Na Wyspie są dwa duże wulkany, podobno od lat nieaktywne, położone prawie obok siebie.
Nie decyduję się na wycieczkę zorganizowaną, chociaż mogłaby mieć bardzo silny atut w postaci osobliwego zagubienia się w tłumie albo przynajmniej w tłumku.
„Ty pewnie, Karolu – układam teraz w głowie wiadomość nie do wysłania – właśnie to byś zrobił. Wybrałbyś się na poszukiwanie otchłani, udając, że bardziej interesuje cię turystka, którą mógłbyś dotknąć (zgrabny turysta też niewykluczony). Czy jednak nie byłoby odwrotnie: turystka albo turysta pierwsi by cię dotknęli, a ty udawałbyś, że to jedyna ciekawa rzecz, jaka się tobie przydarzyła w trakcie wyprawy ku krawędzi? No więc jak to jest z tą twoją cholerną motywacją? Otchłań jest powodem czy pretekstem? Bo może wybrałbyś się na tę odpłatną eskapadę mimo wszystko po to, żeby uchwycić się na kilka minut, z mniejszą bądź większą bezczelnością, czyichś ramion lub bioder, udając, że przedsięwziąłeś wycieczkę tylko po to, aby sam, bezgranicznie samotny, penetrować otchłań? Wyznasz mi to kiedyś? Jesteś płytkim playboyem pozującym na Rycerza Wiary czy Rycerzem Wiary udającym playboya?”
Jeżeli o mnie idzie, to jednak po bardzo różnych doświadczeniach boję się, że w policzalnym tłumie, jakim jest wycieczka zorganizowana, mogłyby się wytworzyć nowe konfiguracje, nowe twarze, nowe ludzkie Słońca i Księżyce, a zwłaszcza gwiazdki i komety, w niebezpieczny sposób mogące ingerować w dotychczasowe i tak już skomplikowane, zbyt napięte, relacje z innymi osobami. Biorę zatem regularny mikrobus kursujący do małej miejscowości w głębi lądu, która jako taka jest rzadko odwiedzana przez turystów. Droga, jak wszystkie na tej Wyspie, bardzo dobra, choć momentami symuluje niebezpieczeństwo, tak aby również zwolennicy ryzyka i inni awanturnicy mogli się nią przejechać z odrobiną radości. Łagodnymi serpentynami wznosi się powoli ponad poziom morza… aż w końcu osiągamy naprawdę znaczną wysokość i to wtedy przychodzi parę mocniejszych momentów, kiedy się wydaje, że wiedzie nad przepaścią. W odróżnieniu od Riwiery, na której mam swój hotel, okolica jest raczej słabo zaludniona, odrobinę uśpiona, choć nieodmiennie zamożna i nadzwyczajnie zadbana. Obserwuję pojedyncze osiedla domów jednorodzinnych i segmentów, zaprojektowane w niejednorodnej stylistyce, raz toskańskiej, innym razem prowansalskiej, wiktoriańskiej, czy andaluzyjskiej, czasem z kolei nawiązującej do modernizmu w wydaniu Richarda Neutra, Miesa Van der Rohe, Franka Lloyda Wrighta, czy Le Corbusiera. Ta niekonsekwencja stylistyczna robi koniec końców bardzo miłe wrażenie; każdy styl pasuje od biedy do klimatu a leciutki chaos jest dużo bardziej ludzki od nawet najtrafniejszej ortodoksji. Większość budynków jest usytuowana na krawędzi zbocza, obrośnięta bujną roślinnością; niektóre domy najwyraźniej skrywają kameralne pensjonaty dla turystów zniechęconych hałasem nadmorskich bulwarów i spragnionych większej izolacji.
