rys. Adam Falkowski
Nic nie pisałem – – –
Nic nie pisałem – – –
Nic nie pisałem – – –
Nic nie pisałem – – –
Zapisałem te słowa, żeby przemóc „wstępną” niemoc. I nawet ten mizerny odruch był poniekąd plagiatem.
A jest to przecież rzecz tak prosta, najprostsza wręcz na świecie – co może być prostszego niż brak, przeciwieństwo pełni, której opisanie zawsze wymyka się słowom? Przepisałem trzy banalne słowa z dziennika pisarza, który powtarzał je regularnie przez jakieś dziesięć dni, bo czy w końcu ja, nawet „będąc nikim”, nie mam prawa do dzielenia banału z kimś wielkim?
Nie da się zliczyć, ile razy, ilu twórców zapisywało swoją ręką słowo „pustka”, które budzi we mnie tak dwuznaczne odczucia – tak wyświechtane, wydaje się zarazem nieodzowne, żadne inne słowo i żaden opis nie jest w stanie oddać tego, co się kryje za jego przykrą prostotą.
Zdecydowanie, życie nie jest rzeczą ze wszystkich na świecie najlepiej podzieloną.
Nie ma już czasu, muszę pisać – ale czy nie lepiej się zabawić?
Postanowiłem w kwadrans ułożyć „wiersz” z informacyjnych nagłówków; jeden nagłówek – jeden wers. Początek jest taki:
długo byłem kojarzony z tą postacią
zmarła chora, biedna i samotna
nad ranem, niezauważona, uciekła z mogiły
ma kosmiczną moc ssania
ma obłędne wnętrze
widzę tylko jeden minus
coś we mnie pękło
zakamuflowane mokradło
odbiera język, chleb i nadzieję
rzeka toksycznych śmieci
to ważny znak
potężne konsekwencje klęski
A ciąg dalszy?
Wstęp jest tekstem użytkowym. Ja mam jednak chroniczne problemy z byciem użytecznym. Wstępy do „Surrealizmu” czy „Herezji” mogą posłużyć za dowód.
Temat wisi zawsze nade mną jak przekleństwo, a ja – tak dziś, jak wtedy – wciąż piszę o pisaniu, zamiast „o depresji”, cokolwiek miałyby te dwa durne słowa znaczyć.
Były w Polu wstępy, które miały użytkowy sens – rozpoznać je można po imionach własnych w tytule, takich jak Łuczeńczyk lub Słyk.
Rzecz polega na tym, że skoro już przypadło mi zadanie napisania wstępu, a spoiwem numeru nie jest pojedynczy człowiek, lecz ogólny „temat”, trudno jest mi obejść myśl, że nieprzyzwoicie byłoby dziełami autorów ilustrować pojęcie – innymi słowy działać tak, jakby coś ich dzieła łączyło.
Mówię naiwnie, jakbym urodził się wczoraj, jak gdyby krytyka literacka i edukacja nie łączyły od zawsze i redukowały utworów literackich do jednej wspólnej miary, omijając w nich to wszystko, co naprawdę wyjątkowe i niepowtarzalne – ale obstaję przy swoim. Wspomniana nieprzyzwoitość nie dotyczyłaby tylko „Depresji”, ale w tym przypadku byłaby może jeszcze bardziej jaskrawa.
Oczywiście, tak jak dotąd, nie każdy utwór jest „na temat”. Nawet jednak gdyby każdy opublikowany przez nas tekst był na zamówienie ułożoną żałośliwą ekspresją bólu i rozpaczy, niewłaściwe byłoby traktowanie go tak, jak gdyby z pozostałymi śpiewał unisono w chórze.
Przemawia przeze mnie prosta intuicja, zgodnie z którą nie istnieje żadna wspólnota cierpienia, podobnie zresztą jak w ogóle nie ma w literaturze, na przekór „dobromyślnym” marzycielom – nieważne, czy marzą o postępie, czy o tradycji – czegoś takiego jak wspólnota.
Żaden autor nie podpisuje utworu własnym nazwiskiem, żeby występować jako część stada.
