W samym środku podróży leży więc pęknięcie

Ku recenzji „Z głębi czasu” Jakuba Głuszaka

Jakub Głuszak,
"Z głębi czasu"
Stowarzyszenie Wspólny Pokój,
Warszawa, 52 strony


 

 

Druga książka poetycka Jakuba Głuszaka to zbudowane poza systemem społeczne centrum likwidacji szkód spowodowanych przez przeszłość związaną z dorastaniem na wsi i w małym świętokrzyskim miasteczku, w obliczu studenckiej Warszawy, rodzącego się kapitalizmu, jeszcze niemiłościwie panującego katolicyzmu i szalejącej homofobii. Wiwisekcja historii z natury konfesyjna, acz z mitotwórczymi zapędami. Ratująca przed zapomnieniem, bezpretensjonalnie nadbudowująca nowe sensy na bazie nierównych, ale pewnie postawionych fundamentów: na samostanowieniu, antyglobalizmie, awansie społecznym na pohybel zbiorowym konstrukcjom merkantylnym, a przede wszystkim na miłości. 

 

Miłość w „Z głębi czasu” jest i prawie możliwa, i prawie zakazana. Prawie zdefiniowana w wierszu „Skarbie”. Jej niedomknięcie stanowi istotną kanwę tomu: dla osoby mówiącej z głębi emocjonalnej warstwy tych wierszy to siła napędowa i hamulcowa jednocześnie, gdyż bohater fabularnej warstwy tych spokenwordowych liryków funkcjonuje, doświadcza, przekracza, graniczy, czyta, słucha, ogląda, dowozi, przeszacowuje i traci niejako pomimo istnienia silnego afektu. 

 

Sam początek książki jest przewrotny: motto z erotyku Kawafisa przytacza się tu w Grece, czyli w oryginale, taki autentyzm. Następnie pierwszy wiersz, „Obskurne dworce”, wskazuje obowiązujący w zbiorze porządek liryczny: najpierw opowieść, potem realia. Mitologizacja historii w myśl zasady, że „przed wojną wszystko było przecież lepsze” („Dobry prezydent to prezydent”)? Taki układ zawiera z czytelniczką Głuszak na czas lektury, ale tylko pierwszej. Wieńczący całość, dwudziesty ósmy wiersz, pod mocnym tytułem „Istota”, te ustalenia nicuje: Żeby uchwycić w poezji istotę rzeczy, najlepiej coś sobie nazmyślać. Ale teraz / nie zmyślam (…). Pamięć, owszem, niknie w palimpseście szarych mgieł, ale to do niej, pięknie naiwnie, ale jakże przekonująco, odnosi się autor, jakby sugerując odczytaniowe powroty w planie wręcz historycznym. 

 

Nie ma tu jednak klamry, dodatkowych porządków i formalnych zabiegów wspierających kolejność utworów, względnie i wyjściowo chronologiczną, biorąc pod uwagę ich podtytułowe datowania – od lat dziewięćdziesiątych w Pińczowie, do lat zerowych w Warszawie, z jedną małą ultraretrospekcją z dopiskiem Gartatowice 1991. Wiersze – poszczególne opowieści/wspomnienia/świadectwa/wyznania/anegdoty raczej luźno ze sobą dialogują, nawet gdy bezpośrednio z siebie wynikają. Kluczowe w tym dialogu są pamięć i tożsamość, nawet jeśli śmierć papaja nigdy nie zastąpiła przeżycia pokoleniowego. 

 

Obok wierszy – narracyjnych, zdaniowych, klarownych i deklaratywnych, gdzie wszelkie środki artystyczne i techniczne podporządkowane są snuciu historii, budowaniu prywatnej mitologii – pojawiają się „komputerowe” ilustracje i przypisy, tak zaprojektowane, że z tekstami właściwymi tworzą równorzędne porządki. „Komputerowe”, uwzględniając możliwości sprzętu a.d. 1996–2006, kiedy ma miejsce akcja wierszy. Za efekty, które tę książkę sytuują najbliżej pionierskiej dla Wspólnego Pokoju serii wydawniczej starego SDK-u, odpowiada Ola Wasilewska. Nieżyczliwi powiedzą: redaktorka i matka chrzestna serii, Beata Gula, znowu igra z czytelnością. Ja, tymczasem, już chyba dojrzałem do bardziej zaawansowanego opracowania graficznego książek – lata wychowania przez szalonego Pawła Stasiewicza! – ponieważ kupuję ten model na kilku polach eksploatacji: 

 

1. Jako swoisty poemat z przypisami w postaci dopowiedzeń bibliograficznych, soundtrackowych, obrazkowych i skojarzeniowych.

