Wszyscy lubimy piosenki

Marcin Świetlicki,
"Wypisy"
Wydawnictwo a5,
Kraków 2026, 56 stron


 

 

Gdy zaczynałem swoją przygodę z poezją jako nastolatek naiwnie wierzący, że literatura może zmieniać świat, Marcin Świetlicki powoli stawał się klasykiem. Znałem go wtedy przede wszystkim ze Świetlików i głosu Bogusława Lindy, przekonującego mnie, że już nigdy nie będzie takiego lata. Znałem go jako jednego z gigantów poezji lat 90-ych. Co jednak ważne, w przeciwieństwie do moich starszych kolegów nie był on dla mnie jednym z rewolucjonistów, który uwolnił polską poezję od obowiązku walki o zmianę świata. Gdy zaczynałem swoją przygodę z poezją, wiersze Marcina Świetlickiego zaczynały się pojawiać w podręcznikach od polskiego. W pewnym sensie jestem jego dłużnikiem. 

Choć „Wypisy” to już jego czwarta książka wydana przez a5, nadal trudno mi się przyzwyczaić, że autor „Nieprzysiadalności” wydawany jest przez to samo wydawnictwo, co Zbigniew Herbert. Nadal trudno mi się przyzwyczaić do myśli, że autor, który kiedyś przebił balonik pretensjonalności polskiej poezji, dołączył do jej kanonu. Być może nie potrafię się pogodzić z upływem czasu, a czas, jak wiadomo, nikogo nie oszczędza i prowadzi nas nieuchronnie ku końcowi, co nigdy nie jest myślą przyjemną. 

Lektura „Wypisów” wielokrotnie mi o tym przypominała. W dużej mierze jest to poezja schyłku – opuszczanie sceny i odmowa kontynuacji to motywy przewodnie tego zbioru, który zaczyna się od „Przedostatniego dnia lata”. Melancholia zmierzchu i nieuchronnego kresu nieustannie towarzyszy tekstom zawartym w „Wypisach”. Wszystko, co najważniejsze, zostało już napisane i powiedziane, a teraz jesteśmy świadkami ostrożnego spisywania testamentu przez poetę, który nikomu niczego nie zostawia – bo przecież wypisuje się ze swoich posiadłości, swojego życia i swoich wspomnień. Podmiot tych wierszy „już niczego nie chce” i już „niczego nie musi”. Gdy mówi o sobie, najczęściej korzysta z czasu przeszłego; brzmi jak komentator, który podsumowuje, niejako z dystansu – jak czytamy, wypisuję sobie nieobecność w przeszłości, bo jeśli to byłem ja, to mnie tam nie było. Przecież nadchodzi zima, a trzeba zdążyć, zanim zamarznie ziemia, albo raczej – fraza. Zanim zamarznie język i zostanie pochowany w granicach miasta, które tak bardzo chce się opuścić. 

„Wypisy” to więc książka o wyczekiwaniu końca. Świetlicki mówi otwartym głosem, że nadchodzi pora na złom. Wiersze zawarte w tym zbiorze to często teksty duszne, nawet jeśli krótkie. Jeżeli zmierzamy do końca, to przecież nie możemy się spodziewać niczego nowego – jeśli zmierzamy do końca, to musimy się obracać w już znanym, przeżytym, doświadczonym, przeżuwać je, aż zostanie z tego łatwa do przełknięcia papka. I tego właśnie może się spodziewać czytelnik „Wypisów” – na dobre i na złe. 

Nie znajdziemy w tej książce żadnego dzieciństwa, żadnej młodości – „Wypisy” to jedna wielka kałuża żalu i pożegnań, nawet pewnej niecierpliwości wobec nieuniknionego końca, rozliczeń z własną legendą i miastem, które już nie istnieje. Świetlicki stoi z jednym ważnym szalenie narzędziem: nieważnym głosem. Głosem niepodrabialnym, ale zarazem (pozornie) świadomym swoich ograniczeń, głosem pogodzonym ze swoją osobą, choć już niekoniecznie ze światem. Świetlicki nie próbuje nadążać za żadnymi trendami ani nikogo naśladować. Raczej serwuje czytelnikom chwyty, które każdy, kto czytał jego poezję, dobrze już zna. Wszyscy przecież znamy jego autoironię, gorycz rozczarowanego romantyka, nieustanne odchodzenie, w którym brak wyrażany jest zawsze w rodzaju żeńskim. Wszyscy przecież uwielbiamy piosenki, które już znamy. 

