POLE / 2 (5) / 2024

donat kirsch


MAREX CELSTAW ŁYK

1.

 

Adam Wiedemann we wstępie do czwartego numeru Pola przypomina, jeśli nie ujawnia zapomnianego na dobre i na dodatek umarłego Marka Słyka.

Zupełnie zgadzam się z opiniami autora. Ciągle też jestem wielbicielem prozy Słyka, specjalnie, że lepiej opisuje ona świat lat 20-ych XXI wieku niż opisywała lata 80-te wieku XX, kiedy jego wizja była ciągle w sferze nieoznaczoności. Może ta tak nieprzyjemna jak i zabawna właśnie prawda o przyszłości dotarła do zaawansowanych mózgownic pewnych krytyków i pisarzy, którzy rzucili się na Słyka grupowo (dla bezpieczeństwa) z zażartością godną przecież następców Andrieja Żdanowa. Dlatego doceniam uwagi Wiedemanna o decydenckiej roli Błońskiego w organizacji nagonki na Berezę i awangardę literacką lat 70-ych w miesięczniku Literatura. Jest to przecież poszerzenie mojej opinii o sprawczości Sadkowskiego. Dzisiaj taka ideologiczna gorliwość manifestuje się jako wszędobylskość kontroli nad informacją, z pomocą superkomputerów, wydających ich werdykty, na bazie sklejki wyuczonych algorytmów i rzucania kości do gry (gdy algorytm już nie wystarczy).

Z powyższego to powodu bardzo mi się podoba (pomimo marksistowskich ciągotek) esej Tomasza Kozaka, zawarty w tym samym numerze Pola. Autor pokazuje przejście istnienia prozy Słyka od zamierzonej wieloznaczności do dzisiejszego odczytania jako spełnionej wizji. W sensie modalnym Słyk sonduje tak autentyzm jak i poznawczą siłę rachunków prawdopodobieństwa, możliwości twórczości bardziej strukturalnej niż propagandowej, tak czy tak wolnej od panoszącej się dzisiaj cenzury organicznych intelektualistów.      

Dlatego błyskotliwość Henryka Berezy była konieczna dla zrozumienia rozdygotanej prozy Słyka jako właśnie serii przybliżeń (ale czego?), uwikłanych w błędy, ale uwolnionych od ukazów patokratycznych władców naszego świata. Pojęciowo metodologia Berezy była ekscentrycznym kaprysem potraktowania każdego dzieła jako możliwego świata. Prostą konsekwencją takiego rozumienia było bazowanie ocen opartych jedynie o relację między końcowym tekstem a deklaracją zamierzeń autora. Na poziomie bezpośredniego odczuwania, jakie miał Bereza, wieloznaczne z natury obrzeża dominującej episteme mogą, choć nie muszą być opisywane i to intuicyjnie poprzez inwersje (transpozycje) znaczeń.

 

2.

 

A teraz varia à la Słyk, jako że wracam do wspomnień. Mój końcowy komentarz o rekinie jest reakcją, egocentryczną tak jak i ekscentryczną, na przytaczane przez Wiedemanna stwierdzenie Słyka:

 

Kirsch lekceważy sobie ludzi, odkąd przestraszył się go rekin.

 

Dla wyjaśnienia, na rekina, chyba długości zdrowo ponad dwa metry napatoczyłem się maskując w lagunie koło jukatańskiej osady Akumal. Jeśli się ktoś przestraszył to ja. Podejrzewam, że ze względu na wielkość to była rekinica, jedna z tych, które (według lokalnych źródeł) traktują lagunę Akumal jako izbę porodową dla samodzielnych chociaż małych rekinków.

Chciałbym natomiast wspomnieć o źródle oskarżenia Słyka o to, że lekceważę ludzi, które najprawdopodobniej związane jest z moimi listownymi komentarzami na temat tego, jak to pojmowałem jego mizoginię. W roku 2017 przez kilka tygodni prowadziliśmy wymianę złośliwości na temat mężczyzn i kobiet. Między innymi Słyk napisał:

 

Nie pogardzam kobietami, tylko uważam, że są od przekazywania tego, co wykreowali mężczyźni, dzieciom, a nie – od rozmów męskich, w toku jakich wykuwa się wiedza

 

Na co odpowiedziałem, wiedziony logiką tudzież tradycjami sarmackiej szarmancji wobec kobiet:

 

…murzyni specjalizują się w robieniu dzieci i zostawianiu ich na wychowanie przez matki (70% murzyńskich dzieci tak wyrasta z wiadomymi skutkami). Kiedy murzynki wypełniają ich służbę „wprowadzania w życie młodego pokolenia”, wspomniani już murzyni spędzają ich cenny czas na odbywaniu „rozmów męskich, w toku jakich wykuwa się wiedza”.

 

Z mojej strony nie były to pustosłowia, bo we wczesnych latach życia w USA, dzięki nowym znajomym, pracy i generalnej ciekawości świata nierzadko (chociaż nie zawsze z przyjemnością) odwiedzałem głównie murzyńskie dzielnice Chicago, Nowego Orleanu, Los Angeles, Berkeley i Oakland.

W listach do innych osób Słyk oskarżał mnie także o arogancję z czym, w wieku lat siedemdziesięciu, jest mi nader łatwo się zgodzić. Tak to wygląda na co dzień, proces wykuwania przez mężczyzn wiedzy.