Chamera


 

Tor idzie przez las, wzdłuż tartaku: drewno wyprzedane do ostatniego pieńka przez ludzi przygotowanych do zorganizowanej jazdy; gdzieniegdzie tylko jakieś resztki butwieją na polanie. Konduktor pokrzykuje na drwali, aż niektórzy z nich zaczęli płakać. Powiedział im, że muszą jeszcze poczekać. Najlepiej, żeby się czymś zajęli, najlepiej strzelaniem z łuku, to każde dziecko potrafi. I tylko to ciągłe czekanie. Mucha na szybie pozostawia za sobą efekt wizualny. Nikt nie lubi tych brzęczących, głośno dających znać o sobie, akustycznych odgłosów. Ktoś okno otworzył; gdy taka hałaśliwa mucha znajdzie się w przeciągu, owad przepada w jasności świeżego powietrza. W końcu zawiadowca dał znak do odjazdu. Podróżnych żegnają rodziny, znajomi, wojsko przepasane kolorowymi szarfami: spodnie z lampasami, na głowach wysokie czapki, a na nich wielkie orły, barwne bibułki i pawie pióra. Broni, jaką prezentują, próżno szukać w jakichkolwiek siłach zbrojnych. Odetchnięto z ulgą. Pozajmowano miejsca, niektórzy stoją na schodkach, gdyż głębiej wcisnąć się nie sposób. Później dopiero, po kilkudziesięciu kilometrach udaje się znaleźć wolne miejsce. Kto? Gdzie? Po co? Ciała martwe, zmarznięte zaczęto wyciągać i zabierać podczas postojów na wózek i wywozić, nie wiedzieć dokąd, szukaj wiatru w polu. Gdy dobrze się wpatrzeć wzdłuż torów, sporo ludzkich ciał leży martwych. Zaczęto dyskutować, czy aby nie zmienić zasady organizacji cmentarzy – i zacząć grzebać ludzi w pozycji stojącej lub siedzącej, żeby było oszczędniej. Powinno się także wydawać zezwolenia na zakładanie prywatnych cmentarzy i chowanie zmarłych na prywatnych posesjach, na przykład w domowych ogrodach. Za oknem nieustannie marny krajobraz. Suną wagony, kondukty żałobne, jeden za drugim, do kraju, który nakarmi, dostarczy prowiant, by dalej już bez przeszkód jechać, gdzie oczy poniosą. Ciepły dym doprowadza do tego, że z trudem przełyka się ślinę, której jak na złość sporo w ustach się zbiera. Więc boli gardło, muchy krążą nad głowami. Nie powinno kręcić się głową i wodzić oczyma za muchami. Celem ignorancji nie jest zemsta. Umierać? Taki sam ból. Gdy już padnie się na kolana, zostaje się obdarzonym łaską, by móc żyć pełnią życia, a wszystko, co innego znaczy niż przedstawia. Żeby nie wyjść z wprawy, dźwigać należy bloki betonu i kawałki stali, które pozostały z wysadzonego w powietrze dna. Chwilami niektórzy rzucają się na pożywienie z taką żarłocznością, że pozostali, ogarnięci lękiem, przesiadają się do innych przedziałów. Niektórzy wypluwają pestki, by na okamgnienie przestać myśleć o cieniu komnat, które chłodzą, o plażach, które grzeją stopy. Dniami i nocami ktoś umiera. Utworzono specjalną kompanię do chowania zwłok. To nic, że nogi spuchnięte. Jazda trwa nadal. Podczas podróży nie ustają lamenty. Ścisk staje się coraz większy. Trudno podnieść się z ziemi. Są tacy, co przez cały czas chowają się za abstrakcyjnymi maskami. Wydaje się, że wszyscy płyną fałszywym kursem. Kawałki wysłużonego drewna swoją formą przypominają pokrywy skrzyń. Powstaje nowy układ sił. Mężczyźni owłosionymi i spoconymi palcami liczą pieniądze. Kobiety z ufryzowanymi głowami liczą pieniądze. Pełzają niemowlęta poruszając pulchnymi stópkami. Zaraz potem deszcz, jakiego dotąd nikt nie widział. Ktoś zasłonę odchylił. Teraz jazda odbywa się samochodem poprzez góry, pokonując ostre zakręty. Co wieczór nocuje się gdzie indziej. Na każdym postoju autochtoni mają przygotowane obozy, w nich dopiero można obejrzeć własny wygląd. Wycieńczone szkielety, obtarte i nędzne. Wokół dużo żywności. Tymczasem żołądki oduczyły się trawienia. Dokucza ból stóp, które puchły systematycznie w kostkach podczas podróży. Ksiądz odprawił mszę świętą. Upał, że o zimie nie pomyślisz, bałwana nie ulepisz. Wychodzi się z budynku, siada i słyszy odgłosy rozmów, dochodzące z miejsca położonego na przeciwległym brzegu. Wracając na swoje posłanie, zapada się w sen. Wówczas można zobaczyć oryginalny piec do wytopu złota, narzędzia górnicze, kopalniane przyrządy geodezyjne, żeliwne formy do odlewania sztabek złota. Podziemny wodospad z dużą siłą rozpryskuje się po skałach. Od tej chwili nie widać już wokół ludzi dobrych i złych, mądrych i głupich, pięknych i brzydkich. 

Budzę się w łóżku ustawionym przy oknie, a leżąc w nim jeszcze przez jakiś czas, patrzę przez szybę na zachód. Codziennie jestem świadkiem nie wiedząc, czego. To, co dzieje się na niebie wykracza znacznie poza niewinne wybudzenie się ze snu. Nie przywykły do trwonienia czasu i wydarzeń, patrzę na siebie przez zdarzenia, które nawet niekoniecznie prowokuję. Wystarczy, że zauważam, przyglądam się pogodzie za oknem bez zaskoczenia i zdziwienia. Mam zamiar dzisiaj oderwać się, oddalić, wyodrębnić; nie być kimś gorszym, podwładnym, zaćmiewanym i prześciganym. Przybyłem do tego domu na zaproszenie przyjaciela Wicka. Poznaliśmy się dawno temu, zwiedzając zakątki naszych wspólnych pasji, zachłystując się podróżą w nieznane. Czuliśmy wtedy ogrom szczęścia, rozumieliśmy, że to jest właśnie ta wolność. Niewiara nas połączyła, powroty nas połączyły, wspólne zdanie na wiele tematów. 

Ulokował mnie w tym pokoju, gdzie siedzę na skraju łóżka. Chcę się ubrać, lecz lewa stopa boli mnie do tego stopnia, że nie mogę na niej stanąć. I jak pójść do ubikacji, co też mam w zwyczaju robić zaraz po przebudzeniu. Stopa boli tylko wówczas, gdy chcę na niej stanąć. Gdy siedzę tak na skraju łóżka i zastanawiam się, w jaki sposób przyjdzie mi się ubrać, stopa nie daje znać o sobie w żaden sposób – mogę nią swobodnie poruszać, nawet skarpetkę udało mi się założyć. Ale co z tego, pewnie ubiorę się i nawet pokuśtykam tu i tam, lecz wszystko to w sposób ułomny, z bolącą stopą. I co dalej? Ból jest niewyrażalny, niewysłowiony. Gdybym był u siebie zapewne na zakupy chciałbym pójść, do rynku. Zastanawiałbym się, jak wyjść z domu, żeby nie pokazać cierpienia, nie wzbudzić litości? Żeby ludzie nie musieli przystawać i dopytywać, szukać przyczyń mojej niedoskonałości: „Co się panu stało, do lekarza trzeba, może to na zmianę pogody, może dna moczanowa?” A im bardziej strome wzniesienie: „Kogo Bóg kocha, temu bólu nie żałuje.” Już to widzę, wyobrażam sobie, jak wytykają mnie palcami i szepczą: „Koń kuleje, koń kuleje, żeby kózka nie skakał…” a ja przecież mam już swoje lata i o żadnych wyskokach mowy być nie może. Ból – bezsensowny i niezrozumiały – wzmaga się, pęcznieje. Patrzę na spuchniętą, bolącą stopę, jakby była ciałem obcym, nie moją częścią ciała; palcami nie mogę poruszyć, pięta jakby znieczulona. Nie wiem czy zapotrzebowanie tkanek na tlen i składniki odżywcze przewyższa ich dostarczanie. I ten ból, gdy dotykam podłogi, to on świadczy o tym, że posiadam stopę, mimo, że tak mi obcą. Z pozoru, z zewnątrz wszystko wygląda zupełnie normalnie, lecz wszystkie moje myśli ulokowane są teraz w jednej stopie, jakby przejęła rolę mózgu. Żeby się ruszyć z łóżka, muszę wstać, ale jak utrzymać równowagę, jeśli nie mogę podeprzeć się jedną z nóg. Na razie założę na siebie podkoszulek i bluzę. Ta czynność nie sprawia mi problemów. Nawet założenie spodni w tych niesprzyjających okolicznościach nie jest trudne. Wystarczy podnieś lekko w górę jedną nogę, drugą i gotowe. Pantofla na chorą stopę nie dam rady założyć, ból niemiłosierny. Zresztą, po co mi pantofel na chromej stopie, po co mi w ogóle pantofle, skoro nie będę mógł się ruszyć nawet o krok od łóżka. Chociaż spróbować nie zaszkodzi. Może znajdzie się jakiś sposób na przemieszczanie się. Wicka nie wzywam, nie chcę zdradzić się ze swą niedyspozycją, przecież nie przyjechałem tutaj, by mnie niańczył. On zawsze taki zasadniczy, zdrowy, pełen życia; odchudza się od jakiegoś czasu, nie je słodyczy, rowerem jeździ dzień w dzień bez względu na pogodę. Po co ma się nade mną litować. Będę udawał, że nic mi nie jest, jakoś muszę pokonać ból. Najlepiej byłoby pozbyć się stopy, tak jak się wyrywa chory ząb. Nie powinienem tak myśleć, raczej zająć się dalszym ubieraniem, nawet za cenę łez. 

