Lidia Amejko


Wstyd i krzak


 

I zobaczyli że są nadzy. 

Księga Rodzaju 3:7 

1. 

Za jednym podmuchem z chłopa stałem się robotnikiem, a potem inteligentem pracującym, a nawet swoimi własnym dziedzicem! I latała mi ta czwórca przed oczami, jak na karuzeli, jeden za drugim: chłopak, co na bosaka biegał po ściernisku, i robotnik, co taczkę pchał na budowie, a za nim inżynier z teczką i w kapeluszu i jeszcze dziedzic z sygnetem na palcu, który mi żona gdzieś kupiła i kazała mówić, że to nasz rodowy. Jechali, wirowali, a jak jeden się pojawiał, to drugi znikał, i jeden drugiego nie mógł dogonić, nawet ten chłopak, co najszybciej z całej wsi biegał gołymi stopami po ściernisku. 

Peerelowski awans społeczny. Jeszcze przed chwilą byli sobą i wszystko było na swoim miejscu, takie znajome. Znajome były rośliny i zwierzęta, i oni sami sobie też byli znajomi, bo każdy wiedział, kim jest, do miejsca swojego od wieków przypisany, przywiązany albo przykuty. I nagle – coś się zmieniło! Szatan podkusił i własnym panem zachciało im się być! O sobie decydować! Zakazy łamać! Jak tamtych dwoje w Ogrodzie. Przekroczyli zakaz, wygnali się z prawa, które kiedyś im narzucono. 

I wtedy zobaczyli że są nadzy. 

Czy każda zmiana miejsca coś obnaża – coś, co natychmiast chce się ukryć lub zakryć? Czy każdy, kto coś przekracza, coś opuszcza – od razu widzi, że goły jest? Hebrajskie słowo galut oznacza zarówno nagość, jak i wygnanie. Wygnanie z samojedni, z bycia jednym i tym samym dzień po dniu, obnaża zagubienie, pustkę, nieswojość: 

Bardzo chciałem wyskoczyć z tej karuzeli, bo im szybciej oni się kręcili, tym bardziej ja nieswój się zrobiłem. Jak jechałem na wieś do rodziny – to już nie byłem swój! Jak na budowie na murarzy krzyczałem, to też swój już nie byłem. Nigdzie nie pasowałem. Tylu różnych ludzi na kupie we mnie żyło, a tylko dla mnie jednego miejsca brakowało. 

 

2.

Wróćmy do Ogrodu. Jeśli złamali zakaz, mogli poczuć się winni, lecz oni zobaczyli, że są nadzy i poczuli wstyd? 

Nie inaczej. Przecież Adam imiona nadawał temu tylko, co widział, a wina jest niewidzialna nie licząc krwawej plamy na czole Balladyny. Z winą można sobie poradzić. Można ją ukryć gdzieś w środku ciała i można jej nie czuć, tak jak nie czuje się płuc czy wątroby, chyba, że stanie się dziwacznym symptomem, na przykład atakiem paniki na widok jabłek. Można w ogóle nie wiedzieć, że istnieje, jeśli nie zna się takiego słowa, bo jedyne znane słowo to galut. 

Z winą można sobie poradzić, nawet jeśli już się pojawi. Można ją przecież odpuścić, odpokutować, zmazać albo odkupić hurtem umierając w męczarniach na krzyżu. 

A jak poradzić sobie z nagością, na którą wszyscy patrzą? 

Właściciel Ogrodu ukarał winnych wstydem. Zaprawdę, jest to prawdziwy majstersztyk! Wstydu nie można sobie odpuścić, nikt nie umarł za naszą nagość. Na sali sądowej nie szuka się dowodów wstydu, bo jaki jest – każdy widzi. I jeszcze ta perfidna cecha wstydu: inni mogą wstydzić się za nas. Cudzowstyd. 

Echo tej biblijnej kary wciąż w nas istnieje, bo kto w sennym koszmarze choć raz nie stał nagi przed publicznością? 

A wina? Wina ma w sobie gravitas, powagę, mroczną siłę, zwłaszcza jeśli chodzi w mundurze i zabija, więc, choć to niepojęte, ma swoich wielbicieli i naśladowców. Wina jest dla zbrodniarzy, wstyd jest dla ofiar, jak wtedy w „ogrodzie koncentracyjnym”, kiedy wygnani ze świata, stali nadzy w kolejce do gazu. Nagość to wygnanie z ludzkiej tożsamości, ludzkiej godności, bo jak wiadomo Kleider machen Leute. Nagość to upokorzenie, bo „nie walczyli, bo się dali, i jak stado…” 

Wina jest dla zbrodniarzy, wstyd jest dla ofiar. 

 

3.

Ubranie, to prawdziwe, poczciwe, chroniące przed chłodem, pojawiło się później, jak już wyszli z Ogrodu. 

W ogrodzie ubrań nie było, tylko liście i krzaki, więc schowali się za krzakiem, a właściwie udawali, że są krzakiem. 

