111
Zacumowawszy statek w osłoniętej od wiatru zatoczce, Tristan polecił załodze rozłożyć się obozem na brzegu, jako że noc była już blisko. Rozstawiono namioty, tak by wszyscy mogli się porządnie wyspać i odpocząć po trudach morskiej przeprawy. Rozpalono kilka ognisk, do których wszyscy kupą się tulili. Bo najpierw w nocy śpiących na pokładzie rycerzy i giermków moczył deszcz, a potem w ciągu dnia też kilka razy padało. Do tego dmuchał zimny wiatr. Więc wszyscy chcieli się wysuszyć. Jeść ciepłe podpłomyki i pieczyste zamiast suszonej ryby. Pić piwo, nieco mocniejsze niż to na statku, które za wodę robiło.
Rankiem po śniadaniu Tristan wyprawił Izoldę lądem wraz z większością swojej drużyny do zamku króla Marka. Sam zaś został na razie tam, gdzie był, pod pretekstem jakichś prac na statku. Później miał odprowadzić statek na jego docelowe miejsce spoczynku, w górze rzeki uchodzącej do innej, bliżej zamku położonej zatoki.
112
Wieść o powrocie statku z Irlandii dotarła do zamku króla Marka na długo przed Izoldą, dzięki czemu wszystko na jej przybycie zostało przygotowane tak, by powitać ją ze wszystkimi honorami przysługującymi przyszłej królowej. W uroczystości, oprócz króla i stałych członków dworu, wzięli udział przedstawiciele najznamienitszych rodów Kornwalii, w tym całe baraństwo. Wszyscy głośno wyrażali zachwyt pięknością irlandzkiej narzeczonej. I mimo iż w tej sytuacji wyrażaliby ten podziw równie ochoczo bez względu na to, jak piękna czy brzydka wydałaby im się kandydatka na królową, można przyjąć, że ich podziw dla Izoldy był całkowicie szczery i zasadny.
Dnia następnego król w asyście wybranych dworzan oprowadził Izoldę po zamku i okalających go ogrodach. Kolejny dzień został przeznaczony na wycieczkę nad morze. Bo Marek nie mógł się doczekać, kiedy ujrzy Izoldę tak jak wtedy, na tle piasku i fal. Oczywiście o żadnych kąpielach nie było mowy. Ale podczas pikniku na plaży oboje mieli okazję oddalić się nieco od towarzystwa i odbyć pierwszą rozmowę sam na sam podczas spaceru po wydmach i klifie.
Marek opowiedział Izoldzie, jak kiedyś z Tristanem wybrali się na wycieczkę i jak natknęli się na widok anielicy przechadzającej się samopas po plaży. O tym, że niewiasta owa była naga, oczywiście nie wspomniał. Zamiast tego powiedział, że z miejsca się w niej zakochał. Kiedy na dworze zaczęto radzić nad tym, jak wybrać królowi żonę, postanowił, że nie ożeni się z żadną inną niż spotkana na plaży piękność. Dlatego wysłał Tristana w świat, żeby odszukał Izoldę.
Izolda słuchała tego jednym uchem, bo przecież znała tę historię nie gorzej, a pewnie nawet lepiej od samego Marka. Cały czas myślała, jak tu powiedzieć królowi, że nie jest tą, której szukał. Że jest Tristanem. Nie chciała tego odkładać. Nie mogła tego odkładać. Wystarczyło tylko, że wyobraziła sobie, że długo milczy i dopiero na ceremonii zaślubin z tym wyskakuje.
113
Początkowo wszystko szłoby dobrze. Aż do chwili poprzedzającej ogłoszenie małżeństwa za zawarte, to znaczy tej, w której prowadzący uroczystość kapłan, zanim połączy nowożeńców zaciągając węzeł na przegubach ich dłoni, zadałby uświęcone zwyczajem pytanie, czy jest tu obecna osoba, która zna jakąkolwiek istotną przyczynę, dla której zawarcie związku małżeńskiego między tym dwojgiem byłoby niemożliwe, a jeśli tak, to niech albo teraz przemówi, albo na zawsze zmilczy. Jak zwykle w takich sytuacjach, zapadałaby chwila ciszy.
– Ja – cichym, ale wyraźnym głosem przerwałaby tę ciszę Izolda. – Ja znam taką przyczynę.
Kapłan uznałby, że się przesłyszał i już chciałby mówić dalej, lecz Izolda by go uprzedziła.
– Przyczyna, o której mówię, dotyczy mojej tożsamości.
I to kapłan próbowałby zignorować, gdyby nie przeszkodził mu w tym odgłos narastających szeptów, które między sobą wydawał chór zgromadzonych.
– Król zamierza poślubić Izoldę, jedyną córkę króla i królowej Irlandii. Ja ową Izoldą nie jestem.
– Jak to? – zdziwiłby się kapłan.
– Nie jestem Izoldą – powtórzyłaby Izolda. – A więc nie godzi się, by król zawarł ze mną małżeński związek.
– Nie jesteś Izoldą – powtórzyłby kapłan. – To kim jesteś?
– Tristanem – powiedziałaby Izolda. – Jestem Tristanem.
– Tristanem, czyli kim? – zapytałby kapłan i poprosił o doprecyzowanie, co to właściwie znaczy być Tristanem.
– Jestem Tristanem – wyjaśniałaby Izolda. – Czyli synem Isabeli, zwanej też Elżbietą, i Rywalena, zwanego też Miodasem, króla Lajonezji i brata obecnego tu króla Kornwalii, Marka.
– A co na to obecny tu Tristan? – kapłan wskazałby na Tristana, świadka pana młodego.
– Ja? – wskazałby na siebie palcem Tristan, jakby chciał się upewnić, że o nim mowa.
Rezydująca w nim Izolda zastanawiałaby się przez chwilę, czy od razu wyjaśnić, iż Izolda, ta poprzednia, była wściekła na to, że tak przedmiotowo i podstępnie została potraktowana, że zapewne stąd to jej chwilowe, jak sądzi, szaleństwo – czy raczej zachować to na bardziej sprzyjającą okazję do bardziej kameralnego rozmówienia się z Markiem. A teraz po prostu udać, że nie wie, o co chodzi. Bez względu na to, które by wybrał rozwiązanie, zgromadzona wokół pary młodej publiczność i tak miałaby już jako tako wyrobione zdanie o tym, o co w tym wszystkim chodzi.
W dodatku kapłan znowu zwróciłby się z pytaniem do ciała Izoldy:
– Powiadasz Izoldo, że nie jesteś Izoldą, że jesteś Tristanem i że ojciec twój był królem Lajonezji?
– Tak – potwierdziłaby Izolda.
– Jesteś pewna? Lajonezji?
