Lidia Amejko


Gabardyna

albo totalitaryzm z punktu widzenia płaszcza damskiego


 

Gabardyna to szczególny rodzaj materii, jej skośny splot sprawia, że dobrze się układa z każdą władzą. Z gabardyny szyje się wojskowe mundury, trencze tajniaków, garnitury urzędników. 

Gabardyna to synonim siły i dlatego Adina, zwana również Aduszą, lub po prostu Duszą, prosi Krawca w swoim rodzinnym sztetlu o uszycie czarnego gabardynowego płaszcza – płaszcza, w którym mogłaby się schronić En una noche oscura – Pewnej nocy ciemnej – jak pisał hiszpański mistyk Jan od Krzyża. 

W podróży przez noc totalitaryzmu Płaszcz staje się towarzyszem Duszy, jednak nie może jej ocalić – w świecie na opak to nie dusza jest wieczna, jak wierzono przez setki lat, lecz materia. Kiedy Dusza rozwiewa się w krematoryjnym dymie, Płaszcz, zbyt cenny, by pozwolono mu umrzeć razem z nią, wędruje dalej przez miejsca i czasy, skazany na kolejne niechciane „duszowstąpienia”. 

Po latach peregrynacji Płaszcz ogłasza koniec dualistycznego świata: istnieje tylko materia, a dusza to staroświecki gadżet, zwykły dodatek krawiecki, jak watolina albo sztywnik z końskiego włosia – mówi. I dodaje: Być tylko przypisem do duszy, uległym odbiciem – i ciągle się z nią układać? Być zawsze świadkiem cudzego losu? To nie dla mnie! 

Odtąd pusty, „bezduszny”, lecz wolny, żyje sam, niezależny od nikogo. Pogięty przez życie, pełen wybrzuszeń, zmarszczeń, dolin i niedolin – w końcu stałem się sobą! Teraz kieruje mną logika gabardyny i mój własny, pofałdowany, trójwymiarowy los

W swojej opowieści wykorzystałam język najstarszej metafory świata: język tkactwa. Biblijny Izajasz o umieraniu pisze: Zwijam jak tkacz życie moje. On mnie odcina od nici, a w Apokalipsie świętego Jana słońce stało się czarne jak włosienny wór. U Platona jest społeczna tkanina, u Norwida nić czarna się przędzie

My też „snujemy wątek” opowieści, mówimy o jej „osnowie”, a czasem „wątek” nam się „urywa” i musimy „zadzierzgnąć” go od nowa. Jeśli słowa, nawet w tak szczątkowej formie, przetrwały w języku, to fascynujące tkackie uniwersum powoli znika z naszej codzienności, tak jak znikają tkacze i krawcy. Znika rozmaitość tekstyliów, bo czy ktoś jeszcze wie, jak wyglądają krepdeszyny, falandysze i marengi? Czym są kosmate lodeny i multony? Albo cajg, cwelich, drelich, barchan i felpa – „od urodzenia gorsza służebna materia”? 

Czy ktoś pamięta, że prekursorem komputera była tkacka maszyna Jacquarda? 

Pochodzę z rodziny tkaczy i krawców. Żal mi świata, który odszedł razem z nimi. W „Gabardynie” przywołuję tę utraconą rzeczywistość, lecz nade wszystko staram się odkryć głębię w zapomnianym języku, tak podatnym na snucie metafor. 

 

Fragmenty wycięte z „Gabardyny”: 

 

1. 

Za drzwiami w dostojnym półcieniu skupiła się grupa żałobników – czarna bombazyna, mora, wdowi woal. 

Kir konfekcyjny niczego się nie obawiał, przynajmniej do czasu, aż śmierć nie wyjdzie z mody. Jednak nie zanosiło się na nieśmiertelność, więc spali spokojnie. 

Ich koniec przyszedł nagle. 

Zabiła ich śmierć – źle wykończona, o niechlujnym fasonie, łatwo dostępna i tania. 

Masowa śmierć krojona na tłumy, seryjna produkcja, karabinowy sznyt, gaz, bomby spadające z nieba. 

Zniknęła detaliczna żałoba, jednoosobowe pogrzeby z „przyczyn naturalnych”, karawany ze srebrnymi koronkami, konie ubrane w czerń i pióropusze, kondukty – cała ta czarna klaunada, staroświecki cyrk sunący ulicami. 

Przestano pytać o krepy na rękaw, gęste woalki, tiule i gipiury – masowy żal obywa się bez tekstylnych celebransów, więc odeszli. 

 

2. 

Patrzę, jak odejmują mnie sobie i oddają światu. 

Kiedy odchodzą, ich pożegnalny gest nieruchomieje – odtąd już zawsze będą obejmować pustkę po mnie. Jestem tym, czego w nich nie ma. 

Utracony rękaw zostawia po sobie łuk gotyckiego okna – z tego, co mu odjęto, można zbudować ażurową katedrę. 

Czy moje ścinki tęsknią za mną? Szmu – tak mówi o nich Krawiec. 

Te najmniejsze ześlizgują się ze stołu, spadają, nikt ich nie zatrzymuje. Nie warto. Czarny negatyw leży na podłodze, strzępi się brzeg tej nieobecności, która już nie jest mną. 

Pomocnik starą miotłą zmiata resztki pod piec, ładuje na szufelkę i wrzuca do ognia – ostatni dowód na to, że zostałem wycięty z czegoś większego od siebie. 

Muszę zadać sobie pytanie: kim jestem? Tym tutaj, co leży na stole, czy tym, co nigdy nie zaistniało? 

Utwierdzony fastrygą, myślę o skrawkach mnie samego, odciętych i zaginionych. Tęsknię za sobą. Za kształtem, którego nigdy nie poznam. Za wolnością, która była we mnie, a teraz strzępi się na podłodze. 

