Dyslokacja


 

Staram się nie traktować przemocy, przesadnej czułości i wyrzutów matki jako jej cech wyłącznie osobistych, lecz umiejscowić je również na tle jej historii i kondycji społecznej. Ten sposób pisania, który wydaje mi się nastawiony na prawdę, pomaga mi wyjść z osamotnienia i mroku indywidualnej pamięci poprzez odkrycie ogólniejszego znaczenia. Czuję jednak, że coś się we mnie opiera, bo chciałabym zachować czysto emocjonalne obrazy mojej matki, jej ciepło czy łzy, bez nadawania im sensu. 

[Annie Ernaux, „Historia kobiety”] 

 

Mój pokawałkowany, niestabilny często język nie oddaje prawdy o mojej historii. Wielokrotnie zastanawiałam się, dlaczego mój mózg jakby „źle działa”. Zazwyczaj jest tak, że wiem, co myślę i co chcę powiedzieć, ale kiedy tylko otwieram usta lub pragnę to zapisać, słowa wymykają się, rozłażą, roztrwaniają na cztery wiatry. W samym środku tej burzy jestem ja, próbująca przytrzymać słowa, co wymaga zarazem ogromnej siły i staranności, aby wciąż choćby w najmniejszym stopniu oddawały to, co chcę powiedzieć. Spędzasz cały dzień na pragnieniu pisania, ale robisz wszystko, żeby tylko nie usiąść i nie pisać. Krzesło parzy, parzy też stół i komputer. W twojej piersi mieszka znerwicowany zając, którego musisz natychmiast wypuścić. Jeśli tego nie zrobisz, nasra ci do mózgu. Zwiniesz się w kłębek i tyle z tego będzie. Cały twój wspaniały świat pójdzie w pięty i nikt nigdy się o nim nie dowie. Dlaczego ten akt translacji jest tak burzliwy i sprawia mi tak ogromny ból? Kiedy patrzę na innych, którzy mówią albo piszą, zdaję sobie sprawę, że ich też może to wiele kosztować, ale ten wysiłek jest nierówno rozłożony. Jedni mówią i piszą z trudem, dla innych jest to dziecinna igraszka. Patrzenie, jak robią to inni, jest zbyt frustrujące, uśmiechasz się jednak i udajesz, że nie kroczysz właśnie po rozżarzonych kamieniach, które w dodatku są wysypane w twoim brzuchu. Wyuczyłaś się sposobów mówienia, naciskasz guzik i jakoś to leci. Prowadzisz swój wózek zmyślnie przez towarzyski i społeczny slalom, zgrabnie omijasz przeszkody. Tylko ty wiesz, jaka jesteś walnięta i jak bardzo się tego całe życie wstydzisz. Często boli cię głowa, a ty długo nie rozumiesz, dlaczego. Jesteś bardzo często wyczerpana, ale nigdy fizycznie. Potem przychodzi medykalizacja języka i wspaniałe, tak pomocne akronimy: add, adhd, bpd, a nawet audhd, dobra stara nerwica też się nada – to nie ty, to twój chory mózg. Ilość obecnie dostępnej na ten temat wiedzy, w książkach, czasopismach i internecie powoduje łatwe, leniwe diagnozy. O ileż prościej jest myśleć, że cierpię na rodzaj łagodnej choroby psychicznej albo zaburzenia, zamiast drążyć własną historię, dokonać bolesnego przeglądu rany, którą zalepiłaś plasterkiem i niedbale zaszpachlowałaś. 

 

Obiecałam na potrzeby tego tekstu, że opowiem o tym, jak w szkole odkryłam, że przynależę do innej klasy niż koleżanki, i wstydzie, jaki z tego wynikł. Zaczęłam ten fragment nawet już pisać, ale mniej więcej po kilku akapitach zorientowałam się, że wcale tego nie chcę. Wstyd jest jednak zbyt duży. Nie jestem w stanie lub nie mam ochoty robić tego właśnie teraz, na przestrzeni niewielkiego tekściku ściągać dwudziestopięcioletniej zasłony, jeszcze nie czas. Potem próbowałam sobie coś rzeczywiście przypomnieć, jakieś konkretne zdarzenie. Sceny w szatni, rozbieranie się i próby zamaskowania własnej chudości i braku piersi. Ramiona do przodu. Ubrania, które jakoś źle leżą. Pragnienie, żeby zniknąć. Ale to są jakieś banalne sytuacje, które pamięta i przeżył w szkole każdy. Liceum naturalnie skomplikowało ten obraz rzeczy. Wtedy głównie próba zamaskowania poczucia niedopasowania. Świat versus ja. Kiedy twoje ubrania wciąż źle na tobie leżą, twoje ufarbowane włosy mają jakiś taki niewłaściwy kolor, a na wycieczkach, poza kontekstem szkolnym lekcji i przerw, zdajesz sobie sprawę, że nie wiesz, jak z ludźmi rozmawiać. Potem obserwacja i nauka. 

