Kartki z Zachodniej Barbarii (14)

Izolda Tristan Marek


 

138 

 

Kiedy Izolda zbliżała się do ołtarza, nad polowym sądem zaczęły kupić się ptaki. Czarne bez wyjątku. Co wielu brało za zły omen. Kiedy chwyciła za żelazo, ptaki zaczęły wydawać piski, które potem jedni opisywali jako nerwowe, inni jako złowrogie. Kiedy wyjmowała sztabę z zagłębienia w ołtarzu, kiedy ją unosiła, kilka ptaków siadło na ziemi. Jakby w ogóle nie bały się ani ognia, ani zwartego, otaczającego je tłumu ludzi. Wiatr wstrzymał oddech. Woda w rzece ponoć zamarła. Jako i czas.  

Mimo iż żeliwo palio jej dłoń, Izolda wykazała się nadludzkim opanowaniem. Poruszona za to była publika. Komuś wyrwał się zduszony jęk, ktoś zaczął lamentować, inny szlochać. A ona ani nie wypuściła bryły z ręki, ani nawet nie wydała okrzyku bólu, na który wszyscy w napięciu czekali. W istocie nie uczyniła niczego, co można by wziąć za znak cierpienia. Ze skupioną, spokojną miną, bez zbędnego pośpiechu okrążała ołtarz, cały czas trzymając gorącą sztabę przed sobą w dłoni. Jej wąskie, długie, zaciskające się na metalowej bryle palce skwierczały niczym kiełbaski na ruszcie, które oznajmiają kucharzowi, że dostatecznie się już upiekły. Wyglądały jednak, jakby niczego sobie z tego skwierczenia nie robiły. Jak wcześniej, tak i teraz nieskazitelnie białe, pozbawione rumieńca. Kiedy Izolda zakończyła obchodzenie ołtarza, kiedy umieściła żelastwo na powrót w zagłębieniu i kiedy wyciągnęła ku Gawainowi puste dłonie, nawet na wewnętrznych powierzchniach palców, które przez cały czas próby pozostawały w bezpośrednim kontakcie z rozpaloną sztabą, nie widać było żadnej poważnej oparzelizny.  

Gawain delikatnie ujął jej dłonie w swoje i podał ku górze, by wszyscy mogli je ujrzeć. Po czym ogłosił, że próba gorącego żelaza wypadła jednoznacznie i pomyślnie dla Izoldy. Co znaczy, że została oczyszczona ze wszelkich zarzutów. A o prawdziwości słów złożonej przez nią przysięgi niech nikt od tej chwili nie waży się wątpić. Rozhisteryzowany, rozpalony napięciem i nagłą ulgą tłum po obu stronach rzeki wznosił okrzyki na cześć królowej, co wreszcie skłoniło ptaki do ucieczki. Wiatr znowu zaczął wiać, rzeka i czas płynąć.  

 

139 

 

Możemy, pewnie nawet musimy zapytać, jak to możliwe. My, którzy nie byliśmy tego zdarzenia świadkami. Choć zdecydowana większość tych, którzy tam byli, o nic nie pytała. Niczemu się nie dziwiła. Bo powód, dla którego stało się tak, a nie inaczej, był dla nich oczywisty. To znaczy cztery powody. Cztery różne powody dla czterech kategorii świadków.  

Pierwsza kategoria to tak zwani ludzie prości. Tych zawsze najwięcej. Dla nich wszystkich jasne było jak kryształ, że podczas sądu doszło do boskiej interwencji. W końcu po to ten boży sąd był, prawda? Izolda składając przysięgę nie kłamała i ta jej prawdomówność w obliczu śmiertelnego niebezpieczeństwa sprawiła, że niebiosa w cudowny sposób ochroniły ją przed na co dzień nieubłaganymi prawami fizyki. Których wtedy i tak jeszcze nie znano. Więc łatwiej było o daleko idącą płynność w tej mierze.  

 

140 

 

Druga kategoria świadków była zdecydowanie mniej liczna od pierwszej. Składali się na nią wszyscy ci, którzy zgadzali się co do zasady, czyli wierzyli w interwencję nadnaturalnych sił. Ale nie zgadzali się co do pewnych szczegółów. Choćby motywów, które nadnaturalnymi siłami miałyby powodować.  

Byli na przykład tacy, którzy głośno zastanawiali się, jaka konkretnie siła nadprzyrodzona za tym wszystkim stała. Czy sam Stwórca pomógł Izoldzie, bo więcej miał sympatii dla pomysłowych kochanków niż nudnych mężów, czy też była w to zamieszana jakaś moc nieczysta. Może demon zła wziął ją pod swoje skrzydła? A jeśli tak, to po co? Jak to po co? Mało to powodów? Choćby dla interesu. Bo miała z nim umowę. Bo duszę zaprzedała. Albo dla zgrywy. Żeby wszystkim zainteresowanym na nosie zagrać.  

Jeśli chodzi o te siły dobra i zła, ludzie w tamtych czasach mocno byli skołowani. Bo na ich oczach, z ich czynnym udziałem ścierały się ze sobą porządki cywilizacyjne, systemy wierzeń i wartości. Tradycje piktyjska, celtycka, brytyjska, anglosaska i ta najmłodsza, chrześcijańska. Każdy z tych porządków miał własne, odmienne spojrzenie na to, czym różni się dobro od zła. W dodatku żaden nie był jednorodny, każdy niczym Świętowit, słowiańskie bóstwo zawleczone do Kornwalii przez Anglów albo Sasów, miał kilka twarzy, które same ze sobą nie potrafiły się dogadać, a co dopiero z innymi. Jak te dwa oblicza chrześcijaństwa, jedno rzymskie, drugie wyspiarskie.  

Wedle Celtów dobro znaczyło odwagę, złe było tchórzostwo. Izolda wykazała się nadzwyczajną odwagą, sama proponując tak surowy dla siebie sąd, co czyniło ją dobrą. Brytowie za dobre uważali wszystko, co służyło grupie. A grupa, składająca się z mieszkańców Kornwalii, zdążyła już polubić Izoldę. A jeśli nawet z innym łoże dzieliła, komu to przeszkadza?  

Granica między dobrem a złem nie była zatem jasno wytyczona, obraz zmagań Boga z Szatanem nie pasował do świata rządzonego przez zastępy moralnie niezdeklarowanych bogów, których nie mające jeszcze silnego poparcia wśród ludności chrześcijaństwo wrzucało do jednego, diabelskiego wora. Echa tego na wieki rozciągniętego konfliktu wartości wybrzmiewają w podaniach o wojnie trojańskich kolonizatorów z kornwalijskimi olbrzymami, w legendach o zagładzie zakonu rycerzy okrągłego stołu. 

Cóż zatem dziwnego, że niektórzy, nie mogąc sobie z tym wszystkim poradzić, wysuwali mniej lub bardziej fantastyczne przypuszczenia co do charakteru nadprzyrodzonej ingerencji. Jak ta przekupka sprzedająca ziołowe kiełbaski zwane rzymskimi, rozpowiadała potem po jarmarkach, że cud był prawdziwy, ale opacznie przez ludzi zrozumiany. Nie był pochwałą wolnej miłości, lecz potępieniem zazdrości i zaborczych mężów.  