Ze mną w mikrobusie, nie licząc kierowcy, z którego rosłej postaci widzę tylko plecy i wąsatą twarz w ciemnych okularach, odbijającą się w lusterku (twarz beznamiętna, jak gdyby wypacykowana) podróżuje tylko dwójka pasażerów. Dość otyła Mulatka (być może z odrobiną krwi wschodnioazjatyckiej), której pulchna twarz jest niemal cała schowana za wielkimi wargami, wydętymi i pokaleczonymi oraz mężczyzna jej towarzyszący (mąż, najprawdopodobniej) – Europejczyk, choć też o ciemnej karnacji, małomówny, z usposobienia przygaszony, stonowany w ubiorze (długie płócienne spodnie beż, flanelowa koszula w drobną kratę). Od wielkich ust tej kobiety nie mogę się oderwać, aż w końcu zbyt głęboko we mnie wchodzą; mdli mnie od nich, potem suszy mnie od nich, w końcu kręci mi się w głowie od tych ust…W ustach tych poraża mnie nie tyle ich brzydota albo erotyczna pokusa (chociaż jakieś szczątki tych obydwu doznań są obecne), ile raczej groza czystej współobecności, bycia blisko kogoś jednoznacznie obcego, a jednocześnie do bólu indywidualnego; to problem obcowania z mocnymi dowodami czyjejś odrębnej cielesności.. Łagodny spokój mężczyzny, który jej towarzyszy – on ma taki typ spokojnego wizerunku, na którym nawet oka nie da się zawiesić – również nie przynosi bezpiecznego rozwiązania. Nie czuję się teraz dobrze, ta para przypomina mi o kilku innych parach w moim życiu (absurdalne, wiem!). No więc rejteruję. Korzystam z przystanku na żądanie, jedną stację przed miejscem, w którym rozpoczyna się najpopularniejsza z tras prowadzących turystów na wierzchołek wulkanu, o której powiem zaraz. Brakujący dystans przemierzam chyba w kwadrans („jak to ze mną jest, z moimi tempami i możliwościami? Z mapy by wynikało, że zostały prawie dwa kilometry, a szedłem wolnym tempem – bez zadyszki, mimo że chwilami było trochę pod górę”?), przez moment – po raz pierwszy od przyjazdu na Wyspę – słońce w środku dnia znika; zjawia się nawet lekka mgiełka, o zdradliwym, ostrym, nieco siarkowym, aromacie.
Docieram na stację kolejki linowej, stamtąd prowadzi trasa na szczyt wyższego z wulkanów. Oto stacja: Niewielki, całkiem elegancki pawilonik, stylowo obłożony kamiennymi płytami; Witold miałby pewnie skojarzenia z kolejką na Kasprowy Wierch. Na parkingu wciśniętym w zbocze góry kilka samochodów i dwa autokary wycieczkowe. Istnieje możliwość pieszej wyprawy (do ok. 2000 metrów n.p.m.) – to tutaj nie jedyny, ale najpopularniejszy górski szlak. Można też skorzystać z kolejki linowej i to wedle wyboru, mamy różne warianty: Można naturalnie przejechać kolejką całą trasę albo wsiąść bądź też wysiąść na stacji, która znajduje się w połowie wysokości, tuż obok górskiego schroniska. Mam zatem cztery opcje do wyboru: kolejką od początku do końca, od początku do końca na piechotę, najpierw na piechotę, potem linową kolejką, najpierw kolejką linową, potem pieszo. Wchodzę do bufetu i w towarzystwie kilku nieszczególnych wizualnie osób (raczej bladych, ubranych w stroje zaskakująco wypłowiałe jak na rajską wyspę) wypijam podwójną mocną kawę z odrobiną mleka. Potem, stając w drzwiach, wypalam dwa papierosy. Później znowu zachodzę do środka na momencik. Obserwacje? Wnętrze jest przyzwoicie urządzone, z mieszanki bieli i chromu wydobywa się seria krwistoczerwonych i błękitnych akcentów w dekoracjach, które zaskakująco trafnie równoważą ogólny wyraz ascezy przypominając, że nie znajdujemy się w Dessau czy Weimarze późnych lat 20-tych 20-tego stulecia, ale w świecie bardziej kolorowym i beztroskim. Zadzieram głowę, przez chwilę patrzę na prostokąt sufitu o wymiarach pięć na dziesięć metrów; nieliczne brudne zacieki usuwają ogólne wrażenie sterylnie bezczasowego komfortu, wnoszą poczucie niszczenia, przemijania, starości – coś bardzo rzadkiego na tej Wyspie.