 

Jest pewna różnica pomiędzy wiedzą a pamięcią. Na przykład: wiem, że pewne rzeczy mi się przydarzyły, ale nie pamiętam szczegółów. Pamiętam uczucie, palące sensacje w żołądku lub szum w głowie, wywołany lękiem. Ale nie pamiętam dokładnie fabuły. Jak to opowiedzieć? Im dłużej jednak o tym myślałam, stawało się dla mnie jasne, że nie chodzi o samą kwestię odkrycia się. Raczej o to, że wstyd ten, czy wiele wstydów, zalaminowało się we mnie w dziecięcej, pierwotnej formie, do której dorosła ja nie miałam już dostępu. A przynajmniej nie z marszu, nie bez pewnej pracy, specyficznego wysiłku. 

 

Wstyd to obręcz, która nas trzyma. To oprawca, najgorszy dyscyplinator, surowy pan i władca. Wiem, że zawstydzano mnie od samego początku. Zawstydzano mnie w stosunku do mojego ciała. Zawstydzano mnie za to, jak myślę. Zawstydzano mnie, że coś lubię. Najbardziej zawstydzano moją ekspresję radości. To, że ciało jest grzeszne i wstydliwe, było dla mnie bardziej oczywiste niż to, że się urodziłam i fizycznie istnieję. Wstyd poprzedzał moje istnienie. Teraz wiem, że oni tacy byli, bo sami się wstydzili. Wstydzili się, „co ludzie powiedzą”. Wstydzili się, że są biedni. Wstydzili się siebie nawzajem. Uprawiali seks w ubraniu – nie mam na to dowodów, ale jestem tego pewna. Wstydzili się swoich rodzin, które oceniali i które bez przerwy oceniały ich oraz siebie nawzajem. Wstydzili się miłości, czułości, miłych gestów. Jakby mieli się od tego rozpaść. Bezustannie drżeli, że zrobią coś nie tak. Gorliwie uczęszczali na msze. Bili nas. Bili, dlatego, że się wstydzili. 

 

Moja matka nie chciała być żoną swojego męża ani matką swoich dzieci. Nie wiem, czego naprawdę chciała, pewnie się tego wstydziła. Nie znosiła seksu z nim, więc przy każdej okazji dawała nam do zrozumienia, że seks sam w sobie jest odrażający. Przede wszystkim zaś okrywa kobietę wstydem. Przyparta do muru pewnie powiedziałaby, że seks staje się nagle w porządku i doznaje sublimacji po ślubie, ale przypuszczam, że w głębi duszy uważała, że seks jest nie do zaakceptowania w żadnej formie. Seks był wstydem ucieleśnionym. Nie była aseksualna, ani nie była lesbijką – po prostu nikt jej nie pokazał, że seks nie musi wiązać się z poczuciem winy. 

 

To permanentne uczucie wstydu scedowali potem na swoje córki. Być może wstydzili się, że je mieli. Wstydzili się, bo były owocem seksu, którego też się wstydzili. Pierwsze, co miałam robić, to „nie przynieść im wstydu”. Wstyd mógł być przyniesiony na wszelkie, bardzo różne sposoby. Wstydem było złe zachowanie na mszy świętej. Wstydem było zsikanie się w przedszkolu. Wstydem było filuterne zachowanie dziecka, które chciało się cieszyć, wygłupianie się, chęć zabawy, wstydem było niemówienie dokładnie tego, co należało. Za to należała się kara. 

