Rozwód
Musiała na chwilę wyjść po pietruszkę, a robiła obiad, więc poprosiła, by za dziesięć minut wyłączył gaz i odcedził wodę z garnka z ryżem, garnek przykrył pokrywką. Jemu oczywiście wszystko się pokręciło. Gaz zamknął, ale ryż został w gorącej wodzie, nic dziwnego, że był potem rozgotowany. Dzieci nie chciały jeść rozgotowanego ryżu. A dla niej dobrze zjedzony obiad to świętość. Jak dzieci nie zjedzą solidnego obiadu, to mogą się rozchorować, a nawet umrzeć. Po tym, co zrobił, przecież nie po raz pierwszy, postanowiła się z nim rozwieść. Wszystko mu się mieszało, był niechlujny, nie miał ochoty na seks, robił śmierdzące kupy, nikomu w rodzinie to się nie zdarzało, a on zawsze.
Przez cały następny dzień chodziła z myślą o rozwodzie, a nawet z tą myślą siedziała na sedesie, potem na krześle w pracy, potem myślała o rozwodzie w metrze. I oczywiście już w domu, jadąc windą. Zdarzało się jej o tym myśleć już wcześniej, gdzieś od roku, ale teraz była zdecydowana. Koniec. Amen. I kropka
Dzieci wróciły ze szkoły i siedziały z nosami w ekranach. Pies żądał, by go wyprowadzić na spacer. Wysłała syna z psem, przynajmniej nie będzie przez chwilę grał na komputerze.
A jego nadal nie było. Zauważyła, że nie wyłączył laptopa, nie musiała wpisywać hasła, by go uruchomić. Tknięta jakimś przeczuciem weszła na jego messengera i od razu zobaczyła coś, co wprawiło ją w osłupienie. Erotyczna, niemal miłosna korespondencja z kobietą. Była nawet niebrzydka, przesyłała mu czasami swoje fotografie. Ileż tam było czułych słówek. Zakręciło jej się w głowie. On taki fajtłapa i niechluj ma romans, i to gorący. Ona też miewała romanse, ale jej zdrady zdawały się niegroźne i naturalne, jego były wynaturzeniem, czymś haniebnym i obrzydliwym. Nigdy nie oceniamy swoich i cudzych grzechów jednakowo, nawet gdy są identyczne.
Trzęsącymi rękami wkładała naczynia do zmywarki i mówiła do siebie:
– Ja mu jeszcze pokażę, ja mu jeszcze pokażę, nie pozbiera się!
O rozwodzie już nie myślała, bo jak się rozwodzić w takiej sytuacji, nie ma mowy.
Raju nie będzie
Kiedyś zawsze budził się z myślą „jaki ja jestem młody”. Teraz zawsze budzi się z myślą „jaki ja jestem stary”. Wstaje i drepce do łazienki, by wziąć prysznic i umyć zęby. I tak od bardzo wielu lat. Zawsze tak samo. Tylko ta pierwsza myśl po przebudzeniu inna niż kiedyś. Między tą młodą a tą starą myślą przepłynęło morze pełne ryb i okrętów. Jego przeszłość to rupieciarnia, wielki tam bałagan, pomieszały się wspomnienia. Za to z przyszłością stało się coś dziwnego. Jest tylko jej skrawek, a dalej majaczy pionowa ściana. Z grubego szkła, coś za nią jest, ale nie wiadomo co. Jak do niej dojdzie, to będzie koniec, całkiem blisko ta ściana, ale jak blisko, tego dokładnie nie wiadomo. Koniec nie koniec, mruczy do siebie, może są tam jakieś drzwi? Niemożliwe, żeby taka ściana nie miała drzwi, a za drzwiami czegoś nie było. Kiedyś wierzył w Boga, ale w tym trudnym do uchwycenia czasie między młodością a starością stracił wiarę, a teraz na nowo zdaje mu się, że Bóg jest całkiem możliwy, no i miło sobie pomarzyć o raju. Przeżył życie porządnie, zasłużył na raj. Więc od dwóch lat na wszelki wypadek chodzi co niedziela do kościoła.
