Pisarz jako społeczny nieboszczyk lub człowiek-nikt


 

Pisanie nie jest częścią życia społecznego, nie stanowi żadnego z przejawów ludzkiej koegzystencji. Nazwać by je trzeba raczej składową życia pozagrobowego, postrzeganego nie w kategoriach ostatecznych, lecz potocznych. Każdy pisarz jest społecznym nieboszczykiem1. 

 

Słowa (zapomnianego) Jerzego Łukosza2 ukazują nieco odmienną funkcję pisania i funkcję samego piszącego. W zasadzie wszelki trud intelektualny związany z tworzeniem w słowie nie otwiera życia społecznego, a „składową życia pozagrobowego”. A pisarz? Pisarz jest lub staje się społecznym nieboszczykiem. 

 

Może Edward Stachura, pisząc „Fabula rasę” takim społecznym nieboszczykiem już byłStedowi pod koniec lat 70-ych XX wieku już trudno było się pogodzić ze światem. Zrywał kontakty ze znajomymi, później je próbował naprawiać. Wówczas poeta mógł już mieć objawy choroby psychicznej. Ukończył traktat filozoficzny, niełatwy w odbiorze, ale przecież niezwykły; oto człowiek-ja prowadzi dyskusję egzystencjalną z człowiekiem-nikt. W zasadzie to człowiek-nikt wprowadza w meandry życia człowieka-ja. Stachura redefiniuje różne pojęcia, m.in. miłość, mądrość, samotność, materię, fakt, akt seksualny itd.  

 

Taka rozmowa się przecież już odbyła. Edward Stachura odbył ją ze swoim mistrzem; uczeń spotkał się ze swoim guru i przy wielu świadkach zadawał pytania… po francusku. Nieboszczyk społeczny spotyka, no właśnie, kogo? Człowiek-ja spotkał człowieka-nikt, tylko człowiek-nikt nie chciał za bardzo odpowiadać, nie miał czasu na dyskusję i pośpieszał ciągle zadającego pytania. W Zurychu, w 1978 autor „Siekierezady” specjalnie przyjechał na występ Krishnamurtiego, aby zadać kilka dla niego istotnych pytań. Stachura mógł być rozczarowany tym wydarzeniem. Czy „Fabula rasa” jest literackim przepisaniem tamtej rozmowy? Czy ostateczny jej kształt to właśnie włożenie doświadczenia z Zurychu do książki? Być może. Na moment fikcja wychodzi tu poza książkę i styka się z rzeczywistością. A potem znów się od niej odrywa. W kwietniu 1979 Stachura rzuci się pod pociąg, nieudana próba samobójcza doprowadzi do amputacji prawej dłoni. Edward zaczął pisać lewą ręką dziennik. Kilka miesięcy później popełni samobójstwo w mieszkaniu, w Warszawie.  

 

Fabula rasa ma sporo do zaoferowania, korzystam z jej III wydania z 1985-go roku, które ukazało się w 29 500 egzemplarzach. Przy obecnych nakładach tomików poezji oraz krytyki literackiej z reguły 300-500 egzemplarzy, ta liczba robi wrażenie. Ale w tamtych latach ludzie jeszcze czytali, mieli wewnętrzny algorytm, smak literacki i można by było dodać, potrafili się skupić, utrzymać uwagę. Idąc za terminologią Jerzego Łukosza, czytanie jest formą sztuki, czytelnik wspina się na pierwsze piętro, a na drugie już mu się zwyczajnie nie chce, to już jest za trudne. To wymaga przygotowania, kondycji i cierpliwości czytelniczej. Z „Fabula rasą” trzeba się oswajać, przepychać, jak z językiem poetyckim, z nową dykcją poety, aby rozumieć, a może przewidywać kolejne wersy… Stachura ujął mnie swoją wrażliwością, wyobraźnią, być może i pokorą (chociaż ta proza ma lepsze i gorsze momenty), pogodzeniem ze sobą, światem; a gdy poznamy jego kontekst życiowy, jako człowieka-nikt, który spotyka człowieka-ja (którym dyryguje SuperJa), pulsuje z tego energia ostatku życia. W „Fabula rasie” człowiek-nikt dyskutuje z człowiekiem-ja, tym razem człowiek-nikt ma czas i odpowiada na wszystkie pytania; to filozoficzno-poetycka dyskusja, a może też dyskusja, która jest pomiędzy ludźmi obłąkanymi, a może ludźmi pochłoniętymi literaturą do cna, na skraju szaleństwa; może ludźmi osamotnionymi? W każdym razie to drugie piętro literatury jest trudne, momentami niezrozumiałe, ale ma w sobie mądrość, po którą powinniśmy sięgać. Chociaż to „powinniśmy sięgać” bardzo mentorsko zabrzmiało, wybaczcie, po którą zachęcam, by sięgnąć. Zacytuję jej fragment: 

 

— Czy już ktoś mówił takie rzeczy jak te, które tutaj słyszałem? Pytam, bo to i owo brzmi tak, jakbym o tym już gdzieś czytał, jakby mi się ktoś kiedyś obiło o uszy.  

