
Kiedy dwa lata temu pokusiłem się o recenzję „Alibi”, przedostatniej książki Krzysztofa Gryki, nazwałem zawarte w niej wiersze utworami „wdzięcznymi”. Po lekturze najnowszej książki autora muszę dodać do opisu jego poezji kolejny przymiotnik. Będzie to przymiotnik „dojrzałe”.
Pomiędzy „Alibi” a „Dwunastą kałużą”, bo taki tytuł nosi wydana w 2025 przez oficynę Off-Och książka, nie zachodzą żadne olbrzymie zmiany stylu. Gryko nie zmienia swojej strategii postępowania z tekstem. W książce tej jednak zachodzi coś ważniejszego. Używane przez poetę tropy oraz chwyty stają się bardziej świadome, osadzają się w stworzonej w tekście przestrzeni lirycznej czyniąc tekst bardziej przekonywującym. Mamy tutaj do czynienia z podręcznikowym przykładem starzejącego się wina, casus Damona Albarna piszącego najlepsze teksty dla swojego zespołu, gdy ten nie musiał już walczyć o numer jeden UK Singles Chart. Podążmy przez chwilę tym muzycznym tropem:
BOSSA NOVA
błogosławione powietrze
które dostaje się do środka
pachnie glorią kałuż
dziś się nie udusimy
może potwierdzić to nawet
wypożyczony na próbę kot
który znowu odgrywa
swoją równie lekką co wedyjską śmierć
tańczącej godziny błogą granicę świtu
po którym nastąpi filozoficzny paraliż
upadek teorii a jednak nie ostateczny koniec
na który po cichu liczy podświadomość
krojonego chleba nowej reprodukcji
spokojnie drodzy poeci to tylko cisza
próbuje się zająć waszą bezsennością
dziś jest jeszcze bardziej ostra niż wczoraj
i chce się śnić wszystkim wojnom kuchennym nożom
w związku z wiosną jest bosa i nowa jak piosenka
która właśnie powstaje z kruszonego dnia
szkła tłuczonego w puentach zdań
w tym rozpalonym zlepku chmur i kropelek potu
rozwiązują się niektóre sprawy
(s. 9)
Utwór zaczyna się od nastroju, który znamy z poprzednich książek poety, czyli od bezwarunkowej afirmacji. Rozpoczynające pierwszy wers błogosławieństwo jest wstępem do rzeczy ciemniejszych, do śmierci „lekkiej” ale „wedyjskiej”, do „ostatecznego końca” bez którego jednak reprodukcyjny taniec nie miałby szans zaistnieć. To wszystko jest akceptowane i przeżywane przez podmiot liryczny utworu z delikatną dojrzałością, która powoduje że nie przechodzi się wobec wiersza obojętnie. Autor doskonale prowadzi dramaturgię wiersza, nie odkrywa od razu wszystkich kart, nie dąży za wszelką cenę do efekciarskiej puenty. Choć ta ostatnia dochodzi do głosu w ostatnich wersach, to wskazuje ona na coś innego, wskazuje na istnienie terytorium w którym codzienne podlega przekształceniu dzięki warsztatowi słowa, warsztatowi który nie jest w stanie zatrzymać koła samsary, ale przez uważne i dojrzałe jego używanie pozwala na głębszą akceptację istnienia. Powyższa myśl, oczywiście w różnym natężeniu, wydaje mi się przenikać całą „Dwunastą kałużę”.
TELEGRAM
odprowadzam żądzę
na początek zdania
stop pokrywam się miąższem
stop cisza bierze sobie wolne
stop na chodnikach ludzie
raz się do siebie zbliżają a raz oddalają
stop miłość trzyma nas za mordę
stop więc śnię nawet o czerwieni ścian
stop dziecko bawi się swoją blizną
stop powiedzmy że budzę się w środku nocy
żeby powiedzieć nie wiem nic o szwedzkich pociągach
stop do czego zaprowadzi nas milczenie kotów?
stop wyobraź sobie zwyczajną historię
stop istnieje pokój z widokiem na wojnę
stop gdzie wciąż przysługuje nam niebo i słońce
stop wybieram pieniądze
i płacę za oddech tło powietrze i dźwięki
wonną rozdartą rzekę
(s. 26)
Używanie powtórzeń jest najbardziej podstawowym i jednocześnie najbardziej podchwytliwym zabiegiem poetyckim. Bardzo łatwo można się tutaj znaleźć na mieliźnie banalnej enumeracji, a jedynym środkiem zaradczym, by do tego nie doszło, jest wyczucie języka i świadomość swojego stylu. Obydwa te warunki zostają w „Telegramie” spełnione. Podobnie jak przywołana wcześniej „Bossa Nova”, wiersz ten jest swoistą afirmacją istnienia, jego różnorakich wymiarów, które wymagają swoich własnych strof, swojego opisania. Nie potrzebują one jednak tego, by być, jest raczej na odwrót, to my potrzebujemy poezji by móc zakotwiczyć się, współuczestniczyć w tych rzeczywistościach. Takie wersy jak „miłość trzyma nas za mordę”, wersy wysadzające z siodła frazesy powszechnych narracji, są dobrym przykładem niejednoznaczności, do których zaprasza nas poezja autora „Alibi”. „Telegram” jest rzeczywiście czymś w rodzaju poetyckiego telegramu, uznania rzeczywistości w jej rozmaitych aspektach, i decyzją, by tę rzeczywistość opiewać czyli ją do nas nadać. Wspomniana wcześniej niejednoznaczność podbijana jest kilkakrotnym przywołaniem w tekście snu, stającego się kolejną płaszczyzną, która przybliża nas i jednocześnie oddala od rzeczywistości, na wzór również przywołanych w wierszu poruszających się po chodniku osób.
OGLĘDZINY
czy wiesz że
nosisz na sobie rysunki naskalne?
na słony naskórek mantrującej wyspy
wprowadza się milczenie
i jego reaktywność przymrużone oczy
starego lwa mała trwoga
i droga na urwisko
to nie są tatuaże
miejsca występowania uśpionych
drapieżników i pomarszczonych roślin
cała osobista geografia
która nie może bez ciebie istnieć
przecież wiem
choćby więc dlatego nie przerywaj sobie
(s. 44)
W powyższym utworze dochodzimy już do sedna sedn pisania Krzysztofa Gryko. Najprostsze z możliwych, najbardziej naturalne opiewanie istnienia skupione jest tutaj na ciele, źródle poznania i języka. Ciało w tym utworze jest traktowane przez autora z niepomierną delikatnością. Wprost rozczulające jest otwarcie wiersza, intymne i inwokacyjne jednocześnie, wskazujące na jednostkowość ciała i jednocześnie na fakt, że ciało zawsze z czymś pozostaje w relacji. W „Oględzinach” tym czymś są zanurzone w mroku czasu pierwsze ludzkie próby tego, o czym opowiada „Dwunasta kałuża”, czyli zaklinania rzeczywistości przez sztukę. Przywołane rysunki naskalne są jednocześnie wzniosłe i mroczne, nasze, ale też i potrzebujące naszej akceptacji, by uznać je za swoje. Dalszy ciąg tekstu delikatnie prowadzi nas przez afirmację nie tyle samego ciała, ile możliwości wynikających z jego zaistnienia, aż do ostatniego, najdelikatniejszego nie przerywaj sobie. „Dwunasta kałuża” jest pięknym dowodem na to, że wystarczy być, by stać się punktem wyjścia do stworzenia bogatej przestrzeni poetyckiej. I to by było na tyle. Wystarczy być.
Rafał Derda
CZYTAJ TEŻ