
Dzień 19
Odżywanie po powrocie z innego świata to trudny moment w życiu. Nicholas uczył się spraw i rzeczy. Przyglądał się okolicznościom. Przypominał sobie czynności. Powtarzał sekwencje i algorytmy. Podlewał kwiatki. Dawał przez to żyć także samemu sobie, bo bez kwiatków to jakoś nie to. Tak sobie tłumaczył. Wynajął mieszkanko. W sumie to dziwna sprawa, bo przed wstąpieniem do klasztoru mieszkanie oddał aktem darowizny siostrze, która w międzyczasie wyszła za mąż za Jerry’ego, którego Nicholasa szczerze nienawidził i kiedy było ono już ich wspólne, a Nick chciał w nim zamieszkać, jedynym, co łaskawie mogli mu zaproponować, był najem, po uprzejmym podziękowaniu poprzedniemu najemcy.
Znalazł pracę. Elektrykowi zawsze łatwo znaleźć pracę, bo elektryk jest wszędzie potrzebny. Zatrudnił się na poczcie. Nie miał tam do roboty nic, czego by nie potrafił, a często zdarzało się, że nie miał do roboty w ogóle nic. Wtedy zajęty był siedzeniem w kanciapie i zastanawianiem się, jak to jest żyć w świecie. Życie w świecie było dla niego przedmiotem sztuki, której musiał się mozolnie uczyć. Najtrudniejsze było kontaktowanie się z ludźmi, bo od tego zupełnie odwykł. Bał się, że ktoś się do niego odezwie, a jak już ktoś się odezwał, kierował rozmowę w taką stronę, żeby życzliwy rozmówca odpuścił i zakończył dyskusję. Praca w US Postal była nietrudna, ale fatalnie płatna. Trzeba by było się rozglądnąć za czymś lepszym. To jednak wymagało większej śmiałości.
Pukanie do drzwi wytrąciło go z tego, w czym się aktualnie znajdował, bo przecież trudno mówić o równowadze.
– Hallo, Nick – powiedziała stojąca w drzwiach siostra.
– Hallo, Jasmine. Co tam?
– No jak to?! Nie wiesz, czemu przyszłam?
Robiło się nieswojo.
– Nie wiem.
– Przecież dzisiaj jest dwudziesty sierpnia. Masz dzisiaj urodziny. – Nicholasowi jakby ktoś w mordę strzelił. Wizyta mormonów, armii zbawienia albo czerwonego krzyża nie byłaby tak upierdliwa. Komiwojażer sprzedający sprzęt kuchenny albo ubezpieczenia. Kurwa, cokolwiek. Tylko nie siostra składająca życzenia.
– Acha, to dzisiaj – powiedział, bo nie pasowało mu powiedzieć nic innego.
– Happy birthday! – Rzuciła mu się na szyję, co już go całkiem zirytowało. Po co tyle dotykania.
– No dzięki. Wejdź.
Cofnął się, zdając sobie sprawę, że będzie teraz występował w roli gospodarza; i to gospodarza goszczącego właściciela mieszkania, które najmuje.
– Chcesz się napić czegoś?
– A wiesz, zrób mi kawy.
Nicholas nacisnął przycisk czajnika do kawy bo nie było go stać na ekspres.
– Ach, w ogóle mam dla ciebie prezent. – Nicholas zapomniał, że czeka go jeszcze ta żenada.
Siostra sięgnęła do torebki i wyciągnęła niewielkie zawiniątko. – Proszę, to prezent dla ciebie.
Nick wziął opakowanie i spojrzał niepewnym wzrokiem.
– Tak, tak. Rozpakuj.
Odwinął papier. W środku była koperta, czapka, rękawiczki, portfel. Przydatne rzeczy, bo Nicholas wyzbył się wszystkiego i teraz musiał pewne artykuły zgromadzić na nowo. W kopercie była kartka z namalowanym dżipem i życzeniami oraz pięćdziesiąt dolarów.
– Jasmine. Dziękuję – powiedział Nick bezpłciowo, ale życzliwie.