Patrzy przez okno, świat jakby osiwiał, przeleciał siwy gołąb, siwe są drzewa i chmury, siwy tłum na ulicy. Za to elektryczny czajnik jest czerwony. I drży teraz od wrzątku. Sypie do białego kubka dwie łyżki czarnej kawy i zalewa je wodą. Otwiera lodówkę i nalewa do kawy mleka, kawa staje się siwa. Jak zawsze. Kiedyś nie wszystko było jak zawsze, od śmierci żony wszystko jest jak zawsze. I zdaje się, że już zawsze będzie jak zawsze.
Nagle coś uderzyło w szybę okna, tego wychodzącego na balkon, miękko, niemal czule. Zajrzał z niepokojem. Leżał na balkonie ptak, chyba szpak, jakby skulony w sobie, ze złożonymi ostatecznie skrzydłami. Takie nieszczęście, pomyślał. Dlaczego uderzył właśnie w moje okno? Wyszedł ostrożnie na balkon, tak, szpak. I co ja mam teraz zrobić? Jak go pochować, nie mam na to warunków, co za historia, zagapił się biedak.
Wrócił do mieszkania i krążył niespokojnie po salonie. Co robić? Wynieść go na dwór? Chyba nie ma innego wyjścia. Nie czuje się jednak na siłach opuszczać mieszkania. Martwy ptak na balkonie jednak bardzo go niepokoi. Jakby ta śmierć była za blisko jego życia. I mu zagrażała. Co robić, co robić? Dawno nie znalazł się w równie kłopotliwej sytuacji. Urwał kawałek sobotnio-niedzielnej gazety, wyszedł na balkon i z mieszaniną przerażenia, żalu i obrzydzenia, stękając głośno, chwycił ptaka w gazetę. Spakował go, po czym zrzucił z balkonu. Popatrzył w ślad w nadziei, że a nuż pofrunie. Nie pofrunął. Spadł jak kamień. Pofrunął tylko kawałek gazety, który uwolnił się od ptaka. Jakbym go zabił ponownie, pomyślał.
Wrócił do środka. I znowu krążył zatroskany po mieszkaniu. Jak ja mogłem coś takiego zrobić, co za łajdactwo, myślał. Nie zasłużyłem na raj.
Gdybym ja wiedział.
Gdybym ja wiedział… często tak myślał, a czasami szeptał, ten szept unosił myśl na fali westchnienia. Gdybym wiedział, wzdychał… a po chwili zwykle dopowiadał, postąpiłbym inaczej albo w ogóle bym nie postąpił, powiedziałbym albo bym tego nie powiedział, zrobił to lub tego nie zrobił. Człowiek zwykle wie, jak powinien był postąpić, kiedy jest już za późno. I potem zadręcza się myślami, że popełnił błąd. A przeszłości nie da się odkręcić, przeszłość jest bezwzględna. Zdarzały się mu wielkie zadręczenia, zdarzały się małe, ale nieznośne jak komary. Myśli czasami: jak wtedy przyszła, trzeba było spróbować i wyciągnąć do niej rękę, a stchórzyłem. Minęło czterdzieści lat, a nadal to przegapienie boli. Stało się i już się nie odstanie. Dziesięć lat temu kupił ten fotel, patrzy na ten fotel, rok się wahałeś, durniu, i głupio kupiłeś, fotel nieładny, gdzie ty miałeś oczy. Dawno temu, już w czasach zamierzchłych, wahał się, czy pójść studiować prawo, tak debatował, aż głowa zrobiła się cała czerwona. I nie poszedł. Poszedł na higienę żywności, dureń. Jaka szkoda. Życie potoczyłoby się inaczej, lepiej.
Widać tu jak na dłoni, że nasz bohater należy do ludzi, którzy nie tylko żałują po latach tego, co zrobili, ale mają też problem z podjęciem decyzji, długo zastanawiają się, przewlekle rozważają, co wcale nie chroni ich przed błędem. Na przykład, czy się ożenić, zastanawiał się równo pięć lat. W końcu się ożenił. Fatalna decyzja. Ujawniło się to po czasie, bo liczne nasze błędne decyzje zwykle cierpliwie czekają, zanim pokażą szpetną twarz. Z kolei od trzydziestu lat zastanawiał się, czy się rozwieść, nie podjął decyzji i tak trwał w domowym piekle zdawało się dożywotnio, ale żona w końcu umarła.
