akademickim ta postać. Jeśli jednak zaczniemy nie od pomnika, a od zagubionego studenta, możemy czytać „Z Komborni w świat” jako uzasadnienie wyboru pozycji religijno-narodowych jako schronienia. W przytoczonych przeze mnie fragmentach kultura zostaje opisana jako drapieżnik, wymagający oddania mu na pożarcie chłopskości. Z tej perspektywy zrozumiały wydaje mi się wybór, jako swojego, inteligenckiego języka, języka jasno i sztywno określonych wartości, języka autorytetów i hierarchicznego porządku. Jest on bliższy wiejskiemu światopoglądowi niż języki wywrotowe. Ta konserwatywna perspektywa przypomina to, co często tracą z oczu współczesne chłopskie historie. Wieś to nie tylko wspomnienia krzywd, to również kultura, nie tylko ludowa, lecz ta współtworzona przez ludzi ze wsi. 

Społeczno-metafizyczne idee we wspomnieniach Pigonia zupełnie mnie nie przekonują. Jednak moim zdaniem warto pamiętać o zapisanej przez wileńsko-krakowskiego profesora drodze awansu. O tym, że indywidualny wysiłek wyrywania się ku lepszemu, bardziej satysfakcjonującemu życiu może przybierać różne formy. Warto zastanawiać się nad różnymi strategiami przedzierania się z obrzeży na główne trakty kultury. Nie ma jednego chłopstwa ani jednego rodzaju chłopskiego awansu. Jest wielu ludzi ze wsi się wywodzących. Ich zmagania z kulturą. Cena jaką za swój awans płacą. Ich opowieści.

 

 

Agnieszka Skolasińska

 

 

Bibliografia:
1. Pigoń „Z Komborni w świat”, Kraków 1957 [ZK];
2. Wołowiec, „Filologia i nacjonalizm. Stanisław Pigoń jako ideolog kultury ludowo-narodowej”,Teksty Drugie2017, nr 6. 

 


 

CZYTAJ TEŻ