Woda akurat wrzała. Nick wystawił dwa kubki. Wsypał po dwie łyżeczki kawy. Zalał to wrzątkiem i usiadł z siostrą, chociaż siedzieć z siostrą mu się nijak nie chciało. Dla Jasmine to wszystko też nie było łatwe. Jej braciszek, jak jeszcze był wojskowym, sprawiał jeszcze wrażenie rozsądnego człowieka. Żołnierz. Oficer. Podwodniak. Wyszedł na ludzi. Ale potem coś mu odbiło. Wystąpił z wojska. Zaczął dziwaczyć. W końcu zamknął się w klasztorze i to takim fest. I siedział tam dziesięć lat. Świat o nim zapomniał. To i siostra też zapomniała, a co. Sam chciał. Żył se tam gdzieś pod kapturem z dala od wszystkiego, od ważkich spraw, które sen ludziom z oczu spędzają. Aż tu nagle wrócił. Nie wiadomo, co z nim zrobić. Zdziczały jakiś. Sobek. Odludek. Pustelnik. Nieporadny jak dziecko we mgle. No ale brat to w końcu brat.
– I jak się z tym czujesz Nick, hm? Masz już dzisiaj czterdzieści lat – zagadywała ostrożnie. – Piękny wiek w życiu mężczyzny.
Nicholas zupełnie nie wiedział, co powiedzieć, jakby ktoś mówił do niego w obcym języku, a przecież rozmawiali po angielsku.
– No. Musisz się rozerwać trochę. Pożyć. Chłopie, to jest twoje życie.
– To jest moje życie. Nic tobie do niego – burknął groźnie.
– No twoje, twoje, Nicholasku. Już się tak nie pusz. Próbuję ci pomóc. – Nick z miłą chęcią powiedziałby teraz, że nie potrzebuje pomocy, ale od osoby, z którą właśnie rozmawiał, najmował mieszkanie i zaciągnął jeszcze u niej niewielką pożyczkę. Wiedział, że musi się wstrzymywać.
– Nie możesz tak. Jak odludek. Jakbyś na pustyni żył – Tym trafiła Nicholasa w czuły punkt. On kochał pustynie.
– Jak na Antarktydzie. Zmieszany wzrok Nicholasa nagle się ożywił. Zaczął nim błądzić po pustawych ścianach, po meblach i naczyniach. Znalazł punkt zaczepienia. Coś wiedział. Odczekał, aż kurtuazyjna wizyta jego jedynej krewnej dobiegnie końca i z nieskrywaną ulgą przekręcił za nią patent.
– Antarktyda! Przecież to jest to!
Usiadł z radości na podłodze i cieszył się z odkrycia. Zapomniał o tym, że istnieje na jego planecie kontynent niezamieszkały, prawie niezamieszkały. I nagle sobie o tym przypomniał. – To jest plan. Pojechać na Antarktydę i tam zamieszkać. Odciąć się od dumy tych pokręconych pięciu kontynentów. O, tak.
Zrobił sobie drugą kawę. Tym razem samotną. Siadł przed komputer, żeby sprawdzić w Internecie, jak zamieszkać w tym samym miejscu. Po godzinie już wysłał zgłoszenie do udziału w wyjeździe na Biegun Południowy w ramach Amerykańskiego Programu Antarktycznego.
Dzień 20
Na Antarktydzie było biało i spokojnie. Było co robić. Elektrycy tam nie próżnowali. Aura była satysfakcjonująco inna. Tego dnia nie dochodziło do zwarć ani przeciążeń sieci. Stan urządzeń był należyty. Nawet można by było napisać, że pogoda była dobra, jednak na Antarktydzie, a zwłaszcza na samym biegunie, pogoda nigdy nie jest „dobra” w pozaantakrtycznym sensie tego słowa. A tu temperatura spadała grubo poniżej zera i do tego sypała nowa warstwa śniegu. Tak więc poza pogodą tego dnia nic nie było przesadne i wszystko się w miarę zgadzało. Nicholas, było nie było, elektryk z dyplomu i stanowiska, cokolwiek obejmował swoim umysłem, w tym, co postrzegał, wyłapywał dużo lepiej stan całości systemu niż punktowo rozpatrywaną kondycję elementów wszechrzeczy. I w przypadku jednostek czasu sytuacja była analogiczna. Dni, tygodnie i lata były przez niego rozpatrywane en block. Nie było tu miejsca na ambiwalencję zdań i mieszane uczucia.