Nie odważyłbym się napisać, że jest to książka niepotrzebna, ale gdzieś z tyłu głowy towarzyszyła mi obawa, że jestem świadkiem rytuału, na który nie powinienem być zaproszony. Czegoś bardzo intymnego, ale zarazem i bardzo egocentrycznego. Jedynym adresatem wierszy Świetlickiego jest Świetlicki. W tej swobodzie można się rozsiąść, można się nią rozkoszować – ale może też ona męczyć przy dłuższym obcowaniu z książką. Wiersz został w domu i już się nie ruszy. Fraza Świetlickiego już nigdzie się nie ruszy – już zawsze będzie opowiadać o przygotowaniu do samotnego opuszczenia miasta, które już nawet nie jest godne miana „Gotham”. Nie będzie też już kobiety-kota. Wszyscy uwielbiamy przecież piosenki, które już znamy. Jaki jednak jest sens czytania wierszy, które już niczym nie zaskoczą? 

A jednak coś zaskakuje – a dokładniej, ich nierówność. Wiersze, które próbują komentować współczesną rzeczywistość, takie jak „Święto Demokracji” czy „Przekaz dnia”, zgrzytają swoją banalnością. Inne z kolei, takie jak „Rz” czy „Ode zła” opierają się na żenujących wręcz grach słownych. Problemem w byciu klasykiem jest ryzyko utknięcia w swojej poetyce – gdy Świetlicki się jej trzyma, otrzymujemy wiersze, które w sumie już dobrze znamy, gdy próbuje ją przekroczyć – bolą zęby. Pióro Świetlickiego czasami wpada w koleiny, czasami opiera się na bezpiecznych i wyświechtanych „świetlicyzmach”. Książka momentami nuży, czego nigdy bym się po tym autorze nie spodziewał. Widać jego poetyka zaczyna dochodzić do kresu, być może jest już bliska bycia „wypisaną” do cna. 

Z drugiej strony, przynajmniej jego słuch nie zawodzi i Świetlicki nadal świetnie panuje nad brzmieniem swoich utworów. Nawet jeśli niekiedy piętrzy zgłoski bardzo efekciarsko, to robi to z niezaprzeczalnym kunsztem. Nawet jeśli wersy nie mówią o niczym przesadnie ciekawym, można dać się ponieść ich rytmowi. Niektóre zawarte w tomiku miniatury, takie jak „Atomy”, są bardzo eleganckie i zgrabne. Żaden z tekstów w książce nie jest też przegadany, może poza prozą poetycką „Ktoś powiedział” – może. Innymi słowy, jak na klasyka przystało, Marcin Świetlicki wie, pomimo wpadek, jak pisać, dzięki czemu w książce znajdziemy bardzo urocze i sprytne frazy (na bezbożu i my bóg), obserwacje i pomysły. Nawet jeśli jego język jest bliski wypisania, nadal można z niego coś wycisnąć. Wszyscy przecież lubimy piosenki, które już znamy – gdy Świetlicki nie bawi się słowem jak najgorsze stereotypy neolingwistów i nie nudzi nieustannym przypominaniem, że to już koniec i już za chwilę, za momencik będziemy wolni, nadal potrafi zachwycić, nawet jeśli coraz rzadziej, nawet jeśli już nie tak, jak dawniej. 

Czy to jednak wystarczy? Zadziwiające i bezcenne: można tu żyć beze mnie. Mam wrażenie, że „Wypisy” są w tym właśnie zadziwiające i bezcenne, że uświadamiają, jak bardzo polska poezja się zmieniła od czasów bruLionu. „Wypisy” są wcale przyjemną podróżą w czasie, co równocześnie oznacza, że muszą jednak czasem trącić myszką. Ta książka udowadnia, że Marcin Świetlicki jest już niewątpliwie klasykiem, a jego dykcja – jedną z kanonicznych dykcji polskiej poezji. Ta myśl jednak nie pojawiłaby się, gdyby Świetlicki w dużej mierze się w tych wierszach nie powtarzał i gdyby jego fraza nie zaczynała brzmieć pretensjonalnie, jak poeci, przeciwko którym kiedyś sam pisał. Wszyscy uwielbiamy piosenki, które już znamy, sam Świetlicki również – a jedynym adresatem tej książki jest przecież Świetlicki.

 

 

Seweryn Górczak


 

CZYTAJ TEŻ