Kiedyś wyrzucono go z pracy i popadł w depresję, nawet myślał o samobójstwie. Szykował się do tego samobójstwa, zbierał pastylki nasenne, nie uzbierał za wiele, mogło nie wystarczyć, skakać przez okno?, nie ma mowy, to nieestetyczne. Jak dochodzi co do czego, to popełnienie samobójstwa okazuje się tak trudne, że można się do samobójstwa zniechęcić. Depresja minęła, jaki ja byłem mądry, myślał, że nie zabiłem siebie, wszystko dzięki mej ostrożności i rozwadze.
Aż zdarzyła się tragedia. Takie rzeczy spadają na człowieka jak grom z jasnego nieba. Żona go zdradziła, w piątek, więc w dzień bezmięsny. Bezmięsność piątku była u nich starannie przestrzegana. Żeby jeszcze z kimś ważnym, a ona z listonoszem, który od lat przynosi im listy. To zdarzenie przyszło nagle i było zaskoczeniem tak wielkim, że zachwiało całym fundamentem jego życia. Jego Małgosia, już niemłoda, z nadwagą, z rzadko mytymi włosami, zadała się z listonoszem, z niewielkim chudym facecikiem z wąsem, który nawiedzał ich na starym rowerze. Do tej pory nie wiedział, co to jest zazdrość, teraz wielka fala porwała go i poniewierała nim, wyrabiając z jego ciałem i umysłem straszne rzeczy.
Pewnie czytelnik jest ciekawy, jak wydała się zdrada żony. Banalnie, a zarazem brutalnie. Dosłownie nakrył ich na gorącym uczynku.
Miał jechać na wycieczkę autobusową, taką krajoznawczą, z kolegą, też emerytem, a tu autobus popsuł się na samym starcie i trzeba było wracać do domu. Nie zadzwonił do żony, pomyślał, że zrobi niespodziankę. I zrobił.
Kiedy wszedł do mieszkania, uderzyło go, że z sypialni dobiega głośna muzyka, a drzwi są zamknięte. Kiedy je otworzył, ujrzał swoją nagą żonę, w której gościł listonosz, jego pośladki zdawały się tańczyć w takt tej muzyki. Torba, jaką zwykle noszą listonosze, stała na krześle. Naturalna przytomność umysłu nie pozwoliła mu popaść w obłęd. Zachwiał się, to prawda, ale przytrzymał się framugi.
– Co wy robicie najlepszego? – zapytał.
To pytanie nie było na miejscu, bo było oczywiste, co robią, ale to tak trudna sytuacja, że nie ma pytań sensownych, wszystkie są bez sensu, więc najlepiej jest milczeć. Ale to mu się nie udało. Zaraz potem jednak zamilkł i poszedł nadzwyczaj powoli, jak w jakimś śnie, do kuchni, nastawił czajnik z myślą o herbacie, herbata zwykle ratowała go w trudnych sytuacjach. Zalał saszetkę wrzątkiem i usiadł za stołem, z widokiem na korytarz. Tym korytarzem właśnie przemykał listonosz, częściowo tylko ubrany, z wąsem zdawało się nastroszonym.
– Ja pana przepraszam – powiedział listonosz na odchodnym – pan bardzo łaskawy.
Rzecz jasna odpowiedział milczeniem.
W kilka lat po tym zdarzeniu biedził się, dlaczego listonoszowi pozwolił tak odejść, trzeba było go obić, mały był i cherlawy, gdybym ja wiedział, myślał, że będzie mnie to tak męczyć w postaci uczucia upokorzenia, obiłbym go, a teraz za późno. Listonosz musiał się zwolnić z pracy, a przynajmniej zmienił region, bo nigdy się już u nich nie pojawił. A on się nie rozwiódł, a powinien. I teraz biedzi się: jak ja mogłem nie rozwieść się wtedy? Jak ja mogłem?