Taki dzień otwierał idealną okazję do tego, żeby po skończeniu czynności służbowych, po uprzątnięciu miejsca pracy i wyrzuceniu roboczego fartucha do prania, ubrać wyjściowe ciuchy i wybrać się nieco w polarną dzicz. Wychodzenie na spacer to nie takie hop-siup w miejscu, w którym średnia dobowa temperatura w najcieplejszym z miesięcy to minus 28 stopni Celsjusza. Tu trzeba się do tego odpowiednio przygotować. Elektryk po służbie najpierw zjadł obiad, co przyszło mu bez szczególnej ochoty, a potem poszedł przejrzeć swój kombinezon wyjściowy. Czuł, że chce wyjść, choćby to było źle widziane. Chciał i już. Rzeczywiście warunki atmosferyczne były dość groźne i Nicholas zdawał sobie z tego sprawę, przeglądając, czy aby jego odzienie wierzchnie nie zawiera dziur ani oznak wyeksploatowania. Występowała wtedy lekka śnieżyca, mgła, a ujemna temperatura sięgała dziesiątek stopni. Nie jest to małe piwo przed śniadaniem, aczkolwiek na stacji imienia Roberta Falcona Scotta i Roalda Amundsena, dwóch legendarnych polarników, zdarzały się tragiczniejsze warunki pogodowe. Lepiej było siedzieć na dupie i nie igrać z losem. Na stacji antarktycznej nikt jednak nikogo na siłę nie trzymał. W końcu to miejsca dla ludzi wolnych. Jednak wyjścia w celach innych niż naukowe poza ścisły obręb stacji, zwłaszcza samotne, były zwyczajnie ryzykowne i zespół koordynujący dany program antarktyczny często o tym przypominał, usilnie prosząc o powstrzymanie się od włóczęgostwa. Lista potencjalnych nieszczęść, pieczołowicie wymieniana przez władze stacji, była dość duża. A była noc. Noc polarna. Pół roku ciemności i etap tych niższych niż w innej części roku temperatur. Sezon zimowy, czas, kiedy załoga zaludniająca stację stanowi jedną czwartą ekipy z lata. O tę pomniejszoną ekipę, narażoną na szczególnie upierdliwe warunki, trzeba było dbać z wyjątkową troską.
Pustynia, jak to pustynia, ma jednak w sobie tak zwane to coś, i kusi. Lodowy bezkres nęcił także pracowników stacji biegunowej. O ile pracujący na niektórych stanowiskach badawczych mogli wyruszyć w dzicz nie tylko za pozwoleniem, ale i w poczuciu misji, o tyle większość pracowników musiała albo obejść się smakiem, albo robić na poły nielegalne spacery, nieco narażając się na nieprzyjemności ze strony przełożonych. Nicholas przejmował się tym tak sobie. Po latach wojskowego rygoru, po doświadczeniu surowej klasztornej obserwancji, na Antarktydzie trzymał się jako takiego porządku, natomiast nie miał problemu w zrobieniu czegoś niedozwolonego, kiedy przyszła mu na to ochota. Nawet gdy trafiał na dywanik, to jest do gabinetu szefa programu, w którym zawsze waliło papierosami, z niewzruszoną miną przyjmował zgłaszane uwagi. W sezonie zimowym nikt go nie odesłałby do domu, bo nie ma jak. Samoloty zimą w to miejsce nie latają. Grupa polarników musi przez kilka miesięcy wytrzymać w takim składzie, jaki był. W takich warunkach można mieć w dupie bardzo dużo.