Zdecydowałem, że przejdę pieszo całą drogę. No to idę. Wspinam się. Znów: chociaż stąpam powoli, równomiernie, zegarek sugeruje jakieś dziwaczne przyspieszenie. Krok powolny, ale zanim zdążyłem się na dobre zmęczyć, zamyślić czy zapatrzeć, widzę już budynek stacji na półmetku. Wrażenie jest w ogóle specyficzne: Nie ma w tym miejscu nic z wulkanów, które wcześniej zdarzyło mi się w różnych miejscach oglądać. Nie ma tu żadnych krawędzi pokrytych czarną zeschłą lawą, spośród których dobijałyby się piekielnie żółte kwiaty, nie ma śladów po opustoszałych budowlach, strawionych siłą żywiołu. Ziemia pod stopami wydaje się być miękka, niesamowicie miękka, niby z pluszu. Przez chwilę idę boso. Później z podłoża wyrastają bujne trawy miodowego koloru; wydają słodki zapach. To wszystko sprawia wrażenie, jakbyś się znajdował nie na zboczu wulkanu, choćby od dziesiątków lat nader leniwego, ale we śnie dziecka – wyjątkowo łagodnym – nie każdemu dziecku takie sny są pisane, mało któremu dziecku sny takie są pisane.
Tak, wejście na szczyt nie zajmuje aż tak wiele czasu, zupełnie nie czuję wysokości. Prawie nikogo nie spotykam na drodze, tylko jedną grupkę turystów z przewodnikiem (wyposażeni w kamery, tablety, foto-aparaty, swetry, na ogół narzucone na ramiona, butelki wody mineralnej „a gdzie tu będą sikać, jak się wodą opiją – na tej gładkiej przestrzeni trudno jest się ukryć…te trawy aż tak wysokie nie są”? – zastanawiam się). Jestem teraz blisko stacji środkowej, nieopodal schroniska. Maszerując dalej widzę nad sobą puste wagoniki jeżdżące w tę i we w tę. W końcu mijam dwóch rosłych brodaczy z siatkami na chrabąszcze; schodzą w dół, oddaleni o mniej więcej pięćdziesiąt metrów jeden od drugiego, patrzą przed siebie, skupieni. Wielce jest dwuznaczne, czy razem odbywają wyprawę, czy łączą ich więzy krwi albo więź polegająca np. na wzajemnym połykaniu nasienia. Nie wiem też, czy ich podobieństwo fizyczne jest tylko dziełem przypadku czy sprawą pokrewieństwa. Być może dwaj brodacze, niezależnie od siebie, zdecydowali się w tym samym niemal momencie na zdobycie szczytu z siatką na chrabąszcze i z tego tylko wynika ich współobecność w kadrze. Tuż przed szczytem wyprzedzam zaś rodzinkę: dwóch dziarskich synalków, kobieta trzyma się z tyłu, na czele surowy ojciec – bardzo chudy, wysoki, z bujną siwą czupryną, wysokie buty z cholewami – toruje drogę czeredzie, podpierając się metalową laską.
Wierzchołek jest spłaszczony, krater rozwiera się w sposób osobliwe dyskretny, jakby to śmiesznie nie zabrzmiało. W każdym razie mam poczucie jakiejś uśpionej w cieple łagodności. (Faktycznie, nie jest chłodno, pomimo wysokości ok. 2000 metrów nad poziomem morza… jak oni tutaj to robią?)