 

141 

 

Ktoś zauważył, że podczas procesu z ołtarza znikła relikwia świętego Wawrzyńca. A ten, jak wiadomo, jest patronem przypiekania. To znaczy piekarzy, kucharzy i tym podobnych. Także ubogich. Oraz dowcipnisiów. Bo kiedy został skazany na śmierć poprzez upieczenie żywcem na ruszcie, kiedy wyrok ten na nim wykonywano, podobno ani nie czuł bólu, ani nienawiści do swoich oprawców. Zamiast się złościć, dowcipkował. Wystarczy, mówił do nich, z tej strony dość już jestem przypieczony, teraz tylko na drugą mnie obróćcie i już możecie brać się do jedzenia. No więc ta relikwia znikła, bo Izolda, zanim przystąpiła do próby gorącego żelaza, wzięła ją i połknęła, dzięki czemu stała się jak ten Wawrzyniec. Częściowo przynajmniej. Bo obyło się bez błaznowania.  

Albo w ogóle, od początku była święta. Tylko nikt się na niej nie poznał. Oprócz Tristana. Ból jej się nie imał, bo weszła w ekstatyczny trans, jak to osoby święte mają w zwyczaju. A żeliwo pod wpływem kontaktu ze świętością samo jej nabrało i stało się cenną relikwią. Sprzedawano je potem w kawałeczkach po jarmarkach jako cudowny lek na wszelkiego rodzaju oparzenia. Tyle tych kawałeczków przez lata ludzie pokupowali, że gdyby je wszystkie na powrót ze sobą stopić, to sztaby, która by dzięki temu powstała, nawet irlandzki Morchołt, gdyby zmartwychwstał, nie zdołałby dźwignąć. 

 

142 

 

Trzecią, jeszcze mniej liczną kategorię stanowili ci, którzy – mimo iż cieszyli się z uniewinnienia Izoldy – nie wierzyli w boską interwencję. Ktoś przytomnie zwrócił uwagę na fakt, że sąd odbywał się na nadrzecznej łące. Czyli na terenie podmokłym, bo rzeka często tu wylewała. No i gorąco zostało dzięki temu uziemione. Zamiast się na Izoldzie wyżywać, od razu do ziemi popłynęło, nie mnożąc niepotrzebnego cierpienia.  

Mogło też być tak, że samemu żelastwu czegoś zabrakło. Bodaj stalowych nerwów. Widząc tak liczny tłum ludzi, z których wszyscy się w niego z napięciem wpatrywali, żeliwny pręt poczuł tremę i nie wiedział, jak się zachować. Parzyć czy nie parzyć? Bo czy to wypada? Tak na widoku? Pod wpływem takich wątpliwości pręt najpierw poczuł pustkę w głowie, a potem ogarniający go paraliż.  

A może rację miała ta anonimowa trubadurka, która co prawda sama sądu Izoldy nie widziała, ale znała z opowiadań ludzi, którzy też tego sami nie widzieli, ale znali z drugiej, trzeciej czy którejś tam ręki. Twierdziła, że przebieg składających się na cud wydarzeń ukształtowało narracyjne pożądanie. Bo stało się tak, jak stać się pragnęło. I tyle. 

Szynkarz, który wtedy na brzegu rzeki sprzedawał cydr do pieczonych i wędzonych szprotek twierdził, że wszyscy zgromadzeni, łącznie z nim, struli się sporyszem i mieli halucynacje. A jako źródło sporyszu wskazał na zbożowe słodycze sprzedawane przez innego szynkarza, którego nie lubił.  

 

143 

 

Tak się to zaczęło. A potem dopiero na dobre się rozkręciło. Każdy mógł i nadal może coś od siebie dorzucić. Całkiem niedawno na przykład pojawiła się na poły naukowa teoria nawiązująca do niezwykłej umiejętności Tristana. I przy okazji wyjaśniająca mechanizm jej działania. Jak wiemy, Tristan potrafił zadawać ciosy mieczem tak szybko, że jego przeciwnicy nie mieli jak się przed nim obronić. Bo ginęli zanim zdołali te błyskawiczne ruchy w ogóle zauważyć. Nic na razie nie zostało jednak powiedziane o tym, jak to możliwe. No i ktoś zaproponował takie wyjaśnienie, że rzecz zasadzała się na zaginaniu czasu. Tristan nie tyle przyspieszał, co spowalniał bieg czasu. I to tak, że spowolnieniu podlegał tylko on sam, dla wszystkich innych czas płynął normalnie. Czyli dużo szybciej. Innymi słowy, mógł działać przez chwilę z normalną szybkością w świecie, który toczył się jakby w zwolnionym tempie. I dzięki temu jego zwykły ruch był dla innych niczym lot błyskawicy.  

Zwolennicy tego rozwiązania twierdzą, że Izolda, w której przecież rezydował Tristan, wykorzystała ów dar w podobny sposób, jak kiedyś Tristan w swoim przyrodzonym ciele, podczas rycerskich pojedynków. Tyle że na wspak. Zamiast spowolnić czas dla siebie, przyspieszyła go drastycznie. Albo spowolniła wszystkim innym. Co na jedno wychodzi. Dzięki temu wyjęcie rozżarzonego kawałka żelaza, przeniesienie go dokoła i odłożenie na miejsce zajęło jej nie kilkanaście sekund, jak oceniali to świadkowie, lecz mniej niż ułamek jednej sekundy. Więc całe to zdarzenie miało taki dla niej skutek, jakby nigdy nie zaistniało. Nawet nie poczuła gorąca. Czy jakoś tak.  

 

144 

 

Wśród kategorii nie wierzących w cuda byli też tacy, którzy jeszcze trzeźwiej stąpali po ziemi. I zamiast szukać wyrafinowanych rozwiązań, na zwykły szwindel stawiali. A to, że Izolda mogła się przecież odpowiednio wcześniej do występu przygotować. Pokryć dłonie termoizolacyjną maścią własnej formuły. Wcześniej przejść sekretny trening u kowala, który przez kilka dni z rzędu dawał jej do ręki pręt o coraz wyższej temperaturze. Tak, by się do gorąca mogła stopniowo przyzwyczaić.  

A co, jeśli sam sędzia, Gawain, z jakiegoś powodu sprzyjał Izoldzie? Wszak mogła mu zapłacić. No bo co się właściwie stało potem z tymi wszystkimi kosztownościami, naszyjnikami, obrączkami i pierścieniami, które przed przystąpieniem do próby z siebie zdjęła i ołtarz nimi poobwieszała? Kto pamięta?  

A może było tak, że od samego początku Gawain, nie Tristan, miał z nią romans? I dlatego ją chronił. Jak? Bardzo prosto. Wystarczyło w ostatniej chwili podmienić rozżarzony pręt na kiełbasę. Albo spreparować prawdziwe żelazo tak, by było gorące na obu końcach, ale chłodne w części środkowej, za którą się je chwytało. Z daleka nie widać.  

Tacy niedowiarkowie byli, jak się okazuje, najbliżsi kategorii czwartej, czyli tej najlepiej poinformowanej. Wiedzieli, że coś tu się nie zgadza, ale nie wiedzieli, dlaczego.  

