Prześwity


 

Organizatorka warsztatów czekała punktualnie przy głównym wejściu na dworzec. Zuza wsiadła do auta i od razu ją zeskanowała. Atłasowa chustka na głowie, czarna koszula z materiału przypominającego papier. O, i te piękne buty ze ściętym czubem, które przecież sama ostatnio przeglądała w necie. Marta miała styl. Właściwa osoba na właściwym miejscu.  

Do tego świetnie kierowała – zręcznie ominęła korki. Miały jeszcze sporo czasu, więc postanowiły coś zjeść po drodze. Samochód gładziutko wsunął się między dwa zaparkowane auta niczym rumba trafiająca do stacji dokującej. 

– Ja idę w omega-3 – powiedziała Marta przeglądając menu, jakby były w nim nie potrawy, tylko wykaz mikroelementów. Gdy przyniesiono jedzenie, zasugerowała, w jakiej kolejności najlepiej jeść poszczególne składniki, żeby uniknąć gwałtownego skoku glukozy. 

Zuza nie miała pojęcia, że tak trzeba, i starała się wszystko spamiętać. Unikaj karagenu. Bierz ekstrakt z szafranu. Pomidory przechowuj szypułką do dołu. Rano, jeszcze przed kawą, postój chwilę boso.  

Zerknęła na talerz, próbując ustalić, czy nie zjadła czegoś zbyt szybko. 

Dotarły do Czułostanu. Oprócz okropnej nazwy ośrodek wydał się Zuzie całkiem przyjemny. Z dala od drogi. Kilka ładnych, drewnianych domków nad jeziorem. Plaża, woda, puszcza i ptaki. Wsłuchiwała się w nie przez krótką chwilę i nawet próbowała dopasować melodie do jakichś gatunków, ale „tiu-tiu-tiu, cziri-cziri, tiu-tiu-tiu” myliło jej się z „tirli-tirli, cziri-cziri, trrrr”. 

Na poprzednich warsztatach w jakiejś Pipidówie miejscowy dom kultury kupił w Action tanie akryle, które słabo kryły. Kiedy dzieci próbowały zamalować prześwity, mokry pędzel ściągał poprzednią warstwę. Wszystko spływało w dół burymi zaciekami. Przemoknięta ściana. Skupienie wyparowało w sekundę, dzieci przestały słuchać. Odeszły od stołów. Zaczęły rozmawiać, przewijać filmiki i być w kilku miejscach naraz. Z telefonów co chwilę dobiegały urywki piosenek, wrzaski i sztuczny śmiech.  

Wstyd wracał do Zuzy jeszcze długo po tamtych zajęciach, dlatego tym razem zaczęła od sprawdzenia materiałów. Wszystko było jak trzeba: profesjonalne farby, pędzle i gruby papier. Gorzej z werandą, na której Marta zaplanowała warsztaty. Zadaszona na wypadek deszczu, to prawda, ale po ustawieniu wszystkich stołów robiło się naprawdę ciasno. 

– Jak damy je w dwóch rzędach, nie będą miały miejsca na swobodne ruchy. 

– Mnie się wydaje, że jest w porządku.  

Zuza ostentacyjnie zmierzyła podest krokami. Chciała w ten sposób pokazać, że to nie jest jej wrażenie, tylko fakt. 

Zamiast dalej dyskutować, Marta przesunęła część sztalug bliżej balustrady. Szybko i zwinnie. Udało jej się porozstawiać stanowiska tak, żeby dzieci nie musiały siedzieć na sobie. 

Sytuację przerwał telefon, który zawibrował na stole. Marta odebrała i odsunęła komórkę od głowy, trzymając ją przed sobą jak coś, czego lepiej nie przykładać bezpośrednio do ciała. Chwilę po zakończeniu połączenia pojawiło się kolejne. Potem jeszcze jedno. Za każdym razem Marta słuchała. Odpowiadała tylko „oczywiście”, „mhm” i „dobrze”. Kiedy zakończyła ostatnią rozmowę, wróciła do Zuzy.  