Otchłań, przepaść. Wzloty i upadki…. to wszystko, co dawniej tak doskonale czułem wyglądając np. z balkonu na przedostatnim piętrze byle pięciopiętrowej kamienicy wydaje się teraz zupełnie nieobecne. Dramatyczne pielgrzymki na rozmaite szczyty, gwałtowne upadki z dużej wysokości – to wszystko jest teraz całkowitą abstrakcją. Nic: tylko spokojne falowanie. Nic, tylko linie krzywe: wznoszące się i opadające w trudnym do ogarnięcia, a jednak dziko pięknym i subtelnym porządku.
Widok ze szczytu podziwia oprócz mojej osoby dziesięciu innych turystów. Ich figury (w przypadku obu płci szczupłe a jednocześnie raczej pokaźnego wzrostu, nie licząc dwójki dzieci) nie wnoszą nic nowego w obszar niniejszego protokołu. Ten widok nie sprawia żadnych rozterek, już prędzej daje poczucie bezpieczeństwa. Nawet nie mam ochoty zastanawiać się, jak i kiedy tu doszli…
Ale owo wrażenie równoczesnej fascynacji i grozy, które przynosi fakt wyniesienia nad świat – znów powraca, kiedy patrzę na wulkan przeciwległy – bliźniaczo podobny, do tego, na którego wierzchołku się znajduję, tylko trochę niższy. Między nimi wyrwa – jest dosyć zamaskowana przez łagodność zbocza i parę kłębów mgły, daje jednak się odczuć jako groźny przestwór. Robi się niebezpiecznie, zwłaszcza kiedy przedstawiam sobie bardzo prosty fakt, że nie udałem się na raz (siłą rzeczy, chociaż mógłbym to jakoś opowiedzieć) na jedną górę i na drugą, a w związku z tym naprzeciw mnie znajduje się jakiś inny świat, „symetryczny”, lecz niespenetrowany, w którym mają miejsce sceny zupełnie odrębne. Wyobrażam sobie samotnego turystę na szczycie drugiego wulkanu… Co więcej, widzę go, wyławiam nie tylko ogólny zarys postaci, ale nawet twarz… stoi tam, niewielki wąsik, czarny kapelusz nasunięty na czoło… to człowiek dziwnie elegancki, już nie pierwszej młodości… chwilę potem… wyraz twarzy się zmienia… raz jest bardziej mój, raz Karola, innym razem znów (co ciekawe, właśnie to wrażenie zaczyna dominować) przypomina owego starszawego turystę, który przyłapał mnie z Luną in flagranti.
Kolej linowa kursuje na obydwa szczyty. Monstrualny mechanizm, długie rzędy wagonów, w większości chyba całkowicie puste. Może nie jest dziś dzień na zwiedzanie wulkanów? Możliwe, że grupy zorganizowane przyjeżdżają w inne dni tygodnia, a kursów nie wstrzymują na przykład z uwagi na to, że koszty rozruchu urządzenia byłyby nadmierne, ewentualnie ze względu na domniemany prestiż non-stop działającej firmy? Dziwne, w każdym razie nie podejrzewam tutejszych przedsiębiorców o niegospodarność. Możliwe, że jakieś dotacje rządowe pozwalają im na spokojny sen – podobno rząd Wyspy uznał oba wulkany za warte szczególnej ochrony dziedzictwo… kulturowe (sic!). Czy może jednak być to widowisko stworzone wyłącznie na potrzeby jakiejś boskiej istoty (nie zaprzeczę, w tej chwili brzmi to głupio), która patrząc z góry wymaga, by ku jej uciesze przez wszystkie dni pozostawała w ruchu ta cała okablowana karawana. Mimo skłonności do pewnej dziecinady, nadludzki klient jest surowy i wymagający, więc koszty trzeba ponosić: klient to nasz pan, zwłaszcza klient boski; każda niefrasobliwość mogłaby sprowokować go do odmowy zapłacenia honorarium, którego waluta – tak się zdaje, aczkolwiek nikt chyba nie widział z bliska nominałów – ma wysoki kurs.
„Zaraz trzeba zejść”. (I tak samo może myśleć tamten inny, ten na drugim wulkanie).