 

145 

 

Czwarta kategoria świadków była najskąpsza. Do tej elity liczyli się wyłącznie ludzie wpływowi, najwyżej w społecznej hierarchii ustawieni, król, kapłani i kilka innych, wtajemniczonych osób. Ci nie musieli zgadywać, bo dobrze wiedzieli, jak to działa. To znaczy jak w praktyce odbywają się procesy zwane bożymi. Wiedzieli, że gdyby sądy traktowały wszystkich jednako, czyli sprawiedliwie, nie miałoby to sensu. Bo wszyscy by mieli od takich procesów popalone ręce i dalej, jako winni, byliby straceni. A co to za sąd, który wszystkich jednako na śmierć skazuje? Czy to byłoby sprawiedliwe? Czy wzmacniałoby pozytywny wizerunek sądownictwa?  

By instytucja sądów bożych mogła się utrzymać – a przecież, jak wiemy, miała się dobrze przez wieki – sędziowie musieli podejść do rzeczy bardziej realistycznie. I przyjąć, że osoby, które są winne, z dobrej woli się na taką próbę nie zdecydują. Prędzej się przyznają, niż wystawią na pewne cierpienie. Lub będą dążyć do ugody. A osoby, które bez żadnego sprzeciwu się takim sądom poddają, albo same wręcz żądają, są albo niewinne, albo szalone. Jeśli szalone, to powinno dać się zaobserwować. Wtedy można spokojnie pozwolić losowi decydować. To znaczy Bogu. Jak zechce, niech czyni cuda. A jeśli nie szalone, trzeba boskiej woli pomóc. Choćby podmieniając w decydującym momencie sztabę rozpalonego metalu na taką samą, tyle że chłodniejszą.  

I tak pewnie stało się w tym wypadku. Do zamiany mogło dojść, kiedy Izolda powtarzała słowa przysięgi, a wyjęta z ognia sztaba spoczywała już w zagłębieniu ołtarza, niewidoczna dla postronnych. Pozostaje teraz jedynie wyjaśnić, dlaczego Izolda zdecydowała się na odbycie tej próby. Skąd wiedziała, że ma jakiekolwiek szanse? Pewności nie mamy. Za to dwie hipotezy. Pierwsza to taka, że Izolda, jako że nie była tak naprawdę Izoldą, wiedziała jak działają sądy. Bo zamieszkujący jej ciało Tristan, jako reprezentant elity, mógł należeć do kręgu osób wtajemniczonych. Mógł też wiedzieć o tym od swojego przyjaciela, króla Marka.  

 

146 

 

A jeśli nie? Jeśli Izolda, czyli Tristan, nic o niejawnych mechanizmach funkcjonowania sądów jednak nie wiedzieli? Wtedy pozostaje hipoteza druga. Izolda w naiwności swojej wierzyła w moc prawdy i boską sprawiedliwość. Wiedziała bowiem, że słowa jej przysięgi są prawdziwe. I to w dwójnasób. Bo jeśli spojrzeć na to z punktu widzenia duszy, Tristan jako Izolda mógł mieć przekonanie, że nigdy Marka nie zdradził. Nawet jeśli pokochał przeznaczoną królowi żonę, to wszak nie z własnej woli, lecz za sprawą okoliczności od niego niezależnych. Czyli „pomyłki” Brandzeli, która niepotrzebnie podała im eliksir miłości. A zatem, nawet jeśli słowa przysięgi niezupełnie o tej jego niewinności mówiły, mógł mieć przekonanie, że taka jest tych słów prawdziwa intencja.  

Natomiast jeśli spojrzeć na tę samą kwestię z perspektywy ciała, niewinność Izoldy była zupełnie już oczywista. To znaczy Tristan wiedział, że w zachowaniu ciała Izoldy nie było najmniejszej nawet niezgodności z przysięgą. Bo rzeczywiście, ciała Izoldy nie trzymał w objęciach nigdy żaden mąż z niewiasty zrodzony poza tymi trzema przez nią wymienionymi, czyli jej mężem Markiem, jej ojcem, no i Tristanem, którego ciało, we władaniu Izoldy i w przebraniu wędrownego mnicha, przeniosło ją z łódki na brzeg. 

Na daleko idącą ufność Izoldy w sprawiedliwość sądu zapewne znacząco wpłynęła też możliwość wybrania sobie Gawaina na sędziego. Jak już wspomnieliśmy, rycerz ten był znany z nieposzlakowanej uczciwości. Ale to nie wszystko. Izolda i Tristan mogli obawiać się, że nieprzychylni im baronowie będą próbowali wpłynąć na przebieg procesu tak, by Izolda została skazana. Bo to potwierdziłoby również winę Tristana i mieliby od razu dwie pieczenie na jednym ogniu. Tymczasem Gawain dał się już wcześniej poznać jako sędzia, który tego rodzaju naciskom, politycznym czy osobistym, potrafi skutecznie dać odpór. O czym zaświadczyć może historia procesu Eleny z Carbonka.  

 

147 

 

Carbonek to nazwa zamku, o którym nie wiadomo, gdzie był. Bo nie dość, że gdzieś na głębokim zadupiu, pośród dzikich, porośniętych wrzosem wzgórz ukryty, to jeszcze mobilny. To znaczy potrafił być raz tu, raz tam albo, jak twierdzili niektórzy, naraz w dwóch różnych lokalizacjach. Więc łatwo sobie wyobrazić, jak trudno go było znaleźć. Udało się to raz Lancelotowi, cieszącemu się sławą najznamienitszego spośród rycerzy okrągłego stołu. Trafił tam przypadkiem, zgubiwszy drogę, podczas jednej ze swoich licznych wypraw przedsiębranych dla odnalezienia Świętego Graala. O którym nie wiadomo było nie tylko, gdzie był, lecz nawet czym był. Złotym kielichem, z którego pił syn boży? Saganem, który wypełnił się jego krwią? Kociołkiem bez dna, dzięki któremu można było do woli wskrzeszać umarłych? A może czymś zupełnie innym?  

Mimo iż wcześniej o istnieniu tego zamku Lancelot nie miał pojęcia, przez rezydującego tu Króla Rybaka powitany został niczym stary znajomy. Król podjął go z wszelkimi honorami i tak się tą niezapowiedzianą wizytą ucieszył, że natychmiast zarządził przygotowania do wystawnej uczty. Jedli i pili do późnej nocy. Lancelot oczywiście od razu zaczął o Graala wypytywać. Ale Rybak jakby nie słyszał, zmieniał temat i Lancelota jakimiś zabawnymi acz mało istotnymi dykteryjkami karmił. Aż w końcu przyznał, że od dawna już czekał na jego przybycie. Ale powód ku temu na razie zachował dla siebie.  

Był on związany z pewną przepowiednią, wedle której „największy rycerz spłodzi rycerza najczystszego”. Pewne znaki mówiły mu, że do tego aktu spłodzenia ma dojść w jego zamku. A teraz, proszę, największy rycerz – bo zaiste taką sławą cieszył się Lancelot – przybył i siedzi z nim przy stole. A wraz z nimi biesiaduje też Elena, piękna córka króla. Na którą Lancelot co jakiś czas ukradkiem, z niemałym zainteresowaniem spoglądał. Jakby poczuł pismo nosem. Elena też znała przepowiednię i wiedziała, co się święci. I wcale jej się to nie podobało. Bo choć Lancelot nie tylko sławny, ale też miły był jej oku, nie podobała jej się rola, w której ją ojciec, bez pytania o zgodę, w tym przestawieniu obsadził. Wymówiła się zatem sennością i uszła na komnaty.  