Nicholas założył buty lodowcowe, kombinezon i gogle. Wyszedł, mijając kopułę geodezyjną, która w dawniejszych czasach stanowiła siedzibę bazy. Szedł pewnym krokiem naprzód, kierując się w dzicz. Można więc bez kozery powiedzieć, że szedł on zupełnie nigdzie. Wychodził ponaglany wieloletnim brakiem przestrzeni, zwłaszcza tej bezkresnej. Lata praktyki podwodnej i monastycznej spowodowały, że ta potrzeba w nim eksplodowała i kazała przemierzać przestrzenie. W rodzinnym Fairbanks było to dużo łatwiejsze i mniej ryzykowne niż na samym Biegunie Południowym. Przestrzeń go nęciła, pustynia przyciągała, zew uduchowionego krajobrazu uderzał mu do głowy. To już wystarczy, żeby olać serdeczne prośby, a nawet srogie ostrzenia przełożonych. Wychodził z gorącym pragnieniem roztopienia się w wizualnej prajedni gęstej, mlecznej bieli. Chciał być niepodzielnym już na nic. Nie być strukturą, nie być syntezą, nie być organizmem pełnym tkanek, układem rzędnych ani współrzędnych. Chciał po prostu rozpuścić się w tej iście nieludzkiej przestrzeni jak proszek na przeziębienie w szklance wrzątku. Chciał osiągnąć, przepraszam za wyrażenie, „to coś”, ni mniej, ni więcej.
Skrzypienie śniegu pod stopami to nawet jeszcze nie było to. Owym „tym” nie była nawet świadomość, że lodu ma pod sobą kilka kilometrów. Tak naprawdę nęciło go głównie to, że przed sobą miał wielkie nic. Gdyby tak szedł przekraczając południk zerowy i równoleżnik dziewięćdziesiąty, idąc w którąkolwiek ze stron, mógłby dojść do oceanu. Iść tak daleko bynajmniej nie zamierzał. Fascynowała go matematyczna mistyka bieguna. Czuł się jak ów śmiałek na sławnej rycinie ilustrującej dzieło Camille’a Flammariona, który wysuwa głowę poza rozciągnięty nad płaską ziemią nieboskłon i patrzy w otchłań jakiegoś niesamowitego „poza”. Zerknął w zewnętrze tak fascynujące, że aż zapiera mu dech. Tym gigantem tchnienia i topografii był właśnie Nicholas Bowen, kiedy w obłąkańczym szale kręcił się w okolicach bieguna południowego i zdawał sobie sprawę, że co kilka kroków jest w stanie wejść na absolutnie dowolny południk. Czuł się tak, jakby właśnie zakupił wszystkie strony świata i układał w swojej kolekcji jak znaczki w klaserze, a wszystkie one były takie posłuszne jego inwencji i dowolności. Właściwie to nawet nie zakup, bo specyficzne posiadanie tych stron świata nie wymagało od niego ponoszenia żadnych kosztów. Była to jakaś cudowna donacja, łut mroźnego, geograficznego szczęścia, który właśnie rzucił mu się pod nogi i usłał bezdroże, po którym kroczył tego popołudnia.
Kiedy tylko Nick wrócił do bazy, trafił w oko popłochu i awantury. Jedni chcieli go ratować, choć ratunku nie wymagał, inni zaś, z kierownictwem na czele, żądali wyjaśnień i przedstawiali szkodliwość popełnionego czynu. Nick miał to gdzieś. Poszedł po swoje, osiągnął swoje, wrócił z tym „swoim”, a nic się nikomu nie stało, więc po co drążyć temat. Otrząsnąwszy się z prokuratorskiego tonu szefów, zagrzawszy się, wrócił do swojego pokoju i poszedł spać. Rzeczywistość miała wrócić do swojego zwyczajnego tempa.