Dalszy ciąg mojego „wiersza” wygląda tak:
14 ofiar i milczenie
jakbym miał w sobie obcego
rośnie w rekordowym tempie
wyniszcza nerki szybciej niż alkohol
jaką naturę ma twoja kobieta?
jest traktowana jak przedmiot
cały czas czysta
pali tyle co nic
kusi ceną
bywają momenty zwątpienia
oto jak ich uniknąć
cyfrowa przemoc wobec kobiet i dziewcząt
niedroga i korzystna dla każdej
to prawdziwy klejnot
efekty widoczne już po 7 dniach
I to niestety wciąż jeszcze nie koniec.
Wymawiam się od streszczania zawartości numeru – czy więc powinienem wypełnić tę przestrzeń jakimś szkicem „poświęconym depresji”?
A jeśli tak, to jakiej depresji, czyjej – i po co?
Czuję się w tej chwili, jakbym pisał ostatni wstęp świata.
„Depresja” wisiała nade mną od miesięcy – potrzebowałem tylko, jak sądziłem, odpowiednio się „nastroić”. Postanowiłem się zanurzyć w cudzych boleściach. Zaangażowałem się w to zadanie tak bardzo, że od pewnej chwili, mam wrażenie, razem z Aleksandrem Watem zaczynałem błagać, by mnie nie ratować od planowanej samobójczej śmierci, za Emmanuelem Carrère’em wołałem rozpaczliwie o nastanie wiecznej nocy, a z Tomaszem Jastrunem uśmiechałem się nad przepaścią; przekonał mnie w tym czasie Guido Morselli, że czerpiemy wszyscy z życia tak mało, że właściwie już jesteśmy martwi, a śmierć jest tylko logicznym spełnieniem istnienia. Towarzyszyłem nawet bezimiennemu starożytnemu Egipcjaninowi „złamanemu życiem” w jego błaganiach kierowanych do „duszy” (Ba), by zgodziła się powędrować z nim już teraz, czym prędzej, na tamten, lepszy świat.
Podchodziłem do sprawy, udając zdystansowanego badacza, a przecież nawet tak niewielka próbka literackich boleści jakby trochę weszła mi pod skórę.
Zaspokoiłem być może tym nieznacznym poświęceniem jakieś własne głębsze potrzeby, ale do pisania „o depresji” nie chciałem tych tekstów używać.
Bo co miałbym z nimi zrobić? Uogólniać opisy cierpienia? Streszczać? Rozkładać na czynniki?
I tyle z tego wyszło. Tak się właśnie przedstawia moja użyteczność.
Dlatego w tych kilku dotąd opublikowanych wstępach w Polu (i w antologii „Włoski polskie”), zamiast pisać serio „na użytek” – o zawartości numeru lub tytułowym pojęciu – pisałem mniej lub bardziej okrętnie o sobie. Miały to być, tak mi się myślało, jakieś „niewstępy” albo „antywstępy”, gatunek powołany do istnienia przeze mnie i z istnienia przeze mnie odwołany, zapewne krótkotrwały, uprawiany w każdym przypadku jako zabawa o nieco odmiennych regułach. Zadany temat musiałem traktować jako pretekst, podporządkowując go własnym instynktom. Skupienie uwagi na mnie samym, metodą rozmaitych dziwactw, wydawało mi się ciekawszym przedsięwzięciem.
I to wcale nie dlatego, że uważałem się za temat aż tak ciekawy. Było wręcz przeciwnie – moim zamiarem było dopiero na piśmie urosnąć, nabrać kolorów, naszkicować własny obraz, który odrobinę prześcignie rzeczywistość, dzięki któremu podskoczę kilka stopni ponad mój codzienny horyzont. Wyrażając rzecz na wyrost i zapewne osobliwie: w chwilach zniechęcenia, zobowiązany do wykonania zadania, chciałem niemoc przeistoczyć w przemoc.
Między dwiema przepaściami, niemocą i przemocą, otępieniem i furią, rozsiadła się „Melancholia” („Melencolia I”) Dürera.