– Tak, Lajonezji. Miodem i piwem płynącej wyspy, która już nie istnieje. Bo pochłonęło ją morze.
– A czy prawdą jest – pytałby dalej kapłan – że przez jakiś czas po śmierci twojego ojca wychowywał cię Marchion?
– Tak, to prawda. Marchion sprawił, że trafiłem tutaj, do Kornwalii, pod opiekę mojego stryjecznego brata, Marka.
– To dlaczego Marchion, kiedy nas odwiedził, by wyjawić tajemnicę pochodzenia Tristana, nic o Lajonezji nie wspominał? Zamiast tego nazwał Rywalena królem Bretanii?
– To proste. Po potopie, który zniszczył Lajonezję, Rywalen schronił się w Bretanii, do której rościł sobie pewne prawa, na mocy których stał się królem tej krainy. Niestety, jego lennicy mieli inne zdanie, uknuli spisek i go obalili.
I tu Izolda zaczęłaby pewnie coś dalej wyjaśniać. Ale Marek, słysząc o Lajonezji, pewnie by wreszcie oprzytomniał i zdecydowanym ruchem przeciąłby dalszy bieg tych wynurzeń i całej uroczystości. Bez względu na to, co by nim kierowało, czy obawa przed zagłębianiem się w niewygodne dla niego szczegóły z życia brata, Rywalena alias Miodasa, czy przed dalszym obnażaniem szaleństwa jego niedoszłej małżonki, nakazałby ogłosić, że ślub niniejszym zostaje odłożony. Albo zupełnie odwołany, bo przecież Marek nie będzie sobie brał wariatki z Atlantydy za żonę. A nawet gdyby jakimś cudem sam chciał, ci jego zawsze mu skrycie niechętni lennicy by się na to zapewne nie zgodzili. Nakazałby zatem odesłać Izoldę tam, skąd przybyła. Z adnotacją, że towar popsuł się po drodze. Albo wcześniej był już popsuty. W każdym razie nie nadaje się do spożycia.
114
A zatem Izolda dobrze rozumiała, że z tym, co chce Markowi powiedzieć, nie może czekać do zaślubin, że musi wcześniej, najlepiej teraz, podczas tego spaceru po wydmach, bo nie wiadomo, kiedy kolejna okazja się nadarzy. Dlatego kiedy Marek opowiadał jej, jak wysłał Tristana w świat z misją odszukania i sprowadzenia Izoldy, cały czas myślała intensywnie nad tym, jak to, co chce powiedzieć, w słowa ująć i od czego w ogóle zacząć. No i w końcu tak powiedziała:
– Królu Marku, wiem, że trudno ci przyjdzie uwierzyć w moje słowa, lecz zapewniam ciebie, że to, co za chwilę powiem, jest szczerą prawdą. Nie jestem ja ową Izoldą, którą kazałeś Tristanowi znaleźć i przed oblicze sobie przywieźć.
– Nie jesteś – spytał Marek – tamtą Izoldą?
– Tak, to znaczy nie, panie – potwierdziła Izolda. – Nie jestem. Ani tamtą, ani tą.
– To kim jesteś? Jej siostrą może?
– Nie, panie, nie jestem siostrą Izoldy. Izolda nie ma siostry.
– To kim? Mówże!
– Nie jestem kobietą, którą widziałeś niegdyś na plaży. Jestem kimś, kogo dobrze znasz. Kimś, kogo widywałeś setki, jeśli nie tysiące razy. Kimś, z kim spędziłeś więcej czasu niż ze wszystkimi swoimi baranami razem wziętymi.
– Czy się przesłyszałem? Powiedziałaś „baranami”?
– Tak powiedziałam.
– Nie powiedziałaś, że ze wszystkimi moimi baronami?
– Nie, nie powiedziałam tak, powiedziałam baranami.
– Dlaczego?
– Bo, jak dobrze wiesz, najjaśniejszy panie, tak o nich od jakiegoś czasu mówimy.
– Mówimy? Kto mówi?
– Ty i ja. Obaj tak od dawna już mówimy.
– Kim jesteś, że to mówisz?
– Jestem twoim bratem i najlepszym przyjacielem, panie.
– A imię twoje? Nie Izolda?
– Nie, panie. Imię moje Tristan.
– Co? – zapytał król i zaniemówił.
To znaczy przez długi czas milczał, patrząc na Izoldę nic nie rozumiejącymi oczyma. Bredzenie Izoldy złożył na karb szoku związanego ze zmianą, obcym krajem, nadchodzącym ślubem. Próbował jej o tym powiedzieć, najdelikatniej jak potrafił. Żeby też zrozumiała i się opanowała. Ona zamiast tego podaje mu dowody na prawdziwość tego, co mówi. Opowiada Markowi o różnych sekretach, znanych tylko jemu i Tristanowi. Początkowo Markowi nie mieści się to w głowie i zaczyna się zastanawiać, czy może sam nie zwariował. Ale szybko dochodzi do wniosku, że istnieje racjonalne wytłumaczenie. Tristan musiał jej o tym wszystkim opowiedzieć. Co dziwne, bo nigdy by się po swoim najlepszym przyjacielu czegoś takiego nie spodziewał.
115
I wtedy Izolda, to znaczy Tristan, zrozumieli, że nie tędy droga. Bo donikąd ich to zaprowadzi. Jedyne, co by tym sposobem uzyskali, to że król utraci zaufanie do swojego najlepszego przyjaciela. Co ani jednemu, ani drugiemu nie wyszłoby pewnie na dobre. Więc nie ma co dalej brnąć w ślepą uliczkę, trzeba natychmiast wrócić do punktu wyjścia, czyli do tego dziwnego incydentu na statku. Bo na szczęście wszystko to było na razie gdybaniem, wyobrażaniem sobie, jak by to było, gdyby zapuścić się w taką wielce dla nich niekorzystną wersję przyszłości, czyli nieudaną próbę przekonania Marka. Tristan nie był głupi, wiedział, jak to wszystko brzmiałoby w uszach kogoś, kto nigdy czegoś takiego sam nie doznał – jak jakaś bajka, którą można dziecku na dobranoc opowiedzieć, ale nie na poważnie królowi wciskać.
W dodatku w swoim nowym ciele co rusz natykał się na jakieś myśli i wspomnienia poprzedniej lokatorki, które pozwoliły mu, jeszcze zanim statek wszedł do zatoki, domyślić się wszystkiego, czego Izolda w jego ciele nie chciała albo nie zdążyła mu opowiedzieć. Więc miał czas, by zrozumieć, że musi współpracować z Izoldą. Jeśli postanowiła się zemścić i poddać go poniżającym doświadczeniom, on może co najwyżej postarać się o to, by te upokorzenia nie były dla niego zbyt dotkliwe.