Zejścia, jak już zauważyłem na pierwszych stronach niniejszego protokołu, są bardziej niebezpieczne od wspinaczek na szczyt. To zejście było zwłaszcza niebezpieczne w swojej niezauważalności, poprzez zadumanie, przez podejrzanie efektywną autonomię pewnych siebie, niesłyszalnych stóp. Moje myśli schodząc razem ze mną przemieszczały się po przeróżnych krainach górskich i nadmorskich, krainach delikatnych fal i światła wszechobecnego, krainach, w których ziemi drzemie tuż pod spodem jakaś lawa, czy uskok tektoniczny… możliwość nagłej katastrofy.
Myślałem o parze turystów w młodym-średnim wieku, trochę takich jak Karol i Alicja. Spędzają kanikułę gdzieś nad Morzem Śródziemnym. Teraz widzę ich lepiej. Powiedzmy, że ona ma na imię Ewa, a on Alfons. Już pierwszego dnia wycieczki oddalają się od tłumu turystów, oblegającego jak szarańcza (albo jak zesłana przez imperialistów stonka ziemniaczana) hotelową plażę, dwa hotelowe baseny, trzy hotelowe kawiarnie i dziesiątki innych hotelowych atrakcji.
Wybrali się na spacer. Najpierw kręta ścieżka wijąca się po skalistym zboczu (poetyckie: kręta ścieżka wijąca się na skalistym zboczu, prawda?); dwadzieścia metrów niżej znajduje się wydarta morzu plaża (dramatyczne: wydarta morzu plaża, prawda?), z rzędami parasoli i jasnym piaskiem specjalnie dowiezionym, by zadowolić turystów, bo w tych rejonach plaże są raczej kamieniste. Patrzą z wysokości na słabo rozróżnialne plamy wczasowiczów – niektórzy leżą w bezruchu, wystawiając twarze albo plecy do słońca, inni taplają się w wodzie (niewielu pływa, ci pływający z dystansu są już prawie zupełnie niewidoczni), parę osób kolebie się na deskach surfingowych. Oni teraz idą w drugą stronę. Oni?
Parę szczegółów pomoże uzyskać nieco dokładniejszy szkic obydwu postaci. Alfons jest teraz w letnich ale długich spodniach, flanelowej koszuli z króciutkim rękawem, w przeciwsłonecznym jasnym, płóciennym kapeluszu; zaopatrzony w tradycyjny aparat z szerokim obiektywem oraz jakiś przewodnik; proponuje, żeby jeszcze troszeczkę podejść w górę. Wędrówka może być męcząca w upale trzydziestopięciostopniowym, na szczęście pinie, cyprysy, drzewa cytrynowe i jeszcze inne okazy flory śródziemnomorskiej dają sporo cienia – i to gratis. A więc idą. Ewa, opalona jeszcze przed wyjazdem, jest w sukience tkanej w jakieś wzory kwiatowe, na cieniutkich ramiączkach, niemal niewidocznych (wydaje się, że materiał nie ma prawa utrzymać się na ciele, ale się utrzymuje, bo Ewa nie jest naga) w ciemnych okularach i słomkowym kapeluszu. Na ramieniu niesie płócienną torbę, z której wystaje butelka wody mineralnej. (Czy koszyk wiklinowy byłby lepszy?)
Są już na szczycie wzgórza; tam ruiny tego, co było kiedyś willą jakiegoś (stosunkowo) podrzędnego, za to bardzo kochliwego dostojnika rzymskiego.
