Elegie pamięci Jadwigi Maliny
Jadwiga Malina,
"Ciemne punkty na jasnych punktach",
Stowarzyszenie Pisarzy Polskich, Kraków 2026, 48 stron

My naprawdę niczego nie rozumiemy, nie wiemy nic. Czasem się tylko śmiejemy, to stara sztuczka.
Jest to najsmutniejsza książka, jaką czytałem w ciągu ostatnich lat, ale jeśli gdzieś w Krakowie jest czuły narrator, to jest nim właśnie narratorka „Ciemnych punktów na jasnych punktach”. Od strony formalnej mamy do czynienia ze zbiorem krótkich, fragmentarycznych próz poetyckich, żałobnych memuarów. Książka zawiera linearny porządek koncepcyjny czterdziestu tytułów, zdających sprawę z nieuchronnego procesu. Celowo mówię tytułów a nie utworów, bo utwory opatrzone tymi tytułami są już domeną przygodnych okoliczności.
Chodzi o proces obserwacji tego, co zarazem zwyczajne i nieuchronne. Jest to więc książka o cierpieniu i głębokiej osobistej reakcji na nie, napisana w poważnym, podniosłym tonie. Żartów brak, bo śmiech to tylko sztuczka w obliczu niewiedzy odnośnie spraw podstawowych. Jest to także świadectwo bezradności w sytuacji bólu i uświadomienia sobie bliskiego końca. Czasami w życiu robi się poważnie i właśnie tym obszarem zajmuje się Malina.
Tytuł tomu został wyjęty z pierwszego utworu („Kiedy usłyszał diagnozę”), kończącego się słowami:
Pustka, rechot i woda. Te trzy. Najpierw ogromne, następnie ulegające redukcji, stające się nieistotnym aspektem tła, nie większym od oka podrzędnicy, jeśli podrzędnica karaska w ogóle ma oczy. Być może, są to jedynie ciemne punkty na jasnych punktach, które się wzajemnie nie znoszą.
Czym jest „podrzędnica karaska” nie wiem, niczego na ten temat nie znalazłem ani w pamięci, ani w sieci, brzmi to jak termin z prywatnego języka ludzi spędzających ze sobą dużo czasu albo jak nazwa szkodnika zjadającego plony; skojarzenie z Krzysztofem Karaskiem zapewne przypadkowe. Myśląc o tytule zobaczyłem ćmę. Nie wszystkie ćmy prowadzą nocny tryb życia i podobnie jest ze zbiorem Jadwigi Maliny, który w miarę lektury wynurza się z nokturnowego smutku, by pod koniec nabrać swoistej świetlistości. Ostatni utwór zawiera o wiele więcej białych punktów (kartki) niż czarnych punktów (liter). Ćma zaś przypomina kształtem tomograficzny obraz mózgu (lub czegokolwiek innego, równie niepokojącego) – tytuł brzmi jak dokonany przez laika niewprawny opis zdjęcia, które stało się zapewne podstawą terminalnej diagnozy.
Odbywa się tutaj gra światła i cienia, dramat i rozpacz rozświetlane marzeniem o porządku innym niż nieuchronny. Desperackie odnajdywanie znaków w obojętnej przyrodzie, jak to się dzieje w budzącym grozę utworze „Kiedy lekarstwa przestały działać”. Ta cicha groza jest obecna w większości miejsc.
Fragmenty Maliny są uporządkowane ortodoksyjnie i konsekwentnie, według prostego klucza koncepcyjnego: od diagnozy do śmierci. Czyjej śmierci? Kogoś bliskiego, mężczyzny (zapewne ojca, dedukuję z kontekstu, gdyż słowo ojciec nie pada). Interesujące jest to, co pomiędzy: wspomnieniami, slajdami ze wspólnego życia, sytuacjami, refleksjami – narratorka liryczna przemawia z pozycji świadka odchodzenia osoby bliskiej, choć opisy tej osoby są niejasne, poetyckie w sensie nadawania waloru poetyckiego prozie wspomnieniowej. Malina gra nieokreślonością, dokładne współrzędne jej utworów, sytuacji, o których w nich mowa, zna tylko ona. Przypomina to dziennik intymny tworzony bez dbałości o publikację, choć przecież publikacja się dokonała. W książce liczącej 40 fragmentów, zawdzięczających chronologiczną linearność wyłącznie tytułom, zostaje zakwestionowana właśnie sama chronologia, niszczycielski charakter czasu przynoszący cierpienie. Zakwestionowana w jaki sposób? Utwory są przygodnymi okolicznościami żelaznej konsekwencji przemijania.
Być może niektórzy natrafili już na upowszechnianą ostatnio instargamowym szlakiem wypowiedź Richarda Feynmana, w której stwierdza on, że pamiętamy przeszłość a nie przyszłość, ponieważ przeszłość jest bardziej uporządkowana od przyszłości. Jest to zastosowanie drugiej zasady termodynamiki do interpretacji ludzkiej subiektywnej percepcji czasu. Zgodnie z nią czas jest procesem rozpadu, czyli procesem wzrostu nieporządku, co odzwierciedla się w pamięci właśnie tym, że pamiętamy tylko w jednym kierunku. Pamiętamy powtarzalne porządne struktury, a nie chaos (być może początek pamięci przyszłości to demencja…). Taka sytuacja jest tragedią w stanie czystym. Raz rozbitego jajka nie można odrozbić.
Gra między jednokierunkowym fatum czasu, obecnym w porządku tytułów, a wspominającą przygodnie subiektywnością wypowiadającą się we fragmentach, odbywa się także u Maliny, tyle że jej uwaga, inaczej niż u Feynmana, skupia się nie na fizyce, a na rozświetlonej sieni, cudowności detalu, sztuce sakralnej, pascalowskim sercu, nadprzyrodzoności róży, oraz wierze w to, że starzenie się jest duchowym młodnieniem, a przez cierpienie powracamy do kondycji boskiego dziecka, kiedy to, co stare, chore i umierające, w drodze tajemnej alchemicznej przemiany staje się czymś nowym i niesamowitym, na co już w zasadzie brakuje słów. Kiedy nic się nie da zrobić, trzeba zrobić wszystko i we wszystko uwierzyć. Tym samym docieramy do źródeł religii i poezji hymnicznej. Ostatni utwór, zatytułowany „Kiedy umarł”, zawiera tylko dwa pytania:
Skąd wracasz wieczorami, chłopczyku?
Dokąd wyruszasz o świcie?
Malina próbuje stworzyć ze swoich wspomnień ocalające zaklęcie. Zapisuje czułe duchowe drgnienia, zapamiętane sytuacje, reakcje i słowa, w geście sprzeciwu względem wszechwładzy entropii. Jest to uparte dawanie przewagi światłu, dźwiganie samej siebie za włosy z bezdennego smutku.
Marcin Polak
CZYTAJ TEŻ