2. Jako przewodnik po niepełnej mapie Pińczowa sprzed trzydziestu lat, i jeszcze bardziej niepełnej mapie Warszawy sprzed dwóch dekad, który próbuje wyjść poza konwencjonalne skojarzenia, zaznaczając terytorium w możliwie największej liczbie kategorii związanych ze zmysłami (patrzę, podziwiam, poznaję, aż chciałbym kliknąć).

3. Jako sfabularyzowany quasi-dokument, który naśladując narzędzia charakterystyczne dla źródłowej epoki, rozszerza percepcję na kolejnych, niewysławialnych polach. 

 

Na pierwszy rzut oka wyjaśnienia w przypisach, nie licząc tych ujawniających soundtrack do książki (od Pink Floyd i Tracy Chapman, poprzez Cohena, Dylana i duet Kopyt/Kowalski, po Czerwone Gitary i Łzy; zresztą jest wiersz Czego słuchasz), mogą się jawić jako łopatologiczne i silące się na ironię, jednak są ściśle dopasowane do konwencji tomu: 

 

1. Nostalgicznie odzwierciedlają czasy przedinternetowej raczkującej sieci, gdy źródła musiały towarzyszyć tekstowi głównemu. 

2. Metaforycznie sugerują: sprawdzaj w realu, nie w wirtualu, i to jest równocześnie metakomentarz do zawartości wierszy. 

3. Niejako, w częściach najbardziej bibliograficznych typu: Jezus Chrystus, w chrześcijaństwie jedna z osób boskich (postać fikcyjna), parodiują mansplaining.

4. Po katastrofie klimatycznej wrócą czasy z punktu 1, zatem warto zabezpieczyć się na wypadek braku przyszłości.

 

Tak, tu przydałaby się, niezależnie, wersja zbioru z hipertekstem, jak swego czasu SDK rozwijał publikacje i prezentacje książek Marii Cyranowicz (redaktorki tego tomu), Anety Kamińskiej czy Pawła Kozioła. Albowiem sam język nie wystarcza, by zmierzyć się z ludzkim doświadczeniem. Tak, zwłaszcza tak bezpośrednio ludzkim, w jakiś sposób, interpretując w pewnym uproszczeniu, nieludzko ukrywanym przed pełnym skonsumowaniem. 

 

I znowu złośliwy powiedziałby: przecież chodzi o, głównie platoniczny i intelektualny, romans gejowski, najpierw w małym miasteczku. Który, w takiej scenerii – kultura i idee wolno się przesączają do Pińczowa („Dnieje”) – przy myśleniu obciążonym wykluczającymi wszelką inność latami dziewięćdziesiątymi, mógł się wydarzać głównie na poziomie wyobrażonym, ze śladową ilością fizyczności (w jedną stronę w „Wydłużeniu” – i nie mówiliśmy o tym więcej, w drugą, chyba, w „Łzach”), z tłumionymi emocjami outującymi się jedynie w powietrzu w formie niespełnionej obietnicy, za każdym razem znacząco przemilczanej, a realizującej się dopiero poetycko w czasach, przynajmniej na poziomie międzyludzkim zdecydowanie mniej homofobicznych, choć prawnie i instytucjonalnie równie wykluczających i dalej zdominowanych przez chłopców płci męskiej („HWDP”). Który przecież nawet jeśli by się wydarzył, to bohater nie wiedziałby, jak chodzić, jak mówić, oddychać („Prestiż”). Głuszak postawił na formę szlachetnie prostą, bazując na konfesji jako podstawowej jednostce identyfikującej części składowe doświadczenia, rozpisanego na szereg niemożliwości w Polsce potransformacyjnej, rzekomo na nowe możliwości się otwierającej. Również w świetle światopoglądu, jakim dysponuje prawie partner bohatera: wierzący i wiarę odnawiający („Nowy początek”), czytający Frondę, a nawet czasem słuchający skinheadzkich zespołów, studiujący na prawicowym wydziale i wreszcie, zgodnie z dominującymi trendami rynkowymi, wchodzący w związek hetero, ponieważ mieć kobietę [to] mieć sukces („Poważka”, a wcześniej właśnie „Sukcesy”); wątków normatywnych jest tu więcej, co zostawiam do samodzielnego rozpatrzenia). 