Trochę się nauczyłem patrzeć na tę rycinę, czytając egzegezę Panofskiego, jednocześnie myśląc – bo ja zawsze jednocześnie myślę, to znaczy: rozpraszam się – że nikt nie musiałby się od nikogo „uczyć”, żeby to samo ogromne napięcie usłyszeć, na przykład, w kwartecie Beethovena opus 130 (w jego wersji pierwotnej), kiedy głęboki smutek powolnej i cichej „Cavatiny” ustępuje amokowi „Wielkiej Fugi”, tak wściekle rozjątrzonej, że przeskoczyła ponad całym stuleciem rozwoju muzyki, by wylądować gdzieś w towarzystwie dwudziestowiecznej awangardy (jak stwierdził o niej Strawiński: będzie zawsze współczesna). Żadna erudycyjna egzegeza nic nie może dodać do bezpośredniego, fizycznego szoku, jakiego dozna ktoś, kto posłucha tego kwartetu, jeżeli tylko ma „otwarte uszy”.
Melancholik stoi więc – podobno – wciąż na skraju dwóch przepaści; nie widzi poza nimi możliwości normalnego życia. Nie umie żyć pośrodku; chce umiaru, lecz widzi zrozpaczony, że w umiarze się nie mieści – jest jednocześnie zbyt mały i zbyt wielki. Może tylko rzucić się w czarną rozpacz niemocy – albo, jeżeli nie chce jej ulec, jeśli pragnie żyć – musi przezwyciężyć niewiarę i słabość, wyrwać im się całą resztką sił i spaść w tę drugą otchłań, ulegając twórczej furii. Niemoc może tylko przerodzić się w przemoc.
Upieram się i mówię o „przemocy”, używając tego słowa niezgodnie z rozpowszechnioną dziś praktyką. Jego ramy rozdęte zostały przez ludzi „dobromyślnych” poza jakiekolwiek czytelne granice, a skutek tego jest przewidywalny logicznie: kiedy zakres przemocy został rozmyty, kiedy niejasne widmo przemocy ścigane jest w najdrobniejszych zakamarkach międzyludzkiego i wewnątrzludzkiego istnienia, pozostać musi człowiekowi bezskutecznie szukającemu oparcia tylko tamta pierwsza, przeciwstawna przepaść: niemoc.
Dlatego być może przydałoby się wreszcie pojęciu przemocy jego ponowne zwężenie.
A na drodze do tego proponuję nic innego jak grę – naśladując, plagiatując gest melancholicznej furii – polegającą na wyobrażeniu sobie, całym sobą, takiego stanu wzlotu, wzmożenia sił tak wielkiego, by z przekonaniem móc uwierzyć, że naprawdę udało nam się wzlecieć tak wysoko, że jesteśmy w stanie przemóc dławiącą nas bezsiłę: wyobrazić sobie moc tak przemożną, żeby pragnienie tworzenia odwróciło nas, na co najmniej kilka chwil – a może i na zawsze – od otchłani pustki i od bezsensu i od mgieł cmentarnych.
Naiwna prostota mojej skromnej wizji opiera się na niczym więcej jak tylko marzeniu o wyratowaniu całego świata z krępującej go odpowiedzialności; „mówiąc Freudem” – z jego nerwic.
Roznamiętnieni w zwalczaniu przemocy ludzie dobromyślni widzą tylko jedną otchłań, którą chcą zasypać; już machają zaciekle łopatami, nie patrząc w stronę człowieka realnie istniejącego. Widzą tylko człowieka zreformowanego – na obraz i podobieństwo ideału, który wymarzył im się bezsilny. Chcąc ludzi osadzić „pośrodku”, kierują ich ku przepaści otępienia i paraliżu.
Czy to nie przytomna i może nawet orzeźwiająca odpowiedź na inwazję neurotycznej bezsiły, by na przekór „dobremu myśleniu” zapragnąć rozbudzenia w ludziach pierwiastka zrodzonego z melancholii – i właśnie dzięki temu antymelancholicznego – ekscesywnego wigoru?