Krzak dobrze się nadaje do udawania kogoś, kim się nie jest. Żołnierze Malcolma, na przykład, ubrani w gałązki udawali Birnamski Las i skopali dupę Makbetowi. Nawet Jahwe udawał kiedyś, że jest Krzakiem Gorejącym. Myślę, że też miał sporo do ukrycia. 

Jednak źle tak ciągle udawać, że jest się kimś innym! Trzeba być czujnym i nie zdejmować maski z gałęzi ani krzaczastego kostiumu nawet, kiedy idzie się spać, bo przecież tak jak tam, w Ogrodzie, bez przerwy patrzy na nas Oko-Które-Wszystko-Widzi! 

 Jakbym cały czas na scenie był, lecz nigdy nie wiedziałem, którego siebie na przód wystawić, żeby swoją rolę odgrywał, bo nikt mi powiedział, jaka to sztuka, w której gram. 

Zaczyna się czas podpatrywania, podsłuchiwania, naśladowania, gubienia i nabywania. 

 

4.

W rodzinnym albumie obok siebie dwa zdjęcia: na jednym moja matka, uśmiechnięta dziewczyna z warkoczami, stoi w swoim wiejskim ogrodzie. Może nie rajskim, ale znajomym i bezpiecznym. Na drugim zdjęciu w czarnym swetrze, z krótko obciętymi włosami, z papierosem w ręku, siedzi zamyślona nad filiżanką czarnej kawy – rzekłbyś, egzystencjalistka w paryskim bistro. 

Moja matka, jak wiele kobiet z jej pokolenia, ma zadziwiająca zdolność mimikry. Jest konsekwentna, zorganizowana, pracowita. Zimna i kalkująca odważnie wchodzi w nowy świat. Nie cierpi na nieswojość, tak jak nie cierpi noszenia wody ze studni, sikania do wiadra i pracy w ogrodzie. 

I ma nadzieję, że ten cholerny krzak w końcu stanie się zwykłym ubraniem. 

  

5.

Moja matka jest stara. Uprawia ogród w kwiecistej podomce, chodzi do kościoła jak jej przodkowie, kawę pije w domu. Krzaczaste gałązki wrosły w jej skórę, tak jak ona sama wrosła w powojenny świat. Niczego nie musi udawać, z niczego nie można jej wygnać i ukarać wstydem. Jest wolna.   

Teraz może wrócić do Ogrodu. 

 

6.

Wychodził golusieńki jak niemowlę przed dom i po oczach golizną walił. – W niewinność jestem ubrany! – krzyczał. – Jak noworodek albo jak pierwsi rodzice w Raju. Tak samo strojnie jestem obnażony od stóp do głów, jak Adam i Ewa sprzed upadku. I wtedy się okazało, że Kulebiak w cofie żyje i właśnie w Raju on przebywa. Ludzie najpierw nic nie mówili, tylko oczy odwracali, odwróconymi oczami przewracali, co miało znaczyć: co za bezwstyd! I tak się przyjęło, że Kulebiaka Bezwstydem nazywano. Ludzie mu ubrania podrzucali pod drzwi, ale on nic sobie z tego nie robił, tylko dalej na golasa chodził. 

– Jestem goły i co z tego! A jak wam wstyd na mnie patrzeć, to powiekami oczy zatrzaśnijcie a mnie dajcie żyć bez wstydu. Na oślepśmy się rozeszli po domach, żeby Kulebiakowej golizny nie oglądać, a wstyd swój pod powiekamiśmy do mieszkania zanieśli ostrożnie i tam siedzieli, i wcale nie wychodzili, bo niby jak? Z oczami zaślepionymi wstydem chodzić? A na dodatek, wstyd powiedzieć, ale się Kulebiakowy bezwstyd zaraźliwy zrobił, ludzie nago zaczęli chodzić, bo już dosyć mieli swoich win i chcieli niewinności zakosztować. 

– Jak tu Kulebiaka zawstydzić, skoro on w niewinności żyje? – pytaliśmy jeden drugiego. –  Jak ludzi od golizny wybawić? Wściekłość w nas rosła, że Kulebiak taki wolny od winy się prowadza, więc żeśmy zrobili naradę w nocy i jeszcześmy zaprosili księdza proboszcza, któremu też się nie podobała ta ludzka niewinność, bo ksiądz przecież z grzechów żyje. Golasów śmy wyłapali jeszcze przed Wniebowstąpieniem, do krzaków śmy przywiązali i podpalili na chwałę Pana. 

Leżał potem Kulebiak nagi, strojnie odziany w martwą obojętność trupa i wciąż na złość całemu świat niczego się nie wstydził! 

Już żadnych krzaków! Nigdy! 

 

 

(W tekście wykorzystałam fragmenty mojej sztuki „Gadulia”) 

 

 

Lidia Amejko


 

CZYTAJ TEŻ