Rybak jednak swoich planów nie porzucił. Pilnował, żeby Lancelot cały czas miał pełny kielich. Co rusz przepijał do niego, wznosząc toast za toastem. W szczególności przypilnował, by gość wypił do dna ten jeden, specjalnie dla niego zaprawiony puchar. Dopiero kiedy Lancelot ledwie już stał na nogach, pozwolił mu udać się na spoczynek. Zaraz wysłał jedną ze swoich najbardziej zaufanych służek do jego komnaty. Z poleceniem, by wystąpiła w roli podręcznej Eleny i przekazała kawalerowi zaproszenie od swojej pani. By nie zwlekając ją nawiedził, bo ma mu coś ważnego do wyjawienia w sprawie Graala. I pokazała, jak dojść do komnaty księżniczki. I jak się po drodze nie przewrócić.  

Lancelot dwa razy się nie zastanawiał. Bo psychoaktywna mikstura, którą gospodarz podał mu w winie, zaczęła już działać. Do tego stopnia, że pod jej wpływem zaczęło mu się wydawać, że prowadząca go korytarzami zamku i podtrzymująca służka jest jego ukochaną Ginewrą. Więc zaczął ją obłapiać. A ona musiała się od niego opędzać, aż udało jej się wepchnąć go do komory sypialnej Eleny. A tam, ku zdumieniu Lancelota, z łoża zerwała się przestraszona hałasem ta sama Ginewra, którą zostawił za drzwiami. Elena też się na jego widok zdumiała. No i nic nie wiedziała o tym, że w oczach przybysza robi za Ginewrę. Nie była pewna, czy to jawa, czy tylko dalszy ciąg snu, z którego ją wytrącono.  

Lancelot na to nie zważał. Kiedy tylko służka zamknęła za nim drzwi sypialni, podniecony widokiem roznegliżowanej Ginewry, rzucił się ku niej ze wyciągniętymi przed siebie rękoma. I to go uratowało, bo kiedy się potknął i runął na podłogę, ręce złagodziły upadek. Dzięki temu bez większych obrażeń zdołał się podnieść i dotarł wreszcie do ukochanej. Ta próbowała się bronić, ale bezskutecznie, bo rycerz, choć pijany, w oczywisty sposób górował nad nią wagą i fizyczną siłą. Oraz stopniem imperatywności.  

I tak doszło do poczęcia Galahada, który po latach pokonał ojca w pojedynku i stał się pierwszym spośród kawalerów okrągłego stołu. Tym, któremu dane było w pełni poznać Graala. Ale to na razie zostawmy. 

 

 

148 

 

Lancelota obudził rankiem silny ból głowy. Jeszcze zanim otworzył oczy, poczuł, że sen o tym, że ktoś mu duszę z głowy wyjął i zamknął w kręcącym się dokoła własnej osi, niczym koło garncarza słoju chyba nie był tylko snem. Słój zalany był jakimś paskudnym, przezroczystym, ocet przypominającym płynem, pod którego wpływem jego dusza szybko zmieniła się w rozhisteryzowanego, jak zarzynana świnia kwiczącego kota. I rzeczywiście tak się czuł, jak kot na torturach. Tylko ani kwiczeć, ani miauczeć nie mógł, bo w ustach czuł coś, co skojarzyło mu się ze starym, porzuconym na andaluzyjskiej pustyni butem.  

A kiedy wreszcie postanowił otworzyć oczy, natrafił na niespodziewany opór. Bo powieki miał jakby czymś zlepione. Przetarł ręką i spróbował jeszcze raz. Lepiej poszło. Przynajmniej częściowo, bo oczy otwarte, ale nic nie widać. Wszystko jakieś ciemne, zamazane, poklejone. A kiedy wzrok wreszcie zaczął mu się klarować, podskoczył tak gwałtownie, że spadł z łoża na podłogę. Niczym białogłowa, która w odległości nie większej niż dwie stopy przed sobą pająka albo szczura zobaczyła. Tyle że on nie żadnego pająka, lecz białogłowę obok siebie zobaczył. W dodatku całkiem nagą, jeśli nie liczyć częściowo tylko zakrywającej jej ciało materii pościelowej. Bo czegoś takiego, jak żył, nie widział.  

To znaczy widział, bo przecież nie raz już stawał przed podobnymi wyzwaniami. Sława rycerza moralnie i seksualnie niepokalanego, wiernego jednej kobiecie, którą mógł kochać wyłącznie platonicznie, dziwnie działała na kobiety. Jakby się prześcigały w staraniach o to, by pozbawić go dziewictwa. Pierwszy raz jednak zdarzyło mu się w takiej sytuacji stracić przytomność umysłu i ulec pokusie. Tym samym przekroczył granicę, w ramy której nie da się powrócić. No ale wiadomo, zawsze musi być jakiś pierwszy raz. W dodatku Lancelot od dawna już o czymś takim w skrytości ducha marzył. Tyle tylko, że obiektem jego uczuć i bezskutecznie wypieranych fantazji była królowa Ginewra, a nie ta – jako ona właściwie ma na imię? Nie mógł sobie przypomnieć.  

Podniósł się z podłogi, ale tak niezgrabie, że od razu ponownie się przewrócił. Elena, którą tymczasem hałas zdążył obudzić, chciała mu pomóc. Podniosła się i wyciągnęła ku niemu dłoń. Bo choć została przymuszona, to szybko uznała, że jak już się stało, to może lepiej będzie robić dobrą minę do złej gry. Zamiast pochwycić pomocną dłoń, Lancelot odepchnął ją gwałtownie i przeżegnał się, jakby diabła zobaczył. Jak to się mogło stać, myślał gorączkowo, że jego ukochana Ginewra okazała się nagle nie być Ginewrą. Jak doszło do tego, że on, który składał śluby czystości i wierności Ginewrze, pokrył jakąś nieznajomą księżniczkę. Bo choć słabo pamiętał przebieg wydarzeń, to jednak coś mu mówiło, że faktycznie to zrobił. W dodatku w tak nierycerski sposób, bo chyba doszło do jakiejś szamotaniny. Jednym słowem, jak to się stało, że znalazł się w tak niekomfortowej sytuacji? On, pierwszy miecz pierwszego królestwa, oto leży tu goły jak jakiś mauretański święty, w jednym łóżku z roznegliżowaną nieznajomą.  

Na domiar złego, kiedy zadawał sobie te niewygodne pytania i kiedy jednocześnie walczył z kręcącym się światem, usiłując z godnością ustać na nogach, drzwi do sypialni Eleny rozwarły się z hukiem i naraz ujrzał się otoczonym grupą ludzi. W jedynym z nich rozpoznał Króla Rybaka i od razu przypomniał sobie, kim jest kobieta, obok której się obudził. Rozpoznawał też mniej więcej twarze rycerzy, którzy wczoraj siedzieli z nim przy stole, a teraz razem z królem wtargnęli do komnaty. Odruchowo chwycił za miecz. Chciał chwycić. Nie znalazł.  

