Od rana założył buty. Zaraz po zerwaniu się z łóżka i wyjściu z łazienki. Zaczął kręcić się po kuchni za czymś na śniadanie. Nie wiedział. Chciał odzyskać chęć na posiłek. Długo patrzył w otwartą lodówkę, przysiadł na podłodze i po chwili wpatrywania się w półki zamknął i znów otworzył. Wczoraj jadł śniadanie. Nie chciał już niczego powtarzać. Wstał z kolan i odszedł bez niczego. Usiadł przy stoliku i patrzył teraz w okno takim samym dalekim spojrzeniem. Za mgławicami nieumytej szyby zaczynała świecić ściana sąsiedniego budynku. Przeniósł spojrzenie na plamy wytrawione w drewnianym blacie stołu. Podniósł wzrok na zatopione w szarym świetle przedmioty. Spojrzał w dół na przytwierdzone do miejsc stopy w butach.
Słońce sunęło po ścianie stapiając szczegóły. Nie mógł się zdecydować, czy jest wcześnie, czy późno.
Od tygodnia wypróbowywał sposoby szybkiego wyjścia z domu, dodawał nowe elementy, czynności potrzebne, gdy nagle już przyjdzie ten moment i trzeba będzie wyjść jak najszybciej, natychmiast, nie szukać niczego, nie opóźniać, nie osłabiać się, wykorzystać zapadłą decyzję.
Zaczął od zegarka, z dużymi czytelnymi godzinami i tak samo wyraźnie oznaczonym dniem, aby móc szybko odczytywać czas i polegać na nim. Założył zegarek na rękę i nie zdejmował przez ostatnie dni. Lekki ucisk paska na przegubie ręki w dzień i w nocy, już ten mały znak był dużym krokiem w przygotowaniach do wyjścia. Przylegający ciepły kawałek obcej skóry był częścią ubrania.
Nie rozbierał się do końca.
Spał nagi z zegarkiem na ręce.
W pasku z zegarkiem na ręce nie był już taki nagi.
Wprawdzie decyzje były niewidoczne, ale drobne zmiany u siebie zauważał.
Czekał w przedsionku, poruszał się w takim napięciu, że raczej skradał się wąskim przejściem. Dalsza droga prowadziła po złączonych drabinach. Ścianki z desek i chwiejące się poręcze przymocowane do drabin nie wydawały żadnego odgłosu. To miejsce nie mogło być domem. Wiedział, że to jego dom. Wspinał się na piętro do swoich drzwi. Z ulicy, z dołu poznał dawne miejsce zamieszkania. Nic nie było podobne. Budziło tylko lęk. Nie mogło być pomyłki. To był jego dom. Zbudowany z wyrzuconych na brzeg desek pokładu. Z zewnątrz tylko mury były domem z pamięci. Szedł przed siebie, jak w sytuacji lękowej, która uniemożliwia podjęcie następnego ruchu, trzeba kontynuować już zaczęty. Drewniane schody przechodziły w drabiny prowadzące do posadzki półpiętra i tak na przemian aż do ciasnego piętra z czterema drzwiami do mieszkań. Tak było tu ciasno, że gdyby jednocześnie otworzyć na zewnątrz dwoje sąsiednich drzwi, natychmiast zablokowałyby się wzajemnie, umożliwiając tylko przeciśnięcie się przy próbie wyjścia. Odgłosy kuchni i zapach wzburzonej ciepłej i słodkiej wilgoci popchnął go, jakby on sam był teraz kulą zapachu. Kilkoma szybkimi krokami znalazł się pod drzwiami wygódki. Był już w mieszkaniu i znów nic nie poznawał poza jednym, wygódka była pierwsza po lewej od wejścia. Wszedł ograniczając ruchy do minimum, tak niepewny był swojego ciała jako całości. Chciał czym prędzej się skryć. Drzwi nie dawały się zamknąć, ledwie przypominały jakąkolwiek osłonę. Listwy, wąskie deski złączone w jakiś dowolny sposób powiewały przy każdym