Dzień 21
Minus pięćdziesiąt stopni Celsjusza to temperatura dziwnie wyolbrzymiona. Kto to widział, żeby temperatura była aż tak niska? Mróz może mieć kilka stopni, najwyżej kilkanaście. A wszelkie wartości poniżej dwudziestu zakrawają już na coś ekstremalnego czy wręcz nieludzkiego. Wywołują one nawet nie zdziwienie ale grymas przestrachu. To już przegięcie. W każdej jednostce miar, wag czy walut są jakieś wartości, które jeszcze mieszczą się w granicach wyrozumiałości, ale są i takie, które wybijają poza utarte standardy i wychodzą poza przyzwoitość. Na przykład nie może człowiek żyć czterystu pięćdziesięciu lat, pasikonik nie może mieć sześciu metrów długości, żaden żywy Bóg nie może być mniejszy od nieskończoności ani nie godzi się, żeby temperatura powietrza wynosiła minus pięćdziesiąt stopni Celsjusza. No, ludzie kochani, są przecież pewne granice. Est modus in rebus, powiada łacińskie przysłowie. Nawet jeżeli realia mieszczą w swoich ramach tego typu ekstrema, ludzki umysł mówi pas. I na stacji Amundsen–Scott tak właśnie sprawy się miały. Wewnątrz budynku bazy odpowiednia termoizolacja i ogrzewanie sprawiały domowe ciepełko, ale to, co się działo na zewnątrz, było wynaturzeniem, które w zdrowym umyśle mieścić się nie mogło. Penetrowanie specyfiki wynaturzeń takich, jak to – oto dopiero szlachetne zadanie.
– Cała ta baza jest jedną wielką urzeczywistnioną utopią, paranoiczną bzdurą rozpostartą na siedmiu tysiącach czterystu metrów kwadratowych. Istny absurd. Przecież to wspaniałe – pomyślał sobie leżący na leżance specjalista do spraw elektryki, Nicholas Bowen – tak to można żyć.
To jego pierwsza myśl od trzech godzin, bo we wtorkowe popołudnia zwykle nie miał nic do roboty, więc sobie leżał i przejadał kalorie cieplne, idące od kaloryfera. A była już godzina dziewiętnasta trzydzieści. Bez wahania poruszył brwią, czcząc przez to pierwszą od dłuższego czasu myśl.
– Tak można żyć. O.
Elektryk leżał sobie na kanapie, a mróz rysował nieco kiczowate lodowe rysunki na szybie. Moc zewnętrznego świata kazała w ten sposób o sobie nie zapominać. Mróz był tak dojmujący, że aż było go słychać. Wydawało się, że to odgłos dującego wiatru, ale to mogło nawet nie być to. Wielka moc gigantycznej zimnicy wypowiadała swój zerojedynkowy kod, podawała skomplikowane hasło, które nie pasuje absolutnie do niczego. Do niczego jest taki mróz, chyba że jest się pingwinem, lisem polarnym albo foką. Jak się jest Nicholasem, antarktyczne zimno służy tylko stworzeniu enklawy cywilizacji i oddaleniu tej enklawy od wszystkiego innego.
Mijała właśnie lwia część owego dnia. Popołudnie, zaawansowany fajfoklok. Jednak to wszystko, co działo się tego dnia, zupełnie nie przejawiało żadnego waloru wartego wspomnienia. Nicholas wyczuwał to bezbłędnie. Miał jakąś trudną do wyśledzenia komitywę z biegiem rzeczy i umiał taki stan nie tylko stwierdzać po fakcie, ale także przewidywać uprzednio. Co więcej, umiał wyjątkowo nieźle funkcjonować w takim niewyraźnym stanie kosmosu. A to bynajmniej nie miało nic wspólnego z bezczynnością. Ba, Nick wypełniał wówczas wszystkie swoje obowiązki, a jednak w pełni pogodzony był z faktem, że bieg spraw przebiega w trybie zamglonym. Niby wykonywał bieżące prace konserwacyjne, dokonywał napraw urządzeń elektrycznych, uprawiał w pełni rzetelnie swoją codzienną grzebaninę w kablach, a jednak łapał koniuszkiem świadomości to ontologiczne niedopowiedzenie, które wtedy było czuć w tak zwanym powietrzu. Mówię tak zwanym, bo nie chodziło wcale o tą pizgawicę minus pięćdziesiąt, która swoją intensywnością wywala poznawcze przekaźniki nie mieszcząc się w głowie. Chodzi tu o powietrze w metaforycznym sensie tego słowa, ujmując warunki funkcjonowania, krajobraz mentalny, duchowe biometeo, coś takiego.
Było minus pięćdziesiąt stopni Celsjusza na zewnątrz. Atmosfera gęsta, zamglona i skłaniająca do przestojów w normalnym przebiegu mentalnym. Nicholas przykryty kocykiem leżał i tylko od czasu do czasu wpadała mu do głowy myśl. Pomiędzy tym było wielkie nic. Wewnętrzny ekwiwalent specyfiki dnia o szczególnym natężeniu duchowym. Niektórzy nazywają to nudą metafizyczną.