Myślę o niegodziwości wyborów, które jakąś część mnie samego uczyniły nieistotnym, nieważnym. 

Utracona reszta wciąż jest przy mnie, otacza mnie, dotyka, zamyka w sobie. Nie mogę się od niej uwolnić. 

Każdej nocy męczą mnie wklęsłe sny. 

  

3. 

Tylko płaszcze i kapelusze 

(Kartezjusz, który spoglądając z okna na paryską ulicę spodziewał się zobaczyć ludzi) 

 

Ogromne Trencze blokują drzwi. 

Raz w roku, na stacji metra Miserere w Buenos Aires, płaszcze dyskretnie odchylają połę przy wejściu – pokazują obrębione przez Z-jna krawędzie, ten jedyny w swoim rodzaju ścieg, który dziwnie przypomina zwoje kolczastego drutu. 

: Tylko płaszcze i kapelusze. Buty nie wchodzą, buty zostały daleko stąd, leżą w barakach, kaci nie wchodzą w buty ofiar. 

Na stacji Miserere my, bezludne ubrania, opuszczeni, ale przecież nie martwi, wytrząsamy z oprzędu kawałki dusz – z tego, co nam zostało, utkamy je od nowa między połami zapiętymi na guziki, a one urosną w nas, wyprostują nasze zgarbione plecy, wypchają rękawy i torsy – przed północą znów będziemy pełni. 

Przetrwaliśmy. Szlachetna materia, wytworny krój. Wybrani – przeżyliśmy. Kto by pomyślał? Nie nasza wina. 

: co tam masz? 

: kroplę denaturatu na rękawie. Ona zawsze kupowała denaturat do maszynki spirytusowej. 

Pamiętasz tę reklamę: 

Jak ona się męczy,
jak ona się dręczy, 
ma oczy pełne łez, 
lecz teraz ożyła 
bo sobie kupiła 
denaturat i kuchenkę EM-ES. 

Więc kupiła tę cholerną kuchenkę, jeszcze w sierpniu. A potem i tak ciągle płakała… 

A co u ciebie? 

: u mnie? Szklana ampułka, zaszyta tak mocno, że nie zdążył jej wyjąć. 

: wiem, wiem! Tu zobacz, to miejsce, które się zapada, ślad po dwóch, dał je córce i żonie, a sam… 

: zginął? 

: ocalał – niestety. 

: zobaczcie tylko, kto tam stoi! 

: to „Henry Poole” z Savile Row. Przeżył. 

: jasne! Przecież nie strzela się do garnituru za dwa tysiące dolarów! 

: a słyszałeś, że Krawiec uszył dla Najmłodszego niezwykły płaszcz? Kto go założył, stawał się niewidzialny! Kto na niego patrzył, widział tapetę na ścianie, deski podłogi albo mur. Płaszcz „nie-patrz-na mnie”, płaszcz „pozwól-mi-przejść” Wierny paltot, druh duszy, niezrywalny, nierozstawalny przyszyjaciel! Kto go założył – ocalał. 

: gadanie! Lepiej zobacz tam? Szlafrok! I ciepła czapka! Kto go w ogóle wpuścił! Przecież tylko „płaszcze i kapelusze”! 

: znałem go… To Mecenas M-r. Z zeszytem na kolanach przedawniał dni kopiowym ołówkiem. Zawsze po drugiej stronie zakrzywionej linii tresował śmierć kaligrafią, odganiał ją, osaczał, zamykał w labiryntach pisma. Myślał, że jest bezpieczny – przecież autor to ocalony z opowieści, bo sam jest jej dalszym ciągiem, z krwi i kości. Szeherezada żyje, dopóki mówi. Mecenas M-r żyje, dopóki pisze. Stara sztuczka! Na niewiele mu się przydała. 

Gdzieś w oddali Redingot pani Aj-er zaczyna rozdzierającą pieśń o Płaszczu – Wielkim Mścicielu. Wycięty z nocnego nieba, golem z literą szem wszytą przy kołnierzu, budził panikę wśród morderców. Jak cień przyczepiał się do żołdackich butów i nie odstępował ich na krok. Kiedy żołnierz dostrzegał ten dziwny cień – zaczynał się taniec śmierci! Prześladowany prześladowca kręcił się w kółko, trąc obcasami o bruk – nie mógł się uwolnić od Tego-Który-Nie-Znika-Nawet-Gdy-Zapada-Mrok 

: nigdy przed nim nie uciekniecie! (śpiewa Redingot). Nigdzie nie będziecie bezpieczni, bo każdy fragment czerni nad głową może być naszym Gabardynowym Mścicielem. On spada nagle, zabija naszych oprawców i nie zostawia śladów – jeśli nie liczyć strzępków czarnych nici. 

Nad ranem na stację Miserere przyjeżdżają pierwsze pociągi linii A – staroświeckie szklane kandelabry, drewniane ławki. Wchodzimy do wagonów, są prawie puste. Siadamy obok ortalionowych dresów, kurtek ze skaju, sukienek z non-ironu – wypełnione sennymi duszami kiwają się na wszystkie strony. Lumpeks-proletariat nie zna powinności ubrań, nie podtrzymuje głowy opadającej boleśnie na bok, nie chroni przed upadkiem. Tandetny niesort nie przywiązuje się do swoich dusz, nie tęskni za nimi. 

Zapadamy w naftalinowy sen – sen, który będzie trwał przez cały rok, aż znowu którejś nocy obudzimy się na stacji Miserere, żeby wspominać utracone dusze. 

 

 

Lidia Amejko


 

CZYTAJ TEŻ