dotknięciu. Nie czekał. Nie mógł już czekać. Już wszystko jedno, gdzie się znalazł i czy przez ażurowe drzwi i prześwity ścian skleconych z wszystkiego, co pod nogami na budowach się wala, ktoś go widzi czy zdarza się mu być samemu na scenie przy pustej widowni. Schylony w pół. Skurczony do bólu, by przezwyciężyć ból niespodziewany i nieunikniony. Zdążył usiąść na desce sedesowej. Doprowadzony wilgotnym, ciepłym powietrzem klatki schodowej i otaczającą ciasnotą. Dopiero teraz mógł się przyjrzeć. Przez luźno połączone deski i fragmenty muru zobaczył codzienny ruch. Powoli rozprostowywał plecy. Patrzył śmielej. Na zewnątrz ludźmi zawładnął pośpiech, jak na korytarzu szpitalnym, w dwóch kierunkach, szukano wszystkiego i wszystkich. Odgłosy otwieranych i zatrzaskiwanych drzwi. Nikt z przechodzących nie był w cywilnym ubraniu, każdy strój był mundurem różniącym się dla niepoznaki pastelowym kolorem, miękkim krojem kołnierzyka. Omijano drzwi, za którymi siedział odprężony i obojętny, tylko dlatego, że na nic już nie ma siły, nie może i nie umie wyjść do ludzi zajętych czymś niezrozumiałym. Przecież i tak był widoczny. Widział przebiegających jak na ostrym dyżurze. Zmuszony do nagości – jedynej niepodważalnej i czystej w swych zamiarach – w którą wpędzał go organizm w chwili mglistego jeszcze niebezpieczeństwa. Na twarzy może nawet było widać radość ze zdobytej obecności.
Obudził się na plamce śliny wsiąkniętej w poduszkę.
Wczoraj, dziś, w ten sam nerwowy sposób rozglądał się po przebudzeniu.
W ślad za wzrokiem przeszukiwał palcami skotłowaną pościel.
Odetchnął. Niczego nie znalazł. Nie nazwał, czego szuka. Wszystkiego się spodziewał. Po śnie. Obijały się w pamięci trudne słowa. Mikcja. Defekacja. Ból wyparował. Tyle znalazł, co zobaczył w ścianach mieszkania, postawionego z grubych murów. Przeskoczył do łazienki. Wskoczył w buty. Spieszył się być gotowym. W ostatnim czasie.
Teraz siedział w kuchni, jak w „wygódce”. Słowo to przedstawiało oszczędność miejsca i ruchów do niezbędnych, wręcz ratowniczych, lecz bez przyszłości. W „wygódkach” spędzał dużo czasu w snach. To były o wiele bezpieczniejsze miejsca od innych. Dziś też tak się zdarzyło.
Przy próbie śniadania, w kucki przy otwartej lodówce, odszedł ostatecznie głód. Lodówka była półpusta, coś porozrzucane i poustawiane w rządku, nic z tego, co zobaczył, nie było do przełknięcia. Obraz był ciasny i duszny. Jak w śnie chciał pozbyć się wszystkiego.
Uwolnić się.
Pojechał w jedno miejsce.
Miejsce nie było odległe, godzinę jazdy pociągiem. Do dworca miał blisko, pół godziny pieszo. Wybrał pociąg, który bywał prawie pusty, można było przejechać całą drogę bez współpasażerów w sąsiedztwie. Najbardziej odpowiadałaby mu możliwość przeskoczenia z domu w inne miejsce, bez rozmów i konieczności odpowiadania po drodze.
Po dwóch godzinach od wyjścia z domu usiadł w pokoju.
Prawie od razu zaczął mówić, jakoś bezwiednie, nie patrząc w twarz naprzeciwko.
Rozszerzały się i zamykały oczy, marszczyło się i wygładzało czoło, usta były ledwo otwarte.
Mów głośniej, nic nie słyszę.
Podniósł wzrok znad podłogi, w którą wpatrywał się, odkąd usiadł. Spojrzał ze zdziwieniem, nawet z pretensją. Długo już mówił.