Muszę postarać się zdobyć jakieś środki przeciwbólowe, byle tylko nie zdradzić się z bólem przed Wickiem. Przecież zaprosił mnie, by spędzać czas w miłym towarzystwie, z kimś zdrowym, wesołym, wypoczętym, mającym dobre podejście do życia. A tu masz, taka przygoda, akurat dzisiaj musiało mi się to przytrafić. Może uda mi się go oszukać? Raczej nie, zbyt długo się znamy, by to było możliwe. Na pewno zauważy i nie da mi spokoju. Będzie pytał, doradzał, chociaż wiadomo, że to nic nie pomoże, wręcz przeciwnie – stopa jeszcze bardziej będzie boleć. Przydałby się jakiś środek przeciwbólowy szybko działający. Wickowi dam spokój, o nic nie będę go prosił, na swój sposób będę starł się przed bólem uciec. Chyba, że się domyśli, wówczas poddam się, jednakże bez lamentacji. Wicek radzić potrafi, doradzać, analizować, ale żeby tak pomóc, tak od serca, prawdziwie… Pewnego razu, także w tym łóżku, dopadła mnie arytmia serca: serce waliło mi szybko i głośno, i ja, głupi, powiedziałem o tym Wickowi. Na co on, przyłożył swoją dłoń do mojej klatki piersiowe i powiedział, że rzeczywiście, że serce może tego nie wytrzymać i poszedł sobie, zostawił mnie, by zająć się sobą, w dalszym ciągu skupiać się na sobie. Wydawać by się mogło, że powinien wezwać pogotowie, ale nie, nic z tych rzeczy – samo przeszło. 

Rano zaproponował, bym sypialnię mu pomalował i zreperował umywalkę w łazience. Będę wszystko robił, by nie zdradzić się z bólem stopy; będę starał się pokonać go w sobie. Zacisnąć wargi, pięści, nie wyć, nie jęczeć, a jak się da, do apteki wymknąć potajemnie i kupić jakieś tabletki unicestwiające takie wybryki ciała. Mógłbym zapalić papierosa, nikotyna na pewno spowodowałby ulgę, ale u Wicka w domu nie wolno palić, nawet przy otwartym oknie – kto zresztą zdecydowałby się otworzyć okno. Musiałbym wstać, sięgnąć ręką na wysokość klamki, ale nie jestem w stanie tego zrobić, zbyt jestem unieruchomiony. Odwrócić głowę tylko potrafię, ciało skręcić na tyle, by ujrzeć za szybą iskry, a dalej tylko mnóstwo pytań, wątpliwości. Zgodziłem się przyjechać tutaj, do Wicka, bo tam u mnie za oknem inny widok się roztacza: koparka zdziera ziemię ze zbocza pagórka, po którym w dzieciństwie jeździłem na nartach. Wtykałem leszczynowe kijki w śnieg, ustawiając slalom. Chłopcy z okolicy przychodzili patrzyć, jak śmigam między tyczkami, co śmielsi puszczali się za mną z impetem. Cóż ta koparka wyprawia z tym zboczem? Pewnie jakiś piętrowy budynek mieszkalny powstanie, żeby mi przesłonił świat dzieciństwa. Na szczęście ogród mój jak dotąd nietknięty przez cywilizację: dwa dęby stoą pewnie na nogach, spore już są, urosły jak na drożdżach, samosiejki; drzewka wiśni też się rozsiały wszędzie dziko, nieujarzmione przeze mnie owocują niekiedy, plując pestkami, czarne porzeczki wzdłuż ogrodzenia pięknie dogadują się z pokrzywami. Tak, więc ta koparka zza okna wygania mnie z domu do Wicka, wręcz prosi mnie, bym zmienił kąt widzenia, patrzenia, a jeszcze na dodatek mierzi mnie każdy dzień, jeden podobny do drugiego, jakiejś odmiany zapragnąłem, dosyć mając codziennego wstawania na dźwięk mazurków Chopina, jakie wydobywają się o szóstej rano z budzika, a później czytanie przez godzinę, aż do śniadania. Przeglądanie wiadomości mogłoby się wydawać jakaś atrakcją, ale odkąd rozpoczęły się mistrzostwa świata w piłce nożnej i turniej tenisa ziemnego w Londynie wiadomości są mało interesujące. 

Pójcie do miasta po zakupy to mordęga, chociaż trudno powiedzieć czy śmiać się czy płakać, nikt w mojej ulicy pieszo nie chodzi do rynku; nawet jak mają kilka kroków, to wsiadają do wozów i jazda, jakby uciekali przed sobą, jakby nic nie mieli sobie do powiedzenia, nie to co dawniej: stawano, przystawano, kłaniano się sobie. Niekiedy wracałem z zakupów a ci sami ludzie, których mijałem w drodze po zakupy, nadal stali w tym samym miejscu i rozmawiali, jakby nie mogli nagadać się do syta. Dzisiaj, to co innego. Także uległem temu, by szybko przemknąć przez skwer, a nawet, jak jest możliwość, by się zatrzymać na chwilę, oschle podaję dłoń, bo wiem, że na nic mój wysiłek, raczej tylko odpowiedzieć na pytanie o zdrowie, i dalej do najbliższego sklepu po niezbędne produkty spożywcze, bo przecież nikt za mnie tego nie zrobi. Sam mieszkam, sam wyglądam przez okno, sam robię zakupy i wracam do domu obiad ugotować. Taki to przykład kolejnych nudnych godzin, kiedy wiem, że to samo ugotuję, tak samo będzie smakować. 

Coś ucieka, oddala się, już czas na poobiednią drzemkę, na gorzką herbatę w szklance, takie to życie: lektura, muzyka, pod wieczór spacer wokół wyludnionego rynku, jakby nikt tu nie mieszkał, życie zamarło na wieki, tylko ja ze spuszczoną głową maszeruję, by tracić zbędne kilogramy. Do jasnej cholery – po co to wszystko, to ciągłe staranie się o dobre samopoczucie, ile to razy myślałem o śmierci, i nadal myślę, ale to na nic? Kim będę po śmierci, gdzie będę? Czy to ma jakieś znaczenie, jeśli ciągle jeszcze mogę chodzić, nudzić się, patrzyć przez okno, już ciemno, noc, teraz tylko zasnąć, ale jak to zrobić bezboleśnie, by nie musieć przewracać się z boku na bok – a kiedy już zasnę – nie musieć śnić jakichś dziwnych scen niezrozumiałych, obrazów pojawiających i przekształcających w arcydzieła lub koszmary. Usnąć i nie obudzić się – czy to nie byłoby najbardziej normalne w mojej sytuacji, gdy nie chce się powtarzać każdego dnia jak modlitwy. Wicka odwiedzić, pojechać do niego. Gdy tylko otrzymałem zaproszenie, pomyślałem sobie: a co mi tam, jakaś odmiana mi się należy. 