Są zmęczeni. Tak, są bardzo zmęczeni, kiedy w końcu docierają na ten szczyt (opowiadam o tym, gdy sam schodzę ze szczytu bez większego zmęczenia – trochę dziwne, przyznacie?). Trzeba dodać, że przyjechali bardzo wcześnie, nad ranem, znużeni kilkugodzinnym lotem czarterowym. Mimo tego nie poszli spać od razu. Znaleźli kilka butelek w barku hotelowym. Otworzyli whisky. Alfons włączył radio, na jednym kanale grali muzykę dawną. Z biegiem nut klawesyn zaczął zasuwać bardzo szybko. Tak często grał natarczywe staccata, że mógł to być jakiś pastisz napisany przez kompozytora w dwudziestym drugim wieku. Światło lampki nocnej odbijało się w do połowy wypełnionych, a do połowy osuszonych i szklankach. Klawesyn bombardował przestrzeń, przyspieszał cały czas, w finale utworu grał tak szybko, że dźwięk niemal zlewał się w monotonną wibrację, która potem rozpływała się gdzieś w pustce pokoju – przestronnego, urządzonego komfortowo lecz bezosobowego w najgorszym sensie tego słowa (dla mnie i dla paru wybranych istnieją również jego bardzo pozytywne konotacje). Im jednak ta rutynowa sterylność udająca stonowaną elegancję nie przeszkadzała za bardzo. Byli na tyle zmęczeni, a jednocześnie na tyle wybici z rytmu przez tę podróż, że przestali całkowicie liczyć się z otoczeniem i z czasem. Otworzyli szeroko drzwi na balkon. Był już świt, ale mimo zmęczenia nie planowali pójść spać, jakby mieli na to jeszcze wiele czasu, jak gdyby zegary wzięły sobie wolne. Leżeli obok siebie, dopijając drinki, paląc na spółkę skręta, ona co jakiś czas odwracała głowę w stronę okna. Po tym jak skończył się utwór na klawesyn, stacja zapodała koncert Rachmaninowa, drugi albo trzeci, a może w ogóle piąty, w przeciętnym wykonaniu, nagranym prawdopodobnie na zamówienie wytwórni, która wypuszcza tanie serie z muzyką dla początkujących „melomanów”. (Meloman – to najśmieszniejsze w brzmieniu słowo, jakie znam.) Potem ona sięgnęła na nocną szafkę po pilota do radia. Włączyła program, gdzie nadawali z kolei muzykę perkusyjną on nieco zachodnioafrykańskim rodowodzie.
Wstali koło południa, po czterech godzinach ciężkawego snu. Zeszli na werandę, gdzie właśnie zakończono podawać śniadanie, ale na jego prośbę (albo na jej prośbę a może na ich wspólną prośbę, to chyba obojętny szczegół) kelnerka (może były dwie, a może był tam kelner – mężczyzna) zgodziła się zostawić część szwedzkiego stołu i termos ze stygnącą już kawą. Nie bardzo mieli siłę jeść. Upał palił już skórę. Z niechęcią pili lurę z mlekiem, Ewa popijała też sok pomarańczowy, nieco lepszy od kawy. Chociaż w sumie całkiem posmakowało im to śniadanie… jego średnia, typowo bufetowa jakość pasowała dobrze do lekkiego kaca.
(Już jestem prawie na dole… jak to wszystko szybko się posuwa.)
…Alfons i Ewa są na szczycie, cały czas na szczycie (a ja schodzę, schodzę, schodzę, to już prawie koniec). Rozłożyli się w cieniu, tuż obok jednej z kilku kolumn, które do naszych czasów zachowały się z owej Willi Antycznej. Zmęczenie, senność i ustąpienie erotycznego napięcia w ich ciałach (to napięcie jednak, w małych dawkach, cały czas odczuwają na zewnątrz – w ciszy, upale, błękicie nieba, cieniu, który odrobinę chroni przed promieniami słońca, w niesłyszalnym teraz rytmie fal pobliskiego morza) sprawiają, że obecność czasu zaczyna się narzucać osobliwie.