 

Ponieważ „Z głębi czasu” jawi mi się jako próba rekonstrukcji wydarzeń inicjalnych i formacyjnych dla bohatera wierszy, obietnicy oazy, która w pełni nie okazała się fatamorganą, nie bez przyczyny, w powidoku echa, tytuł całości słyszę jako „Z głębi lasu”: to powrót do jego najgłębszych części, również tych przerobionych na starą szafę, do której nikt dawno nie zaglądał. Swoisty rytuał przejścia realizuje się w podróży wstecz, która nie hierarchizuje ani nie ocenia mijanych, i omijanych, czułych punktów. Autor w bio na czwartej stronie okładki z premedytacją przedstawia się jako programista, co rozumiem, w kontekście tej książki, kilkutorowo: 

 

1. W odniesieniu do wszystkich elementów, które występują obok tekstu, lub są, niczym hipertekst, dodatkowo zaznaczone.

2. W odniesieniu do pracy z pamięcią jako swoistego programowania: szukania wzorów, komend, przy użyciu których najakuratniej zafunkcjonuje jako fundament wiersza. 

3. W odniesieniu do pracy z wierszem jako takim, który, żeby działał na szerszym planie, kontekstualnie, w głębi interpretacji, potrzebuje programu.

 

Programu rozumianego jako narzędzie do budowy wierszy, nie – sztywne założenia stojące za pisaniem jako takim. W tym kontekście książkę Głuszaka można uznać za antyprogramową: stojąc na pozycjach lewicowych i antykapitalistycznych, niczego nie narzuca, nie wymaga ani nie unosi się pychą. To zbiór wierszy, które można czytać jako wieloczęściowy utwór porządkujący, a raczej próbujący zmierzyć się z bałaganem, pewnego, ściśle określonego skrawka intymnej rzeczywistości, który tylko w pewnym stopniu może stać się doświadczeniem pokoleniowym nieheteronormatywnych nastolatków i studentów w konserwatywnej Polsce. Skrawka, paradoksalnie, o wielu ciepłych barwach: Skoro muszę pamiętać, niech będzie to miłe („Porozumienia”). I urzeka mnie ta historia zarówno na poziomie fragmentaryczności fabuły, jak i metod zastosowanych do jej (re)konstrukcji. Szeregu prób odczarowania czasu pierwszej miłości i jej niedokonanej śmierci. Nawet jeśli „na sucho”, w imię sprzątania przeszłości, bohater wierszy, zaczynając od siebie, nie chciał niedopałków rzucać na ziemię („Anarchia”). 

 

A może w poruszaniu się po labiryncie znaczeń tej książki pomoże, bliska programowaniu, metafora gry? Czyżby to więc była co najwyżej wersja demo przygodówki, jaka mogłaby zostać rozegrana w innym, lepszym świecie? W takim rozdaniu „przejście” dotyczy przechodzenia gry, a poszczególne wiersze to (sub)questy. W ówczesnych grach, na przełomie XX i XXI wieku, aby przyspieszyć działania, stosowało się rozmaite kody, w tym ten najbardziej znamienny: na nieśmiertelność (teraz atrybuty, które to dawały, można po prostu kupić). Postawiłbym wirtualną kasę z gejmingu na to, że „Z głębi czasu” realizuje kod na nieśmiertelność (nie)przeżytych inicjacji. 

 

Z tego też powodu książka ma jeszcze jeden walor poznawczy: pozwala na nowo postawić pytania o granice: prawdy i fikcji, rzeczywistości i fantazji, pozwolenia i konieczności. O istotę ingerencji we własną i cudzą biografię. O to, ile może zależeć od wariantu własnej historii, który się w nas zachował i straszy lub daje siłę, a nawet nadzieję, w obliczu konkretyzowania się kolejnych przeciwności, afektów i traum. Cały bezmiar świata skryty na widoku („Granice). 