– Niech ich dobre wiatry – burknął Nicholas, dystansując się od niemożebnego mrozu otaczającego budynek, w którym przebywał całymi miesiącami.
Dzień 26
– Karen, cześć, kto jest patronem Antarktydy? Karen stanęła jak wryta. Wyrwana nagle ze snu, zaczęła się zastanawiać, o co chodzi, stojąc rozczochrana i w porozciąganym dresie.
– Nick, co cię opętało? Jest późny wieczór, a ty mi tu zadajesz absurdalne pytania.
– No ale kto? Karen, spróbuj odpowiedzieć.
– Jezus, co za brednie. Przecież Antarktyda to jest kupa lodu. O jakich ci tu patronów chodzi?
– No wiesz. Do kogo można się zwracać o pomoc. Kto pośredniczy?
– Nie wiem. Przeginasz, Nick. Daj spokój. Drzwi zamknęły się z szybkością, którą rzadko spotyka się krajobrazie biegunowym. Szybkość nie jest domeną tego obszaru. Chyba, że szybkość wiatru. To tak.
Kolejne drzwi otworzyły się w pokoju Aarona.
– Aaron, mam pytanie. Mam nadzieję, że mnie nie olejesz.
– Zawsze jestem ciekaw pytań ludzkich. Słucham ciebie, Nick.
– Kto jest patronem Antarktydy?
– To proste! Scott i Amundsen. Patroni naszej bazy. Oni dotarli tu pierwsi. Oczywiście, bywało przedmiotem kontrowersji, komu ta sztuka się najpierw udała. Ale generalnie tak. Oni są patronami.
– Przyznam, że spodziewałem się takiej odpowiedzi – przyznał z niejakim rozczarowaniem Nick. – To nazwiska wpisane w annały, wybitniachy. Ktoś, komu dzieje coś ważnego zawdzięczają. Ale patron to ktoś, kto działa aktualnie. Czy Amundsen nam w czymś pomoże? Dzisiaj! Teraz?!
– W znaczeniu innym niż metaforycznym obawiam się, że nie. Nie wiem więc, kto jest patronem Antarktydy.
Wiele nie myśląc, Nicholas zaczął pukać w kolejne drzwi. Były to drzwi do pokoju Shani.
– Halo, jest tam kto? – wołał Nicholas, waląc przeraźliwie w drzwi.
– Kto pyta? – zapytała Shani, chcąc się upewnić, czy intuicyjnie dobrze rozpoznała głos Nicka.
– Tu Nick! Mam ważne pytanie, proszę o pomoc.
Shani uznała za truizm mówienie, że nie chce jej się gadać z daną osobą. Dawała o tym znać samym milczeniem. Rzuciła się na łóżko i szczelnie przykryła kołdrą, osiągając doskonałą izolację termiczną i mentalną. Dobijanie się Nicholasa? To już było dla niej za wiele. Udawała, że znikła, znikając pod kołdrą i zanosząc się płaczem.
– Shani – wołał Nicholas, nie bardzo rozumiejąc, jak trudna jest sprawa i jak bardzo spalony jest most, po którym chciał przejść.
Kolejną osobą, którą o pomoc w ustaleniu patrona poprosił Nicholas, był Adam.
– Adam, pomóż mi, proszę. Nikt mi nie chce pomóc.
Adam jeszcze przed sformułowaniem prośby zauważył, że coś jest nie tak.
– Gadaj, co chcesz.
– Powiedz mi, kto jest patronem Antarktydy.
Złe przeczucia Adama potwierdziły się, ale nie wiedział, co zrobić.
– Ty, ale o co ci chodzi, bo nie bardzo rozumiem.
– Kto się wstawia za nami? Kto został ustanowiony naszym opiekunem, żeby pośredniczyć nam w zdroju darów.
– Amerykański Program Antarktyczny. Kurwa, wytrzeźwiej.