Wróćmy zatem do początku i spróbujmy od nowa. Tak jak naprawdę było. Do początku, czyli do statku i do aktu wymiany ciał. I do wewnętrznego pomieszania Tristana, w które wpędziła go ta konwersja, niespodziewana niczym grom ciśnięty przez spokojne niebo.
Zaczęło się od ciała. Z którym, od razu poczuł, coś było mocno nie tak i nie wiadomo jak.
116
Długo siedziałem potem na łóżku, w bezruchu, ze wzrokiem wbitym bezradnie w drzwi, które się za mną zamknęły. Nie mieściło mi się to wszystko w głowie. Jak mogłem wyjść tak sam z siebie, dopuścić do tego, by zostawić siebie samego w tak niekomfortowym położeniu? Jedyna rozsądna odpowiedź to taka, że nie mogłem. To znaczy, że tego nie uczyniłem. Ale fakty, czyż one temu nie przeczą? Bo w kajucie mnie nie ma. Choć jednocześnie jestem. Wyszedłem i nie wyszedłem. Więc co? Więc musi się w tym kryć jakiś błąd. Albo – albo. To znaczy albo wyszedłem, albo tu jestem. To, że tu jestem, wydaje się mimo wszystko pewniejsze. No bo czuję, że jestem. A że mnie nie ma? Też to czuję, ale trochę inaczej. Przez zaprzeczenie raczej niż przez potwierdzenie. To znaczy przez brak zamiast obecności. Więc nie pozostaje nic innego niż przyjąć, że jestem tu, gdzie jestem i że, co za tym idzie, nie wyszedłem. A jeśli ja nie wyszedłem, to kto to zrobił? Bo przecież ktoś jednak wyszedł. W końcu byłem teraz w pomieszczeniu sam jak palec. Czyli ten ktoś, kto wyszedł, musiał być kimś innym niż ja. Kim?
117
Zamknęłam za sobą drzwi, zgięta we dwoje zaczęłam przeciskać się przez niski, ciasny korytarz ku wyjściu na pokład. Co to za zwyczaje, pomyślałam, co za urągające godności warunki, żeby człowiek jak szczur miał się takimi tunelami w ciemnościach skradać? Ale skradałam się dalej i nawet zaczęło mi to sprawiać pewną przyjemność. Kiedy dotarłam do końca korytarza, zamiast skręcić w lewo i po chwili wyjść na światło dnia, zawróciłam. Kiedy doszłam do drzwi opuszczonej przed chwilą kajuty, znowu zawróciłam. I tak kilka razy. Nie spieszyłam się. Idąc oswajałam się ze sobą. Z tym, jak się ruszam, jak stawiam stopy. Notowałam w pamięci zmiany i związane z tym doznania. Wdrażałam się w nową architekturę ruchu.
118
– Nie! – usłyszał.
Najpierw usłyszał, a potem dopiero zdał sobie sprawę z tego, że to on. Że to jego głos. To znaczy nie, nie tak. Wiedział, że to on jęknął, ale nie rozpoznał głosu. To nie był jego głos. A czyj? Jej!
– Nie! – powtórzył głośniej.
Jej głos? Na to wyglądało. Znaczy tak brzmiało. Ale skąd? Skąd w nim jej głos? Spróbował wstać, ale jakoś mu nie szło. To znaczy myślał, żeby wstać, ale jakoś nie dochodziło to do skutku. Jakby nie wystarczyło pomyśleć. Jakby coś jeszcze trzeba było zrobić w tym celu. Ale co? Uświadomił sobie, że od czasu, jak wyszedł, nie ruszał się. Nie był nawet pewny tego, czy mrugał w tym czasie powiekami. Jakby go sparaliżowało. W bajkach, które kiedyś mu opowiadano, często powtarzał się taki motyw. Człowieka zamienionego jakimś złym czarem w kamień. Czyżbym skamieniał? Nie, to niemożliwe. I na dowód, że nie skamieniał, poruszył ręką. To znaczy pomyślał, że chce ręką poruszyć i ona się poruszyła. Co przyjął niemal ze zdziwieniem. Podniósł ją w górę, spojrzał na swoją dłoń i znowu powtórzył:
– Nie! – tym razem był to już krzyk.
Niekontrolowany. Bo naprawdę się przestraszył. Zobaczył bowiem nie swoją dłoń przed oczyma. Przez krótką chwilę, zanim odruchowo odskoczył. Na tyle, na ile da się odskoczyć od samego siebie. Patrzył teraz na obcą rękę z większej odległości. Biała, smukła, delikatna. Wyraźnie kobieca dłoń, po kobiecemu oklejnocona. Wyglądająca ręka w rękę tak samo, jak ta, którą tak niedawno tu, w tym samym łożu, namiętnie całował. Widział i jednocześnie czuł, jak na obcym, równie kobiecym przedramieniu delikatne, jasne, ledwo widoczne włoski stawały mu z przerażenia dęba.
– To jakieś szaleństwo – wyszeptał pozbawionym siły głosem.
Wyszeptał? Czy ona wyszeptała? A myśl ta? Była jego? Czy jej? A świat? Czy zwariował? Czy co?
119
Jeszcze w kajucie, kiedy tylko podniosłam się z łoża, by stanąć na nogi, pojawił się pierwszy zgrzyt. Teraz dopiero to do mnie dotarło. Wstałam, owszem, ale jakoś inaczej. Nie tak, jak do tego przywykłam. Kiedy się wyprostowałam z obiema stopami ustawionymi na podłodze, chyba się nawet lekko zachwiałam. Jakby zmienił się układ sił, jakby środek ciężkości mi się w ciele przesunął. Ale kiedy wychodziłam z kajuty, to drobne przesunięcie przestało mi już dokuczać.
Kiedy pochylałam się, by sięgnąć do kufra po szkatułę, moje dłonie w pierwszym odruchu poleciały zbyt nisko, za głęboko zanurzyły się w kufrze, tak że palce zamiast chwycić uderzyły o skrzyneczkę, wywołując chwilowy ból. I ten ból też nie był taki jak zwykle. Inny jakiś, choć trudno powiedzieć, na czym ta inność by miała polegać. Jak zmieniło się czucie? Co sprawia mi dyskomfort, a co przyjemność? A tak swoją drogą, co to właściwie jest, ta przyjemność choćby? Jak i skąd się to bierze? To uczucie? Ciekawe, że nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Że trzeba aż zamiany ciał, żeby czymś tak niby dobrze znanym się zainteresować.