Bratowa
– Nie znoszę jej!!! – wykrzyczała na fali awantury, a ta awantura wzięła się z tego, że ma do nich wpaść jego bratowa z małym Frankiem.
I znowu jest ktoś, kto jej podpadł, pomyślał, nowy obiekt nienawiści. Padło na bratową. Jeszcze tylko tego brakowało, ma kłopoty w pracy, od niedawna wrzód dwunastnicy, kredyt do spłacenia. Żona nadal się złościła.
– Nie znoszę jej, ona ciągle się czymś chwali i wiem, że mnie nie lubi.
Jej się wydaje, że niemal każdy jej nie lubi. Tak myśli, bo sama nie lubi ludzi. Mierzymy świat własną miarą, nie mamy innej. Żona nie lubiła jego znajomych niemal w komplecie, a sama nie miała już znajomych, zraziła się do nich. Więc jedyni znajomi, jakich mają, to są jego znajomi, nielubiani przez żonę. Z reguły nie lubi się ludzi, którzy jakoś nas poniżają, choćby tym, że są zawsze z siebie zadowoleni. Dla zwykle niezadowolonych z siebie cudze dobre samopoczucie jest irytujące. Jakby taki ktoś wołał na głos: „Ty jesteś nieszczęśliwa, a ja jestem szczęśliwa!”. Teraz padło na jego bratową. Ona była rzeczywiście optymistką i zdawała się zadowolona z życia. Do tej pory żona ją akceptowała, ale w czasie ostatniej wizyty brata z małym Franiem okazało się, że dla dziecka udało się załatwić darmowe przedszkole, i to dobre. I żonę szlag trafił. Bo oni za przedszkole Amelki słono płacą.
– Jaka to sprawiedliwość, jaka z niej cwaniara! – wołała po tej wizycie żona w niezwykłym wzburzeniu.
To jest zawiść, ordynarna ludzka zawiść, na nią jest chora moja żona, myślał w panice. Bo przecież wiele wskazywało na to, że spędzą ze sobą całe życie. A przed laty, gdy się poznali, była cicha, jakby dyskretnie zaszyta w sobie, zawsze z półuśmiechem, i zdawała się bardzo życzliwa ludziom. Zmieniła się, czy wtedy ukrywała swoją prawdziwą twarz?
– A do tego – wołała żona – ona chce ciebie omotać, już ciebie omotała, żebyś zajmował się jej synalkiem, a ty naszą córką w ogóle się nie zajmujesz! – Zamilkła, by wypalić w finale: – A do tego jest brzydka, jak twój brat mógł sobie wziąć taką maszkarę? Straszna baba.
Moja żona jest potworem, pomyślał. Ale przecież taka sama jest jej matka. Ona jest kopią matki. Jak się żenisz, to wcześniej dobrze poznaj matkę przyszłej żony, teraz już to wie, wtedy tego nie wiedział.
Brat z bratową i z małym Frankiem przybyli punktualnie o osiemnastej. Wcześniej żona długo myła włosy, malowała i stroiła się, a potem, burcząc pod nosem, wysprzątała salon, zawsze się boi, że ktoś pomyśli, że nie daje sobie rady z domem. A co ludzie pomyślą o jej domu, jest dla niej bardzo ważne.
Zamieszanie w holu, Franio złościł się, bo chciał czekoladę, którą przywieźli w prezencie. Z kolei ich Amelia obrażona na coś, nie chciała się przywitać. Jaki wstyd. Żona wycałowała serdecznie bratową. Z jego bratem też wymieniła pocałunek. Zapraszała do salonu, kupiła kilka rodzajów ciasta, proponowała kawę bądź herbatę. Uśmiechnięta, serdeczna, ciepła.
– Ślicznie dzisiaj wyglądasz – powiedziała do bratowej.
– A tam, powinnam iść do fryzjera.
– Nie musisz, podoba mi się twoje uczesanie.
– Twoja żona jest taka miła dla mnie – powiedziała do niego bratowa.
– Zawsze jest serdeczna wobec ludzi – odparł.