– Przepraszam cię. Zaczniemy dopiero o czternastej-piętnastej. Kilkoro dzieci ma opóźnienie, dojeżdża z daleka. Rodzice prosili, żeby poczekać. 

– Jasne – odparła Zuza, przygryzając lekko dolną wargę, po czym oblizała usta. 

Poszła nad jezioro. Usiadła w hamaku rozwieszonym pomiędzy dwiema sosnami. Przez chwilę patrzyła przed siebie. Drobne fale rozbijały się o pomost. Sprawdziła godzinę. Potem jeszcze raz, zanim zapomniała poprzednią. Nie wiedziała, czy zdążą zrobić cokolwiek sensownego.  

Piętnaście po drugiej usłyszała otwierającą się bramę. Ktoś w końcu przyjechał. Pierwsza była Hania z mamą. Ubrana w sportową bluzę i krótkie spodenki moro. Powiedziała, że nigdy nie była na takich warsztatach, a najlepiej idzie jej na WF-ie.  

Zuza wzięła ją za rękę i pozwoliła wybrać przedmiot, który miał stanąć w centralnym punkcie martwej natury. Dziewczynka nieśmiało wskazała zielony wazon, szukając w oczach nauczycielki potwierdzenia. Bała się, że to test, który można oblać, a jeśli źle wybierze, pojedzie do domu.  

–Też go bardzo lubię. Świetna decyzja, Haniu. 

Kolejnymi dziećmi Zuza zajmowała się podobnie, próbując przy okazji zapamiętywać imiona. Poziom trudności pozostawał jednak niski – po godzinie miała pod opieką dopiero piątkę. Najwięksi spóźnialscy przyjechali grubo po piętnastej, ale nawet wtedy nie udało się zacząć, bo wszyscy co chwilę się rozpierzchali. Ktoś zostawił czapeczkę w samochodzie, a to jeszcze siku i piciu. Zuza postanowiła wreszcie zebrać komplet dzieci. Rozpocząć warsztaty. Kiedy weszła do kuchni, by sprawdzić, co tam się dzieje, kilkoro rodziców dyskutowało o jedzeniu. Dzieci stały obok, trzymane za ręce. Ciągnęły w stronę wyjścia. 

– Ja się nie zgadzam na żaden cukier. 

– W tym wieku mogą. Mózg tego potrzebuje. Mój Tymuś zawsze pije bardzo słodką herbatę, kiedy ma się nauczyć czegoś nowego. Podobno dlatego małpy zeszły z drzew. 

– Od dziś będę dawała Natalce!  

– Kasię to za bardzo pobudzi. Nawet sam fakt, że w pokoju jest cukier. 

– Spokojnie, poradzimy sobie – powiedziała Marta. – Ja tu wszystko mam, wczoraj pojechałam na zakupy. Dla jednych dzieci będzie cukier, dla drugich fit przekąski. Kupiłam nawet suszoną morwę. Słodka, a nie powoduje wyrzutu insuliny. 

– O, proszę pokazać. To chyba coś dla mnie – powiedział ojciec Arianki i wziął pełną garść. – Ale chrupie!  

– Naprawdę powinniśmy już zacząć – Zuza przerwała degustację.  

Zwolnione z uścisku dzieci pobiegły na werandę. W końcu cała grupa znalazła się przy sztalugach – po raz pierwszy w jednym miejscu i bez rodziców łażących między stanowiskami. 

– Na razie niczego konkretnego nie malujemy – zaczęła Zuza. – Weźcie trochę farby na pędzel i zobaczcie, jakie ślady możecie zostawiać. Cienkie, grube, proste, pokręcone. 

Mówiła z takim zaciekawieniem, jakby sama nie mogła się doczekać, co z tego wyjdzie. 