 

Annie Ernaux w „Miejscu” i „Historii kobiety” pisze o swoich rodzicach przede wszystkim przez pryzmat tego, jak bardzo się wszystkiego wstydzili. Czytając ją, zrozumiałam, z jakiej jestem klasy – jeśli się wstydzisz, to nie jesteś z klasy średniej. Burżuazja i inteligencja się nie wstydzą, one wiedzą, że im się należy. Ja się wstydziłam, wstydzę i będę się wstydzić. Wstydziłam się jej obcesowości w mowie i zachowaniu, i to tym bardziej, że czułam, jak bardzo jestem do niej podobna. – tu Ernaux, ale mogłabym jej niektóre akapity przepisywać żywcem. Wstyd, jaki dziedziczy Ernaux, wynika z tego, że zarówno wstydzi się za swoich „nieokrzesanych” rodziców, jak i wstydzi się tego, jak ich kosztem, ich ogromnego poświęcenia, miała szansę się z ich półzwierzęcego stanu wyrwać. A potem wstydzi się, że oni musieli się poświęcać. Ma pełną świadomość, jak opisywanie ich losów za pomocą literackiego francuskiego jest aktem zdrady, jest żywym aktem dyslokacji, przemieszczenia. Przecież tym dokładnie jest literatura – przeniesieniem, permanentnym nieposkładaniem doświadczenia i zapisywania, nieredukowalną niezgodnością. 

 

Ten wstyd jest między nami, wiąże nas – dlatego kiedy jeszcze rozmawialiśmy, odzywaliśmy się do siebie wyłącznie kłótliwym, antagonistycznym tonem. 

 

Mój obecny wstyd, ten dorosły, który trwa, odkąd skończyłam 15 lat, to już nie ten wstyd, który we mnie zasialiście, to wstyd za to, że świat, w którym chciałam się znaleźć, dał mi ostateczny pretekst do tego, aby zacząć się za was wstydzić, a potem was definitywnie porzucić. Żeby przestać się wstydzić przed koleżankami, musiałam zacząć się wstydzić was, co wcześniej nie przyszłoby mi do głowy. Do końca podstawówki byłam za bardzo organicznie i fizjologicznie zespolona z naszą rodziną, jakakolwiek by ona nie była, żeby wyobrazić sobie życie poza nią. Jej doświadczenie było moim doświadczeniem. Po pójściu do liceum to się zmieniło. Kopanie dołu między nami zaczęło się wiele lat wcześniej, ale to dopiero prywatne, prestiżowe liceum go przypieczętowało. Pieniądze, na które zapracowaliście robiąc rzeczy, z których moje nowe koleżanki się śmiały, pomogły mi od was uciec, sami wykupiliście mój bilet, bym znalazła się z dala od waszego świata. Z ulgą machałam wam na pożegnanie. Byliście obcymi ludźmi. 

 

Nadal nimi jesteście. Mój wstyd jest poręcznym potworem, małym pieszczoszkiem, którego noszę ze sobą, który siedzi mi na ramieniu. Z nim się budzę i przy nim zasypiam. 

 

Matka Annie Ernaux, strażniczka drobnomieszczańskiego moresu przez całe swoje życie w wiecznej, niepewności i strachu przed faux pas, w końcu zapada na Alzheimera. Ich zawsze trudny i bolesny związek matki i córki wchodzi na inny poziom, a z konfliktu wypompowana zostaje energia. Ich wzajemne wstydy tracą relewantność, kiedy matce nagle trzeba założyć pieluchę. Nic już nie ma znaczenia. Najpierw matka jeszcze wstydzi się, że zsikała się do łóżka, potem przestaje to zauważać. Wraz ze zmierzchem mocy kognitywnych zmierzcha również sam wstyd. Matka staje się na powrót małą dziewczynką, córką (a jej córka – jej matką). Zostaje wysłana do domu opieki. Nosi wielki kaftan rozpinany na plecach, żeby personelowi łatwiej było jej go zdjąć, jeśli się pobrudzi. Nie ma już samokontroli. Je palcami. Nie wstydzi się już niczego. Jeśli czegoś nie znajduje, to już tego nie szuka, bo niczego nie boi się już stracić. 

 

Jak będzie z nami, m. i t.? 

 

Wstyd i jego przekroczenie znajdują się w samym sercu tego, co należy przekroczyć, żeby pisać. Literatura jest obsceniczna. To coś, co cię przeraża, budzi wstręt, lęk albo zdumienie, ale nie możesz przestać na to patrzeć. Literatura jest wstydem, który został zauważony, nazwany i pokonany. 

 

Jeśli chcę więc przejść w końcu na drugą stronę tekstu, tak aby zaistniał, muszę przekroczyć granicę, która istnieje we mnie samej. I przypominam sobie o istnieniu tamtej dziewczyny – tej, która była inna, śmieszna, dziwna, z katolickiej rodziny, samotna, stłamszona, wystraszona. Idę do niej, już prawie ją widzę. 

 

 

Agata Pyzik


 

CZYTAJ TEŻ