Nie sądziłem tylko, że ta odmiana będzie aż tak głęboka i dotkliwa. Że widok koparki z mojego okna zostanie zastąpiony bólem stopy. Na co mi to było. Może, gdybym tutaj nie przyjechał, z nogą byłoby wszystko w porządku. A tak? Siedzę i nie wiem, co robić. Ból wzmaga się, promieniuje. Jak nadać bólowi sens, bym wszystkiego nie zaprzepaścił? Jak ukryć ból przed Wickiem, by nie musiał mieć wyrzutów sumienia? Nie chcę jego mało istotnych porad. Czy warto się trudzić? Nie lepiej wsiąść w pociąg i wrócić do swojego okna? Monotonny widok koparki nie był znowu aż tak bardzo dotkliwy, jak ból stopy. Co począć, co począć? Czuję się jak przybłęda, jak ukrzyżowany z rozrzuconymi rękami. Kolejny raz próbuję stanąć na nogi i zrobić krok do przodu. Odrywam lewą stopę od podłogi, unoszę delikatnie przed siebie i zaraz siadam z powrotem na krawędzi łóżka, gdyż nie mogę ustać prosto. Ależ się podziało. Przecież nie będę skakał na jednej nodze. Jeszcze raz spróbowałem wstać i tak przekręciłem stopę, by ból był najmniejszy. Udało się, teraz mogę postępować wolno przed siebie, nieznacznie utykając. Wicek pewnie i tak się zorientuje, że ze mną coś jest nie tak. Powiem, że nudziłem się w domu, że zapragnąłem pewnej odmiany, chciałem zobaczyć, jak żyje, co się u niego zmieniło? Rozumiejąc swoją bezradność, zacisnąłem zęby i wsparłem się o ścianę. Przyszło mi nagle do głowy pewne wyjście. Może to tylko sentymentalizm, jeszcze minutę temu nigdy by to mi nawet przez myśl nie przeszło. Odbiłem się od ściany i znowu siedzę tak jak przed chwilą. Siedzę i zaczynam logicznie myśleć. Coś kryje się w zakamarkach pamięci, jakieś strzępy kiedyś odbytych rozmów, jakaś sytuacja, której nie mogę teraz odtworzyć, gdyż brakuje dla niej scenerii. To nie ten moment. Ból nie do zniesienia. Usiłuję usunąć ból, masując stopę. Nie chcę prosić Wicka, by zdobył dla mnie lekarstwo. Nie boję się krajobrazu za oknem. Wszystko przemawia za tym, że istnieje pewien punkt w umyśle, z którego mogę wysyłać sygnały osłabiające natężenie bólu. Muszę to wykorzystać do granic możliwości. Po prostu chcę się wyrwać z obezwładniającego mnie bólu, tak samo, jak wyrwałem się z domu, by dotrzeć pod dach Wicka. Monotonia przewalanej ziemi, nuda codziennych rytuałów związanych z podtrzymywaniem podstawowych funkcji życiowych, ciągłe patrzenie przez okno dzielące mnie od świata, nabierały olbrzymich rozmiarów. Bez problemów pokonam odległość dzielącą mnie od ramion Wicka; najwyżej trochę się zmęczę, przynajmniej orzeźwię. Jeśli Wicek mnie zaprosił, to nie wypada nie skorzystać. Który to już raz ten człowiek mnie zdumiewa! Jednocześnie jestem pełen podziwu, jak świetnie umie pływać bez asekuracji, by mieć odwagę na takie posunięcie. Zaciekawiony, jak się zachowa, wykupiłem bilet na najbliższy pociąg, gotowy na konfrontację z faktami. Chociaż wydaje mi się, że kwestię tę należałoby obmyślić nieco dokładniej! Powinienem chyba usłyszeć jakieś argumenty. „Dlaczego, dlaczego!…”. Słowa te zaskoczyły mnie swoją celnością. A teraz ten sam ruch. Okno rozpalone do czerwoności. Od jego powierzchni bije szkarłatny blask, a świetliste promienie ukazującego się słońca przebijają unoszący się tu i ówdzie kurz. Ostre, granatowe cienie kładą się na podłodze i ślizgają. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie uporczywy ból stopy niepozwalający zrobić mi zdecydowanego kroku. Dozia też już stała się nudna i trzeba od niej odpocząć, dlatego szybko dałem znać Wickowi, że przyjeżdżam, tylko się z nią rozmówię. Niedawno śniło mi się, że jestem u niej w domu i rozmawiamy jak to zwykle o jej mężu, że nienawidzi go, bo jest dobry, szydzi z niego, ponieważ jest godny szacunku, nagle usłyszeliśmy rumor w sieni, pewnie mąż wraca; mówi mi, żebym szybko na strych się udał, po drabinie nie jest mi łatwo, dosyć stromo, ale wznoszę się w miarę umiejętnie, jeszcze z dzieciństwa spryt mi pozostał, wciągam drabinę, by śladów nie postawić, zamykam właz, a szczelinę, jaka pozostała między deskami, taką niewielką szparę między nimi sankami zastawiłem, chociaż nie wiem, czy to dobry pomysł, bo sanki samymi prześwitami wypełnione; i rzeczywiście, źle się stało, widać głowę męża Dozi, jego ciekawskie oczy – sypnąłem w nie plewami i odszedłem na drugą stronę strychu, gdzie drzwi otwarte na oścież  do podawania siana. Zwinnie – nawet się tego nie spodziewałem w moim wieku – wyskoczyłem przez ten otwór na zewnątrz budynku i pobiegłem, na ile mogłem przed siebie, żeby nazajutrz wysłuchać Dozi, która nie omieszkała opowiedzieć mi, jak czuła się zobowiązana oczy z plew oczyścić mężowi i mówić do niego trzynastozgłoskowcem, by jak najmniej z tego, co mówi – zrozumiał, a gdy niektóre wersy nie przystawały do kłamstwa, zastępowała je rytmicznymi okrzykami, a raz nawet poklepywaniem po twarzy. Teraz siedzi u mnie na krześle i robi głupie miny, że niby wspaniale jest i wesoło, a mnie bilet się przypomniał, nudno jest i monotonnie, należy natychmiast opuścić na jakiś czas tę scenerię, ale jak to Dozi powiedzieć, gdy ona taka zazdrosna, zakochana. Po prostu chcę się wyrwać na jakiś czas z domu i schronić się u Wicka. Dozia siedzi na krześle przy oknie i zagłębiona w swym dobrym samopoczuciu jeszcze o niczym nie wie – robi manicure. Nie wiem, co myśli, mogę tylko zgadywać. Nie mam pojęcia, czego chce, aż się boję, że wszystko może przepaść. Od wielu lat jest moim aniołem stróżem bez wyjścia, przy mężu nie ma poczucia bezpieczeństwa, a przy mnie trwoga zamienia się w rękaw, do którego Dozia wchodzi bez obaw: zasypia w nim, gubi przegadane pamiętniki, ma odwagę przebrać się w moją koszulkę, jakbym już był oddany jej na zawsze. Mówię jej, że tylko na jakiś czas chcę pojechać do Wicka, odwiedzić go, zobaczyć, jak inni żyją. Dozia zapaliła świece, jak zwykle pościeliła łóżko – nie pamiętam, aby ktoś inny zmieniał dla mnie pościel. Stara się zadbać o każdą sekundę naszej bliskości – napełniłem kieliszki. Dozia odmówiła picia, powiada, że ludzie tacy jak my są bardzo naiwni i myślą, że coś jeszcze uratują w swoim życiu, wyobraża sobie, jak co noc siadam obok niej, głaszczę po twarzy i mówię: „Nie martw się. Jutro tu wrócę.” Położyłem swoje dłonie na jej, wdychamy głęboko powietrze. Słucham, jak mówi, że na dzień jest jego a na noc moja, mówi, że jest szwaczką, która przeszywa guziki z dnia na dzień, a gdy wraca z pracy, nikt na nią nie czeka, oprócz męża, często pragnie mnie nocami, gdy męża nie ma, bo on jest na dzień, jak w każdym dobrym małżeństwie, rozumie, że to, co robi, to zdrada, ale czy w ogóle to jest zdrada, gdy się męża nie kocha? Czy zdrada sama w sobie nie jest już dokonana? Ciągle powtarza, że nie wie, po co wychodziła za niego, jest zależna od wspomnień, została ze szklanką w dłoni w pustym mieszkaniu, niekiedy wychodzi z domu, bo są podróże bliskie i bardzo mądre. Mówi, że mnie ma tylko na pograniczu jawy i snu, często spogląda na zdjęcie, które jej dałem. „Pamiętasz?” Jej mąż jak zwierzę się zachowuje, nic innego, nic więcej, sama pustka i parę głębszych oddechów, nic do męża nie dociera. Mówi, że jest dla niego zimna jak stal; na powierzchni, dla niego; w środku tylko dla mnie. I tak w kółko, znam to na pamięć; przerwać tę tyradę, oddalić się, zmienić otoczenie, choćby na kilka dni. Do Wicka się udać po wytchnienie. Zostawić na jakiś czas okno i Dozię. Męża nienawidzi, a skąd ja mam to wiedzieć, tyle rzeczy mówi, narzeka. Postanowiłem sprowadzić ją na ziemię i powiedzieć, że jadę i już. Taki wyjazd jest mi potrzebny, nie zostawiam jej na zawsze, przecież wrócę i znowu będzie mogła przyjść do mnie, żeby się pokochać, porozmawiać. Zapewne dużo więcej będę miał do powiedzenia po powrocie, opowiem jej, jak mi w świecie było, czy jeszcze nadaję się do innego świata. 