Dzieci próbowały różnych śladów, sosny za werandą kołysały się na wietrze, a po tafli jeziora przesuwała się biała plama łabędzia. Zuza pokazała, jak można się podpisać jednym szybkim gestem. Po chwili każdy próbował zrobić własnego taga.  

Tymek długo patrzył na pustą kartkę. Nie potrafił nawet zacząć, a Natalka siedząca obok tak ładnie zrobiła swój podpis. Z nerwów miętolił w palcach koszulkę, nieświadomie odsłaniając kawałek brzucha. Takie zachowania Zuza wyłapywała od razu. Podeszła, ujęła jego dłoń i przeciągnęła nią przez połowę arkusza, mówiąc: „Zobacz, jaki jesteś zdolny”. 

Przeszli do martwej natury. Zuza stanęła przy swojej sztaludze i z zaangażowaniem tłumaczyła, że nie trzeba od razu malować szczegółów. Pokazała, jak znaleźć największe kształty i sprawdzić, gdzie leżą względem siebie. Rysowała właśnie owal zielonego wazonu, kiedy za plecami podniósł się wrzask. Tuż przed Hanią syczał łabędź z wyciągniętą szyją. Był to duży samiec z grubą czarną naroślą nad pomarańczowym dziobem. Na jego widok Leon i Tymek zaczęli piszczeć tak cienko, jakby chwilę wcześniej nawdychali się helu. Arianka zesztywniała, a Kasia dopingowała Hanię do walki. Z kuchni na werandę wybiegła Marta, a za nią kilkoro rodziców, którzy jeszcze nie zdążyli odjechać. 

– Nie ruszaj się! – krzyknęła Marta. – One potrafią być agresywne! 

Hania, mimo ostrzeżeń, próbowała trafić łabędzia pięścią, po czym chwyciła go za szyję i ścisnęła. Ptak gwałtownie zatrzepotał skrzydłami i, trochę tańcząc, a trochę atakując, musnął ją dziobem w policzek. Tuż pod lewym okiem. Dzieci odskoczyły. Sztalugi zaszurały po deskach. Hania jeszcze raz się zamachnęła, łabędź znów ruszył do obrony. Zuza podbiegła do Hani i odciągnęła ją jak trener zawodniczkę do narożnika. W drugim – ojciec Arianki. Przeganiał łabędzia. Ptak niechętnie zszedł z werandy, obejrzał się jeszcze raz i krótkimi syknięciami przedstawił własną wersję wydarzeń. Odpływając cały czas gadał. 

– Pokaż policzek! – wrzasnęła mama Hani. – Już nie mam do ciebie siły. Zawsze musisz robić po swojemu? 

Hania wsunęła dłonie pod włosy i zatkała uszy. Kilka razy pokiwała głową, udając, że słucha. 

– Ile razy trzeba ci tłumaczyć?! – darła się matka, a następnie zaczęła przypominać sytuacje, w których córka nie posłuchała, dorzucając za każdym razem jakiś szczegół, który stawiał ją w jeszcze gorszym świetle.  

– A pamiętasz nad morzem? A u cioci? Albo ostatnio w Aquaparku? Oczywiście rozcięłaś stopę, a potem ryczałaś pół dnia. Pokaż wszystkim, jaką masz brzydką bliznę… 

Jeszcze chwila i zdejmie jej buty i skarpetki.  

Wtedy odezwała się Zuza: 

– Nie musi jej pani tak pouczać przy wszystkich.  

– Teraz to pani poucza mnie. 

– Ale to pani zaczęła.  

– Ja? 

– Jest pani naprawdę śmieszna. 

– Niech się pani skupi na warsztatach. I poprowadzi je profesjonalnie, bo jak na razie wygląda to średnio.  

– To może niech pani je poprowadzi!  

– Pani Zuziu, na spokojnie– wtrąciła się mama Leona. 

Zuza zesztywniała, a strużka potu zjechała wzdłuż pleców. Mogła jeszcze spróbować uspokoić sytuację. Zamiast tego odwróciła się do mamy Leona. 