 

A co z indywidualnym poczuciem winy? Zawsze byłem dziwny jak wszyscy – ironicznie konstatuje podmiot liryczny w wierszu „Mówimy o rewolucji”. Konfesje inkrustuje koncesjami na spostrzeżenia ogólne. O transformacji, bezrobociu, zasiłkach, umowach śmieciowych, protestach i pracy jako źródle podporządkowania. Co najwyżej przyczynkowo, w tle: tematy przeskakują niczym w niezobowiązujących rozmowach, nie wyczerpując się. Historia nie może i nie chce się skończyć. I nic się nie zmienia, a jednak zmienia się wszystko. Słowa „jestem pusty” zachowały swoją moc – dodaje w „Granicach”, a w „Przyda się” podbija: nie ma alternatywy. Sto procent autentyczności? Borderline, w świecie pozbawionym przecież depresji i innych zaburzeń. W latach dziewięćdziesiątych, naznaczonych przez wolny rynek, EB, 10,5, KSZO, Kurta Cobaina i McDonald’s, czy dwutysięcznych, gdzie pojawiają się Kazaa, Neostrada, EFS, ożarowskie kable i Nieszuflada jako źródło cierpień i jebania (wierszy). 

 

Paradoks rzeczywistości bliski jest paradoksowi wiersza – nie ma sensu towarzyszyć zjawiskom linearnie, bo można popaść w marazm, zawalić wszystko, jak w wierszu „Blues”. Ale też nie serwuje się tu nie wiadomo jakich fajerwerków czy (ruchomych) świąt. Głuszak nadpisuje to, co pamięta, tym, co chce wyrazić. Taka logika organizuje jego poetyckie uniwersum. Skromnie, bez zbędnych gwiazd i umarłych karłów reakcji. Tylko tyle? A jak to zrobić inaczej, pozostając w relacji szacunkowej z prywatną martyrologią i szacując ją z głową i odpowiednią głębią? I nadmiernie nie terapeutyzując dyskursu? 

 

Książka powstała w poetyce w jakiś sposób charakterystycznej dla dawnego SDK-u, a obecnego Jazdowa. Oswojonej przez autora w opublikowanym trzynaście lat temu debiutanckim „Moim przesłaniu do pokolenia współczesnych trzydziestolatków”. Z jednej strony, jakby czas się zatrzymał – i Głuszak zaczyna tam, gdzie w 2013 roku skończył. Z drugiej, sięga po narzędzia charakterystyczne dla poetyckich zetek i najżywszej mowy: jeszcze więcej młodzieżowych żargonów, anglojęzyczne wtręty, luźne podejście do mowy potocznej i kolokwializmów, aliterackość czy wręcz antypoetyckość, istotny pierwiastek poetyk performatywno-slamowych. W taki sposób, że powstają silne i akuratne wiersze – czy to w dążeniu do telegraficznego skrótu i elipsy („Wizyta u Twojego starego”, „Alleluja”), czy rozgadane w quasi-epickim rozpasaniu („Bez wspomnień”, „Postęp”). Na pohybel szkole hiperpoprawnego warsztatu, pozostające w ciągłym ruchu i stawaniu się, jakby uwiecznione w cyklu kolejnych przeistoczeń. 

 

Tę sowizdrzalską nonszalancję w podejściu do formy, bijąc się w pierś jako w przeszłości często zbyt zasadniczy redaktor, odczytuję jako sprzeciw względem dopieszczonych do braku bólu wierszy-produktów, których cała masa zalega i na najwyższych półkach polskiej poezji. I jako jedyną wiarygodnie uprawnioną metodę pracy z pamięcią na poziomie osobistych rozliczeń, rozczarowań i rezygnacji. Bez iluzji magicznych sztuczek. Choć przecież Głuszak, momentami, jakiegoś rodzaju magii, na metafizycznym poziomie autentyczności, dotyka, nie robiąc formalnych i metaforycznych uników. A to czyni „Z głębi czasu” pozycję wyjątkową, nie tylko na queerowym odcinku intymnych historii miłosnych opowiadanych z literacką i retoryczną energią oraz, jak mawiano na przełomie tysiącleci, swadą. W świetle reanimacji polskiej prowincji na rzecz postępu oraz podstępów cywilizacji i końca historii książka ma do zaoferowania turystom startującym nawet z zapyziałych stacyjek o wiele więcej, niż tytułowe pęknięcie („Obskurne dworce”) i niż zmieściłem w tej i tak przekroczonej objętościowo recenzji. Ale niech się wylewa, jeśli ma z czego płynąć, kiedy inspiracyjnie i interpretacyjnie nie wysycha.

 

 

Rafał Gawin


 

CZYTAJ TEŻ