Nicholas kilkoma raptownymi ruchami zakomunikował Adamowi, że mocno się nie zrozumieli. Przecież wszystko z nim w porządku, tylko nie można znaleźć kogoś, kto zrozumie jego apel o patrona. Adam trzasnął drzwiami.
Nicholas szedł jak obłąkany, jakby przeżywał somnambuliczny majak. Na biegunie południowym całe życie zdaje się być somnambulicznym epizodem, ale niespokojne zachowanie Nicholasa potęgowało to wrażenie. W szale zapukał nawet do głównodowodzącego. Ubrany w dresy i podkoszulek Jonas Stromberg, kierownik bazy Amundsen-Scott nie spodziewał się, że ktoś naruszy jego skromny biegunowy mir domowy. Pierwszą fazę pukania zbył milczeniem. Nie pomogło. Sygnał pojawił się znowu.
– Czego, do diabła?! – Nikt się nie odezwał. Pukanie się powtórzyło. Rad nierad Stromberg podszedł do drzwi, przekręcił patent i uchyli drzwi.
– Bowen! Co się, kurwa, stało, że mi zawracasz dupę o tej porze?
– Panie kierowniku, mam do pana bardzo ważne pytanie.
– Co chcesz?
– Kto jest patronem Antarktydy?! Potrzebujemy wsparcia duchowego.
– Zaraz oszaleję – westchnął dyrektor pod nosem. Nick wcale nie tracił rezonu.
– No? Kierowniku? Niech pan coś wymyśli.
Kierownik zawrzał, ale nie dał po sobie pokazać złości. Wiedział, że w tych warunkach wszyscy muszą ze sobą wytrzymać, bo była akurat taka śnieżyca, że o transporcie nie mogło być mowy. Zapewnienie zupełnej samowystarczalności od zaopatrzenia w artykuły spożywcze po zdrowie psychiczne, była wpisana w jego urząd.
– Bowen. To obłęd. To się zdarza. Idź do szpitalika. Zaraz ktoś ci pomoże.
– Pomoc medyczna! – krzyknął na cały korytarz. – Jest tu kto? Bowen zwariował!
Nikogo nie było do pomocy. A może ktoś był, ale nikomu się nie chciało ruszyć dupy do opatrzenia duchowych ran kolegi Nicholasa.
– Panie kierowniku. Ja może powiem, o co chodzi. Potrzebujemy wstawiennictwa i boskich energii. Proszę zobaczyć, co się tu dzieje.
– Bowen, do jasnej cholery, staram się tobie pomóc. Uszanuj to, proszę.
Chwycił go mocno za ramię, mało go nie wykrzywiając.
– Panie Stromberg, to nie są lekkie sprawy. My giniemy. Z zimna i niedoboru łask.
Upłynęła godzina. Antarktyda jak nie miała, tak nie zyskała patronów. Fakty są takie, że nie udało się ich ustalić. Jest duchowo ziemią niczyją. Nie dotyka jej nawet jurysdykcja związków wyznaniowych. Neutralność symboliczna ma swoje dobre i złe strony. Nicholas rozumiał i jedne, i drugie, ale teraz przeżywał właśnie te drugie. Rozedrgany leżał w sali medycznej wspomagany cudami farmacji. Jak już mu puściło, wrócił do swojego pokoju i niemal bezwładnie padł na swoje łóżko. In manus tuas commendo spiritum meum1, wyszeptał resztką sił bez pośrednictwa żadnego patrona. Patrona nie miała nawet pobliska Nowa Zelandia. Taka bieda. Nicholas zasnął i spał dwie doby.