Kolacja była obfita i dobra. Gdy już wychodzili, pocałunkom i pożegnaniom nie było końca. A w windzie bratowa mówiła do męża:
– Jaka miła jest żona twego brata, to szczęście mieć taką rodzinę.
Starcze plamy
Codziennie budził się rano pełen obaw i uważnie oglądał swoje dłonie. Wiedział, że brązowe starcze plamy nie pojawią się z dnia na dzień, dlatego w niewinnym pieprzyku, w najmniejszym przebarwieniu skóry, doszukiwał się znaku, że nadchodzą. I jak karaluchy będą łazić mu po dłoniach do końca jego dni. A co jest bardziej obrzydliwego niż karaluch? Jak tu się dziwić, że bał się tych plam, zwanych czasami niesłusznie plamami wątrobianymi. Co za koszmar spać z nimi, a za dnia oglądać je na swoich rękach.
Skończył siedemdziesiąt lat. Większość jego znajomych zostało nawiedzonych przez starcze plamy na dłoniach. Więc i na niego już czas. Człowiek ma tyle wstydliwych miejsc, które można bez trudu ukryć, a starczych plam na dłoniach nie schowasz, są widoczne, oczywiste, i obrzydliwe. Podanie komuś skażonej nimi dłoni, jest nietaktem, a dobierać się taką ręką do kobiety? Zapomnij. On już niemal o tym zresztą zapomniał, żyje sam, panie w jego wieku nie budziły w nim choćby małej iskierki pożądania, a u młodszych nie miał szans. To koniec jakiegoś etapu w życiu i początek nowego, schyłkowego. Ale przecież jeszcze nie ma plam, może nawet nigdy nie będzie ich miał, chociaż to chyba raczej rzadkość. Przeszedł za to niedawno operację zaćmy, „zaćma starcza”, napisano tak na skierowaniu na zabieg, bardzo go to zabolało, chociaż sama operacja była szybka i bezbolesna. Generalnie jednak już psuje się, jak wszyscy w tym wieku. Gdy był dzieckiem, dziwił się, dlaczego ludzie umierają? A umierają, bo się psują. Jak zabawki dzieci, jak jego samochód, staruszek Citroën na wykończeniu, wysłużony fotel w tym wozie pamięta siedzenie jego żony, miała sprężyste i kształtne, gdy byli jeszcze razem kochając się i kłócąc się na zmianę. Od dawna są po rozwodzie, a siedzenie żony już na pewno się zepsuło. Mało kto wie, że człowiek starzeje się od tyłka, pośladki tracą owal i sprężystość.
Był w centrum miasta, pojechał kupić sobie nowe buty, miał jedną stopę trochę dłuższą, więc zawsze bieda z dobraniem butów, żeby pasowały. A dla niego dobre buty to fundament pewności siebie i dobrego samopoczucia. Wyszedł z kolejnego sklepu z niczym. Wtedy właśnie zobaczył żonę, byłą żonę. Też go dostrzegła, nie mógł dalej udawać, na co miał ochotę, że jej nie widzi.
Kłócili się kiedyś o wiele rzeczy, ale największy konflikt powstał z okazji rozwodu, a dotyczył obrazu; dom wśród drzew, drewniana studnia, bocian na jednej nodze, obraz pędzla mało znanego przedwojennego malarza. Nikt nie chciał ustąpić. W końcu nie mogąc się dogadać, w wielkim gniewie sprzedali obraz (potajemnie potem go odkupił). Wojna, jaka toczyła się między nimi, wykopała głęboki rów, który tak ich podzielił, że nigdy do siebie nie dzwonili. Czas jednak już przysypał, a może nawet zasypał, ten rów gruzem, jaki zostawiły upływające lata. A teraz takie spotkanie. Postarzała się i to jak!, wykrzyknął w myślach i od razu samokrytycznie uznał, że na pewno pomyślała o nim to samo. Lata niewidzenia wyostrzają obraz zmian, jak ludzie widują się często, przyzwyczajają się do zmian. Chwilę wahali się, czy podejść do siebie i się przywitać. Zrobili to i była to wspólna decyzja. Pierwsza wyciągnęła rękę. Miała szczupłą dłoń z ładnymi długimi palcami, zawsze lubił i cenił jej dłonie. Przytrzymał ją przez chwilę w swojej, ta dłoń smakowała mu jak kiedyś i poczuł nawet wzruszenie, ale też od razu dostrzegł, jak jest pomarszczona, pożółkła i zmięta, jak jesienny liść, dłoń kiedyś tak bliskiej osoby, teraz zużyta jak rękawiczka w pociemniałym cielistym kolorze, która tak czule go kiedyś pieściła. I są! Starcze plamy biegały po jej dłoni między nabrzmiałymi strumieniami żył. Zawstydził się tego, co zostało tak bezwstydnie obnażone dzięki uściskowi.