Ciąg dalszy „wiersza” i koniec:
27 lat lęku i niepokoju
lista zakazanych życzeń
to model dla kobiet z charakterem
tak ulżysz sobie w bólu
te zapachy
za ułamek ceny
zapamiętam na długo
jestem wiatrem
w tle 220 milionów
Nie ma mowy o żadnym uogólnianiu doświadczeń depresyjnych – ja wyłącznie fantazjuję, gromadząc i układając kapryśne kolaże ze skrawków tego, co mi do rąk trafi. Rekonstruuję tutaj pewien wymyślony albo wyśniony szkielet pojęciowy – zupełnie jakbym na chwilę wskoczył w skórę jakiegoś niemieckiego filozofa spekulatywnego z epoki Beethovena i Hölderlina. Chodzi tu, jak zwykle w takich razach, o wszystko – i zarazem o nic.
Próbuję wczuć się w stan, którego wizja przypadła mi do gustu tak bardzo: chwiejne pozostawanie na granicy między upadkiem w niemoc a genialnym wzlotem i rozpaczliwym upojeniem własną siłą, melancholiczną furią.
Kiedy mój wyobrażony melancholik otwiera rano oczy – nawet zanim jeszcze podejmie decyzję, by otworzyć oczy, to znaczy nim pogodzi się z faktem, że znów nastał dzień – od razu wpada w sidła tych dwóch kategorii, które są tak szerokie, tak absurdalnie wszechogarniające, że musiałby wybuchnąć śmiechem, gdyby go nie spinały tak bardzo lęk i wstręt – liczy się tylko i wyłącznie wszystko lub nic.
Wszystkie zresztą te ogólne pojęcia, jak byt, nicość, istota, istnienie, są śmieszne, tak samo jak wszelki „ogół” jest śmieszny, co tym bardziej sprzyjać powinno dobrej zabawie, zarówno w operowaniu pojęciami, jak i ogółem.
Myśl więc się wybudza znów do życia – i obchodzi ją wyłącznie jedyna i przytłaczająca całość. Całość, w której wszystkie tony, kolory i zapachy są warte tyle samo – wszystkie odcienie, subtelności, są pozbawione znaczenia. Nie ma między nimi żadnej odnotowania godnej różnicy. Nie ma żadnych podstaw, by wybierać między nimi; żadna zatem rzecz nie skłania do podjęcia działania bardziej niż inne. Nie ma potrzeby ani woli ruchu. Zostaje bezczynność. Wszystko to jest niczym, to znaczy wydaje się pozbawione nadziei i celu; a nic, czyli beznadzieja, jest wszystkim.
I częścią tej naraz wszechogromnej i żałosnej całości jest oczywiście sponurzała jaźń melancholika, bezwartościowy, nieudany odpad bezwzględnego życia, które przerosło i prześcignęło człowieka, pozostawiając go daleko w tyle, w dole, samego i bezsilnego.
Całą sobą jaźń melancholika przeżywa beznadziejność ludzi i rzeczywistości, jakby wyszła poza swoje osobiste granice, jakby je w ogóle straciła albo rozrosła się tak bardzo, że nie sposób już powiedzieć, gdzie się kończy ona, a gdzie zaczyna świat, bezmyślna, nieogarnięta i ohydna materia. Ta ohyda jest jej, jaźni, ohydą, pustka życia – jej pustką. Bierze jaźń, choć tego nie chciała, na własność cały kosmos i faktycznie czuje się tak, jakby ponosiła za niego odpowiedzialność totalną.
Realne znaczenie może mieć dla melancholika tylko jego własna jaźń, dźwigająca w swojej świadomości całą wartość, czyli bezwartościowość świata. Czyli tyle co nic.
Ja jestem niczym, a nic jest mną.