Teraz, w tym ciemnym korytarzu, zauważyłam też pewne opóźnienie. Między myślą o tym, jak wystawić rękę, by oprzeć się o ścianę, a faktycznym jej wystawieniem. To tak, jakby mówić w obcym języku, kiedy nie zna się go zbyt dobrze. Wtedy najpierw myśli się w swoim, potem w myśli przekłada i dopiero wtedy wypowiada odpowiednie słowa.
A głos? Wypowiedziałam kilka słów skierowanych do nikogo, jak to czynią czasem szaleńcy. Brzmiał obco. Ani jak mój dawny, ani jak Tristana. Ale wiadomo, własny głos słyszymy inaczej niż inni. Więc nie ma co się dziwić, trzeba go teraz szybko polubić i wspomóc absolutnym przekonaniem, że to jest odtąd mój własny głos. Jeszcze raz wypowiedziałam kilka słów w pustą przestrzeń z pełną pewnością siebie. Zabrzmiało dobrze. To teraz chyba mogę już stanąć przed moją załogą i wydawać rozkazy. Pytanie tylko – jakie?
120
Chwyciłem za blaszany kielich, z którego przed chwilą piłem. Zbliżyłem do oczu. Razem z kielichem zbliżyła się do mnie twarz Izoldy. Skąd ona tutaj? Przekrzywiłem głowę, przekrzywiła i ona. Mrugnąłem lewym okiem. W tym samym momencie mrugnęła i ona. A że prawym, nie lewym, na to nawet nie zwróciłem uwagi. Podniosłem do twarzy rękę. Zamachałem. Z kielicha odmachała mi nie moja ręka.
A potem mnie dotknęła. Opuszkami palców przesuwała po mojej twarzy, jakby czegoś na niej szukała. Jak dłoń niewidomej kochanki, która stara się wyczuć każdą wypukłość, każdą fałdę, załamanie, kość pod skórą, każdy detal. By potem złożyć wszystko do kupy i zamknąć w swojej głowie kompletną, trójwymiarową mapę wyśnionego terytorium. A zarazem jak dłoń niedowiarka, który szuka słabego punktu, w który dałoby się wsadzić palec i krzyknąć, że wszystko to lipa, żadne czary, zwykła sztuczka jarmarcznego kuglarza. Oczekiwałem tego krzyku w napięciu, całym sobą go pragnąłem.
121
Suchy, nieregularny szelest, jakby jakiś miniaturowy człowieczek pokonywał nierówną podłogę, szurając przy tym papciami. Zatrzymałam swoje ciało, a ono posłusznie się poddało. Stałam nieruchomo, nasłuchiwałam. Znów tam. Teraz bliżej. I wtedy go zobaczyłam. Nie człowieczka, szczura. Zatrzymał się i spojrzał na mnie tak, jakby nie miał zamiaru uciekać. Jakby specjalnie tu po mnie przyszedł. I wtedy coś we mnie pękło.
Poczułam, jak wydaję z siebie dziki okrzyk. Chwilę później usłyszałam. Mimo iż wydany przy pomocy pożyczonego gardła, tym razem głos był jak mój. Jak tamten dawny. Jakby Izolda nadal była Izoldą i na węża gołą stopą nastąpiła. Jakbym za wszelką cenę chciała samym tym okrzykiem, niczym magicznym zaklęciem, odwrócić to, co się stało. Ogarnęło mnie przerażenie. W dodatku podwójne. Bo najpierw przestraszyłam się szczura. A zaraz potem swojej reakcji. I konsekwencji. Jak mogłam, łajałam się w myślach, jak mogłam wydać taki niewieści okrzyk? A gdyby stało się to na pokładzie, wobec moich rycerzy? To byłaby dopiero katastrofa. Muszę się bardziej kontrolować. Ale jak? O ja nieszczęsna, co ja narobiłam? Nie dałoby się z tego wszystkiego chyłkiem wycofać?
122
Jeszcze nie zdążyłem się uspokoić po tym, jak na mnie podziałała moja własna ręka i pogodzić się z tym, że niedowiarek we mnie nie krzyknie jednak, kiedy rozległ się inny krzyk. Tym razem nie miałem wątpliwości, że nie był mój. I to w obu sensach tego określenia. Bo wyraźnie dochodził z zewnątrz. Z korytarzyka. Przeszył mnie jak szpikulec, który wraża się bydłu, by szło tam, dokąd chcemy, by szło, a nie tam, dokąd ono chce. Aż podskoczyłem ze strachu. Krzyk zza ściany, ostry, histeryczny, pełen autentycznego przerażenia. Drzwi otworzyły się z hukiem i wpadłem do kajuty. Znowu ja. Ten sam, który przed chwilą wyszedł. Z twarzą tylko zupełnie inną, nagłym strachem odmienioną. Wpadłem do środka gwałtownie, jakbym przed czymś uciekał w obezwładniającym myśli popłochu. I niewiele myśląc rzuciłem się na samego siebie. Sobie samemu. W objęcia. Jak dziecko, które w ramionach mamy szuka ukojenia po tym, jak mu się koszmar przyśnił.
123
Leżeli oboje przez jakiś czas bez słowa, wtuleni jedno w drugie. Choć każde z nich mogło myśleć, że tuli się samo do siebie. Szczególnie Tristan. I po chwili oboje byli już spokojni. Strach jakby ich zgubił.
– Co tam się stało? – zapytał, wskazując głową na drzwi.
– Nic. Zobaczyłam szczura – odpowiedziała. – Wyskoczył mi wprost pod nogi.
– I co?
– I nic. Przestraszyłam się.
– Czego?
– Jak czego? Szczura.
– Powinnaś się cieszyć.
– Cieszyć? Z czego? Z widoku szczura?
– No tak. Szczur na statku po pożądany gość.
– Dlaczego?
– Bo jak są szczury, to znaczy, że nic nam na razie nie grozi. Szczury wyczuwają niebezpieczeństwo na długo przed jego nadejściem. I jeśli statek ma zatonąć, to uciekają z niego.
– Dokąd?
– Dokąd? A to ciekawe pytanie. Muszę przyznać, że nigdy go sobie nie zadałem.
– Uczynisz to teraz?
– Na jakąś inną łajbę.
– Inną łajbę? Na środku morza? Skąd tu by inna łajba miała się brać?
– Kiedy statek, któremu dane zatonąć, wypływa na morze, to szczurów już dawno na nim nie ma. One już w porcie czują pismo nosem.
– No tak, rozumiem – powiedziała. – Spróbuję się na przyszłość bardziej kontrolować.
Znowu leżeli chwilę w milczeniu i we wtuleniu.
– A ty? – zapytała.
– Co ja? – on na to.
– Będziesz potrafił się kontrolować?
– W jakim sensie?
– Dobrze, zapytam inaczej. Czy zrozumiałeś już – zapytała – co się stało?