– Trzeba było, kurwa, przyjechać jeszcze później. 

Poszła do pokoju po rzeczy, wzięła torbę i wyszła, zatrzaskując za sobą bramkę do Czułostanu.  

Dopiero po kilkunastu minutach dotarło do niej, że nie ma jak stamtąd wrócić. Najbliższy autobus był po drugiej stronie jeziora. Kilka godzin na nogach. Sytuację pogorszyła wiadomość od Marty: rodzice domagają się zwrotu pieniędzy za warsztaty i jeszcze kara za odwołanie, zapisana w umowie.  

Kiedy Zuza dotarła na przystanek, było już ciemno. Usiadła pod wiatą. Przez chwilę cieszyła się, że wreszcie nikt do niej nie mówi. Potem ogarnął ją smutek, rozbolały nogi, a dźwięki okolicznych ptaków działały na nerwy. Zatkała uszy, zamknęła oczy, zwinęła się w kulkę. Tak bardzo chciała uciec w sen, że nie przeszkadzało jej nawet plastikowe siedzisko obklejone gumami do żucia.  

Obudziła się równie nagle, jak ją odcięło. Przez chwilę nie wiedziała, gdzie jest. O wszystkim przypomniały jej twarde siedzenie, zesztywniały kark i brak czucia w prawej nodze. Przez resztę nocy nie zmrużyła oka.  

Czułostan. Pipidówa. Zawalony rok na studiach. Dziewczyny, co ją zostawiły i te, które jej nigdy nawet nie chciały. Znajoma prowadziła oblegane zajęcia dla przyszłych studentów ASP, a ona musiała walczyć o podstawowe rzeczy. Jedna porażka prześwitywała spod drugiej. Tyle spraw w jej życiu wydawało się pouszkadzanych. Jakby zabrakło niewielkiej korekty, po której wszystko wyglądałoby tak, jak trzeba. 

Autobus wyłonił się z mgły i zatrzymał na żądanie. Usiadła przy oknie – po gumowej uszczelce człapał ledwo żywy komar. Niewyspanie przypominało kaca: ciężka głowa, piasek pod powiekami, wzrok, którego nie sposób na niczym skupić. Naprzeciwko niej stanęła osoba ubrana od stóp do głów w pepitkę. Przyglądała się Zuzie, gdy ta patrzyła gdzie indziej. Przez całą drogę serce biło jej w narwanym rytmie, jakby ktoś raz po raz przewracał się na schodach. 

Zamiast wrócić do siebie, pojechała do dziewczyny, z którą od niedawna randkowała. Napisała do niej jeszcze z autobusu. 

W progu powiedziała o akcji w Czułostanie. Amanda zrobiła jajecznicę, przyniosła czysty ręcznik, a potem przepadła na kilkugodzinnym Zoomie. Zuza nie wiedziała jeszcze, gdzie są sztućce. Zanim je znalazła, przeszukała wszystkie szuflady komody. 

Szybko zjadła, zasunęła żaluzje i spróbowała odespać noc. Przewracała się z boku na bok, za każdym razem licząc, że teraz zaśnie. W końcu dała za wygraną. Zlazła z łóżka jeszcze bardziej zmęczona. 

Wieczorem siedziały na sofie przed telewizorem. Zuza wciąż wracała do warsztatów i nocy na przystanku. W tle leciał „Hotel Paradise”. Amanda jadła delicje, obgryzając biszkopt dookoła galaretki. 

– Próbuję podejmować dobre decyzje, żeby potem nie musieć żyć z tymi wszystkimi złymi. A może powinnam robić na odwrót? – zapytała Zuza. 

– Może – odpowiedziała Amanda, patrząc, jak jedna z uczestniczek programu moczy nogi w rajskim basenie.

 

 

Łukasz Wojtysko


 

CZYTAJ TEŻ