Na marginesie wojażu


 

1. Uwaga 

Wszystko, co mógłbym opisać z rzeczy widzianych w podróży, było już po wielekroć opisywane przez innych podróżników, i to nie tylko w sprawozdaniach, lecz również w powieściach, wierszach itp. Nie będę więc niczego opisywał, lecz spiszę jedynie to, co mi w czasie obserwacji przychodziło do głowy, a co częstokroć odnosi się nie tylko do rzeczy widzianych, lecz również do spraw ogólniejszych. Proszę więc Czytelnika, jeśli nie ma zbyt dobrego wyobrażenia o przedmiocie, który dał mi asumpt do rozmyślań, o Katedrze Nôtre Dame, aby zechciał sięgnąć do innych źródeł, do pięknego wiersza Przybosia, powiedzmy, albo do zwyklej i dokładnej fotografii. 

Czy to, co mam zamiar napisać, jest reportażem? Nie umiem tego inaczej nazwać, niechże więc będzie reportaż.

 

2. O okrucieństwie Szwajcarów

Pociąg nasz przejeżdżał przez góry Szwajcarii, na trasie między Zurychem, a Bazyleją. Pogoda była piękna, widzieliśmy więc owe góry wyraźnie, i tak czysto, że aż wstrętnie było patrzeć. Wtenczas to uświadomiłem sobie, że Szwajcarzy są narodem niezwykle okrutnym i bardzo w swym okrucieństwie wyrafinowanym. 

Robią oni mianowicie o godzinie czwartej rano pobudkę dla całej ludności, od dzieci trzyletnich począwszy – potem dają wszystkim ściereczki do garści i każą ścierać góry z kurzu, przede wszystkim szczyty – o szóstej robota jest gotowa i wówczas ludność ma prawo do śniadania, góry zaś świecą się, wypolerowane i gotowe są na przyjęcie turystów. Ten obyczaj wzbudzał we mnie głębokie obrzydzenie i odtąd nie mogę bez sprzeciwu patrzeć na łańcuchy górskie, ponieważ wiem, iż piękny krajobraz jest wynikiem systematycznego znęcania się rządzących nad rządzonymi. 

Ogródki i domki Szwajcarów są również nie do zniesienia czyste. Czystość i okrucieństwo mają wiele wspólnego. 

 

3. Miasto, które przygarnia

Później krajobraz stał się brudniejszy, bardziej ludzki – była to Francja. Jechaliśmy do Paryża przez Belfort, czyli przez Alzację. W Alzacji, jak się później o tym dowiedziałem, ludzie mówią dialektem niemieckim, w Lotaryngii natomiast mówią po francusku. Ponieważ Alzatczycy mają praktycznie monopol na wyrób piwa we Francji, jest ona ich ojczyzną z wyboru; narodową potrawą Alzatczyków jest choucrout, co się po polsku przekłada na bigos. 

Wieczorem dojechaliśmy do stolicy i znalazłszy hotel, poszliśmy się przejść po najbliższej okolicy miasta. Przeszliśmy się dziwnie lekko i swobodnie, i od pierwszej chwili nie odnosiliśmy wrażenia, że znajdujemy się w obcym dla nas miejscu. W Paryżu jest się od razu jak w domu; wszyscy, którzy o tym przedtem pisali, mają rację. Paryż jest miastem, które przygarnia. Przyjechałeś? Jesteś? A więc bądź. 

Dlaczego tak jest? Po kilku dniach zrozumiałem. Paryż powiada jeszcze: bądź i rób, co ci się podoba. Wszystko mi jedno, jak jesteś ubrany i jakie są twoje obyczaje. Obojętna mi krew, płynąca w twoich żyłach, leniwa czy wartka, letnia czy gorąca; obojętne mi są myśli, które lęgną się w twoim mózgu, obojętne zapały czy to do Boga, czy do kurzu ziemi, mam ławki dla zmęczonych, lecz jeśli zechcesz usiąść na stopniach pomnika któregoś z wielkich moich ludzi, możesz i to uczynić; nie stawiam granic twemu indywidualizmowi, ponieważ dzięki niemu powstałem i żyję, ponieważ to stanowi o mojej społeczności. 

Nad czym wobec tego myślę? Przede wszystkim nad naszym kompleksem – jeśli go tak można nazwać – antyidywidualistycznościowym. Przeciwstawiamy sobie jako postawy wrogie indywidualizm i solidarność. Nadaliśmy słowu „indywidualizm” znaczenie pejoratywne; rzeczownik „osobowość” był u nas długi czas podejrzany politycznie, podobnie jak muzyka dla Joachima Ziemssena.

 

 

Witold Wirpsza


 

CZYTAJ TEŻ