– Nie – zaprzeczył, choć niezupełnie zgodnie z prawdą.
Bo przecież nie mógł już dalej przed sobą udawać, że nie widzi, nie czuje tego, co się tu odwala.
– Już mi przykro, że naraziłam cię na tę sytuację – westchnęła Izolda. – To chyba miała być zemsta. Ale się pomyliłam. To znaczy sytuacja się zmieniła. W nieoczekiwany sposób skomplikowała. No bo wiesz, ta nasza miłość. Nie wiem, co z nią teraz zrobić. Jak myślisz?
– A mogłabyś zacząć od początku?
– Czyli od czego?
– Może od tego, jak to się wszystko stało? Po kolei?
124
– Jest jeszcze inny problem – powiedziała Izolda do Tristana. Albo Tristan do Izoldy. Jakiś czas później. – No bo jak mamy teraz o sobie myśleć?
– Kto?
– My?
– W jakim sensie?
– Albo inaczej. Załóżmy, że chcielibyśmy komuś opowiedzieć o tym, co się z nami stało. Kto, jak, co zrobił. I już na samym początku pojawia się problem, kto. Ja teraz mówię do ciebie. Ja, czyli kto? Do ciebie, czyli do kogo?
– No tak. Bo kim ja właściwie jestem? Tristanem czy Izoldą? A ty?
– Może obojgiem po trochu? Po połowie? Może powinniśmy przestać myśleć o sobie jako o dwóch osobnych bytach i mówić o sobie my?
– Żeby nam się nie mieszało?
– Żeby nie zwariować?
– To rzeczywiście mogłoby sprawę nieco uprościć, ale mogłoby też rodzić kolejne problemy. No i sprawdzałoby się jedynie wtedy, kiedy jesteśmy razem. Kiedy sami o sobie myślimy, sami siebie sobie opowiadamy. Ale z tego, co już widzimy, takich sytuacji będzie w naszym życiu raczej mniej niż więcej.
125
Kiedy Izolda ponownie przeciskała się przez korytarz, po szczurze nie było już śladu. Tylko niewygodne wspomnienie. Na pokładzie najpierw natknęła się na jakiś namiot i pomyślała, że to pewnie jej. Weszła do środka, by zostawić tam szkatułę, którą zabrała z kajuty. Położyła się na chwilę na legowisku, by spokojnie pomyśleć.
Kim jestem? Sobą i nie sobą zarazem. Jednocześnie Izoldą i Tristanem. Myślę o sobie jak dawniej, jakbym była Izoldą, ale w to myślenie wyraźnie wkrada się inne. To samo z pamięcią. Pamiętam swoje dawne dzieciństwo w Irlandii. I jednocześnie nowe dzieciństwo w Kornwalii.
Izoldą bardziej jednak niż Tristanem jestem. Przynajmniej na razie – bo czy tak będzie zawsze? Czy może kto za to ręczyć? Czy z czasem się nie wyrówna? A co, jeśli ten drugi zacznie dominować? Wypychać Izoldę na manowiec?
A moje ciało? Właściwie to nic o nim na razie nie wiem. Nawet nie wiem, jak wygląda, jedyne, co widzę, to jego zarysy pod materią ubrania. Poza niezgrabnymi dłońmi, które bielą w oczy świecą, uniesione ku twarzy.
126
Wstała i wyszła z namiotu. Podeszła do burty, wychyliła się i po raz pierwszy mogła ze swojego nowego wnętrza spojrzeć w swoją nową twarz. Dobrze jej znaną, wszak opiekowała się nią przez tyle dni, kiedy Tristan, pozbawiony przytomności po walce z Potworem, nadal walczył, ale już tylko z samym sobą, o utrzymanie się przy życiu. Ciało też wtedy poznała, jakże inaczej mogłaby się nim opiekować. Ze wszystkimi szczegółami, również tymi intymnymi. Ale to chyba co innego jednak, dotykać czegoś należącego do obcego ciała a dotykać tego samego, obcego, jako własnego. No dobrze, przyjdzie na to pora. Pośród dwóch rzędów siedzących wzdłuż obu burt rycerzy, gotowych w każdej chwili chwycić za wiosła, ruszyła w stronę masztu, przy którym rozpoznała Kurwenala, majstrującego coś przy olinowaniu prostokątnego żagla.
Z jednej strony cały czas miała poczucie, że porusza się nieco inaczej i jakoś pokracznie. Z drugiej jednak miała poczucie, że szybko i gładko w to weszła. Do wszystkiego można się przyzwyczaić, pomyślała, nawet do obcego ciała.
127
Opanować obce ciało to jedno. Trudniejsze może być opanowanie misternej siatki powiązań, które łączą to ciało z innymi. Relacje społeczne. Dopasowanie się do oczekiwań. Wpisanie się w najróżniejsze obrazy, które inni mają o mnie. Jako Izolda jestem tu nowa. Gdybym rzeczywiście była Izoldą, miałabym proste zadanie. Być sobą. Trud poznawania mnie pozostawić innym. Ale nie jestem nieznajomą nikomu Izoldą. Jestem Tristanem.
Choć z tego, w czym się tak na szybko zdążyłam zorientować, przywołując nowe wspomnienia, to tak naprawdę nikt nic o mnie nie wie. Bo Tristan jest skrytym raczej chłopcem. Wyjątek to ten jego ukochany Marek. Jedyna osoba, przed którą się otwierał. I z tym pewnie będzie najtrudniej. Ale to później, teraz czas zająć się bardziej nie cierpiącymi zwłoki sprawami.
– Kurwenalu – zwróciłam się do mojego podręcznego tak, jakbym od zawsze to robiła. Jakby moje prawo do tego było oczywiste. – Kurwenalu – powtórzyłam – jak myślisz, co teraz zrobimy?
– Zwrot przez rufę i prosto do brzegu? – zapytał pewnym tego, co mówi, tonem.
Spojrzałam w stronę widocznego w oddali rzędu skalistych, porośniętych zielenią klifów, które układały się jak fale na morzu, naprzemiennie wznosząc, opadając. To pewnie ta ich Kornwalia. Nic specjalnego. Zwykła Irlandia.
– Tak jest – ucieszyłam się z tej jego pewności. – Wydaj stosowne polecenia.