Osobliwie? Po raz n-ty, Hoffmann, użyłeś tego słowa. Powiedz teraz, czy w takim razie presja czasu na jednostkę jest kiedykolwiek odczuwana klarownie, bez domieszki obcości, dziwaczności i Nienazywalnego?… Chyba nie. W każdym razie wszystko im się dłuży, każdy ruch wydaje się bardzo spowolniony, ale nieodmiennie czują silne napięcie i przeczuwają jego dalsze narastanie. Zegar bije wolno i jakby arytmicznie; pomimo tego jego uderzenia dudnią głośno, wewnętrznym drżeniem odbijają się w ciałach. Jest dla nich oczywiste, że ta pulsacja ma nad nimi władzę i nic już nie wymknie się z jej szponów. Jednocześnie trudno to nazwać odczuwaniem przemijania. To nie takie proste: strzałka czasu zdaje się być skierowana na raz w różne strony. W półcieniu (teraz wstali na chwilę, chodzą w kółko, robią zdjęcia ze szczytu, przechodzą właśnie pod jakimiś drzewami: może to figowce, może nie figowce) twarze Ewy i Alfonsa wyglądają dziecinnie. Są niewinne, a jednak każda drobna zmiana światła od razu dorzuca do ich odmłodzonych portretów tony starości i zmęczenia – zmęczenia raczej nieodwracalnego. Potem znów wszystko robi się prawie niemowlęce…wyglądają przez chwilę jakby, wraz z całym światem dookoła, dopiero wychynęli z kokona.
Znów leżą, prawie nieruchomo; i on, i ona w prawie identycznych ciemnych okularach, muskając się palcami, czują teraz, że są gdzie indziej. Może w odległej przeszłości, a może na krawędzi świata, w jakimś ostatecznym miejscu, do którego nie dotarł przed nimi jeszcze żaden żywy. Willa, koło której szczątków teraz odpoczywają, była własnością pewnego patrycjusza – o pozycji nieszczególnie uprzywilejowanej, za to niezłego poety. Tam właśnie rozegrała się historia jego miłości z córką jednego z bliższych zauszników cesarza. Miłość była burzliwa. Kochanka – cóż, jak to czasem kochanki oraz kochankowie – niedługo była mu wierna. Zraniony poeta próbował się pocieszać – to również nikogo wówczas nie dziwiło i nikogo dziś dziwić nie powinno – odczuwając przy tym (też normalne, banalne), wyrzuty sumienia, które mieszały się z żalami pod adresem ukochanej. „Dlaczego oddaję swoje ciało, z bogactwem pragnień w nim ukrytych, to ciało jej tylko przeznaczone, na pastwę kobiet i mężczyzn nas obojga niegodnych?” – zapisał w pamiętniku. Ona też po swych miłosnych perypetiach popadała w głęboką melancholię. Miało się wrażenie, że tak się krzywdzą nawzajem tylko po to, żeby udowodnić, jak tragicznie głęboka jest ich wzajemna miłość, której siła jest nieznana ludziom, koniom, senatorom i bestiom, a może nawet bogom.
Niezależnie od tego, że tysiące miast padły ofiarami najróżniejszych żywiołów, w naszej świadomości Pompeje pozostają jedyne. I nie ma co burzyć tego mitu, Omawiany pałac nie padł ofiarą lawy; co nie zmienia faktu, że został niemal cały zmieciony z powierzchni ziemi, z wielką siłą. Ona została zabita wraz z kuzynem, z którym zdaniem być może nieżyczliwych kronikarzy łączyły ją niedwuznaczne stosunki. Przyjechała tu w jego towarzystwie – nie wiadomo, czy chciała wrócić do poety, czy przyjechała po to, ażeby dodatkowo sprowokować zazdrość… Kuzyn ów mocno się naraził z powodu (rzeczywistych) knowań przeciw władzy cesarskiej, ona zaś nieopatrznie podchwyciła niektóre jego słowa i parę razy, mimo że normalnie była bardzo ostrożna w towarzyskich konwersacjach, powiedziała za dużo. Tuż przed zmierzchem wpadli do ogrodu pretorianie. Było wiele ciosów, ale wieczór szybko w siebie wsączył całą krew zabitych.