Dosyć cierpliwie mnie słuchała, ale nagle zawołała, że nie jestem pępkiem świata, że inni ludzie też się liczą. To jeszcze bardziej mnie przekonało, by jak najszybciej udać się poza tę mieścinę, odpowiedzieć na zaproszenie Wicka. Odpocznę od Dozi, jej lamentów, pieszczot. Odetchnę świeżym powietrzem zstępującym z nieba. Powiedziałem jej, że tam, gdzie jadę, będę królem lisów, profesorem wężów, padyszachem wszystkiego, co beztroskie i obojętne! Czy udało mi się ją nabrać, nabić w butelkę? Najprostsze środki okazują się zawsze najlepsze. Poprosiłem, by otworzyła szeroko oczy, bo chcę sprawdzić, czy kolor tęczówki nie ucierpiał od słońca. Pewność siebie nie świadczy o znajomości życia, gdyby jednak zaszła taka potrzeba… może zasłużyłbym na trochę zaufania. Poprzez stanowczość decyzji, daremnie starała się zrozumieć intencję mojego postępowania. 

– Wybacz, ale muszę już iść – powiedziała krótko. 

Dziwne uczucie zadowolenia. 

– Jak chcesz, ale pamiętaj, zastanów się nad tym, co ci powiedziałam. 

Czy czuje, że mam ją na oku? 

– Dziękuję, że zechciałeś mnie wysłuchać. 

Żadna kobieta nigdy nie była tak na mnie skupiona, wykorzystując moją nieuwagę. 

– Pa – pocałowałem ją. 

Za oknem mojego pokoju – tam skąd przyjechałem – koparka zapewne nie ustaje w rozsiewaniu ziemi, Dozia nadal chandryczy się z mężem, stoją bezpretensjonalnie dęby, że dwoje ludzi nie obejmie, tam, gdzie byłem już sobą dosyć znużony. Nie to, co tutaj, na skraju łóżka siedzę w jednym miejscu, ale słyszę niejedno, wszystkie przemyślenia mają tam początek, bo tutaj boląca stopa jest bezbronna, wobec tego, co tam, gdzie miałem wygodne buty, jeszcze to umiłowanie prawdy, odleciało krakanie daleko, słowików mi trzeba, dębów, dla mnie uzdrowienie, przez piorun, przyzwyczajenie i stereotypy czy wszechświat musi się rozpaść, żeby ból stopy ustąpił. Podniosłem się i zdecydowanie postąpiłem naprzód; mimo bólu, mimo ugiętej nogi, na jednej nodze stanąłem na progu. Wicek spojrzał na mnie. Nic nie powiedział, nie przerwał ubierania się, pokazał mi rajtuzy, zaczął je wkładać na nogi, a gdy już je miał na sobie, zaczął przechadzać się przede mną, jakby występował na estradzie, popisywał się. – Zobacz, zobacz – mówi – babskie rajtuzy, kupiłem je za parę gorszy. Będę je nosił, a nie jakieś kalesony z rozporkiem, widzisz, jakie fajne, zaraz ci jeszcze coś innego pokażę. 

Kompletnie już ubrany sięgną po walcowaty przedmiot. 

– To pompka do wszystkiego, taki ręcznik podgrzewany można sobie napompować. 

I zaświeciło się dno walca, bo przedmiot ten spełnia jeszcze rolę latarki, a też, jako klimatyzator można go zastosować. Za grosze kupił i jest bardzo uszczęśliwiony, więc przechadza się, jak po estradzie, robiąc przede mną przedstawienie. Wicek w głównej roli, gdy mnie noga rwie, że stanąć na niej nie mogę, lecz on nie zauważa tego – może to i dobrze. W ogóle udaje, że nie zwraca uwagi na mnie, jak stoję podkulony, cierpiący. Wicek jest szczęśliwy, zadowolony, okaz zdrowia, pełen wigoru. Dzisiaj na moją cześć postanowił ugotować zupę minestrone: odchudza się. Zdziwiłem się, bo odkąd go znam, nigdy nic nie gotował, unikał gotowania, jak ognia, po restauracjach się stołował albo kupował jedzenie do odgrzania. Ludzie się zmieniają, stopa daje znać o sobie. Jakoś dowlokłem się do łazienki. Cisza tutaj, tylko nieznacznie zakłócona hiszpańską habanerą. Podświetlane lustro spojrzało na mnie; refleksy światła znaczyły brzegi zarośniętych policzków. Uśmiechnąłem się, jakbym chciał złagodzić ostrość obrazu. Zajrzałem do szafki, czy nie ma czasem jakiegoś proszku przeciwbólowego; znalazłem jeden i zażyłem. Wszelkie czynności związane z poranną toaletą poszły mi sprawnie. Opuściłem łazienkę z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku, nawet ból stopy nieco zelżał. Wickiem już się nie przyjmuję, wiem, że skupiony jest na sobie, nie bardzo mnie zauważa. Na zupie mu zależy, jarzynowej, gdy ja wolałbym krupnik, nawet chciałem mu to powiedzieć, lecz wyskoczył z pytaniem, czy będę jeszcze korzystał z łazienki. 

– Nie! – odpowiedziałem. 

– To, dlaczego nie wyłączyłeś światła? 

– Bo pomyślałem sobie, że skorzystasz po mnie. 

– To lepiej nie myśl, jesteś u kogoś to gaś światło. 

– Pewnie, gdybym zgasił, to powiedziałbyś: „Po co gasisz, przecież ja tam idę”. 

– Nic bym nie powiedział; gaś światło jak wychodzisz z kibla i tyle, przecież nie płacisz za prąd. 

– Sam mogłeś zgasić, a nie zwracać mi uwagę. 

– Tobie nic nie można powiedzieć. 

Nieźle się zaczyna; może wspólne gotowanie zupy złagodzi obyczaje. Tylko, że ja nie lubię takich zup bez smaku, śródziemnomorskich, kapuśniak byłby lepszy, krupnik, już mówiłem. Nie i już, postanowił, że będzie zupa minestrone. Solidnie się przygotował, robiąc wcześniej odpowiednie sprawunki. Dużo tych warzyw, ile krojenia. Który to już raz Wicek mnie zaskakuje, zupełnie jak Dozia. Śniadanie czas sobie przyrządzić. Stanąłem przy ladzie w kuchni, wspierając się na jednej nodze, włączyłem czajnik. A właściwie to jeszcze nie zdążyłem włączyć czajnika, gdy słyszę za plecami: 

– Dlaczego nie dolałeś sobie wody. 

– Bo tyle mi wystarczy. 

– Mogłeś sobie dolać. 

– A gdybym dolał, to powiedziałbyś, że po co dolewam: „Wystarczy tyle, co jest”. Chyba sprowokowałem go biernością postawy, bo przestał mówić o zupie, a zaczął o kawie. 

– Dlaczego bierzesz mi kawę bezkofeinową. 

– To ta kawa jest bezkofeinowa. 

– To ty nie wiesz, jaką kawę pijesz, przecież mówiłeś, że jesteś koneserem kawy. 

– Nic takiego nie mówiłem. 

– Mogłeś zapytać, mogłeś powiedzieć, że bierzesz kawę bezkofeinową, przecież mam też normalną. 

– Dobrze, oddam ci te dwie łyżeczki kawy bezkofeinowej. 

– Ciekaw jestem, gdzie kupisz taką kawę. 

– Zaraz się przekonasz, kupię i powiem ci, gdzie kupiłem. 

– Tobie nie można nic powiedzieć. 

– Można, ale żałowanie komuś dwóch łyżeczek kawy, to przesada. 

Zaczyna się robić nieprzyjemnie, tak bardzo niemiło, że o bolącej stopie można zapomnieć. A gdy tak nie myślę o stopie, to przestaje boleć i mogę swobodnie się poruszać, chodzić jak w kieracie pod bacznym wzorkiem Wicka. Nie wiem, do czego jeszcze się przyczepi, na co zwróci mi uwagę. Już lepiej, żeby o zupie opowiadał, że ją ugotuje dla nas na uroczysty obiad z okazji mojego przyjazdu – nie mógł się doczekać tylko nie wiem, czy na mnie, czy żeby zupę ugotować. Pokiwał na mnie palcem: 

– Woda nigdzie się nie rozlewa, czyli wszystko w porządku, ale znowu te rachunki za wodę, naczynia, sam umyję, sam wolę. 

– Pusta butelka została – zauważyłem – wyrzucić ją? 

– Tak, wiem. 

Chciałem się jej pozbyć, ale nie wiem, gdzie, nie wiem jak, więc pytam: 

– Czy sortujesz śmieci? 

– Wychodzisz przed budynek, skręcasz w lewo, idziesz prosto i zaraz stoi śmietnik. 

– Ale czy on jest na odpady z tworzywa. 

– Nie, na mieszane. 

I gadaj tu z nim, raz tak, raz siak. Może ja już nie nadaję się do ludzi, może życie w samotności opiera się na przekonaniu, że iluzja jest ściśle prywatną sprawą i nie mogę jej z nikim dzielić. 