128
Dalej wszystko działo się mniej więcej tak samo, jak w poprzedniej wersji, po wylądowaniu w najlepiej nadającej się do tego zatoce załoga i pasażerowie spędzili noc na plaży, niektórzy w namiotach, inni na piasku wokół kilku ognisk. Rano, zaraz po śniadaniu, Izolda wysłała Tristana w asyście większości swojej drużyny do zamku, do Marka. Miała przybyć do zamku później, po tym, jak odprowadzi statek do przystani w górze rzeki uchodzącej do innej zatoki. Ale nie spieszyło jej się z tym. Może wolała, żeby Tristan był przez te pierwsze swoje chwile w roli przyszłej królowej Kornwalii zdany na własne siły? A może chodziło o to, żeby Izolda miała więcej czasu na zapoznanie się ze swoim nowym, Tristanowym ciałem i na nabranie ogłady w jego sterowaniu?
A w zamku uroczyste powitanie „Izoldy” przez króla, ich spotkania i rozmowy w czasie krótkiego narzeczeństwa. Tym razem Izolda nie próbowała tłumaczyć Markowi, że nie jest Izoldą. Przeciwnie, starała się jak mogła, by król nie miał żadnych powodów do kwestionowania jej czy jego tożsamości. Choć nie obyło się bez małych bo małych, ale jednak zgrzytów.
129
Przygotowania do ceremonii zaślubin niby posuwały się zgodnie z planem i oczekiwaniami. Na deskach dworskiego teatru szła dobrze wszystkim znana sztuczka, wszyscy kreowali zwyczajem przypisane im role. Jednak pod płaszczykiem porządku coś jakby nie do końca grało. Nic szczególnego się nie wydarzyło, nie doszło do skandalu, nie złamano żadnej ważnej zasady. Chodziło raczej o jakieś niezrozumiałe, trudne do uchwycenia poczucie braku harmonii. Między niemal doskonałą obecnością aktorów a nieokreślonym poczuciem zawodu oczekiwań widzów.
Izolda w Tristanie niby doskonale rozumiała, jak powinna się zachowywać jako rycerz. To była jej atutowa karta, a zarazem pięta, pierwszy słaby punkt. Jakby grała swoją rolę zbyt dobrze i przez to źle. Na przykład, pytana o coś, odpowiadała niemal natychmiast, jak gdyby tylko na taką okazję czekała. W dodatku rzeczowo i zdecydowanie. Jakby nie zdawała sobie sprawy, że od rycerza tej miary oczekuje się zaznaczenia swojej pozycji mniej lub bardziej wyczuwalną rezerwą czy wręcz lekceważeniem.
Jeden z błędów w sztuce aktorskiej popełniany przez Tristana najwidoczniej przejawiał się w jego ciągle szukających, oceniających oczach. Jakby nie rozumiał albo nie chciał się pogodzić z tym, że młodej pannie, w której tkwił, obserwować w tak bezpośredni sposób nie przystoi. Że oczy nie powinny wyrażać, lecz biernie nie widomo czego oczekiwać. Nie tyle widzieć, co pozwalać, by inni w nich się widzieli i tym dopiero nadawali im znaczenie.
Nikt, ani dworzanie, ani służba, nie rozmawiał o tym otwarcie. Nie wiedzieli, co myśleć. Nie byli pewni, czy jest o czym myśleć. Wyczuwali jedynie słaby acz uporczywy dysonans. Nie wystarczający, by go nazwać. Nie wystarczający, by zerwać przedstawienie.
130
Po ślubie Izolda w ciele Tristana regularnie schodziła się z Tristanem w ciele Izoldy nocą, w umówionym miejscu w ogrodzie. Izolda zwykle wymykała się do ogrodu. Niekoniecznie po to, by się kochać. To znaczy nie tak fizycznie. Chodziło raczej o to, by się do siebie choć na chwilę przytulić i – zamiast fizjologicznymi płynami – wymienić pełnymi zrozumienia słowami. Jak przystoi wspólnikom w wielkiej tajemnicy.
Niestety, z tą tajemnicą były też inne problemy. Z jej zachowaniem. Bo mimo iż oboje starali się podczas schadzek zachować najdalej posuniętą ostrożność, coraz więcej osób z ich ścisłego otoczenia zaczynało zauważać, że coś jest nie tak. Choć nie wiadomo dokładnie co. Nikt ich jeszcze na niczym nie przyłapał, ale pojawiały się domysły i szepty. Które w końcu doszły też do uszu króla. Ten z początku próbował je ignorować, ale widząc, że oskarżenia nie ustają i że pewnie jest coś na rzeczy, uznał że nie ma innego wyjścia i postanowił rozmówić się z Tristanem.
131
Pewnego razu, podczas wspólnej wycieczki Marka i „Tristana”, jak za dawnych czasów, król zdecydował się w końcu poruszyć drażliwy temat. Zastanawiał się, jak najlepiej będzie to uczynić. Czekał na odpowiedzią okazję.
Właśnie zeszli z klifu na plażę
– Płyniemy na wyścigi?
– Dobra – zgodził się Marek. – Dokąd?
– Do kreski horyzontu.
– Co ty? Kpisz sobie ze mnie? Może nie mam takiego jak ty doświadczenia w nawigacji po morzu, ale mniej więcej wiem, jak działa horyzont.
– No co ty, królewska wasza, daj spokój, na żartach się nie znasz? Płyńmy zatem nie po horyzont, lecz ile nam sił starczy?
– Cóż to, życie ci niemiłe?
Kiedy wyszli z wody, legli na gorącym od słońca piasku, sapiący obaj z wielkiego wysiłku, niczym dychawiczne konie ciągnące wozy z rudą miedzi w kornwalijskich kopalniach.
– Doszły mnie słuchy – powiedział Marek niespodziewanie, nie swoim głosem. – No wiesz – dodał.
Po czym umilkł. Bo nie za bardzo wiedział, jak to ująć. Miał nadzieję, że Tristan mu pomoże. Ale nie, Tristan zachowywał się tak, jakby nie wiedział, o co chodzi. Zamiast podchwycić niewygodny trop zaproponował, że może by teraz zapasy poćwiczyć.
132
Krótko po tej rozmowie na plaży, Marek z rycerzami udał się na nocne polowanie. Które jak zwykle polegało na tym, by dobrze podjeść, popić i się pobawić. W tym czasie kochający się w „Izoldzie” rycerz Milot śledził ją, by sprawdzić, ile prawdy w tych plotkach, które był słyszał. O tym przyprawianiu rogów królowi. Z przykrością odkrył jej schadzkę z Tristanem, któremu udało się znaleźć jakiś sensowny pretekst, by wymigać się od uczestnictwa w polowaniu. Znalazł Marka i mu o tym doniósł. Ale Marek wypił zbyt dużo miodu, by cokolwiek z tym zrobić – a nawet zrozumieć, co Milot do niego mówi.