 

149 

 

Król Rybak nie miał jednak złych zamiarów. Przeciwnie, zwracał się do Lancelota równie miłym głosem, co wczoraj. Jakby ten należał już do rodziny. I jakby sytuacja, w jakiej go zastał, była całkowicie naturalna. Lancelot na razie nie protestował. Bo nie miał jak. Pozwolił się ubrać i posadzić przy tym samym stole, przy którym biesiadowali poprzedniej nocy. Podano śniadanie. Podczas którego król spokojnie wszystko wyjaśniał, zaczynając od przepowiedni o najznamienitszym z rycerzy, który tu, w Carbonku, ma spłodzić syna, a syn ten ma przewyższyć ojca i okryć się kiedyś chwałą najczystszego kawalera. I że to oczywiste, że to on jest tym pierwszym, najznamienitszym, czego dowiódł światu na wiele sposobów, a szczególnie przez swoje liczne zwycięstwa tak nad wrogami, jak i nad samym sobą. Wyjaśnił, że przez to pierwsze rozumie zasłużoną sławę Lancelota, która przecież znikąd się nie wzięła. I wymienił tu liczne jego niebezpieczne przygody, jakie przydarzyły mu się podczas poszukiwań Graala, wyzwania, pojedynki i bitwy, w których brał udział, zawsze wychodząc z nich jako zwycięzca. Do tego długą listę osób, głównie kobiet, którym Lancelot ocalił życie, ratując je od niewoli. Bo to wyzwalanie stało się z czasem jego znakiem rozpoznawczym. I gdyby po śmierci został uznany za świętego, pewnie stałby się patronem wszystkich niesłusznie, ich zadaniem, więzionych.  

Do tego Rybak, pewnie po to, by poprzez kontrast wzmocnić pozytywny wizerunek Lancelota, dorzucił drugą, równie długą listę tych okrągłostołowych kawalerów, którzy poszukiwali Graala i ponieśli klęskę. Jedni oddali ducha, jak Lamorak, brat Parsifala i syn Pellinora, władcy Królestwa Wysp składającego się z kilkudziesięciu wysp i wysepek ciągnących się wzdłuż dzisiejszego angielskiego i szkockiego wybrzeża, od Wyspy Man po Szetlandy. Lamorak wdał się w romans z Morgause, księżną Orkadów, czym naraził się jej synom i został przez nich zamordowany. Ona zresztą też.  

Inni zaginęli. Bez wieści. Albo z wieścią. Jak Parsifal. Nigdy nie wrócił na dwór Artura, ale z czasem się wyjaśniło, że wybrał życie pustelnicze. Gubił się w szerokim świecie przez wiele lat, stopniowo tracąc rozeznanie, gdzie właściwie się znajduje i po co. Aż pewnego dnia spotkał grupę pielgrzymów, którzy zganili go za noszenie miecza przy boku w święto. Parsifal strapił się. Najbardziej tym, że nawet nie wiedział, że dzień był świąteczny. Ani jaki. A był to Wielki Piątek, jak się później okazało. Kiedy ich zapytał o drogę, co w sumie nie miało sensu, bo nie był w stanie sprecyzować, dokąd chce dotrzeć, skierowali go ku najbliżej pustelni leśnej.  

Zamieszkujący ją święty zajął się Parsifalem, a kiedy wysłuchał historii jego życia, kiedy zadał dodatkowe pytania i uzyskał odpowiedzi, zaczął uświadamiać rycerzowi liczne grzechy, których bardziej lub mniej świadomie się dopuścił. Od winy za śmierć matki, którą zostawił, by stać się kawalerem stołu, po przewinę najważniejszą, która sprawiła, że cała jego wyprawa straciła sens. Bo kiedy trafił do zamku Króla Rybaka, opowiadał Król Rybak, nie zapytał o Świętego Graala. A przecież po to tam się znalazł. Sam potem nie wiedział, czy przez zapomnienie, czy z jakiegoś innego powodu. A jak nie zapytał, to nikt się nie wyrywał, żeby mu go pokazać. Więc opuścił zamek nieświadomy tego, jak blisko już był wygranej. I tym samym bezpowrotnie utracił jedyną daną mu szansę. A teraz nie pozostało mu nic innego, jak pogodzić się z losem i prowadzić skromne, pełne wiary życie u boku pustelnika.  

Jeszcze inni poddali się i po prostu wrócili do domu, jak Hector de Maris, krewny Lancelota, który też natknął się na świętego pustelnika. Nie wiadomo, czy tego samego, czy innego. Wiadomo tylko, że ten w bardzo przekonujący sposób wytłumaczył Hektorowi, iż nie nadaje się na zdobywcę tajemnicy Graala z powodów obiektywnych albo nie w pełni od niego zależnych. Że tak już jest i że najlepiej będzie się z tym pogodzić. I wielu, wielu innych, którzy przynieśli Arturowi smutne wieści o tym, jak oni sami i jak wielu innych, o których słyszeli, poniosło klęskę. Choć w każdym z tych świadectw można było jednocześnie znaleźć element zwycięstwa. Wystarczyło tylko spojrzeć na całą sprawę z innej perspektywy. I dostrzec, że być może tajemnica Graala właśnie na tym polega. By pogodzić się z jej nieprzeniknionością.  

 

 

150 

 

A jeśli chodzi o to drugie, ciągnął Król Rybak, czyli liczne zwycięstwa Lancelota nad samym sobą, to miał na myśli jego moralną czystość i siłę, by aż do ostatniej nocy zachować dziewictwo. Co tym godniejsze uznania, im większym wyzwaniom musiał stawiać czoła. I tu wymienił długi szereg kobiet, które posunęły się bardzo daleko, by pokalać czystość rycerza. Jeśli nie jego serce, to chociaż dzidę zdobyć. W tym Morganę le Fay, przyrodnią siostrę Artura i, jak tu i ówdzie szeptano, jego kochankę. Podobno z pomocą trzech innych pań porwała Lancelota, kiedy spał i zapakowała do lochu. Bo raz, że się jej podobał. Dwa, że taki kochanek dodałby jej prestiżu. Trzy, szczerze nie lubiła tej jego Ginewry i zrobiłaby wszystko, żeby ją poniżyć.  

To znaczy, nie od razu do lochu. Najpierw umieściła go w komnacie specjalnie wyszykowanej tak, by mógł się w niej czuć jak król. Zadbała o to, by niczego mu nie brakowało. Odwiedzała go co jakiś czas i próbowała rożnych sztuczek, by go uwieść. Z przykrością odkryła, że nic na niego nie działa. Że ona nie działa. Nie mogła się z tym pogodzić. Wtedy go do tego lochu przenieść kazała. Trzymała go tam o chlebie i wodzie przez dwa tygodnie. Po czym zaproponowała, że go wypuści, ale pod warunkiem, że porzuci te głupie opory i zgodzi się na współpracę. Odmówił. Pozwoliła swoim koleżankom, żeby się nim teraz zajęły, żeby każda z nich po swojemu próbowała go zmusić do uległości. Co do metody, dała im wolną rękę. Próbowały, a to marchewką, a to batem. Nawiedzały go w celi nocami i za dnia, kusiły już to lubieżnym zachowaniem, już to brutalnymi torturami w stylu bedeesem. Pojedynczo i w grupie. Niewiele udało im się zdziałać. Wszystkie zgodnie stwierdziły, że z takim opornym gimpem nie miały jeszcze do czynienia.  

Morgana trzymała go dalej w ciemności i zimnie, czekając aż zmięknie. Ale miesiące leciały, a on nie miękł. Nic a nic. Więc postanowiła posłużyć się magią. W końcu dla jej magicznych umiejętności mówiono na nią Merlin w spódnicy, czy jakoś tak, a potem jej imieniem nazwano pewien rodzaj optycznej iluzji. Ukradła ciało Ginewry i ukazała się więźniowi jako jego ukochana. Oświadczyła, że właśnie jej doniesiono, że go tu w niewoli trzymają. I od razu przybyła, by go od tych zboczonych prześladowczyń uwolnić. Otworzyła przed nim ramiona. Lancelot ani się ruszył. Od razu domyślił się podstępu. Więc dalej go w celi trzymała. Aż ją ten jego barani upór znudził i go pogoniła.  