Po śniadaniu położyłem się, z myślą, że przezwyciężę ból stopy spoczywając bez ruchu. Trzymam stopę w jednej pozycji, bez woli poruszenia chociażby małym palcem. Ból jednak nie ustępuje. Odjąć tę stopę, pozbyć się jej raz na zawsze: takie myśli przychodzą mi do głowy. Ukręcić bólowi łeb – lecz to nie takie proste. W głowie kotłują mi się słowa, które nigdy nie zostaną wypowiedziane. Nie jestem zdolny do postępowania niezgodnie z naturą. Powidok cierpienia rośnie wolno, lecz zupełnie wyraźnie. Nie upłynęła godzina, gdy w drzwiach pojawił się Wicek: 

– I co tak leżysz, zjadłeś, to się ruszaj, może na spacer idź, nie dziwię się, że brzuch ci rośnie. 

– Nie oceniaj mnie, na siebie spójrz, nic innego nie robisz, tylko też leżysz i przeglądasz foldery. 

– Do pracy chodzę, weekendy spędzam z kobietą. 

– Jestem u ciebie, to co mam robić, czytam, a że po jedzeniu… 

 I znów, nie wiadomo, który już raz ten człowiek staje się dla mnie przyczyną zdumienia! Co za serce musi mieć Wicek… Zacząłem żałować, że tu przyjechałem. Jeszcze ta boląca stopa, może gdybym nie skorzystał z zaproszenia, nie musiałbym przeżywać tego wszystkiego i tak dalej… usiadłem na krawędzi łóżka. Gdy odchodził, zwołałem, że zaraz przyjdę do niego. I starając się nie utykać, zaszedłem do kuchni. To było znowu coś nowego, bo gdy sięgnąłem po czajnik, zapytał, co robię: 

– Przecież nie dolałeś wody, chcesz, żeby czajnik się spalił? 

– Podziałka wskazuje, że jest jeszcze na jeden kubek. 

– Jaki kubek, nie słyszysz, jak syczy, u siebie w domu możesz tak robić, jak stać cię na kupno nowego czajnika. 

– Dlaczego tak krzyczysz, dlaczego taki jesteś dla mnie niemiły? 

– To już uwagi nie można ci zwrócić? 

– Ale ty nie zwracasz mi uwagi, tylko szczekasz, jak pies na psa, nienawidzisz mnie, czy co? 

– Po co mnie zaprosiłeś? 

– Nic ci nie można powiedzieć, nie będę za ciebie dolewał wody, nie mogę na każdym kroku cię pilnować, przecież ty w każdej chwili możesz doprowadzić ten dom do ruiny. 

– Słyszysz, jak twój wrzask unosi się nad nami, dlaczego odzywasz się wściekłym i donośnym głosem, przecież nie jestem głuchy. 

– No już się tak nie obrażaj, nie patrz tak niechętnie na stopy, nic nie można ci powiedzieć. 

– Ale ty nie mówisz, tylko jazgoczesz. 

Czyżby zauważył, że z moją stopą coś jest nie tak? Nie! To niemożliwe, za dużo innych ma spostrzeżeń. Teraz poszło o bluzę – sięgnąłem po nią, chcą założyć, a on jak nie wrzaśnie: 

– Po co to zakładasz? 

– Zimno mi. 

– Jak zimno, przecież jest prawie dwadzieścia stopni na plusie, za chwilę włączę ogrzewanie. 

– To włącz, zimno jest. 

– Tobie ciągle zimno, zaraz będzie dwadzieścia stopni. 

– A nie może być tyle tych stopni przez cały czas? 

– A kto będzie płacił za energię. 

– Nie mógłbyś ustawić jakoś tak, by cały czas była taka sama temperatura. 

– Wolę włączać i wyłączać piec, tak mi wygodniej. 

– Przecież pieniędzy ci nie brakuje, po co tak oszczędzać, jak jest zimno, powinno się grzać w mieszkaniu, żeby chociaż w dłonie było ciepło. 

– Ja mam ciepłe dłonie. 

– Bo trzymasz je w kieszeni. 

– Tobie zawsze coś nie pasuje, ciągle ci zimno, co ty tak utykasz? 

– Z zimna. 

W głosie Wicka usłyszałem twardy zdecydowany ton. Stało się dla mnie jasne, że jego sposób bycia to tylko pozory, gra, maska. Ukrywa się za tą maską podstępnie i celowo. Czy on nie robi wszystkiego z uśmiechem, by mnie dosięgnąć? Znowu ta zupa: będzie kroił w kostkę, w plasterki, w piórka, będzie siekał warzywa wzdłuż i wszerz. Właśnie mam go przed sobą pomiędzy wiecznością a zapomnieniem. Obiera pomidory ze skórki, jakby kształtował przestrzeń zza okna – tą najlepszą, prosto z nieba – w coś delikatnie zaokrąglonego. A więc to tak! Mimo woli rozejrzałem się dookoła. Na spodeczku roi się szczypiorek. 

– Widzę, że szczypiorek został ze śniadania, może byś dodał do zupy, albo zjadł – rzekłem. 

– Ja szczypiorku nie lubię, to do dekoracji. 

Skrzydełka kurczaka widzę na talerzu, wyjęte z bulionu. Patrzę na nie i pytam: 

– Co się z nim zrobi, przecież nie lubisz, żeby coś się marnowało, do zupy dodasz? 

– Do zupy nie, to nie taka jarzynowa, jak myślisz; gdy tylko będzie gotowa, nałożę ci. Nie ma nic lepszego niż zapomnienie, jeśli coś przestaje być w naszej pamięci staje się wieczne, gdzieś tam, gdzie są wszystkie zapomniane rzeczy. Powtarzałem Wickowi, co rusz, że lubię zupę grochową, krupnik, najbardziej kapuśniak, ale on nic tylko minestrone i minestrone, że zupę gotuje dzisiaj na moją cześć. Wiem, że przez chorą stopę nie bardzo jestem towarzyski, że nie bardzo cokolwiek mi dzisiaj smakuje, najchętniej zażyłbym jakiś środek przeciwbólowy. Ale nie chcę mu nic mówić, nie chcę robić kłopotu, gdy tak bardzo cieszy się i jest dumny w obecnej chwili. Moja sytuacja jest nie do pozazdroszczenia – zerknąłem na Wicka; siedzi bez słowa i z lekkim, ironicznym uśmiechem ostrzy nóż. Mięśnie ramion pod koszulą naprężone, sploty guzów i wgłębień. Ugryzłem się w język. Tego brakowało! Jeszcze trochę, a w ferworze bólu gotowy byłem powiedzieć jakieś głupstwo. Uwziął się na tę zupę, jakby to było nie wiadomo co. Obrzucił mnie krótkim spojrzeniem. Jego twarz była poważna, ale lekki uśmiech czaił się w kątach ust. To już był szczyt wszystkiego. Ogarnęło mnie obrzydzenie do siebie. Nie będę jadł żadnej zupy minestrone. Bez słowa poszedłem do swojego pokoju, usiadłem na krawędzi łóżka; postanowiłem nie wychodzić, aż ból stopy nie ustąpi. Tylko pozbycie się bólu może coś zmienić. Raz zrodzona nieufność nie dawała się tak łatwo stłumić. Czy to nie przesada? Ból obejmuje mnie i przyciąga do siebie. Stopa zesztywniała, stawiając opór. Próbowałem wyrwać ją z uścisku, jednak trzymał mocno. Opierałem się mu, chcąc na chwilę oderwać się od niego. Każdy sposób jest dobry. Przejść przez rzeczywistość niczym doskonałą przestrzeń pozbawioną cierpienia; zakłócić ból chociażby jednym spokojnym dźwiękiem, jednym ułamkiem sekundy, pięknym i czystym. Po ustąpieniu bólu dodałbym kolejny dźwięk i kolejny, i tak mógłbym pójść na spacer i zakupy, zwiedzić jakieś wrzosowiska. Mógłbym wyjść z domu, rozejrzeć się, otworzyć parę zamkniętych okien, może zupa Wicka by mi smakowała. Teraz jego towarzystwo wywołuje we mnie uczucie sprzeciwu i zniecierpliwienia. Żeby nie wiem co, nie dam się wyciągnąć z domu na spacer. 

Zupa była bez smaku, nic w niej nie miało swoistego zabarwienia, jakiegoś szczególnego wdzięku; kalafior nie był kalafiorem, marchewka zbyt rozgotowana, seler bez wyrazu, pomidorów jakby w ogóle nie było i jeszcze makaron niedogotowany, czego nie znoszę. A mówiłem, że krupnik byłby lepszy, ale nie, nic, tylko zupa i zupa, dzisiaj będzie zupa. A mnie stopa boli, teraz żałuję swojej decyzji, mogłem zostać u siebie, nie porywać się z motyką na słońce. Po obiedzie Wicek położył się, rozciągnął na swej skórzanej leżance. 