Wtedy zaślepiony zazdrością Milot zaczął publicznie oskarżać Tristana i Izoldę o zdradę przeciw królowi. Opowiadał, komu się dało, że Tristan zakrada się nocą do królewskiego ogrodu, by schodzić się z Izoldą. I że jak ten Tristan taki biegły w skradaniu się, to pewnie na tym polega tajemnica jego zwycięstwa nad Morchołtem. Zaczaił się na niego gdzieś w krzakach i od tylca zaatakował. I dzięki temu tylko wygrał.
Izolda nie mogła tego zignorować, musiała wyzwać Milota na pojedynek. Podczas walki wykorzystała zdolność ciała Tristana do błyskawicznych ruchów. Którą dawno już była odkryła i z powodzeniem rozwijała podczas ćwiczeń. Więc nie miała z tym baranem wielkiego kłopotu, już po chwili leżał w kałuży krwi u jej stóp.
A może to nie o nadzwyczajną szybkość tu chodzi, pomyślała, lecz przeciwnie, o zagięcie, to znaczy spowolnienie czasu? Tak że działała przez chwilę z normalną szybkością w świecie, który toczył się w zwolnionym tempie. I dzięki temu jej zwykły ruch mógł być dla innych niczym lot błyskawicy.
133
Niestety, pozbycie się Milota nie rozwiązało problemu. Bo baranowie owszem, przestraszyli się na tyle, by nie występować z oskarżeniami zbyt jawnie. Ale po cichu coraz silniej naciskali na króla, by coś zrobił. Rozpuszczali też po ludziach plotki i postarali się, by różnymi źródłami docierały do jego uszu. Żeby mu uświadomić, jak popularne stały się w jego królestwie dowcipy o Królu Rogaczu.
Nawet jeśli w imię króla nie padało, wszyscy wiedzieli, że o nim mowa. Tak jak w dykteryjce, którą pewien wędrowny golibroda podobno opowiadał swoim klientom. O Mirku, królu Fryzji, który miał niezwykle długie, sztywne, niczym u rudych świń sterczące uszy. Dlatego zawsze, nawet kiedy udawał się na stronę, nosił na głowie koronę, żeby je ukryć. Ale kiedy zdarzyło mu się źle potraktować swojego nadwornego fryzjera, ten opowiedział o królewskim sekrecie innym golibrodom. Kiedy król się zorientował, kazał zabić nielojalnego fryzjera oraz wszystkich fryzjerów w kraju. Tyle że ci, zanim ich dopadli żołnierze króla, już zdążyli opowiedzieć innym o jego wstydliwym sekrecie. A ci inni jeszcze innym. Więc król kazał zabić wszystkich mieszkańców królestwa, którzy mogli o tym słyszeć. Ale i to nie pomogło. Bo ostatni zabity zanim zmarł, przed śmiercią zdążył wszeptać sekret piaskowi, na który upadł, ugodzony mieczem w plecy podczas próby ucieczki. Z piasku tego, podlanego krwią zabitego, wyrosła trzcina wodna, której użyto do budowy piszczałek. Muzyka z tych piszczałek niosła w sobie zakodowane słowa, składające się na tę opowieść. Kiedy pochwycił je wiatr, zadbał o to, by dotarły do wszystkich uszu jak ziemia długa i szeroka.
Tak skutecznie, że opowieść ta do dziś krąży po świecie. I doczekała się wielu alternatywnych wersji. Jak w tej bajce, w której uszy zostały zastąpione rogami:
Biała królowa, podczas kiedy jej mąż i król, również białej rasy, spędzał długie miesiące na wojennej wyprawie, urodziła ciemnoskóre dziecko. Bo miała ciemnego, dorodnego Maura za nauczyciela fechtunku. Postanowiła zawczasu dać o tym znać mężowi i tak do niego napisała: Królu mój kochany, pragnę cię zawiadomić, że urodziłam i że masz prześlicznego synka. Niestety, brakło mi mleka w piersiach i musiałam zatrudnić czarnoskórą mamkę do karmienia. (Mamka była żoną nauczyciela fechtunku, lecz o tym królowa nie wspomniała.) Nie uwierzysz, ale dziecko nabrało od jej mleka ciemnego koloru na skórze. Król się najpierw zdumiał, potem ucieszył i napisał o wszystkim do swojej mamy. Synu mój i królu, odpowiedziała w liście matka, kiedy się urodziłeś, też miałam problemy z laktacją. Dlatego piłeś mleko od krowy. Może w tym przyczyna tego, co zaszło. Bo co prawda nie zamieniłeś się w krowę, ale z tego, co piszesz wnioskuję, że wyrosły ci rogi.
134
Marek z czasem nabiera pewności, że między jego żoną i najwierniejszym przyjacielem coś nieprzystojnego się dzieje. Ale nie mówi o tym z Tristanem wprost. Boi się, że tym sposobem tylko zmusiłby go do kłamstwa. Rozumie jednak, że musi coś zrobić. Bo straciłby i tak już nadszarpnięty mocno autorytet. Nie chce, by dziejopisarze zapamiętali go jako Króla Rogacza. Prosi Tristana o chwilowe opuszczenie kraju, przynajmniej do czasu, aż sprawa ucichnie. I za radą baranów podaje wygnanie Tristana do publicznej wiadomości.
„Tristan” udaje, że wyjeżdża, ale zamiast tego ukrywa się w pobliskim lesie. I choć dusza Izoldy może cieszyć się ciałem Tristana, które jest w jej wyłącznym posiadaniu, nie przestaje tęsknić za spotkaniem z duszą Tristana. A przy okazji za swoim dawnym ciałem. W końcu znowu zaczyna składać ukochanej duszy potajemne wizyty nocami. Znowu zostają wyśledzeni i wpadają w zastawioną na nich pułapkę. Oboje znajdują schronienie w lesie. Ale i tam ktoś ich już wyśledził. Kryjówkę kochanków najeżdżają żołnierze króla, ujmują Izoldę, a Tristan, choć próbują go zabić, ucieka.
135
Baranowie zażądali przykładnej i surowej kary. Jako że kochanek uciekł, do ukarania została jedynie niewierna żona. Karą i zarazem ofiarą, która odwróci boży gniew od Marka i całego kraju powinna być, wedle baranów, śmierć w ogniu. Królowa przysięgała królowi, że choć owszem, spotykała się z jego przyjacielem, nie jest winna małżeńskiej zdrady. Bo ich związek miał charakter niewinny. Poprosiła męża, by pozwolił jej dowieść tego przed możnymi i ludem Kornwalii poprzez dobrowolne poddanie się próbie ognia.