Poczekaj, usiądę bliżej.
Przesunęła się razem z drewnianym fotelem.
Mów teraz.
Milczał.
Przepraszam, naprawdę nie było cię słychać.
Milczeli razem.
Znów patrzył na swoje buty, na dywan w roślinne i geometryczne wzory.
Powiedz, mówiłeś o jakimś wezwaniu.
Siedział nieruchomo, lekko uniósł głowę, patrzył gdzieś na koniec dywanu.
To wszystko przez słowa.
Nie rozumiem.
Co mam powiedzieć, jak już mówiłem i nic nie powiedziałem.
Nic?
Nic.
Powiesz mi najpierw, co się stało?
Ręce mu się zatrzęsły. Wykonał dowolne ruchy maskujące milczenie.
Zaczął się ruch w pokoju. Odwracanie uwagi od siebie. Spoglądanie na przedmioty, jakby zostały pozapominane.
Napijesz się czegoś?
Kawy. Mogę zostać w butach?
Dopiero teraz. Właściwie w tej chwili dochodził obraz miejsca. Przez konkret przedmiotów i pamięć czynności. Od chwili spotkania przed pół godziną poruszali się jakoś niepewnie, wyczekująco na ruch z zewnątrz, na słowo drugiego.
Teraz wpatrzył się w twarz kobiety. Lśniły ciemne kamyki oczu rozstawione między długimi włosami. Tym razem nie były to mieniące się jasną zielenią pszeniczne włosy, tylko białosrebrne matowe. Schylił się do butów. Były na każdą pogodę, specjalne, robocze.
Z kuchni zaraz obok pokoju kobieta powiedziała.
Mam tylko rozpuszczalną.
Buty są czyste, sprawdziłem.
Z mlekiem?
Nie, bez cukru.
W filiżance chcesz, czy w kubku?
Nie wiem, w kubku.
Pokój był przestrzenią otoczoną z czterech stron. Rozejrzał się powoli od lewej do prawej. Pokój znał, nic się w nim nie zmieniło, chyba że w drobiazgach, ale ściany, ścian był pewien, decydowały o istnieniu pokoju. W środku. Środek był do wymiany w każdej chwili: kanapa na inną kanapę, stolik na inny stolik, to samo z krzesłem czy drugim jeszcze mniejszym stolikiem z laptopem. Kilka razy kadrował te same miejsca, jakby chciał trwale zapamiętać.
Ściana po jego lewej stronie była na całej długości ścianą z książek, od podłogi do sufitu.
Przed sobą widział ścianę obrazów w prostych ramach. Jedynie wejście pośrodku było wyłomem w rozwieszonych blisko siebie pejzażach, ale przez lukę wejścia, w oddali na ścianie przedpokoju też widział samotny obraz w ramie. Ściana po prawej ręce nie przestawała być podzielona obrazami aż do wejścia do kuchni już na ostatnich metrach przed ostatnią ścianą z pasem okna na całej długości. Miał ją za plecami za oparciem kanapy. W tej sytuacji miał ją przed oczami przez silne światło wdzierające się do wnętrza.
Przebywał jednym spojrzeniem drogę od lewego do prawego krańca i w odwrotnym kierunku. Nie znajdował nic po drodze, co mogłoby wyrosnąć nagle i w najmniejszym stopniu przysłonić ściany zbudowane z książek i obrazów.
Szum wody z kuchni przypominał o kawie. Pokój był bezwonny jak na taką ilość obrazów, pejzaży i osobliwych postaci. Ściana ściśniętych książek nie przepuszczała zapachu papieru, a były tam i stare księgi.
Pojawiła się kawa na stoliku. Dwie kawy.
Wpatrywał się w kubek z kawą.
Za mało wody?
Nie, nie, tak dobrze.
Podniósł kubek gwałtownie, przelewając prawie, tak, że powstała ciemna obręcz na brzegu kubka. Przełknął głośno pierwszy łyk. Ślad kawowej obręczy pozostał na ustach.
Usłyszał śmiech, tak cichy, że może go tylko przez pół sekundy widział na twarzy kobiety.