– Trzeba się trochę zdrzemnąć, tobie też to proponuję, później przejdziemy się po mieście, spacer dobrze nam zrobi – zamknął oczy i natychmiast zasnął, spoczywając na wznak, z lekko przekręconą głową w prawo. Nie trzeba mu przeszkadzać. Ze mną jest inaczej; mógłbym się położyć, ale to nic nie da, nie usnę, natychmiast zaczęły mi po głowie chodzić różne myśli – w jaki sposób pozbyć się bólu. To brzmi jak eschatologia bez patosu: cierpliwość zamiast zbawienia, proces zamiast cudu. Cierpienie jest wszechobecne, ma wszędzie swoją własną stancję. Ból wzmaga się i jest samożywny, wznosi się jak ogień. To ciągłe rozgorzenie myśli. Najlepiej pozostawać w bezruchu, w pozycji embrionalnej i słuchać, co ma mi do powiedzenia. Słyszę, że Wicek się obudził i prosi, żebym zrobił mu kawę. A ja odpowiadam, że nie wiem, jak to zrobić, wszak to roślina, ból ją dosięga i spala. Ból nie pozwala mi zalać kawy wrzącą wodą i uczynić napój, ból nie pozwala mi zrobić kawy, zrobić coś z niczego, dobrze byłoby pójść do kuchni, wsypać z dwie pełne łyżeczki kawy, wlać wrzącej wody, odczekać chwilę, dolać mleka; dobrze, już ci ją zaparzę, ale dlaczego nie mówisz, w jakim kubku, ile łyżeczek i jakie proporcje wody w stosunku do mleka? Widzisz, ty wierzysz, że ja zawsze wiem, jaką kawę mam przyrządzić. Można żyć z kimś pod jednym dachem i o pewnych sprawach drugiej osoby nie wiedzieć. Najlepiej być niewidzialnym dla ludzi wokół ciebie, leżeć pod gruzami z bólem na własną rękę. Ból jest bezlitosny, jestem wobec niego bezbronny. Nic nie tracę, za nic nie płacę. To tylko życie, warto zaciekawić się, kto stoi po drugiej stronie bólu. Przecież zawsze mogę drzwi domknąć, zaryglować, na to zawsze jest czas, może jeszcze nie teraz? Może warto zdjąć łańcuch. 

Wicek stawia kubki, przejął inicjatywę, teraz on się wszystkim zajmie, jak zwykle jest zdyscyplinowany. Chce dla mnie zrobić kawę bezkofeinową. Dla siebie ma w lodówce piwo, nie jedno, kupił, żeby ze mną się napić, cieszyć się z mojego przyjazdu na swój sposób, bo mi nie do śmiechu, ale nic nie chcę mówić, zdradzić się, może jakoś dotrwam do końca. Przecież w każdej chwili mogę wyjechać, nawet bez uprzedzenia. To moja sprawa, jak się zachowam. Czy mam do czynienie z jakimś ryzykiem: długoterminowe obligacje czy może akcje? W każdym razie ryzyko na własne życzenie. Nie myślę o stracie. Konflikt przyjemność, kontrola, brak spojrzenia, lęk przed oceną. Ale to redukcja. Po co się oszukujesz? I tak to zrobisz, więc, po co tyle myśli, złych, niepotrzebnych. Idź za głosem intuicji, baw się, chyba chcesz mieć coś od życia? Nieważne, co będzie później, zawsze będzie to, co ma być, to nie arkusz kalkulacyjny tylko życie: bierz i dawaj, pytania zostaw zagubionym. Gdzie to poczucie własnej wartości? Nie pamiętasz już? Nic nie jest w stanie ci zaszkodzić, nic i nikt! Jesteś silny i mądry. Nikt nie uśmierzy twego bólu, należy tylko do ciebie – czyż przez tyle lat nie wyrobiłeś dla niego dostatecznej osłony? 

Wicek wyciągnął nogi przed siebie i przyłożył szyjkę butelki z piwem do ust. Zaczyna się żłopanie. O ile pamiętam, Wicek wypije cztery piwa i siądzie do kolacji. Mnie się ten rygor nie uśmiecha. Ale piwo lubię, tym bardziej dzisiaj powinno mi smakować, ze względu na bolącą stopę. Może się okazać, że alkohol łaskawie uśmierzy ból, nastąpi czas wzajemnego oceniania się, zrozumienia i pocieszania, a na końcu kłótni. Chętnie zapaliłbym papierosa, ale Wicek nie pozwala, nawet na balkonie jest zakaz palenia: trudno zrozumieć, dlaczego. Na balkonie mógłbym zająć się czymś innym niż słuchanie tego, co ma do powiedzenia Wicek, a ma dużo; nie przestaje mówić ani przez chwilę – zdania przerywa łykami piwa. Od niektórych słów opędzam się jak od natrętnego brzęczenia much. Gdy zaczął opowiadać o Malcie, jak zwiedzał Katakumby św. Pawła, podrapałem się po nosie. Ciągle podróżuje po świecie, a że ma doskonałą pamięć, może godzinami opowiadać, co widział, z najdrobniejszymi szczegółami. Zawsze mnie to drażniło i zmuszało do wysiłku, aby nie okazać rozdrażnienia. No, bo po co nosić w pamięci tyle nieistotnych detali i do tego mówić o nich do mnie, przecież ja nie zapamiętam nawet jednej trzeciej tego, co usłyszę. Słucham, bo przecież dla wysłuchiwania zostałem tutaj zaproszony; słucham z bolącą stopą, o której nie wspominam, sądząc, że z każdym piwem ból się będzie oddalał. Gdy podnoszę butelkę, dociera do mnie, że wejście do katakumb św. Katalda jest często możliwe za dobrowolną ofiarę na rzecz kościoła. Teraz to już tylko katakumby, katakumby, tak samo, jak przedtem zupa. A na grób matki nie przyjeżdża, bo mówi, że nie ma jak, że boi się samochodem wybierać w daleką podróż. Tylko pyta się, co tam w miasteczku słychać, czy coś nowego się wydarzyło, o czym jeszcze mu nie powiedziałem. Toteż mówię po kolejnym łyku piwa, że Bimbek umarł, po trzech dniach znaleziono go martwego w domu. To dziwne, że dopiero po trzech dniach. Przecież dom jego w samym rynku, przy głównym skrzyżowaniu, codziennie był widywany, rozmawiał z sąsiadami. A tu pewnego dnia idę na zakupy, aż trudno mi przejść obok domu Bimbka, bo tłum i straż pożarna, pogotowie ratunkowe, chłopcy dobijają się do drzwi, przez okno widać Bimbka, leżącego na łóżku, ktoś okno na siłę otworzył. Wicek pamięta Bimbka. 

– To ten, co się tak tajemniczo pod nosem uśmiechał – rzekł. 

Potwierdziłem. Gdy spojrzał na mnie jak zwykle – zamilkłem. Po każdym łyku piwa katakumby mu się roją, o zupie napomknął, wspomina miejsca, ludzi, dźwięki, zapachy, smaki – wszystko, co kojarzy mu się z kolejnymi podróżami. Podczas takich wycieczek jest zawsze ciekawie, bardziej i intensywniej. Nie tak zwyczajnie, a jednocześnie wszystko przypomina mu, że jest już bliżej niż dalej. Każdy szuka dnia wczorajszego na swój sposób. Przerwałem mu i mówię, że ja chciałbym odwiedzić miejsca, w których kiedyś byłem, całowałem, piłem, deklamowałem, śpiewałem, czerpałem garściami i po trochu; miejsca, gdzie co najwyżej mógłbym się już tylko napić, a potem zafałszować. Bo niewiele więcej już mogę. Wojna przetacza się za granicą, mówi się o bezpośrednich zagrożeniach i kogo prosić o pozwolenie na oddalenie się do toalety, bo ona oprócz balkonu jest spokojnym miejscem odosobnienia. Skoro nie można na balkon, to można do łazienki, po piwie chce się i trudno temu zaradzić, trzeba się oddalić, niech ubędzie jednej osoby, jak powiedzieć Wickowi, żeby się nie bulwersował, jak określić mój stan, jak odpowiadać składnie na jego pytania, udzielać wyczerpujących odpowiedzi. Poczułem się jak przybłęda, pogodzony z samotnością i bolącą stopą. Przecież nie mogę wyrzec się życia przez bolącą stopę. Co robić, by przez ból wszystkiego nie zaprzepaścić. Nie należy zapominać, że wszyscy należymy do śmierci i nawet gotowanie zupy minestrone tego nie zmieni. Słyszę, jak Wicek powtarza, że jego syn to zuch, chłopak na schwał. Wicek chwali się nim, mówi o nim w samych superlatywach, hosanna, hosanna, pod niebiosa wznosi syna swego, a ja, gdy wróciłem z ubikacji zapytałem, czy ma kontakt z córką, czy odwiedza córkę, a może ona jego nachodzi. Nie, nic z tych rzeczy. Tamta kobieta, matka jej zakazała kontaktowania się z ojcem. Przekabaciła na swój sposób, że żadnych spotkań nie ma, tylko o pieniądze walczy, a Wicek stosuje wszelkie sztuczki, by unikać płacenia na córkę, chociaż taki bogaty, zupełnie nie czuje się winny, to już tyle lat, córka pełnoletnia. 