Ale nie takiej, by ją od razu spalić. Bo w takiej próbie nie byłoby niczego sprawiedliwego. Ani nawet ciekawego. Zamiast tego poprosiła o potwierdzenie jej niewinności poprzez zwyczajowy sąd z rozpalonym żelazem. Sąd ten miał kilka wersji, na przykład jedna z nich polegała na tym, że trzeba było przejść kilka jardów po rozpalonych płytach żelaznych. W jej przypadku miało to polegać na wzięciu do rąk rozpalonej sztaby i przejściu z nią kilku jardów. Jeśli zdoła to uczynić i jeśli jej rany na ręku nie będą zbyt poważne, będzie to znaczyło, że niebiosa potwierdzają prawdziwość jej przysięgi i że należy ją uznać za niewinną.
A kiedy król się zgodził, dodała jeden warunek. Taki mianowicie, że sędzią w procesie o jej niewinność będzie osoba o uznanym autorytecie i niezależna ani od króla, ani od kornwalijskich baranów. Na pytanie, kim ma być ta osoba, Izolda wskazała Sir Gawaina, rycerza któren jak żaden inny z uczciwości słynął. Poprosiła króla, by wysłał poselstwo do króla Anglii, Artura, z prośbą by pozwolił na udział Gawaina jako sędziego w procesie i by zgodził się wysłać razem z nim na miejsce procesu drużynę swoich rycerzy dla ochrony niezawisłości sądu. Następnie poselstwo miało się udać do Gawaina i omówić z nim szczegóły, proponując na miejsce sądu Białą Równię, a konkretnie angielski brzeg rzeki, która tamtędy przepływa i oddziela od siebie oba królestwa.
Król przyjął te warunki, pożegnał małżonkę i przystąpił do realizacji jej woli. Kiedy data sądu została ustalona, królowa wysłała Brandzelę, z dwoma zaufanymi rycerzami dla jej ochrony, do miejsca, w którym chował się Tristan.
136
W dniu sądu na Białej Równi spotkali się Kornijczycy, po jednej stronie rzeki, z Gawainem i towarzyszącymi mu rycerzami, po drugiej stronie. Izolda została wyprawiona łódką na drugi brzeg. Wszystkiemu przyglądali się król wraz z dworem, prawie wszyscy baronowie, oraz spory tłum poddanych, dla których to ważne wydarzenie było przede wszystkim okazją do rozrywki. Już od samego rana w miejscu sądu rozkładali się kupcy i szynkarze, sprzedający płaskie chlebki z żyta, jęczmienia i owsa wypiekane na rozgrzanych kamieniach i w popiele; suszone, wędzone i pieczone rybki, głównie śledzie i sardynki, zwane w miejscowej gwarze „pięknymi panienkami”; cydr, ciemne piwo górnej fermentacji oraz mocniejszy słodownik (braggot), połączenie piwnego ciała z duszą pitnego miodu.
Obok miejsca, w którym miała wylądować Izolda, siedziała grupka osób wyglądających na mnichów, pielgrzymów albo żebraków. Kiedy łódź zbliżyła się do brzegu, jeden z nich zerwał się i podbiegł, oferując Izoldzie pomoc w dostaniu się do brzegu. Dwaj towarzyszący Izoldzie rycerze próbowali go odpędzić, ale Izolda ich powstrzymała.
– Pozwólcie temu nieszczęśnikowi zarobić sobie a mnie dopomóc – powiedziała.
Pochwyciła wysuniętą ku niej rękę nieznajomego i pozwoliła się ponieść ponad wodą. Mężczyzna wyglądał na wynędzniałego i rzeczywiście, ledwie dotarł do brzegu, potknął się i przewrócił z królewną na ziemię.
– Nic się nie stało! – krzyknęła królowa, zrywając się z ziemi i uspakajając wszystkich dokoła gestem dłoni. – Ten poczciwiec zrobił tyle, ile mógł i zasłużył sobie na grosz.
Rzuciła mu hojną zapłatę, co nikogo nie zdziwiło, wszak działo się to przy szerokiej publiczności i królowa niejako z urzędu zobowiązana była do podkreślania hojnością królewskiego majestatu. Poza tym szła na sąd, więc jałmużnę można było uznać za próbę wkupienia się w łaski losu.
137
Przed namiotem Gawaina stał ołtarz z relikwiami świętych. Obok płonął stos. Gawain czekał na podsądną przed ołtarzem. Królowa skłoniła mu się i zaczęła rozbierać. Zdjęła trzewiki i płaszcz, rzuciła w ogień. Zdjęła klejnoty z szyi i rąk i obwiesiła nimi relikwie. W jednej cienkiej sukni przystąpiła do przysięgi.
– Wielebny Gawainie, sędzio mój, i wy wszyscy, którzy jesteście tego sądu świadkami, w waszej obecności pragnę złożyć przysięgę, o której prawdziwości zaświadczyć ma sąd poprzez rozpalone żelazo. Na te ciała świętych i na wszystko, co święte przysięgam, iż nigdy nie trzymał mnie w objęciach mąż z niewiasty zrodzony, prócz mego męża, króla Kornwalii, prócz mego ojca i prócz tego nieboraka, który przeniósł mnie z łódki na brzeg.
Tu spojrzała na mężczyznę w łachmanach, który przed chwilą pomógł jej wysiąść z łodzi. Był tak dobrze ucharakteryzowany, że nawet ona nie rozpoznawała w nim Tristana.
Następnie zapytała Gawaina, czy jako sędzia przyjmuje słowa jej przysięgi. Gawain potwierdził i poinstruował podsądną, co i w jakiej kolejności powinna uczynić, by potwierdzić swoją prawdomówność. Czyli podjąć z zagłębienia we wnęce ołtarza rozpalony kawał żelaza, obejść z nim w zaciśniętej dłoni ołtarz dokoła i odłożyć w to samo miejsce. Gawain następnie wskazał królowej owo zagłębienie, odsunąwszy wcześniej przykrywającą je kamienną płytę. Jednocześnie jeden z jego pomocników przy pomocy szufli wyciągnął z ognia sztabę żelaza i włożył ją do tego miniaturowego grobowca. Wtedy Gawain polecił królowej powtórzyć wiernie słowa przysięgi. Kiedy to uczyniła, sprawdził, czy z żelastwem wszystko w porządku, odsunął się i wskazał ręką na wnękę w ołtarzu na znak, że ma rozpoczynać. Królowa bez chwili wahania, przeżegnawszy się tylko, podeszła i włożyła rękę do zagłębienia. Kiedy ją wyciągnęła, w jej dłoni widoczny był rozpalony do czerwoności kawał żelaza. Zgromadzeni najbliżej miejsca próby poczuli wyraźny zapach palonego mięsa.
To powiedziawszy, pies o imieniu Ben zamilkł na chwilę, chrząknął, rozejrzał się dokoła, po czym oświadczył, że musi udać się na stronę.
Marek Gajdziński
CZYTAJ TEŻ