Pił teraz łyk za łykiem i wycierał usta ręką.
Co to ma być? Dla kogo? Powinienem od razu. Z jak straszną rzeczą do powiedzenia przyjechałem. Nie myśl, że powiem ci za dużo, ale za to tak, jak drugi raz już nie powiem. Chcę zniknąć.
Jak to zniknąć?
Głos kobiety nabrał zaskakującej siły.
Nie chciałaś nigdy zniknąć?
Co masz teraz na myśli?
Odskoczył w bok i w dół wzrokiem.
Myśli.
Acha, to już wiem.
Tak.
Powiesz coś więcej?
Po to jechałem…
Znów mówisz coraz ciszej.
Przez to, co chcę powiedzieć.
Powiedzieć?
Pytanie było wypowiedziane ostrożnym głosem.
O wszystkim.
Odpowiedział. Wygładziły się rysy na twarzy. Spojrzał gdzieś powyżej, z ulgą, jak po skończeniu długiej przemowy.
Wzrokiem powoli lądował na stoliku.
Kiedyś kamyki włożyłeś do ust. Teraz tu są orzechy.
Spojrzał w to miejsce. W miseczce były orzechy wyglądające jak kamyki.
Od czego to zależy?
To są orzechy.
Tak.
Sięgnął po kilka orzechów i wszystkie naraz jadł.
Przemknął spojrzeniem po ścianach obrazów, książek, głową zaczepił o rośliny na parapecie okna tuż za głową. Kręcił głową w lewo, w prawo, przyglądając się roślinom.
Obrazy, książki i rośliny tylko.
Słowa odbiły się na twarzy kobiety, rozjaśniło się czoło, patrzyła prosto w okno.
Na moment nawet zrobiło się biało od światła, od jego nadmiaru, i rozpłynęli się jak w domowej mgle. Wyraźniej zobaczyć można było tylko obrazy i książki, i zieleń liści w białych doniczkach.
Pokój ukazywał obrazy, o których można było powiedzieć, że sprawiają przyjemność bez ich oglądania, tysiące książek, których widok jako grubej ściany był martwy, i nieruchome rośliny na podobieństwo przyrody tylko.
Oboje nad swoją kawą, w ciszy dorównującej wypowiadanym zdaniom, wydawali się parą ludzi po wszystkich rozmowach.
A gdzie słonik?
Jaki słonik?
Mówiłaś, że zniknął.
Ach słonik, upadł, leżał pod stolikiem. Jak ty wszystko pamiętasz.
Nie wiem.
Pozostawał przez moment z uchylonymi ustami. I zaczął mówić.
Chciałem być sam w pociągu, ten pociąg jeździ pusty. Poszedłem na dworzec przygotowany na wszystko. O nic nie pytać, nie prosić, wszystko mieć w zapamiętanych kieszeniach. Tylko dla konduktora. W prawej kieszeni bojówek telefon, w lewej dokument, gdy powie „dokument”. W dwóch ruchach dla niego. Bilet. Dokument. Mokre chusteczki pośrodku. Wszystko mieć blisko. Przy sobie. Nawet szczoteczkę do zębów mam w wewnętrznej kieszeni. Muszę być przygotowany. I miejsce, najważniejsze, z którego widać zmieniające się światełko zielone albo czerwone. Ale na tej trasie kursują stare wagony z przedziałami. Trzeba wyjść na korytarz żeby zobaczyć światełko klozetu. Za to można samemu otworzyć okna w tych wagonach. Kiedy kupowałem bilet, przedział był pusty. Tak miało zostać. Na tej trasie to nie rzadkość. I tak szedłem rano dzisiaj brzegiem parku. Niewielu ludzi było na ulicy. Czym prędzej tu się znaleźć. Niezauważony. Wyszedłem przed szóstą. Bałem się szóstej. Każdej godziny się boję. Założyłem na siebie tylko czyste rzeczy, bo nie wiem, kiedy je zdejmę. Wtedy pomyślałem, że kiedy jest się tak przygotowanym i czystym, to później nic z tego nie zostanie, a nawet może być przeszkodą w podróży, jeśli do końca będę chciał zachować ten idealny porządek. Ale zaraz o tej myśli zapomniałem. Wszystko miało służyć tylko jednemu celowi. Zamienić miejsce, niepostrzeżenie, jakby już mnie nie było, znaleźć się gdzie indziej, powiedzieć ci.