– Mogła mi powiedzieć, żebym uważał, zabezpieczyć się, nic nie powiedziała. 

– A ty, nie mogłeś się zapytać, czy możesz, czy jest bezpiecznie, poza tym zawsze jest jakieś ryzyko, nie możesz tylko ją winić, że zaszła w ciążę. 

– Głupia była, dobrze, żeśmy się nie pobrali, życie z nią byłoby przejebane, tak myślę. 

– A córki nie chciałbyś widywać, mieć z nią jakieś porozumienie? 

– Nigdy nie było to możliwe, przez tę wariatkę, nie ma o czym gadać, napijmy się, to już ostatnie – opróżnił butelkę aż do ostatniej kropli. Czy on mówi do mnie? Raczej nie, potrzebny mu jestem, jako słuchacz.    

Gdzie ja położyłem to piwo, gdzie dałem papierosa. Nic nie wiem. Zejdę na dół, do garażu, tam chłodniej, może mi się coś przypomni. Na ganku dziewczyna stoi, z butelką piwa, jakby kryła się z piwem przede mną. Widzę, że ładna, że najchętniej wziąłbym ją do siebie, do pokoju, żeby Wicek nie widział, ale nie wiem, jak to zrobić. Na dół zachciało mi się iść, jeszcze niżej, do piwnicy, może tam gdzieś stoi moje piwo, leży mój papieros. Ruszyłem ulicą w dół, zjeżdżam po śniegu, ślizgam się, w klapkach, w japonkach. Często biorę zakręt, by wytracić prędkość. Już byłem w połowie górki, gdy przyszło mi do głowy, że od strony kościoła będę miał bliżej do domu. Zawróciłem, a gdy uszedłem parę kroków, ujrzałem Dozię. „Śpieszę się, chamera idzie” – mruknąłem. Na twarzy ma pryszcze, nie zatrzymuję jej, może później się z nią spotkam, jeśli będzie chciała, bo nie była zadowolona z mojego wyjazdu do Wicka. Spojrzałem w dół ulicy, widzę usypisko ziemi tarasujące podjazd. „Nikt nie da rady przejechać, trzeba ziemię usunąć” – burknęła Dozia. 

Gdy wróciłem do siebie, do swojego okna, zostawiwszy Wicka w jego idealnym świecie, zacząłem rozmyślać o starzeniu się. Kładłem się na kanapie i patrzyłem na gwóźdź wystający z ściany – nie pamiętam już, do czego służył. Tyle razy już byłem bliski decyzji, by wyrwać ten gwóźdź, pozbyć się go. Ale teraz, gdy myśl moja w tracącym siły ciele ugrzęzła, na bok odsuwam gwoździe, cegły, cement, staram się budować z niczego, żeby mieć wokół siebie, jako taki porządek. Kiedyś, gdy byłem młody, pojęcie śmierci nie dawało mi spokoju, myślałem o niej dosyć często, zastanawiając się, co będzie ze mną na drugim świecie, jeśli taki w ogóle istnieje. Dużo myślałem o życiu pozagrobowym, o reinkarnacji, wędrówce duszy, o śmierci samobójczej, lecz po jakimś czasie mi to przeszło. Od tamtego czasu aż do dzisiaj myślałem o śmierci okazjonalnie. Siedząc na krawędzi kanapy kolejny raz spojrzałem na gwóźdź. W niczym mi nie przeszkadza, ale rośnie we mnie chęć wyrwania go ze ściany. To taki gwoździk, jak szpilka, nawet szparki nie będzie po nim widać. A gdy tak przyglądam się ścianie, jej nierównościom, myślę o śmierci, myślę o niej codziennie, jak trudno się od niej uwolnić – boląca stopa ciągle mi przypomina, sławi, uświadamia: prostego przysiadu nie potrafię zrobić, jakieś blokady w stawach, zapadające się policzki widzę, gdy spoglądam niechcący w lustro. Drzwi nie rygluję, trzymam je przez cały czas otwarte, żeby nie musiano się włamywać, gdy umrę na zawał lub udar. Nie wiem, jak długo będę leżał martwy na łóżku lub siedział z niedopitą herbatą na krześle, leżał na podłodze w kuchni, ale gdy już ktoś pomyśli – „Dawno go nie widziałem”, „Co się z nim dzieje?”, „Gdzie przebywa?”, nie będzie musiał forsować drzwi, tylko wystarczy, że naciśnie klamkę i bez przeszkód wejdzie do środka, gdzie ja będę leżał nie wiadomo w jakim stanie rozkładu. 

Znowu nie usnąłem gwoździa ze ściany. Ciągle zapominam. Szczególnie po powrocie od Wicka jakieś kłopoty z pamięcią się pojawiają. Ale to nic, nie myśleć o tym, gwóźdź następnym razem wyjmę, nie będę teraz się wracał, gdy już jestem w połowie drogi do łazienki. Coraz więcej czynności odkładam na później, myślę sobie, że przy okazji, jak się nadarzy okazja, bo na pewno się nadarzy, wezmę i umyję muszlę klozetową, papier toaletowy uzupełnię. Do Wicka już nigdy nie pojadę, choćby mnie zapraszał nie wiem jak. Nie umiałem się dopasować do jego reguł życia, postępowania, jest zbyt wymagający wobec siebie, narzuca sobie reżim mi dotychczas nieznany. Za kogo on mnie ma, dlaczego traktuje mnie, jak obcą osobę. Z tego wszystkiego położyłem się spać. Pojawiły się ważki: wielkie, piękne, o witrażowych skrzydłach, lecz ich oczy miały w sobie jakąś krwiożerczość. Liczył się tylko ich taniec. Powietrzne akrobacje, piruety, pikowanie, jakaś magiczna choreografia, aż łączyły się w pary i lot stawał się wspólny, nieco nieskoordynowany, po czym musiały przysiąść na wyciągnięcie dłoni. W takiej chwili dzwonek mógł sobie dzwonić do woli. Obudził mnie hałas z oknem, cisza jest szatkowana kakofonią dźwięków na zewnątrz domu. Usłyszałem kapanie w gabinecie, jakby krople wody o podłogę. W sypialni nic niezwykłego się nie dzieje. Dopiero, gdy stanąłem w oknie, zobaczyłem fruwające na wietrze dachówki. Deszcz zalewa, smaga i siecze. Ból stopy wzmógł się, świat staje się obcy, wszystko wokół się starzeje – uczynię wszystko, by wydostać się z tych opałów. 

Spoglądam w okno czarne, puste, w gabinecie krople wody uderzają o podłogę, słyszę dokładnie, rozpoznaję dźwięki niepokojące, jakby niebiosa runęły na leciwy dach – nie wytrzyma tego. Już dawno temu powinienem wymienić stare dachówki na nowe. Dach cały zastąpić nowym. Widzę drzewa pochylone, liście szarpane podmuchami. W gabinecie obok biurka kałuża; przemoknięty sufit wgląda jak mapa z zaznaczonymi na szaro kontynentami. Widoczne są zacieki, woda na powale gromadzi się w kręgi i kroplami odrywa się o tynku, lecąc, wędrując, gdzie popadnie. Niewielkie rozbryzg ochlapuje mi stopę. 

Co robić? Pogody nie zmienię, chamery nie przegnam, deszcz z animuszem sobie poczyna. Mogłem się spodziewać, że kiedyś tak się to skończy. Akurat dzisiaj musiało nastąpić oberwanie chmury; gdyby kilka dnia chamera poczekała, to inaczej by było. Robotnicy zamówieni, po niedzieli mają przystąpić do wymiany dachu. Teraz zmuszony jestem ratować to, co się da. Mimo bolącej stopy pobiegłem do kuchni po naczynia – tu jeszcze gorzej, woda po ścianach spływa, rozlewa się szeroko. Sięgnąłem po szaflik, nocnik, co większe garnczki wziąłem i podstawiam, posuwam się coraz dalej na czworakach, do salonu zaglądam – przeciekający sufit wyglądał jak topniejące łachy śniegu. Wyjąłem z szafy ręczniki, ciskam nimi o podłogę, by zebrać nimi wodę do miednicy, z zewnątrz docierał świst wiatru, uwijam się jak tylko potrafię, ból stopy w niczym mi nie przeszkadza, nie ma czasu na jej pielęgnację, w kościach tylko mnie łamanie, w stawach trzeszczy, gdy chwiejąc się na nogach wykręcam ręczniki. Na nic nie ma czasu, na żadne zbędne myślenie. Trzeba ratować, co się da, co się udaje to przestawiam, wymieniam na bieżąco opróżniane do zlewu naczynia, wykręcam nasiąknięte wodą ręczniki, to zajęcie na całą noc. Bo nawet, jak chamera przejdzie, to wszystko do porządku trzeba będzie doprowadzić. Nie ma co, dalejże naprzód – spojrzałem na sufit w kuchni. Tutaj także woda jest bezlitosna, tak, że padam na kolana, na kolanach spędzam większość czasu. Dobrze chociaż, że w sypialni jakimś cudem sufit nie przemaka, nie zanosi się na to, żebym musiał pościel chronić, może to dlatego, że powała od góry polepą uszczelniona. 