Dzień 27
Dziesiątego czerwca dwa tysiące dwudziestego pierwszego roku mieszkańcy części planety Ziemi oglądali zaćmienie słońca. Ci w północnej Kanadzie i w pewnych częściach Grenlandii mogli cieszyć się zaćmieniem pełnym. Reszta musiała się zadowolić częściowym. Jaki gatunek zaćmienia Słońca jest wystarczający do tak zwanego szczęścia, tego za bardzo nie wiadomo. Mieszkańcy alaskańskiego miasta Fairbanks także z uwagą śledzili to zjawisko, wychodząc przed swoje domy o określonej porze, podanej uprzednio przez rozgłośnie radiowe i telewizyjne. Z zainteresowaniem śledzili astronomiczną atrakcję przez odpowiednio skonstruowane okulary, przez przyciemniane szkła albo rzutując obraz lornetki na białą kartkę papieru. Wyszedł także na spotkanie swojemu przyjacielowi, słońcu, Nicolas Hillary Bowen. Pilnował, żeby tego dnia nie podłapać żadnego dżoba i w ogóle żeby nic nie miał wtedy do załatwienia. Wybrał się na niedaleki pagórek, gdzie mógłby spokojnie być ze słoneczkiem w rzeczowym tête–à–tête. Okazało się jednak, że nie tylko on wybrał to samo miejsce. Po chwili podjechało tam kilka samochodów, z których wysiedli nieznani mu osobiście Alaskanie w liczbie kilku.
Poszukiwacze słonecznych przypadków ze zmrużonymi oczami albo z dziwną aparaturą przy twarzy ekscytowali się głośno dostrzeganym zjawiskiem, a nawet bili brawo. Nicholas gorszył się takim zachowaniem wobec majestatu słońca. To przecież nie żadne show w telewizji ani wiec. To świętość! Nick oddalił się kawałeczek dalej i ani myślał na zaćmione słońce patrzeć. To, co nie zostawia wątpliwości, że nie chce być widziane, zapewne nie zmieni zdania. Trzeba to uszanować i nie ma co udawać że jest jakkolwiek inaczej. Nicholas w ogóle nie chciał na słońce patrzeć, chociażby przez profesjonalną aparaturę. Chciał słuchać słońca, jak tylko najlepiej się da. Chciał wysłuchać wszystkiego tego, co daje o sobie znać słońce. Wsłuchiwał się w jego ciepło, w jego oślepienie i w widność, którą zapewnia. Zamknął więc oczy tak mocno, jak tylko się da i otworzył zmysł słuchu tak, jak to tylko możliwe. Starał się przy tym pominąć, a miał to świetnie opanowane, gwar osób, które kilka metrów dalej chichocząc emocjonowały się słoneczną ciekawostką.
Nicholas nastawił ucha do słońca i czegoś tam słuchał. Co tam słyszał? Któż to może wiedzieć? Trwał w tym dialogu według siebie tylko możliwym ładnych kilka minut, nawet jeszcze po oficjalnym zakończeniu atrakcji astronomicznej, jaką jest zaćmienie słońca. Pod koniec działy się z tym facetem dziwne rzeczy. Lekko zadrżały mu brwi i powieki. W solarnym transie zaczął recytować psalm dziewiętnasty.
Soli posuit tabernaculum in eis, et ipse, tamquam sponsus procedens de thalamo suo, exsultavit ut gigas ad currendam viam2.
Kiedy po przebudzeniu otworzył oczy, był już na maleńkim podmiejskim pagórku zupełnie sam. Zszedł do miasta, kręcąc się po nim nieco to tu, to tam. Potem poszedł do marketu i zrobił niezbędne zakupy. Kupił kilka prostych rzeczy, które akurat się mu się skończyły, a mogły się przydać w ciągu najbliższych kilku dni. Stanął zdumiony przy swoim aucie.
Na chwilę odłożył papierową torbę z zakupami i złapał dłońmi obydwa policzki, trzymając je spokojną chwilę. Zaraz potem zdjął dłonie z twarzy. Zrobił solidny oddech. Wziął z powrotem torbę z zakupami i spakował ją do bagażnika swojego samochodu. Wsiadł i posiedział w nim miłą chwilkę. Uruchomił silnik i odjechał. Brązowy Jeep Wrangler błysnął kierunkowskazem. Skręcił z parkingu w lewo i odjechał w kierunku nadanym mu przez kierującego. Spalinowy dym szybko ulotnił się po przejeżdżającym pojeździe.
Michał Krawczyk
1. Łac. W ręce twoje powierzam ducha mojego (Łk 23,46)
2. łac. Tam słońcu namiot wystawił / ono wychodzi jak oblubieniec ze swej komnaty, / weseli się jak olbrzym, co drogę przebiega.
CZYTAJ TEŻ