Za wszystkie tony, barwy i zapachy świata odpowiadam teraz (wyobrażony, fantazyjny) „ja”, sam jeden. Liczy się tylko moje odczuwanie beznadziejności świata, tylko moje wybrzydzanie, czarnowidztwo, nudności i znudzenie. Poza mną – podkreślić tutaj trzeba – i moim odczuciem bezsensu – nie ma nic godnego wzmianki. To wyłącznie ja, sam jeden, rozpoznaję głęboką prawdę świata, jego beznadziejną naturę. I to ja sam – zdaję sobie z tego przecież sprawę – wkładam w świat tę prawdę, ten bezsens i tę beznadzieję.
Cała ta szarość, ponurość i złowieszczość świata bierze się więc ze mnie. Moje rozumienie i moje odczuwanie są jej źródłem pierwotnym i jedynym. Mój rozum i czucie są naprawdę wszystkim, to znaczy po prostu: ja jestem wszystkim, a poza mną, poza moją własną pustką, nie ma już nic.
Wszystko zapisane dotąd jest rodzajem gry w „logikę dialektyczną”, pobieżną symulacją melancholicznego ducha. Jakkolwiek niedorzeczna byłaby to zabawa, można ją przecież doprowadzić do końca, to znaczy, jak to się mówi, do jej „nieuchronnej konkluzji”.
Owładnięty melancholią nie opiera się na niczym innym oprócz szczątków siebie. Stoi na skraju przepaści – i może nawet zdaje sobie sprawę, że chroni całą przyrodę ożywioną i nieożywioną przed zawaleniem się w przepaść. Od jego wytrwałości zależy, niebłaha sprawa, przetrwanie świata. Jego jaźń jest fundamentem i źródłem, warunkiem istnienia. Jest ostateczna i bezwarunkowa.
Innymi słowy, jaźń melancholiczna jest istnieniem niezależnym – jedynym nie opartym na żadnej innej podstawie, za to stanowiącym podstawę wszystkiego. Jest „bezpodstawna” – absurdalna.
Mówiąc wprost, jest absolutna.
Jest to wyłącznie, powtarzam, spekulacja na prawach dowcipu.
A jednak w tej chwili jej depresyjna logika wydaje mi się tak niezłomna, że rozsądek człowieka „zwykłego” – rzekomo „zdrowego” – nie byłby w stanie wytknąć jej żadnego błędu, żadnego pomieszania kategorii, żadnej podstępnej homonimii.
Jedyne, co może w takich okolicznościach, skonfrontowany z logiką mojego eksperymentalnego „umysłu melancholicznego”, zrobić człowiek „zdrowy” – to zaproponować „złamanemu życiem” zdrowie.
Człowiek, który potrafi istnieć wyłącznie na skraju dwóch otchłani, miałby poddać się diagnozie, a następnie – poddać się leczeniu. Wszystko po to, by trwale się oddalić od przepaści otępienia i przepaści twórczej furii, i nauczyć się żyć w umiarze, pośrodku, nie kuszony żadną formą skrajności.
Ale – i to jest puenta dowcipu – w jaki sposób chcielibyście poddawać absolut diagnozie?
Absolut, jak sądzili gnostycy, jak najbardziej może być chory. To właśnie na skutek choroby, twierdzili, pierwotna Jednia zrodziła z siebie demonicznego boga-demiurga, którego obłęd odpowiada za stworzenie świata i życia.
Wciąż jednak nawet chory absolut niczemu nie może się poddać, gdyż w zgodzie z własną naturą nie podlega żadnym warunkom.
Absolut może brnąć w swój własny świat wyłącznie na mocy swojej własnej, melancholicznej, na zmianę depresyjnej i furiackiej, wewnętrznej logiki.
Melancholik pozostaje samotny, zrezygnowany, nie poszukuje wsparcia, przestaje wyłącznie z samym sobą, ze swoją własną pustką, ze swoją własną porażką, i niczego mu więcej nie potrzeba, gdyż w swoich rękach ma wszystko.
I jest to ostateczny wniosek, „wiedza absolutna” promieniująca ze szczytu mojego spekulatywnego ekscesu.
I nic więcej już nie ma do powiedzenia ten wątpliwej użyteczności „niewstęp” albo „antywstęp” – to naprawdę koniec.
Jestem wiatrem
w tle dwustu dwudziestu milionów!