Przysiadłem na moment na krawędzi łóżka, żeby odpocząć. Może by tak Dozię wezwać do pomocy. Ale to głupi pomysł, przecież środek nocy, cóż by miała powiedzieć mężowi, że gdzie chce pójść? Wicek w odległej krainie, ale on na pewno kazałby wezwać jakieś służby porządkowe, może ochotnicy straży pożarnej by się zdecydowali na ratunek przybyć o tak później porze. Nie wiem, nie ma co tak bezczynnie siedzieć. Naczynia zapewne już wypełnione wodą, trzeba je opróżnić, ręczniki wykręcić – podłożyłem je, gdyż garnczków nie nastarczyło. Nie ma chwili wytchnienia, jak nakręcony wykonuję wszelkie czynności, które nie wymagają jakiegoś skomplikowanego myślenia: woda do zlewu, wykręcanie ręczników, przechodzenie z gabinetu do kuchni, z kuchni do salonu i tak w kółko. Niech się już w końcu na dobre uspokoi, żebym mógł wreszcie wstać z kolan. A tak, to jak majtek na pokładzie uwijam się z podwiniętymi nogawkami, usuwam wodę w miarę możliwości, staram się jakoś opanować chaos, końca nie widać. Ten sztorm mógłby już się skończyć, mogłoby przestać huśtać łajbą. Pobożne życzenia. Teraz widzę, że dywan trzeba zwinąć – natychmiast tym się zająłem. Lecz to jeszcze nie wszystko, fotele w salonie zagrożone. Zacząłem się zastanawiać, gdzie mogą być pokrowce. Zaglądam to tu, to tam. Nigdzie nic takiego nie ma; jakaś folia, chociażby malarska, by się przydała. No tak, malowania po tej chamerze nie zabraknie; zaglądam do szuflad, do szafy, do kredensu – nie znajduję niczego, czym mógłby meble zabezpieczyć. Ale są jeszcze miejsca na suficie, gdzie woda nie przedarła: szybko przestawiłem fotele i ruszyłem do kuchni opróżnić przepełnione garnczki. Najwięcej wody nazbierało się w szafliku. Zająłem się nim w pierwszej kolejności, później wykręciłem ręcznik spod okna namoknięty doszczętnie – wiatr wściekle szarpie tym oknem. Jeszcze tylko podłożyć z powrotem naczynia i szybko do gabinetu, dawno w nim nie byłem. Oddycham głęboko próbując się uspokoić, zastanawiam się chwilę i w końcu idę.  Sporo nerwów mnie to kosztuje, tym bardzie, że nie wiem, co też tam zastanę po chwilowej nieobecności. Za oknem błyska, deszcz szaleje, chyba nawet grad wali, bo słyszę uderzenia czegoś twardego o zachowaną część dachu. To wszystko jest nic nie wartą wewnętrzną wojną. Nagle całkowita ciemność zapadła – zapewne dopływ prądu do instalacji został odcięty. Przez mrok rozcinany piorunami docieram do barku – gromnicę od czasu pierwszej komunii w nim trzymam, do połowy wypaloną. Ile to już lat minęło, nie czas liczyć. Po omacku wyjąłem z barku świecę, paczkę zapałek też namacałem, zbliżyłem płomień do knota. Jak lunatyk wkroczyłem do sieni i zrazu widzę, że wzdłuż pionu na licznik prądu strumieniem spływa woda, ściana przesiąknięta, najprawdopodobniej doszło do zwarcia i wywaliło korki. Nic tu po mnie, wody nie zatrzymam, prądu nie włączę. Idę do kuchni. Poszukałem suchego miejsca i postawiłem świecę rozjaśniająca pomieszczenie. Na posadzce wokół stóp woda. I mysz w kącie przycupnięta – ujrzawszy mnie pomknęła wzdłuż ściany. Tylko jakoś ospale, rozglądając się na boki. „Dokąd to?” – mógłbym spytać. Wszędzie woda, wszędzie mokro, niezbyt sprzyjające warunki do myszkowania – zmuszony byłem w dużej mierze przebywać w jej obecności, coraz częściej natykałem się na nią. Nic nie mogłem z nią zrobić. Zbyt byłem zajęty innymi sprawami, by przejmować się myszą, jej zagubieniem pośród większych i mniejszych rozlewisk. Tylko drzwi od sypialni zamknąłem, by się tam nie dostała, do jedynego suchego pomieszczenia, w którym sufi dzielnie poradził sobie z żywiołem. Teraz prędko udałem się do salonu, tam regały z książkami są zagrożone, trzeba się nimi natychmiast zająć. Rozpłomienioną gromnicę postawiłem na ławie. W górze nad nią żyrandol jeszcze nieopanowany przez wodę. Za oknem ciemno, słychać wiatr, doskonale sobie wyobrażam, jak potrąca gałęzie, przywołuję z pamięci chwile dobre i beztroskie, szczególnie spędzane w towarzystwie Dozi. Żeby ją w pełni zadowolić, tak samo jak dzisiaj; tak samo byłem sprawny, jak przy wylewaniu wody z naczyń, wykręcaniu ręczników. Jak ja potrafiłem na niej jeździć, gdy ona na początku leżała bez ruchu, przekręcając tylko głowę to w jedną stronę, to w drugą. Umiała mnie zachęcić do miłości nawet w największy upał. Z rozkoszy szarpała się z krzykiem i usiłowała zrzucić z siebie. Naciskała na mnie coraz mocniej, wyginała się, dźwięczny śmiech zamieniał się w rżenie. 

Znowu tą mysz mam przed oczyma, jak wędruje za mną bez lęku, jakby chciała mi pomóc w zabezpieczaniu książek albo dostąpić zaszczytu towarzyszenia mi aż do końca potopu. Niech przycupnie cicho, bez pisku i nawet się nie poruszy – czuję się przy niej jak szyper odpowiadający za bezpieczeństwo pasażerów łódki. W blasku płomienia świecy widzę na suficie ślady po odpryśniętej farbie; wężyki wody rozlewają się w takiej obfitości, że nie trzeba się wysilać, żeby je dostrzec. Gdzieniegdzie porobiły się żółte plamy z brązowymi prążkami, tworząc surrealistyczne obrazy. Można zatopić się w obserwacjach: po pajęczynie, aż dziw, że suchej, przemieszcza się pająk i tylko niewielka kropelka wody zaznacza swą obecność, rzucając pogmatwane – jakieś poskręcane nitki wypełnione cieniem. Pomyślałem o bursztynie, w którym coś zostało zasklepione, ale nagle to coś się poruszyło i przesunęło, a za pająkiem została pajęczyna. Z trudem oderwałem wzrok od tej niezrozumiałej wspólnoty. Dopiero plask kropel o ławę kazał mi podstawić talerz. Mysz jakby zdechnięta pod ścianą. Ale nie, widzę, że drży cała na ciele. Chciałem ją dotknąć stopą, wówczas pobiegła do gabinetu, a ja przypomniałem sobie, że przecież stopa przestała mnie boleć. Może dlatego, że zapomniałem o niej w natłoku podtapiania wszystkiego, co mrowi się na podłodze, na flizach, werniksie i prowadzi do skraju łóżka w sypialni. 

Wydaje się, że niebo zaraz runie mi na głowę. Poruszając się na czworakach, radząc sobie tak, jak tylko potrafię, omijam strugi wody. Ciągle jeszcze udaje mi się stawiać czoła coraz rozleglejszym przeciekom: opróżniam naczynia, wykręcam ręczniki. Sam jestem i z znikąd nie mogę spodziewać się pomocy. Jeśli natura sama z siebie zaraz się nie uspokoi, grozi mi doszczętne zalanie pomieszczeń. Bo, gdy już nie nadążam usuwać nadmiaru wody, tylko oddalenie się chamery może powstrzymać katastrofę. Nie mogę jednak czekać, aż świat znieruchomieje – wychyliłem się głęboko poza oparcie krzesła. Mysz się gdzieś zawieruszyła, pewnie szuka ratunku przedostawszy się do sypialni. Ogromny nieporządek wokół, a tak zawsze dbałem o ład. Im ciszej się robi, tym widoczniejsze jest bezkrólewie. Myślę sobie, że w moim wieku, utrzymać się tak długo na tej samej pozycji, to nie lada wyczyn.

 

 

Waldemar Bawołek


 

CZYTAJ TEŻ