Nagle przerwał, zatrzymał się, choć do tej chwili rozpędzał się w mowie.
Kobieta przez cały czas patrzyła na niego w ten sam sposób. Nie przestawała go słuchać, nawet kiedy nie mówił.
Czytał jej spojrzenie, w tym spojrzeniu dostrzegł szansę dla siebie, całkiem uspokojony po szybkiej mowie.
Pasowali do pokoju z obrazami, książkami i roślinami w oknie.
Przedstawiali sobą nieznanych ludzi do opowiedzenia, wszystkie rzeczy w pokoju, postacie na obrazach.
Z uchylonego okna w kuchni dochodziły zamazane głosy rozmowy.
Nie było już tak ciepło jak rano, zmieniało się światło na chłodne. Kobieta wstała, docisnęła okno. Uszczelniła ciszę w mieszkaniu.
W tym czasie szybko zmieniał pozycję ciała, wyciągał nogi, podnosił ręce.
Gdy wróciła, zastała go siedzącego jak przed momentem, z rękami i nogami blisko siebie.
Gdzie jesteś?
Na pytanie rozplótł nogi i ręce, zakręcił na stole kubkiem jak tarczą, uruchamiając coś w sobie.
Zniknę.
Odczekał chwilę. Nic nie przerywało ciszy. Jeszcze spojrzał przed siebie w kierunku twarzy, spojrzenie odchylało się, wahało, ślizgało po obrazie.
Jaki dzisiaj dzień?
Zamiast odpowiedzieć, oboje pytali głośno.
Wtorek? Środa?
Pierwszy odnalazł w pamięci i odpowiedział. Kobieta potwierdziła z radością, jak w zabawie w odszukiwanie dni.
Czwartek.
Za tydzień mam się zgłosić. Nie pójdę. Chcę zniknąć. Już wiesz.
Kobieta drgnęła, wyprostowała się. Pojawiła się na nowo. Trafiły w nią słowa. Zalążek wiadomości, która nie może dojść.
Zostałeś wezwany?
Nie mów tego słowa.
Sam mówiłeś.
Już nie mówię.
Sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyjął kopertę, wysunął kartkę papieru i ponad stolikiem podał kobiecie. W dokładnych ruchach przy wyjmowaniu i przekazywaniu było coś szczególnego w traktowaniu przesyłki, jakiś pietyzm w obchodzeniu się z pismem. Patrzył na kobietę, na ruchy palców przy rozkładaniu złożonej na pół kartki, a gdy już trzymała przed sobą wpatrzona w druk, pochylił głowę, wzrokiem utkwił na swoich kolanach.
Nie rozumiem.
Gwałtownie podniósł głowę.
Co nie rozumiesz?
Jesteś świadkiem?
Świadkiem? Jakim świadkiem? Nie jestem żadnym świadkiem.
Jednym tchem powiedział. Podniósł się z wyciągniętą ręką po kartkę. Opadł ciężko z odebraną kartką, zapadł się w kanapę i czytał przez sekundę.
Biało, nie widzę, wiem, co mi przysłali, nie przeczytam teraz.
Oddalał kartkę i przybliżał, przesuwał na bok przed oczami, patrzył z ukosa i pod różnymi kątami.
Widzę fragmenty liter, pojawiają się i znikają, jak znam słowo, to z kawałków odczytam, nawet lepiej, muszę poznawać wiele razy. Wydostają się, niewyraźne, muszę łapać sens, łowić z masy innych słów. Tu jest wyraźnie napisane. Ty nie możesz wiedzieć, ale ja wiem, co tu jest napisane. Nieważne. Przyjechałem powiedzieć. Nie mogłem mówić przez telefon. Boję się. Nie, nie mogę tak mówić. Wszystko, co powiem głośno, dochodzi jeszcze z zewnątrz i to już nie jest tylko moja myśl. To już za dużo. Napisać też nie mogę, bo to nie czas, muszę działać, zniknąć.