 

151 

 

Następnie Rybak przeszedł do tematu, którego wcześniej, podczas kolacji, wyraźnie unikał. Przyznał, że pogłoski, które Lancelota tu pewnie przywiodły, o tym, że w Carbonku znajduje się gdzieś w ukryciu skarb, który może być poszukiwanym przez wszystkich Graalem, nie są wyssane z palca. Bo rzeczywiście, mają tu pod zamkiem jaskinię, w której dzieją się rzeczy niezrozumiałe. I on, Rybak, jest święcie przekonany, że Lancelot, z powodów, której już zostały wymienione, jest najwłaściwszym człowiekiem, by te cuda na własne oczy ujrzeć i zrozumieć. Rozpoznać w nich Graala. Albo raczej jemu dać się rozpoznać. Tak jak to zostało przepowiedziane.  

Zaznaczył, że przepowiednia nic bezpośrednio nie mówi o tym, kto ostatecznie posiądzie tajemnicę Graala, Lancelot czy jego syn. I że może tu, jego zdaniem, chodzić o rodzaj podwójnego zabezpieczenia ze strony losu. Najpierw próbie zostanie poddany Lancelot. Jeśli mu się uda, sprawa załatwiona. Ale jeśli nie, to można mieć nadzieję, że przedsięwzięcie, któremu Lancelot poświęcił życie, zostanie z sukcesem zakończone przez syna.  

Na koniec przeszedł do uzasadnienia, skąd w przepowiedni miejsce dla jego córki Eleny. Po pierwsze, Elena od dawna już znana była jako Dziewica Graala. Co oczywiście trzeba będzie teraz zmienić na Panią Graala, wtrącił i uśmiechnął się do Lancelota. Według przepowiedni to ona miała poprowadzić najznamienitszego z rycerzy do miejsca, w którym Graal, jeśli zechce, mu się ukaże. Bo tylko ona dokładnie zna to miejsce. Po drugie, ciągnął Rybak, fakt że wobec niej Lancelot po raz pierwszy się poddał, w sensie takim, że nie potrafił powściągnąć żądzy, jest dodatkowym dowodem na to, argumentował, że nie tylko on, ale również ona jest nieodłączną częścią przepowiedzianej historii. 

 

152 

 

Dlaczego Elena nie zabrała ze sobą lampy? Zwykłej pochodni? Albo chociaż świeczki? Niepokoiło to Lancelota, kiedy ciągnięty przez nią za rękę pogrążał się w mroku podziemnego korytarza. Niskiego, ciasnego, ciągnącego zimnym powietrzem. Kamienne ściany pokryte były wilgocią. Gdzieś w oddali słychać było kapiącą wodę. Elana kazała mu się pochylić, by nie uderzył głową w nierówny sufit.  

Jego niepokój wzrósł, kiedy zrozumiał, że co jakiś czas korytarz się rozwidla, że idą przez coś w rodzaju labiryntu. I że być może bez pomocy Eleny nie byłby w wstanie odnaleźć drogi powrotnej. Jej natomiast ciemność jakby zupełnie nie przeszkadzała. Pewnie znała drogę na pamięć. Szli długo, choć nie był w stanie stwierdzić, jak długo. Pomyślał, że wraz z utratą orientacji w przestrzeni utracił poczucie czasu. Co nie było dla niego niczym nowym. Gdyby go kto spytał, od ilu lat szuka Graala, też by nie wiedział. Jedyne, co się teraz dla niego liczyło, to osiągnąć cel, wypełnić wreszcie tak dawno już poruczoną misję. Okryć się jeszcze większą sławą.  

Naraz korytarz ustąpił, otworzył się na coś, co wyglądało na obszerną grotę. Mógł to stwierdzić, bo wraz z grotą pojawiło się światło. Choć nie było widać, skąd się brało. Równomiernie rozproszone i pozbawione źródła. Nienaturalne. Grota, widział to teraz dobrze, była ogromna. W poprzek płynęła niewielka rzeka. Płytka, jak się okazało, kiedy ją pokonali. Na ścianach dokoła nich ciągnął się szereg otworów kolejnych tuneli.  

– To tu – powiedziała Elena, podprowadzając go do jednego z nich.  

Po czym sama się wycofała. Lancelot zadrżał. Choć w grocie było wyraźnie cieplej niż w korytarzu.  

– Tu – powtórzył.  

– Idź prosto przed siebie – wyjaśniła. –Aż trafisz do następnej groty. Tam powinien na ciebie czekać.  

– A ty? – spytał.  

– Spokojnie, poczekam.  

– Po czym go poznam?  

– Po niczym. On ciebie pozna. Jeśli zechce. A jak nie, to po prostu wrócisz. No dalej, nie stój tu – niemal siłą wepchnęła go do korytarza.  

– Powinienem się czegoś strzec? – zapytał jeszcze.  

Zaśmiała się.  

– Siebie.  

 

153 

 

Korytarz, podobnie jak grota, wypełniony był tym tajemniczym, równomiernie rozproszonym światłem. Wykute w litej skale ściany pokrywały jakieś obrazki czy znaki. Nie wiedział, co przedstawiają, bo miały taką dziwną naturę, że jak tylko zwracał w ich kierunku głowę, rozmywały mu się w oczach. A kiedy próbował się do nich zbliżyć, całkowicie znikały i przed oczyma miał tylko gołą, czystą skałę. Jakby obrazy przenosiły się ze ścian wprost do jego głowy. Zaczynało się za każdym razem tak samo, od widoku niewielkiego otworu w skale, do którego Lancelot przytykał oko, by zobaczyć, co się dzieje po drugiej stronie. A po chwili sam znajdował się po tamtej stronie, jako obserwator i uczestnik zdarzeń, których sensu nie pojmował. Trzy otwory, trzy różne wizje.  

Najpierw ten mężczyzna na wrzosowisku, w oddali, pośrodku kręgu ułożonego z kilkunastu sporych menhirów. Lancelot idzie w jego kierunku i widzi coraz wyraźniej, że nieznajomy jest całkowicie goły. Myśli o tym, żeby się odwrócić i odejść, ale mężczyzna wyraźnie przyzywa go gestem ręki. Przypomina mu jego zmarłego ojca. Tym bardziej, im bliżej. Stoi przy studni i zaczyna czerpać z niej wodę. Kiedy Lancelot jest już przy nim, mężczyzna przesuwa w jego stronę gliniany dzban stojący na kamiennym ocembrowaniu i daje mu do zrozumienia, że ma chwycić dzban z obu stron i trzymać, żeby się nie przewrócił. Po czym jedną ręką wylewa z drewnianego czerpaka wodę na swój wyciągnięty na wprost palec wskazujący drugiej ręki. Umieszczony bezpośrednio nad dzbanem, więc woda leci przez palec do wnętrza. Ale dzban jest pełny i woda rozlewa się dokoła. Mimo to mężczyzna ponownie spuszcza czerpak do studni, wyciąga kolejną porcję wody, wyciąga palec i próbuje poprzez palec wlać wodę do dzbana. Jak przedtem, woda rozlewa się po cembrowinie na ziemię. Mężczyzna jakby tego nie widział, powtarza w kółko tę samą sekwencję czynności. Lancelot próbuje go powstrzymać, swoim palcem wskazuje na dzban, na rozlewającą się dokoła wodę. Na mężczyźnie nie robi to wrażania, każe Lancelotowi dalej trzymać, spuszcza i wyciąga czerpak. Wylewa wodę.  