— Co cię obchodzi, czy już ktoś, kiedyś gdzieś mówił takie rzeczy? Co cię to obchodzi? To jest dla ciebie absolutnie nieważne. Ważne jest tylko to, żebyś odkrywał w sobie to, co się tu mówi, o czym się mówi; żebyś odkrywał w sobie tu i teraz, natychmiast, zaraz natychmiast, a w każdym razie do siebie to wpuszczał, a nie porównywał tego z czymś, co ci się obiło o uszy, odbiło od uszu raczej. Tylko to jest ważne: żebyś odkrywał w sobie. Odkryj najpierw w sobie, dopiero wtedy będziesz w stanie móc zobaczyć to samo ewentualnie gdzie indziej. To jest absolutnie jedyna żywa kolejność. Wszystkie inne „kolejności” są martwe3. 

 

To jest kowadło myśli. Skup się na tu i teraz, na „odkrywaniu w sobie”, najpierw w sobie, a może najpierw odkrywaniu siebie (!) i wówczas szukaj, interpretuj co innego, kogoś innego. Ale w pierwszej kolejności: eksploracja siebie.  Jest wiele błysków w tym traktacie filozoficznym, oczywiście, są i cienie, które mnie kompletnie nie przekonują. Natomiast te błyski przypominają mi „Narkotyki” i „Niemyte dusze” Witkacego, które cenię bardzo wysoko w twórczości Wariata z Krupówek, to w zasadzie książka przeciw używkom. Dodajmy jeszcze jedną (p)odpowiedź od człowieka-nikt: 

 

— Czym jest nawyk? Taki jak nałogowe picie trunków, palenie papierosów, żucie gumy, granie w karty, boleśnie powitalny uśmiech urzędników, kiedy się do nich zachodzi w jakiejś sprawie i wiele, wiele innych. Może też… nawyk pisania wierszy, jeżeli jest to nawyk. 

 

— Wszystko to są nawyki. Jest ich bez liku. Nawyk jest nieuwagą. Jest inercją, bezwładem, niemocą. Jest ornamentem wystroju psychicznego. Jest psychologiczną niewolą. Jest stwarzaniem czasu, pieczętowaniem jego ciągłości i wyrazem rozkładu tej ciągłości. Dla przygniatającej większości ludzi ich całe życie jest jeno nawykiem, postępującym w wiadomym kierunku rozkładem, korupcją, degeneracją. I cała zgroza w tym, że sami tego chcą. Wepchnięci przy swoim czynnym współudziale, w przepastną koleinę o stromych ścianach i pochyłym spadku, nie chcą zobaczyć, że coraz niżej po niej staczają się. A wystraczyłoby to zobaczyć. I stałby się cud4.  

 

Mnie się jeszcze podoba określenie, które pojawia się w „Snach Marii Dunin” (preludium do „Pałuby”) Karola Irzykowskiego: W takich chwilach nie mogłem się oprzeć natrętnej myśli, że człowiek jest zamaskowanym trupem, że my wszyscy chodzimy po świecie jak upiory, depcąc po własnych grobach, i że świat, dobiegłszy do punktu martwego, lada chwila zastygnie i zlodowacieje5. Zamaskowany trup, to niezłe określenie wypisania się pisarza. Ogrom wysiłku i trudu napisania, nazwijmy to, niszowej książki, prowadzi do bycia społecznym nieboszczykiem, człowiekiem-nikt czy zakamuflowanym trupem. Mimo tej (nie)śmiertelnej terminologii, ów pisarz/pisarka ma wiele do przekazania, warto się wsłuchiwać w tę narrację, która nie jest mainstreamowa oraz wielkonakładowa, jednak właśnie ta literatura powoduje, że nasze zwoje, synapsy zaczynają pracować, a książka staje się przyjemną, niełatwą partią szachów. Zakończmy również Łukoszem: Kto naprawdę pisze, zaczyna umierać. Literatura skierowana jest przeciwko życiu, jeśli zaś zaczyna mu sprzyjać, pisarz milknie nagle w połowie zdania lub tworzy zdania pozbawione życia. Literatura czerpie z życia pokarm nie jak dziecko, ale jak pasożyt lub tkanka nowotworu. Musi prowadzić do samowyczerpania, z którego nie ma powrotu między żywych6.

 

 

Paweł Majcherczyk

 

 

1.  Jerzy ŁukoszByt bytujący. Esej o prozie, Wrocław 1994, s. 119

2. Jerzy Łukosz — eseista, dramatopisarz, prozaik. Jerzego Łukosza ostatnio przypomniała Ewelina Adamik, przeprowadzając z nim wywiad, który ukazał się w Odrze, 12/2025.  

3. Edward Stachura, Fabula Rasa, Olsztyn 1985, s. 72 

4. Tamże, s. 85.

5. Karol Irzykowski, Pałuba. Oprac. Aleksandra Burecka, Wrocław 1981, s. 24.

6. Jerzy Łukosz, Byt bytujący. Esej o prozie, Wrocław 1994, s. 119.


 

CZYTAJ TEŻ