Patrzyli na siebie przez odległość połowy niedużego pokoju w bloku. Od początku spotkania skoncentrowani, w oczekiwaniu na wyjaśniające słowa, mogli nie widzieć szczególnych znaków pojawiających się podczas rozmowy.
Nie minęła godzina i ściany z obrazami i książkami, i twarze wygładziły się, spłaszczyły do odwróconej białą stroną zapisanej kartki. Miejsce i cel spotkania pozostawały nieodczytane.
Mówisz już któryś raz o zniknięciu… Nie znikaj.
Milczeli. Czerpali z ciszy. Dookoła, po ścianach rozchodziło się światło z okna. Znaleźli się w celi.
Przepraszam.
Powiedział. Zabrzmiało to jakoś ostatecznie. Wyrwał się na krótko z zastygłej pozycji i zaraz do niej wrócił. Rozejrzał się prawie niewidocznie. W spojrzeniu na kobietę ujawnił się nowy, nieznany do tej chwili kontakt.
Za dużo na jednego.
Od ostatniego zdania upłynął znów jakiś czas.
Postaram się powiedzieć.
Językiem wypychał wargi. Każdy ruch, drgnięcie w okolicach oczu odsuwało zrozumiałą mowę. Oboje czytali, z czego tylko można. Gdyby nie czapa słońca prosto z okna na czubku głowy, wyglądaliby na chorych bez dawki słowa. A tak, widząc więcej, mogli czekać, nie wiedząc, jak długo czekają.
Przyszłość jest koszmarem. Tak się skończy. Wiesz, co tam jest napisane?
Gdzie?
Spojrzeli na siebie równocześnie, oboje z wyrazem dezorientacji w oczach.
Nie wiesz?
A tak, tak.
Głos kobiety skądś wracał.
Nie wiesz. Skąd możesz wiedzieć. Wzywają mnie na świadka morderstwa.
Nie ruszając się z miejsca, kobieta cała się poruszyła, na koniec kiwała przecząco głową. Gwałtownie i prawie rozkazująco wyciągnęła rękę do niego.
Pokaż, jeszcze raz przeczytam.
Nie reagował, nie miał zamiaru wyjmować z kieszeni koperty. Kobieta powoli cofnęła rękę. Otwarta dłoń już blisko niej zamknęła się i mocno przycisnęła do ciała.
Powiesz mi wreszcie więcej?
Nie wiem.
Co tam było, czego nie przeczytałam?
Przeczytałaś, tylko nie wiesz, co przeczytałaś.
Przeczytałam wszystko.
Sięgnął do kieszeni i zaczął wydostawać kopertę, nerwowo i nieudolnie, gniotąc papier rozprostował kartkę, ale nie spojrzał na nią.
Tu jest napisane. W sprawie przestępstwa z paragrafu 148. To o morderstwach. Sprawdziłem. Nic nie wiem. Wszystko zaczęło mi przychodzić do głowy. O czym nie wiem, że wiem. Z godziny na godzinę. Nie wytrzymywałem tego. Zaczęło mi się tak układać, żeby pasowało do wszystkiego, czego nie wiem. Poszedłem na pocztę odebrać przesyłkę poleconą. Dwa razy musiałem podpisywać. Trzymałem list w ręku. Czy ty też czujesz niepokój, odbierając nieznaną przesyłkę poleconą? Jakby w czasie, o którym nie wiesz, ktoś decydował o tobie. Tyle rzeczy jest możliwych, o których nie myślę w tej chwili, a one są, nie czekam na nie, zjawiają się z jednej drobnej myśli.
Tego nie wytłumaczę.
Nie mogę głośno myśleć przed człowiekiem.
Wiem jeszcze mniej od ciebie.
Wiem, czego nie mogłaś przeczytać.
Grzegorz Strumyk
CZYTAJ TEŻ