– Widzisz palec? – pyta w pewnym momencie.  

Wskazuje oczyma na swój mokry, wyprostowany palec.  

– Widzę – przytakuje Lancelot.  

– No widzisz – słyszy. – Ja też widzę, ale nie rozumiem, na co wskazuje.  

Lancelot próbuje przesunąć oczy i zobaczyć. I oto jest już w drugim otworze. A tam ta naga kobieta. Stoi do niego tyłem w bardzo wąskim, skalistym wąwozie. Po kostki zanurzona w strumieniu płynącym dnem wąwozu. Patrzy w zawieszone na skale lustro i widzi to samo, co on. Jej twarz, piersi i łono, z jednej, tyłek i plecy z drugiej strony, odbite w drugim lustrze za jej plecami, umieszczonym na przeciwległej ścianie wąwozu. Kobieta ma twarz ni to Ginewry, ni to jego matki. Ale całym ciałem najbardziej do Eleny pasuje. Twarzą w twarz, dwa lustra reprodukują ten sam widok w nieskończoność. Dwa widoki, kobiety od tyłu i od frontu. Lancelot nigdy wcześniej czegoś takiego nie widział. Najbardziej jednak dziwi go to, że jego samego, stojącego za plecami kobiety, nie widać na żadnym odbiciu. Za to słychać pytanie, nie wiadomo, przez kogo wypowiedziane. Bo jej usta się nie poruszyły.  

– Próbowałeś kiedyś, bez lustra, zobaczyć własne oko?  

I po chwili drugie:  

– Jakie to uczucie?  

Wreszcie, w trzecim otworze, kot na krawędzi wysokiej łąki. Widać stąd obszerną, otoczoną ramionami wzgórz zatokę i czerwoną tarczę słońca topiącą się powoli w oceanie. Ale kot, zamiast podziwiać ten spektakl, zapamiętale kręci się w pogoni za własnym ogonem. Lancelot chce do niego podejść i dopiero wtedy zauważa, że to on jest tym kotem. I nie przestaje się kręcić. Bo nie wie, jak to zrobić. Kocie ciało go gości, ale nie chce słuchać. Kątem oka dostrzega stojącą obok niego krowę. Która skubiąc trawę dotarła właśnie do skraju urwiska. Podnosi łeb, bez większego zainteresowania patrzy na pogrążonego w ściganiu własnego ogona Lancelota, a potem na zachodzące słońce. I naraz coś się w niej zmienia. Przestaje przeżuwać i mówi: Mu!  

Zaraz po tym znowu korytarz, znowu w ludzkim ciele. Wreszcie wejście do drugiej groty. Tak samo jak poprzednia oświetlonej. Na środku ktoś stoi. Wygląda na rycerza. Lancelot nie widzi jego twarzy, nieznajomy jest ustawiony plecami do niego. Podchodzi bliżej i wtedy tamten zwraca się ku niemu. Lancelot zamiera. Stoi przed samym sobą i patrzy sobie w oczy.  

 

 

154 

 

Poczuł, jak coś wybucha mu w głowie. Nie w jednej, w obu. Bo to, co w tych oczach ujrzał, co w jednej chwili przeżył, się w nich nie mieści. Najpierw całe jego życie aż do tej chwili, wszystko jeszcze raz, po kolei i zarazem naraz. Łącznie z tym, o czym dawno już zapomniał. Tak dużo tego było, zwłaszcza tego zapomnianego, że chwilami miał wątpliwości, czy to w istocie jego życie. Jeszcze więcej wątpliwości go ogarnęło, kiedy ujrzał swoją przyszłość. A potem wszystko inne. To znaczy historię i przyszłość wszystkich ludzi na świecie, samego świata i nawet zaświata. Z wyjaśnieniem, jak to działa. Z rzeczami, ze zjawiskami, które są zawsze i nigdy. Które jednocześnie są i nie są.  

Lancelot miał wrażenie, że w jednej chwili pojął wszystko. I się przestraszył. Odczuwał naraz wielkie, nieskończone wręcz szczęście i równie wielki strach. Przerażenie wynikające z tego, że taki jest szczęśliwy. Bo miał wrażenie, że zaraz się pod ogromem tego szczęścia załamie. Bo przecież człowiek nie może wszystkiego pojmować. Nie może być aż tak szczęśliwy. Przynajmniej żywy – czy może on już nie?  

Na szczęście nie trwało to długo. Krócej niż chwilę. Bo wszystko, co było do objęcia rozumem, po zrozumieniu od razu się rozpadało. Tak jakby każdy kawałek wszystkiego dzielił się na mniejsze kawałki. I już wiedza o większych kawałkach okazywała się nieadekwatna. Ta strata była z jednej strony przykra, z drugiej komfortowa. Bo wraz z rozpadem i brakiem zrozumienia znikał strach. Lecz wtedy samoistnie wracało pojęcie. Głębsze, obejmujące to pokawałkowane wszystko. A wraz z nim szczęście. I strach. By momentalnie znowu zniknąć wraz z kolejnym, jeszcze dalej idącym rozpadem świata. I tak w kółko, trójca pojęcia, szczęścia i strachu przychodziła i odchodziła falami, raz za razem, za każdym razem pozostawiając uniwersum w stanie jeszcze większego pokawałkowania. Graal przychodził i odchodził, odnajdywał się i gubił, gubił i odnajdywał. Obietnicę zarazem spełniał i nie spełniał. Ciastka rozdawał i sam je zjadał. Niebo zamieniał w piekło, piekło w niebo, niebo w piekło. I tak do usranego bezkońca. Czy taka jest natura wszystkiego, co jest i nie jest? Że się rozpada i rozpada, pozostając przy tym całością?  

Co miał Lancelot począć z tą wiedzą? Będącą zarazem niewiedzą? Gdyby choć mógł na pytanie, czy wszystko już rozumie, odpowiedzieć, że nie, nic nie rozumiem, ale jestem szczęśliwy! Jestem szczęśliwy i to mi wystarczy. Ale nie, nie był szczęśliwy. Był, owszem, przez chwilę. Tylko to już diabli wzięli. I teraz czuł się tak, że najgorszemu wrogowi by nie życzył. 

 

155 

 

Nagle przypomniał sobie, jak dawno, dawno temu, kiedy o żadnym Graalu nawet nie słyszał, podróżował skądś dokądś. Właśnie przejeżdżał grzbietem porośniętego zielenią klifu, kiedy dopadła go nagła potrzeba. Zatrzymał konia, wyskoczył z siodła, spuścił pludry do kostek i przykucnął zwrócony w stronę morza. Ostatnie, co zapamiętał, to gra promieni świetlnych na morskich falach. I jego tą grą zauroczenie. Bo naraz wydało mu się, że te nerwowe przeskoki odbić, które trafiają do jego oczu, nie są przypadkowe, lecz układają się w jakiś rodzaj kodu, którym słońce, którym woda, którym świat do niego mówi. Czuł, jak go wciąga. Jakby ta gra morskich paciorków była siecią, a on rybą. Tyle że on się nie wyrywał. Przeciwnie, zauroczony aż rwał się do tego, by zostać wchłoniętym, by stać się częścią tej rozedrganej pajęczyny. Bo to by była najwspanialsza rzecz, jaka mogłaby mu się na tym świecie przytrafić.  