On ocalał (być może po prostu dzięki temu, że w chwili mordu był na wieczornej wędrówce wzdłuż morskiego brzegu – to była jego pora melancholii), swoje związki z zamordowanymi przypłacając jednak dożywotnim wygnaniem. Niektórzy wprawdzie podają, że naprawdę wyjechał z własnej woli, inni podkreślają, że wygnanie przyjął jak błogosławieństwo. Niektórzy mówią też, że to nasz poeta popchnął kochankę i jej kuzyna w objęcia spisku, a cesarz darował mu wyłącznie dlatego, że miał słabość do paru krotochwilnych satyr, które wyszły spod jego dłoni, on sam już o tych młodzieńczych płodach nie pamiętał. Na temat jego wygnania krąży wiele podań… Ponoć niedługo zabawił na skalistej i bezludnej wyspie, która mu najpierw została przeznaczona… Mówi się, że na tej wyspie mieszkał z nim jeszcze jeden obłąkany młodzieniec, nawzajem darzyli się miłością, jakiś czas był z nim prawie- szczęśliwy, jednak młodzik zmarł ukąszony przez żmiję… Potem zaciągnął się do piratów…którzy w zatokach wyspy zrobili sobie kryjówkę i zyskawszy zaufanie owych barbarzyńców przepłynął z nimi przez dalekie morza, mijając osławioną krainę Hiperborejczyków, aż w końcu zawitał do miasta, w którym domy, zbudowane z szarego kamienia i przezroczystej, niemalże niewidzialnej materii, wznosiły się prawie ku nieskończoności. W tym mieście niebo ciągle zasnuwał biało-szary dym. Po szerokich czarnych drogach przemieszczały się wozy wprawiane w ruch bez zwierzęcej siły. W tym mieście, mówią, ludzi było bardzo ciężko dostrzec; tylko kiedy niekiedy z kamienistej pustki wyłaniał się przeogromny tłum, , którego części składowe przemieszczały się w tak zawrotnym tempie i tak blisko siebie, że z reguły nie dało się zapamiętać ani jednej twarzy. Czasem tylko zapamiętywał to czy inne ubranie; szaty jednak też mieszały się ze sobą już to w ogólnej pstrokaciźnie, już to w dość zgrzebnej bezwyrazowości. Częściej dało się przyuważyć nocą jakieś grupki biesiadników pogrążonych w pijaństwie i rozpuście, w której kryło się coś nie tylko melancholijnego, ale i w osobliwy sposób „rozsądnego”, jakaś buchalteria. „Bawią się ze sobą w taki sposób, jakby kamieniarz z żałobnikiem dobijali targu o cenę grobowca” – zauważył ponoć. Pomimo tego kogoś dało się tam poznać, udawało się znaleźć nawet jakąś miłość, lepszą albo gorszą, co ciekawe na ogół nieodpłatną.
Podobno pisał tam dalej lecz z tych jego wierszy nic się nie zachowało. W owym dziwnym mieście ogarnął go (podobno) bardzo specyficzny obłęd, który całkiem pomieszał poszczególne gatunki literackie, jakie dotąd uprawiał nasz poeta – oda niepostrzeżenie przechodziła w diariusz i kroniką historyczną, a nad wszystkim unosił się nieznośnie stłumiony ton chorobliwej satyry.
Miał na koncie parę różnych miłostek, były pełne ludzkich grzeszków i słabostek, nie brakowało w nich kalkulacji i próżności. Czasem tylko osaczały go demony jednoczesnego uniesienia i strachu. Wówczas miał wrażenie, że obcuje z widmami, spośród których widmem szczególnie upiornym była jego własna powłoka. Jak i kiedy skończył, pozostaje domysłem. Podaje się niekiedy, że roztopił się w słońcu, gdy po raz pierwszy od lat wyłoniło się całe zza zasłony dymu.
***
„Mógłby to być nie najgorszy materiał na historię o duchach” – zauważam stojąc pod budynkiem kolejki na poziomie zero.
Fragment książki „Opowieści Hoffmana”
Wiktor Rusin
CZYTAJ TEŻ