– Dawno nie widzieliśmy się – powiedział coś, by pokryć zmieszanie.
Zdawała się liczyć, po czym odparła:
– Dwadzieścia lat – głos jej się nie zmienił. Przyjrzał się teraz uważnie jej twarzy, miała wiele zmarszczek, szczególnie w miejscach, gdzie zwykła się uśmiechać bądź gniewać. U każdego zmarszczki lubią gromadzić się w miejscach często używanych. W niej zawsze było wiele złości, ale też sporo uśmiechów. Dlatego wspólne życie było życiem pod czynnym wulkanem, na którego zboczach rosną pomarańczowe gaje, pachnące słońcem, zagrożone jednak kolejnym wybuchem. Czasami nawet tęsknił za tamtym życiem, gdy wiosna ciągle przeplatała się z zimą, a czas już zjadł dawny niepokój, wszystko zostało wyjaśnione, więc na wierzch mogą wypłynąć miłe wspomnienia, Bardzo się jednak zmieniła. Była szczupła, niemal chuda, jakby wyschnięta, a jej szyja przypominała zapętlone korzenie starego drzewa. Przestraszył się tej szyi.
– Słyszałam, że dobrze sobie radzisz na emeryturze – powiedziała.
– Nie mam wyjścia, muszę sobie jakoś… wszyscy musimy. Mieszkam sam…
– Tak słyszałam, mamy jeszcze kilku wspólnych znajomych, oni się z nami nie rozwiedli, plotkują – uśmiechnęła się swoim pełnym uśmiechem, zauważył, że zęby jej pociemniały, nigdy nie miała ładnych, wyglądały jak małe drewniane kołeczki. Plotkują, pomyślał, ciekawe, co tam o nim gadają.
– A ty się rozwiodłaś po raz drugi, słyszałem – czuł satysfakcję, że jej nie wyszło, ale starał się by tego nie dostrzegła – trzeba mieć teraz wiele szczęścia, by małżeństwo było udane.
Przytaknęła. Stwierdził z pewnym zdziwieniem, że już nie czuje wobec niej wrogości. I widział, że ona nie czuje jej wobec niego. Pozwolił sobie nawet na współczucie z powodu zmiany, jakiej dokonał w niej czas, współczuł jej, ale również sobie, też się zmienił, może nie tak bardzo jak ona, ale jednak bardzo. I było w tym coś w rodzaju serdecznej solidarności.
Porozmawiali przez chwilę o tym, kto umarł ze znajomych, kto na co choruje, potem jakby zabrakło im tematu i w spotkanie wkradło się zakłopotanie. Więc pożegnali się szybko, ale nadzwyczaj serdecznie, miał nawet odruch by ją pocałować w policzek, ale bał się, czy to nie będzie za wiele. Podał więc tylko rękę, taktownie nie patrząc na jej dłoń ani na szyję, skupił się na oczach, były niemal niezmienione i odnalazł w nich młodą dziewczynę.
Szedł chodnikiem w zgiełku miasta, dziwnie pokrzepiony tym spotkaniem, zatrzymał się i oglądał swoje dłonie, ten mały znak to jednak tylko pieprzyk, był tu zawsze, na pewno zawsze i uspokojony, niemal w poczuciu małego sukcesu ruszył dalej.
Tomasz Jastrun
CZYTAJ TEŻ