To pewnie od tego nadmiaru szczęścia naraz zakręciło mu się w głowie i stracił najpierw równowagę, a potem przytomność. Kiedy się ocknął, pierwszą jego myślą było, że spadł z klifu i się zabił. Ale nie, zobaczył morze tam, gdzie wcześniej, daleko w dole. Nadal tkwił na szczycie. Upadł, owszem, ale nie do przodu, tylko w tył. Dlatego zamiast w przysiadzie, siedział teraz z nogami wyciągniętymi przed siebie, z rękoma podpierającymi ciało za plecami. Pod palcami, pod siedzeniem, pod udami czuł coś miękkiego i lepkiego. Próbował się podnieść i znowu upadł. Plasnęło. Czuł, że wpadł po uszy. I nie wiedział, jak z tego wybrnąć. Jak miałby w tym stanie na konia wsiąść? Jak wrócić między ludzi? Jak być dalej dzielnym rycerzem?  

Nie wiedział, co zrobić z tymi myślami. Były jakieś odległe i obce. A on jak śnięta ryba. Dopiero po dłuższej chwili odzyskał rozum. Rozwiązaniem okazała się kąpiel w morzu. Razem z ubraniem. Które potem długo się suszyło, bo dzień nie był ani słoneczny, ani nawet ciepły. Rozwiązanie praktyczne, ale nie w pełni satysfakcjonujące. Bo wstydu, który snuł się za nim długo potem, tak łatwo wykąpać się nie dało.  

 

 

156 

 

Podobny rodzaj głębokiego rozczarowania samym sobą czuł teraz. Bo już rozumiał, co się stało. Graal na chwilę dopuścił go do siebie. I od razu poczuł jakiś smród. Znak, że Lancelot nie jest godzien. Dlatego to niewysłowione szczęście, które w pierwszej chwili poczuł, zaraz z niego uleciało. Dlatego wszystko się rozpadało. Jeszcze potem falami wracało, ale już wtedy próba, której został poddany, była rozstrzygnięta. Graal zdecydował, że Lancelot nie jest dostatecznie czysty. Trwoga, którą poczuł wraz z pierwszą falą szczęścia, w tym pewnie objawiła się jego nieczystość. Stąd teraz to obrzydzenie do siebie. Wstyd, że nie potrafił w tym szczęściu pozostać. Że uciekł, że w strachu się obwarował. I co ma teraz robić? Dalej uciekać. Przed Graalem, przed światem, przed samym sobą.  

Z tych trzech świat wydał mu się naraz najważniejszy. Bo przecież Graal nie będzie go ścigał. On sam też jakoś w końcu sobie z tym wstydem poradzi. Trzeba zatem zrobić wszystko, by nikt inny się o tym nie dowiedział. Dać sobie z Graalem spokój. No i z tą Eleną też. Zmyć się stąd jak najszybciej, pozwolić innym i sobie o wszystkim zapomnieć.  

 

157 

 

Kiedy Elena, kilkanaście miesięcy później, z nieślubnym synkiem Lancelota na rękach, niespodziewanie zjawiła się na dworze króla Artura, nikomu nie było to na rękę. Lancelot nic o narodzinach nie wiedział, bo od czasu, kiedy uciekł z Carbonka, zupełnie się tym nie interesował. Więcej, tak skutecznie udało mu się o wszystkim zapomnieć, że kiedy go zapytano, czy to możliwe, że urodzony przez Elenę chłopiec jest jego synem, mógł z czystym sumieniem odpowiedzieć, że nic mu o tym nie wiadomo.  

Jednak podjęte w tej sprawie śledztwo szybko wykazało, że chłopiec o imieniu Galahad istotnie jest jego synem. Przemawiały za tym liczne poszlaki i zeznania powołanych świadków. Nie widząc innego wyjścia, Lancelot oskarżył Elenę o czary. To znaczy o to, że Elena z pomocą sił nieczystych zmusiła go do współżycia. Śledztwo w tej sprawie zakończyło się niczym. To znaczy czarów nie dało się ani udowodnić, ani wykluczyć. Dlatego winy Eleny miał dowieść proces z wykorzystaniem próby wody. Na sędziego wybrano Gawaina.  

O naciskach mówiono powszechnie. Wyglądało na to, że wszystkim zależy na uznaniu Eleny za winną. Samemu Lancelotowi z powodów oczywistych. Arturowym rycerzom, bo wina jednego z nich, wszystkich stawiała w złym świetle. Królowi, bo Elena broniła się twierdząc, że Lancelot był tak pijany, że wziął ją za Ginewrę, swoją ukochaną. I dlatego ją zgwałcił. Czego dowodem miało być głośne powtarzanie przez Lancelota imienia Ginewry podczas stosunku. Dla opinii publicznej miało to sens, bo wszyscy dobrze wiedzieli, o którą Ginewrę chodzi. Od dawna już przecież plotkowano o tym, że Lancelot kocha się w żonie króla Artura. Nie było tylko wiadomo, czy to miłość jednostronna, czy odwzajemniona.  

Dlatego, by jak najszybciej pozbyć się problemu, wybrano próbę wody. Czyli pławienie. Co zwykle polegało na tym, że domniemaną wiedźmę wrzucano do rzeki. Jeśli utonie, to znaczy, że niewinna. A jeśli o własnych siłach przepłynie na drugi brzeg, to winna. I wtedy trzeba ją już bez dalszych prób spalić. Gawain uznał tę procedurę za absurdalnie niesprawiedliwą argumentując, że podsądna nie ma szans. Bo winna czy nie – i tak przypłaci proces życiem. I zamienił próbę wody na próbę ognia, a konkretnie rozgrzanego żelaza. Nie zmienił zdania mimo powszechnego oburzenia i słów krytyki, które głośno wypowiadali pod jego adresem koledzy rycerze, w tym sam Lancelot. Dopilnował, by proces odbył się z pełnym poszanowaniem praw Eleny do obrony. Dzięki temu oskarżona, podobnie jak lata później Izolda, wyszła z opresji obronną ręką. Zwycięsko pokonała próbę z rozpalonym żelastwem w ręku i została oczyszczona z wszelkich zarzutów.  

Wygrana Eleny pozwoliła Galahadowi stać się najpierw pełnoprawnym rycerzem, później dowieść, że jest nie tylko największym, ale i najczystszym spośród okrągłostołowników. I wreszcie wyrzec się dalszego życia w ekstazie uzyskanej dzięki, tym razem pełnemu, wglądowi w tajemnicę Graala.  

Ale dość już o tym, bo to nie ta bajka, wróćmy – powiedział pies Ben. – Wróćmy –  powtórzył. I urwał. Toczył dokoła bezradnym wzrokiem. Jak ktoś, kto nie wie, gdzie jest. Ani skąd się wziął. Aż zatrzymał się na nas. Wciąż milcząc, intensywnie wpatrywał nam się w oczy. Jakby spodziewał się w nich znaleźć wyjaśnienie tajemnicy. Albo chociaż zapowiedź dalszego ciągu opowieści.

 

 

Marek Gajdziński


 

CZYTAJ TEŻ